sobota, 29 listopada 2025

Od Raine CD Filemona — „Grzybiarze wcale nie są lepsi od Karyn“

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Raine ma wrażenie, że mężczyzna chyba niekoniecznie go lubi i bardzo prawdopodobne, że to przypuszczenie jest prawdą. Przynajmniej wykazał się tym minimum zaangażowania i przyjął pieczarki, więc chociaż w tym przypadku zachował się jak zupełnie normalny człowiek, który mógłby zostać wzięty za kogoś, kogo Raine rzeczywiście zna (i za kogoś, komu heros przynosi grzyby mniej więcej raz na tydzień). Co prawda, półbóg nie był przekonany do tego prezentu z bardzo prostego powodu — wybieranie go było jak wybieranie idealnych czekoladek dla kogoś, kogo się w ogóle nie zna. W takim scenariuszu każdy wie, że Merci są dość uniwersalnym prezentem, bo nawet jeśli ktoś nienawidzi czekoladek marcepanowych albo nugatowych, to i tak znajdzie tam coś dla siebie. Podobnie jest właśnie z pieczarkami. To chyba najbardziej neutralne grzyby, jakie można komuś podarować i spotkać się z całkiem zadowalającą reakcją, co jest w stanie zrekompensować cały trud szukania prezentu, zwłaszcza że taka porządnych pieczarek siatka to kosztuje nawet więcej niż pudełko czekoladek, jeśli patrzy się na jakość grzybów, a Raine zdecydowanie zwraca na to uwagę. Gdyby nie zwracał, nie mógłby nazwać się prawdziwym miłośnikiem grzybów, a co za tym idzie — straciłby całą swoją osobowość.
– Proszę pana! – krzyczy, zanim mężczyzna wsiądzie na rower (to całkiem nietypowy środek transportu wśród dorosłych Amerykanów, ale on najwyraźniej lubi być oryginalny (jakby nie można tego stwierdzić po jego wyglądzie i kolorze włosów)). Okularnik odwraca się i rzuca Raine znużone spojrzenie, które z pewnością nikogo nie zachęciłoby do kontynuacji rozmowy, ale heros jest trochę inny i wcale nie łapie aluzji, że biedny pracownik banku nie chce mieć z nim nic więcej do czynienia. – Jak się pan nazywa?
– Nie mów tak do mnie, nie jestem stary – prycha facet, zamiast powiedzieć, jak ma na imię. – I do niczego nie potrzebujesz mojego imienia.
– A jakbym chciał wysłać pa- ci pocztówkę z podziękowaniem za wstawienie się za mną, żebym mógł wziąć kredyt na moje grzyby, to na czyje imię mam ją wysłać? – kombinuje Raine, nie zdając sobie sprawy, jak głupio i nielogicznie to wszystko wypada.
– Musisz znać adres, żeby mi coś wysłać – zwraca mu uwagę mężczyzna, siłując się z kłódką blokującą dostęp do jego roweru. Widocznie ceni sobie bezpieczeństwo jego sprzętu, zapewne ze względu na coraz bardziej wzrastającą w Stanach Zjednoczonych popularność rowerów.
– To adres też mi możesz dać, oczywiście jeśli chcesz – oferuje zadowolony, że wreszcie dochodzą do porozumienia. Jakby jeszcze do czegokolwiek dochodzili, to byłoby dobrze. – Ja jestem Raine – dodaje z uśmiechem, bo zdaje sobie sprawę, że może on nie chce mu się przedstawić z bardzo prostego powodu — wciąż nie zna imienia podejrzanego dzieciaka-grzybiarza, więc może nie chcieć zdradzić swojego. W ten sposób Raine naprawia swoje socjalne faux pas i z szerokim uśmiechem czeka, aż mężczyzna wreszcie mu odpowie.
– Super – mówi (to z pewnością nie jest jego imieniem), nareszcie odpiąwszy rower od płotu. Przez chwilę przekłada reklamówkę z pieczarkami z ręki do ręki, chyba nie mogąc zdecydować się, gdzie właściwie chce ją położyć i jak ma zamiar przetransportować siatkę pełną grzybów aż do swojego domu, jadąc na rowerze.
– Możesz ją zawiesić na kierownicy – uczynnie proponuje Raine, święcie przekonany o byciu bardzo pomocnym obywatelem San Francisco. – Nie są takie ciężkie, żeby ci ją przeważyć i tak dalej, a nic im się nie powinno stać, dopóki się nie przewrócisz, a nie wyglądasz na kogoś, kto często się przewraca. W tych oficjalnych spodniach i koszuli, o to mi chodzi, wiesz. I okulary by ci się pewnie połamały, ogólnie tragedia, więc raczej potrafisz zachować równowagę.
– Mówiłem, że masz stąd spadać.
– Myślałem, że się tylko ze mną droczysz – odpowiada ze smutkiem i równie smutno kopie zagubiony na krzywym chodniku kamyczek. On bardzo smutno postanawia wpaść do jego crocsów przez jedną z dziur i Raine zostaje przez niego zmuszony do balansowania na jednej nodze, żeby jakoś go wyciągnąć z buta. W tym czasie mężczyzna obserwuje go kątem oka, z jakiegoś powodu wciąż nie odjeżdżając spod budynku banku, choć tak bardzo zarzekał się, że nie chce mieć nic wspólnego z Raine. Ciekawa osobistość.
– Ty w ogóle trafisz do domu? – pyta, ale bez śladu zmartwienia. Raczej… Raine nie jest w stanie wyciągnąć wiele z jego tonu, który jest równocześnie obojętny, sfrustrowany i zimny, jakby sam nie wiedział, jaki tak naprawdę chce być.
– A czemu nie?
– Bo wydajesz się… nieważne – rezygnuje z dalszego tłumaczenia i bez żadnego gestu pożegnania wsiada na rower, rzeczywiście powiesiwszy reklamówkę z pieczarkami na kierownicy.
Raine natychmiast przełącza tryb w swoich corcsach na ten szybki i biegnie tuż za facetem, sam zaskoczony swoją determinacją (która po niektórych jego znajomościach nie powinna być niczym szokującym).
– Ej, ale serio, tylko o imię pytam!
– Żeby mnie zapisać w jakimś Death Nocie? – prycha mężczyzna, przyspieszając. Raine naprawdę musi się wysilić, żeby móc za nim nadążyć.
– Nie mam pojęcia, co to! – wrzeszczy, ale z jakiegoś powodu bardzo cieszy go informacja o tym, że czegoś nie wie. – Widzisz?! Mamy tyle wspólnych tematów do rozmowy!
Facet jeszcze coś odpowiada, ale Raine zostaje tak bardzo w tyle, że nie jest w stanie rozróżnić jego słów. Przez moment stoi na ulicy i dyszy ciężko, zastanawiając się, czy mężczyzna tylko zgrywał niedostępnego, czy rzeczywiście tak bardzo go nienawidzi po tym ich jedynym spotkaniu (nie licząc rozmowy telefonicznej) i wręczeniu mu pieczarek. Raine starał się być miły, do jasnego grzyba! Po czym spotyka go takie pożegnanie, ba, to nawet nie jest pożegnanie, bo nie padło żadne ze słów kluczy ani nie został mu obdarowany ani jeden gest uznawany przez społeczeństwo jako zamiennik prostych słów „do zobaczenia”.
Niepewny dalszego rozwoju wydarzeń, Raine postanawia po prostu wrócić do domu. Pociesza go jedynie fakt, że wie, gdzie pracuje bardzo tajemniczy niebieskowłosy mężczyzna, który wcale nie wygląda tak oryginalnie, że będzie wyróżniał się na każdej ulicy. Jeśli mieszka gdzieś w tej dzielnicy, to Raine może go spotkać nawet w najbliższym sklepie, w którym będzie robiło zakupy w najbliższym tygodniu. Jak to mawiają, wszystko jest możliwe.

Tak jak się spodziewał, prędzej czy później znowu musieli na siebie trafić. Bynajmniej nie przez to, że Raine stał się jakimś stalkerem przemiłego pracownika banku, samo oskarżenie grzybiarza o coś takiego byłoby dla niego ciosem poniżej pasa. Raine akurat znajduje się na ulicy, po prostu, na chodniku w najzwyczajniejszy dzień zwyczajnego Amerykanina i wcale nie ma w plecaku nowej grzybni (jest to noworodek boczniaka ostrygowatego i tym razem Aster tego nie wyrzuci, przynajmniej takie są założenia) ani jakiegoś innego rodzaju grzybów, które ma zamiar ugotować na obiad (kurki). Jego pięknego obrazu stereotypowego autystycznego dziecka dopełnia milion przypinek z wizerunkami grzybów oraz breloczki muchomorów i prawdziwków, które dzwonią przy każdym jego kroku.
Z tym właśnie dzwonieniem podbiega do swojego ulubionego bankiera, który powoli lawiruje rowerem między przechodniami, bo na jezdni prędzej zostałby przejechany, niż sam przejechałby pięć metrów.
– Dzień dobry! – krzyczy wesoło. Mężczyzna udaje, że ani go nie widzi, ani nie słyszy. – Jak ci mija dzień?
– Czego ty ode mnie chcesz – sucho oznajmia facet, bo nie można powiedzieć, że to jest pytanie. – Masz już kredyt, masz wszystko, czego potrzebujesz. Po co ci jakikolwiek kontakt ze mną?
– A musi mi być do czegoś potrzebny? – pyta z uśmiechem, który chyba tylko denerwuje pracownika banku (Raine pozostaje nieświadomy tego, że nie jest dobry w zdobywaniu przyjaciół i naprawdę wychodzi na dziwnego stalkera). – Wiesz, zawsze możesz mieć takie wsparcie we mnie i tak dalej – oferuje, chociaż trudno jest oczekiwać jakiejkolwiek pomocy od niewyglądającego na stabilnego psychicznie dzieciaka. – Jakby cię jakiś potwór zaatakował na ulicy czy coś, to wystarczy, że do mnie zadzwonisz!! Dlatego wydaje mi się, że bardzo dobrym pomysłem będzie wymienienie się numerami… Ja powiedziałem coś nie tak? – pyta zmartwiony, bo zauważa, że usłyszawszy jego słowa, mężczyzna momentalnie krzywi się jeszcze bardziej, niż zazwyczaj i ten wyraz twarzy jakby przyczepia się do jego twarzy. Trochę zdezorientowany Raine marszczy brwi. Nie wyczuwa żadnych nieprawidłowości w ciele mężczyzny, więc nie może obarczyć winą nagłego i ostrego bólu brzucha czy innej migreny.
Może on naprawdę nie chce nawet widzieć Raine. Byłoby to co najmniej smutne.


Filemon?
────
[1300 słów: Raine otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz