piątek, 29 grudnia 2023

Od Ziona CD Wintera — „017”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

— Siedzę w domu już drugi tydzień, naprawdę, uważam, że mogę wracać do pracy — Zion oparł swoje łokcie na biurku lekarza i wbił swój wzrok w jego twarz.
— Zion. Załatwiałem ci badania do prawa jazdy, u mnie się badasz, u mnie się szczepisz i uwierz mi, nigdy nie widziałem cię w takim stanie. Prawie załapałeś się pod odmrożenia drugiego stopnia — odparł starszy mężczyzna siedzący za biurkiem, poprawiający swoje okulary — Posłuchaj mnie. Przyjmiesz teraz to zwolnienie na trzy tygodnie, a ja załatwię sobie numer do twojego pracodawcy i jak tylko się dowiem, że przyszedłeś do pracy, to będziesz szukać sobie nowego lekarza. Zrozumiano?
Zion przegrał tę batalię słowną. Siedzenie w domu wydawało się o wiele fajniejsze niż szukanie nowego lekarza, zważając na to, że ten, do którego chodził, leczył również jego ojca.

***

Nudę leczył szachami, papierosami i o wiele za wcześnie wypitymi martini, oczywiście bez lodu, do którego miał zrazę. W trakcie swojego urlopu zdążył obejrzeć parę seriali, przetestować nowe przepisy w kuchni i próbował zacząć ćwiczyć (to jedyne, co mu nie wyszło). Nawet zaczął planować remont, ale że siły nie pozwalały mu wychodzić z domu, to na planach pozostało.

***

I tę nudę w końcu przerwało pukanie do drzwi. Blondyn nie otworzył od razu, chciał się upewnić czy na pewno dobrze słyszał. Ściszył autoodtwarzanie albumu „In Rainbow”, od Radiohead i przysłuchał się dokładniej. Tym razem nie pukanie, a już raczej trzaskanie podniosło Ziona z kanapy. Syn Ateny pofatygował się do drzwi, bezszelestnie, jak najciszej potrafił, by zajrzeć przez wizjer na klatkę schodową. Jedyne co zobaczył, to biała, znajoma czupryna należąca do Wintera Millera — smarkacza, przez którego Zion przestał lubić lód w drinku, przez którego Zion siedział w domu od dwóch tygodni, smarkacza, który zamroził połowę ciała Ziona. McQueen zastanowił się, czy na pewno chce otworzyć te drzwi. Dłuższą chwilę spędził tam, co chyba nie spodobało się stojącemu pod drzwiami nastolatkowi. Rozległo się ponowne pukanie i Blondyn usłyszał stłumiony głos:
— Dobry. Ja z zupą.


Winter?
◇──◆──◇──◆
[321 słów: Zion otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

Od Abasola — „Przypadkowi uciekinierzy”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Abasol wrócił z kasyna, mając już dwa tysiące trzysta dolarów, to potężna suma, ale całe szczęście jego łup jest w formie grubo zwiniętych zielonych papierków, takie coś łatwiej jest schować, choć będzie musiał uważać podczas następnego sprzątania mieszkania, by mama nie odkryła jego skrytki.
Chłopak wszedł do domu, który, znajdował się w dzielnicy Nowego Jorku, gdzie dominowały blokowiska, mieszkanie było skromne, ale własne, dominował tu kolor brązowy, przechodząc przez drzwi, wchodziło się jednocześnie do kuchni, drzwi otwierało się, ciągnąc je w swoją stronę, bo po prawej stronie znajdowała się lodówka, która blokowała część przejścia. Kuchnia wyglądała tak, jakby kucharzem był tu naukowiec, który cały czas próbuje stworzyć swoje magnum opus, przez co na górnych szafkach poprzyklejane były małe karteczki, jedne były z zadaniami dla Abasola, na innych zapisane były uwagi i porady dotyczące gotowania konkretnych dań, na co uważać, z czym smakują najlepiej i tym podobne. Idąc w prawo i patrząc na wprost, patrzyło się na małą łazienkę, w której dominowała biel. By przejść do salonu, trzeba było skręcić w lewo od łazienki i przejść przez zwisające z framugi koraliki wyglądające trochę jak wejście do jakiejś wróżki, która ma ci przepowiedzieć przyszłość. Salon był już mniej klaustrofobiczny, ściana na wprost wejścia cała była zajęta przez meblościankę, w przeszklonych częściach można było zauważyć małe kolekcje porcelanowych figurek zwierząt. Na lewo od wejścia znajdowała się ściana, która oddzielała salon i sypialnię mamy Abasola. Kanapa znajdowała się przy jednym z dwóch okien, obok drugiego, znajdował się telewizor mieszczący się we wnęce w meblościance, mały stolik znajdował się w przestrzeni między jednym oknem a drugim. Czarnowłosy chłopak przeszedł przez koraliki, zdjął muszkę i odpiął parę guzików koszuli. Już chciał się kłaść, gdy nagle spod kanapy wyleciała biała koścista ręka, która złapała chłopaka za kostkę.
— Mam cię smarkaczu! — spod kanapy wydobył się wysoki głos — gdzieś ty się tak długo podziewał?!, Wiesz ile ja tu, musiałem leżeć?!
Chłopak krzyknął i odskoczył, ręka, która trzymała go za kostkę, nadal go trzymała, ale... to była dosłownie ręka szkieletu! Uderzała o podłogę, gruchocząc kośćmi. Spod kanapy wyskoczył szkielet ubrany w niechlujną marynarkę, cała była ubrudzona, z łatami i ogólnie wyglądała, jakby ją ktoś, wyciągnął ze śmietnika.
— Szczylu ty jeden! Wiesz, ile ja czekałem? Gdzieś ty się podziewał tyle czasu?! Ja rozumiem, że można sporo przesiedzieć w kasynie, ale tak ?! Co młodzież ma teraz w głowach…
— Yyy… wiesz… — nie wiedział jak odpowiedzieć Abasol — jakoś tak... czas mi minął…
— Dobra, nie tłumacz się, idziesz ze mną.
Szkielet rzucił się na chłopaka, ale ten uniknął tego i rzucił trzymanymi w ręce pieniędzmi w głowę, a raczej czaszkę przeciwnika, Abasol zrobił to na tyle celnie, że głowa szkieletu zakręciła się na swoim kościstym karku. Szkielet wydał z siebie zirytowany krzyk, a czarnowłosy chłopak wycofał się do kuchni, nagle potknął się o coś, ale zdążył złapać się zlewu, spojrzał w dół i zobaczył, że szkieletowa ręka tak się ustawiła, że wywołała jego potknięcie. Abasol spojrzał za siebie, szkielet już przechodził przez koraliki, chłopak myślał szybko, spojrzał na zapchany zlew i... złapał za nóż, odchodząc trochę w tył i przyjmując pozycje niczym szermierz, krzyknął:
An garde! — silił się na nieprzestraszony ton.
Szkielet spojrzał zrezygnowany na chłopaka.
— Ty to nazywasz postawą ? Widać, że nigdy żeś ostrzem nie robił.
Włamywacz również sięgnął do zlewu i wyjął nóż.
— Mógłbyś się waść poddać i wstydu oszczędzić — stwierdził przeciwnik gotowy do pojedynku.
Pierwsze ciosy zostały wymierzone, Abasol wykonywał je z gracją kogoś, kto widział walkę na miecze tylko w Gwiezdnych Wojnach czy innych Dark Souls — ach, nagle szkielet wykonał zgrabny ruch, który pozbawił Abasola broni, po czym kopnął go kościstą nogą, powalając na podłogę. Ręka puściła kostkę chłopaka, a przeciwnik wziął ją i umieścił ją w brakującym miejscu. Szkielet szybkim ruchem wyjął kajdanki ze swojej marynarki, przykuł się do chłopaka, który nadal był w szoku.
— No, a teraz słodkich snów — szkielet już chciał uderzyć chłopaka tak, by ten zemdlał, ale wtedy ktoś otworzył drzwi i stanął w nich... Pan Manrice…
Gdyby szkielet miał skórę, pewnie byłby cały blady, ale forma, w której był, pozwalała, mu tylko na opadniętą szczękę. Szkielet uklęknął na jedno kolano i zaczął.
— P-panie Manrice… mówiłem! Przysięgałem i mi się udało! Mam herosa! Już chciałem go brać, ale…
— Zamilcz...strzelać — stwierdził mężczyzna o ciemniejszej karnacji, dwie inne szkielety w garniturach przekroczyły próg i wymierzyły łuki w chłopaka i szkielet. Chłopak zareagował szybciej, pchnął swojego wcześniejszego przeciwnika do przejścia do salonu i razem wbiegli do pomieszczenia, gdy w podłogę wbiły się dwie strzały.
Chłopak i kościotrup nagle zapomnieli o swojej wcześniejszej wrogości, dopadli okna i otworzyli je i chcieli się przez nie przecisnąć, ale mimo faktu, że jeden z nich był szkieletem, to i tak się nie mieścili, cofnęli się i pierwszy wyszedł szkielet, a drugi wyszedł chłopak, ale gdy wychodził, jedna strzała trafiła Abasola i zraniła go w ramię. Szkielet i chłopak spojrzeli w stronę Manrice’a i dwóch szkieletów w marynarkach, celowali do nich z łuków i zbiegli po schodach przeciwpożarowych ile sił w nogach. Na początku jeszcze jakoś utrzymywali stabilny krok, ale po chwili któryś z nich się potknął i zlecieli, po schodach robiąc, tyle hałasu, jakby po schodach spadała orkiestra dęta. Chłopak i szkielet zatrzymali się na ostatnim „segmencie” schodów. Abasol pierwszy się podniósł i zobaczył, że jego towarzysz był w rozsypce... dosłownie, obok chłopaka leżał garnitur poskładany, jakby wewnątrz nikogo nie było, ale po chwili ubranie jakby wstało i towarzysz chłopaka okazał się w pełni „zdrów”. Szkielet natychmiast pobiegł w stronę drabiny, by zejść na ziemię, ale podczas tego pędu zapomniał o chłopaku i gdy wskoczył na drabinę, by z niej zejść, chłopak wypadł zza barierki i pociągnął za sobą kościstego towarzysza, uderzając twardo o duży, zielony kubeł na śmieci, który wcześniej podstawił sobie kostek, by wejść na drabinę. Chłopak wstał i dotknął swoich pleców.
— Ała… — jęknął Abasol.
— Łe tam, takie coś to pestka, jak mi coś pęknie, to jest koniec.
Chłopak pokazał swojemu towarzyszowi, żeby był cicho, przez chwilę zdawał się czegoś nasłuchiwać, po chwili zauważyli, że przygląda im się tłum gapiów, Abasol i Kościotrup szybko uciekli w ciemne uliczki, by nie zwracać na siebie jeszcze większej uwagi.


◇──◆──◇──◆
[1008 słów: Abasol otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 28 grudnia 2023

Od Blanche — zlecenie #5 — część 9

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

TW: śmierć, zwłoki, krew, wzmianki o duszeniu, rasizmie oraz igłach

Drzwi gwałtownie uchyliły się, gdy za nie szarpnęła. Jednak nie to sprawiło, że zachwiała się i musiała przytrzymać framugi, by nie upaść. Drewno zostało przez kogoś bądź coś rozpłatane, a rząd wystających z niego wielkich drzazg wbił jej się boleśnie w dłoń. Nie czuła jednak bólu, nie widziała tych kilku kropli krwi, które spadły na podłogę. I tak nie miały one żadnego znaczenia w porównaniu z kałużą czerwieni rozlaną zaledwie kilka kroków od niej, kałuży czerwieni, w której leżała Grace. 
Blanche wiedziała, że nie jest już w stanie jej pomóc, czuła to gdzieś pod skórą. Pomimo tego znalazła w sobie jednak dość siły, by oderwać się od futryny (razem z tymi cholernymi drzazgami) i podejść do dziewczynki na drżących nogach. Grace wyglądała jak porcelanowa lalka, czekająca, aż ktoś podniesie ją z zimnej posadzki, czule pogładzi po włosach i odłoży na honorowe miejsce na półce, wśród ozdobnej zastawy i figurek słoni z uniesionymi trąbami. A może raczej wyglądałaby tak, gdyby nie szereg głębokich ran przecinających jej ciało i krew, która posklejała jej ciemne loki i ubrudziła jasną bluzkę. 
Palce kobiety same powędrowały na bok szyi dziewczynki. Odczekała chwilę, łudząc się, że cokolwiek wyczuje. Nie czuła jednak nic poza lepkością krwi i suchym szlochem, który wstrząsnął jej własnym ciałem. 
Była w zbyt dużym szoku, by płakać. Być może wciąż działały na nią resztki adrenaliny, którą czuła, gdy próbowała dotrzeć tu na czas. 
W panice próbowała przypomnieć sobie wszystko, co wiedziała o pierwszej pomocy. Czy powinna w ogóle próbować jej udzielić? Grace zmarła zapewne niedawno, ale była to śmierć straszna, przy której straciła mnóstwo krwi. 
Drżącą ręką schowała przypinkę, w którą znowu zmienił się jej miecz, do torebki, i wyjęła z niej telefon. Skoro sama nie wiedziała, co zrobić, musiała zaczerpnąć opinii eksperta. Co oznaczało, że miała dosłownie minutę, przez którą czekała na połączenie z dyspozytorem numeru alarmowego, by wymyślić jakąś wiarygodną historyjkę. 
— Halo — zaczęła, a jej głos dziwnie zachrypiał. Do tej pory nie zauważyła tego, jak bardzo ściśnięte było jej gardło. — Znalazłam ciało. Dziewczynka, nieco ponad dziesięć lat. Prawdopodobnie zaatakowało ją jakieś dzikie zwierzę albo kilka dzikich zwierząt… ma wiele głębokich ran, a wokół niej jest tak dużo krwi… — zamilkła. 
Dopiero teraz, kiedy mówiła o tym wszystkim na głos, dotarła do niej cała sytuacja, w której się znalazła, i jej ostateczność. Grace nie żyła. A ona, osoba, na którą dziewczynka liczyła, nie dała rady jej pomóc. Zawiodła ją. 
Dopiero teraz popłynęły łzy. 
— Gdzie się pani znajduje? Dobrze rozumiem, że do zdarzenia doszło na zewnątrz? — odpowiedział męski głos. 
— Nie, nie na zewnątrz. Jestem w jej mieszkaniu, Forest Houses, budynek 12., mieszkanie 59. Przedpokój jest w ruinie… 
— Zna pani tę dziewczynkę? 
— Tak, znam ją, ale od niedawna. Brała, wraz ze swoim ojcem, udział w badaniu statystycznym, które prowadzę. Została wytypowana do dodatkowego wywiadu, który właśnie chciałam przeprowadzić, ale… — urwała, by stłumić szloch. Żeby jej opowieść była wiarygodna, musiała zapewne być przejęta, ale nie aż tak, jak była w rzeczywistości. 
— Proszę nie dotykać niczego wokół siebie. Najbliższy patrol policji wraz z karetką pogotowia jest już w drodze. Wspominała pani coś o ojcu dziewczynki. Czy mogłaby pani podać jego imię i nazwisko oraz numer telefonu? Jeden z funkcjonariuszy skontaktuje się z nim. Na miejscu pojawi się również psycholog, który będzie do dyspozycji zarówno ojca, jak i pani, jeśli będzie pani tego potrzebować. 
— Ja… Podeszłam do niej i sprawdziłam, czy ma puls. Poza tym nic nie dotykałam — wyjaśniła, po czym podała dyspozytorowi dane kontaktowe Patricka Pullsona. 
Potem pozostało jej już tylko czekanie. To, co według zegarka w telefonie wynosiło zaledwie siedem minut, kobiecie zdawało się trwać całe godziny. Jej wzrok gdzieś w trakcie tych okropnych kilku minut sam powędrował ku szeroko otworzonym, zamglonym oczom dziewczynki. Ręka sama jej drgnęła ku stygnącemu ciału, wiedziona nagłą chęcią zamknięcia powiek dziecka. Może wtedy udałoby jej się wmówić samej sobie, że Grace tylko odpoczywała po walce, że zaraz wstanie i zapyta Blanche o to, czy znalazła jakieś odpowiedzi. 
Córka Tyche westchnęła i położyła dłonie na własnych kolanach. Obiecała dyspozytorowi, że nie będzie niczego dotykać. Nie mogła nic zrobić. Była zbyt wolna. Zawiodła Grace. Doprowadziła do jej śmierci. Zabiła Grace. 
Drgnęła, gdy drzwi za nią nagle otworzyły się szerzej. Przez chwilę szarpała się z torebką, chcąc wyciągnąć z niej przypinkę. Nie udało jej się to jednak, na szczęście, a przy niej po chwili zjawił się funkcjonariusz policji. Gdzieś obok przeszli również lekarz i ratownik medyczny, którzy pochylili się nad Grace.  
(Nie było ani śladu wspomnianego przez dyspozytora psychologa. Najwyraźniej uznano, że bliscy zamordowanego dziecka nie zasługiwali na jego uwagę). 
Każda komórka w ciele panny Lemieux krzyczała, że powinna coś zrobić, kazać im odejść i zostawić dziewczynkę w spokoju. Czy nie widzą, że umarła? Czy nie widzą, że ona, ta, która miała jej pomóc, ją zawiodła? Miała ochotę krzyczeć, szarpać się i płakać. Zamiast tego wbiła puste spojrzenie w czapkę policjanta, starając się zrozumieć, czego on od niej chce. 
Nie miała żadnego prawa do żałoby po Grace. Znała ją zaledwie od kilku tygodni. Spotkała ją raz, kilka razy rozmawiały telefonicznie, wymieniły kilkanaście esemesów. I tyle. Nie była jej rodziną, nie była przyjaciółką rodziny. Była dla niej nikim, przypadkową nieznajomą, która pośrednio doprowadziła do jej śmierci, bo była zbyt głupia, by w porę połączyć fakty. 
 
Policjant zadawał zbyt wiele pytań. Odpowiadała mu najkrócej, jak potrafiła. Tu półsłówko, tam zaledwie dwa słowa, gdzieś może jakieś zdanie pojedyncze. Minimum, które pozwalało jej nie zagubić się za bardzo w oficjalnej wersji zdarzeń. 
Choć Blanche unikała tego widoku, wiedziała, że ciało zostało już spakowane do worka jak jakiś przedmiot, a kolejne przedmioty wokoło oznaczone jako dowody. Czyżby policjanci, których nagle namnożyło się w przedpokoju, sądzili, że zbrodni winny był jednak człowiek, a nie zwierzę? 
I tak wiedzieli tyle, co nic. Wysłaliby ją do szpitala psychiatrycznego, gdyby powiedziała im prawdę. 
Gdzieś w środku kolejnego zadanego jej pytania drzwi znowu się otworzyły. Policjant urwał w pół słowa i posłał pełne współczucia spojrzenie mężczyźnie, który właśnie przekroczył próg domu, swojego własnego domu. 
Blanche wbiła paznokcie w nieuszkodzoną przez drzazgi dłoń, próbując powstrzymać się od płaczu, gdy Patrick Pullson padł na kolana prosto w jedną ze znaczących posadzkę plam krwi. Szloch, który opuścił jego usta w tym momencie, zdawał się należeć do rannego, wręcz umierającego, zwierzęcia, a nie do człowieka. 
— Nie… — wydusił z siebie po chwili. — To niemożliwe! To nie jest moja córeczka… To musi być jakieś nieporozumienie! — Zerwał się na równe nogi i złapał za kołnierz najbliższego sobie policjanta. — To jakiś głupi żart, prawda? Kto jest za to odpowiedzialny? Kto… — Urwał. 
Rozbiegany wzrok mężczyzny spoczął na Blanche. Zanim ta zdołała cokolwiek zrobić, w dwóch długich krokach znalazł się koło niej i celował oskarżycielski palec prosto w jej twarz, prawie dźgając ją w nos. 
— To ty… Wiedziałem, że nie można ci ufać. Wiedziałem, że przyniesiesz nam tylko nieszczęście. To przez ciebie nie żyje moja mała córeczka! — wrzeszczał, a jego ślina pryskała na twarz kobiety. 
Córka Tyche stała jak wmurowana. Łzy znowu cisnęły się jej do oczu. Gardło zatkała gula. Ojciec Grace miał rację. To przez nią zginęła jego córka. Była potworem w takim samym stopniu, w jakim było nim to, co bezpośrednio zgładziło dziewczynkę. 
— O czym pan mówi? Dlaczego sądzi pan, że to wina panny Lemieux? — wtrącił się policjant, który wcześniej zbierał zeznania kobiety. 
— Przepraszam. Próbowałam pomóc. Chciałam ją chronić, tak jak pan, naprawdę chciałam… Ale byłam zbyt wolna… — wydusiła z siebie w końcu Blanche, patrząc w oczy zrozpaczonemu ojcu, licząc na to, że zauważy i zrozumie to, że dzieliła z nim ból. 
Patrick przez chwilę wyglądał tak, jakby chciał pchnąć ją do ściany, zacisnąć palce na jej gardle i trzymać tak, aż przestanie się rzucać i charczeć, zwiotczeje i, gdy tylko puści ją, pełen odrazy, opadnie na podłogę, gdzieś wśród cudzej krwi. A ona wiedziała, że, poza instynktem, który sam nakazywałby jej walczyć, nie opierałaby mu się zbyt mocno. Zasłużyła na to. 
Mężczyzna jednak zrobił coś zupełnie innego. Owszem, wyciągnął ku niej dłonie, ale zamiast przylgnąć nimi go jej krtani, rozpaczliwie pochwycił poły jej marynarki i, znów padając na kolana, zaniósł się donośnym płaczem. 
— Wiedziałem, że coś jej zrobią — wychrypiał po jakimś czasie. — Kręcili się przy niej od dawna. Naprawdę próbowałem ją chronić. I wierzę, że pani też, chociaż nie wiem, czy powinienem pani ufać. Ale ona pani ufa… — Urwał, na chwilę przenosząc wzrok na czarny wór. — Ufała. A moja mała Grace znała się na ludziach jak nikt. 
— Przepraszam bardzo, kim są ci „oni”? — wtrącił się policjant, który zdawał się dowodzić tą sprawą. 
— Kosmici! — wykrzyknął pan Pullson, znowu wstając (prawie przewracając przy tym Blanche, o którą nagle się wsparł całym ciężarem swojego ciała). — To oni zabili moją córeczkę! Tylko oni byliby w stanie zrobić tu taki bałagan! 
Funkcjonariusz najwyraźniej uznał to za spowodowane szokiem bredzenie. Skinął głową ku stojącemu na uboczu medykowi, który nagle znalazł się tuż za Pullsonem i jednym, wprawnym ruchem wbił mu igłę w szyję. Już po chwili wysoki mężczyzna padł mu prosto w ramiona. 
— Czy to w ogóle legalne? — mruknęła po chwili milczenia Blanche, zszokowana obrotem spraw. 
— Proszę się tym nie przejmować. Pośpi przez najbliższe kilka godzin, a potem będzie jak młody bóg — wyszczerzył się dowódca. 
— Młody bóg? Właśnie stracił córkę! Ma prawo do emocji tym spowodowanych, nawet jeśli wiąże się to z opowieściami o kosmitach! — zauważyła panna Lemieux. 
— Niech się paniusia cieszy, że skończył tylko tak. Ludzie jego pokroju często kończą gorzej — zasugerował mężczyzna, a ton jego głosu zdradzał, że nie miał tu na myśli fantazji o kosmitach, a inną, widoczną na pierwszy rzut oka, cechę. 
Krew zawrzała w żyłach córki Tyche, ale powstrzymała się od prowadzenia dalszej dyskusji z rasistą. Zapamiętała tylko nazwisko zapisane na plakietce przy mundurze. Już następnego dnia skarga na niego powinna znaleźć się odpowiednio wysoko w szeregach policji. 
Wiedziała też, że będzie musiała zadzwonić do pana Pullsona za kilka godzin, by sprawdzić, czy nie zostały mu podane kolejne środki i czy po prostu czegoś nie potrzebował. Nie zamierzała zostawić go samego w tej sytuacji. 
— Czy jestem jeszcze do czegoś potrzebna? — spytała jedynie innego policjanta, wyglądającego na bardziej kompetentnego, chcąc móc już uciec z tego miejsca. 
— Musi udać się pani z nami na komendę w celu złożenia oficjalnych zeznań. Możliwe również, że w przyszłości zgłosimy się do pani w celu zadania jeszcze kilku pytań. 
— Czy to oznacza, że sądzicie, że nie zrobiło tego zwierzę, a człowiek? — spytała ostrożnie.
— Jesteśmy w trakcie zbierania śladów. Nie mogę na ten moment powiedzieć pani nic więcej. 
Skinęła głową, bo i ona nie miała mu do powiedzenia nic więcej. 
 
Do domu wyruszyła jakieś dwie godziny później, spod starego, obskurnego budynku miejscowej komendy policji. Nie robiono jej tam problemów. Najwyraźniej nie załapała się (jeszcze?) do ich listy podejrzanych. 
Nie pamiętała, jak dotarła z powrotem do Obozu. Prawdopodobnie trafiła tam na grzbiecie tego samego pegaza, który zabrał ją do domu Grace, ale… Nie była pewna. Gdy przemierzała Obóz, zapadał już zmierzch. Obozowicze zgromadzili się wokół ogniska, śpiewając pieśni. 
Ktoś próbował ją zatrzymać, ale zignorowała nawoływanie. Odeszła stamtąd najszybciej, jak była w stanie i wsiadła do samochodu. 
Jechała powoli, bojąc się, że wskutek chwili nieuwagi wjedzie samochodem w drzewo, pieszego czy inny pojazd. Kierowcy wyprzedzających ją samochodów trąbili na nią i pokazywali w jej kierunku pewne sugestywne gesty, ale ona miała to gdzieś. Była zmęczona. Lewa dłoń piekła jak cholera. Była zrozpaczona, wściekła na siebie i… i odczuwała jeszcze mnóstwo innych emocji i uczuć, których sama nie potrafiła nazwać. 
Telefon zadzwonił, gdy była już pod domem. Głos, który usłyszała po odebraniu, brzmiał jeszcze gorzej, niż się spodziewała. 
— Pani mi wierzy, że to zrobili kosmici, prawda? 
Pierwsze pytanie zadane przez mężczyznę wybiło ją z rytmu. Może jeszcze nie doszedł w pełni do siebie po działaniu podejrzanej substancji, którą wmusili w jego organizm policjanci? 
— Wydaje mi się, że to inne stworzenie, równie trudne do pojęcia przez innych ludzi, jak kosmici — wyjaśniła, podchodząc do drzwi wejściowych swojego domu. 
— W takim razie jak nazwałaby pani to, co zabiło moją Grace? — spytał Patrick, a coś w jej sercu ukłuło przez to, z jaką czułością wspominał swoją córkę. 
— Potworem, panie Pullson. Nazwałabym to coś po prostu potworem. 
Miała nadzieję, że kiedyś uda jej się spotkać tego potwora, potwora, który zabił najcudowniejszą dziewczynkę na świecie. Miała również nadzieję, że będzie wtedy w stanie wbić mu swój xiphos prosto w serce, aż po samą rękojeść, nawet jeśli miałaby to być ostatnia rzecz, jaką zrobi w swoim życiu.

ZLECENIE ZAKOŃCZONE

◇──◆──◇──◆ 
[2029 słów: Blanche otrzymuje 20 Punktów Doświadczenia, +10 za zlecenie]

środa, 27 grudnia 2023

Od Kazue — „Mięso z chimery”

Wróciła już od rodziny, do obozu Herosów. Akurat na ten świetny dzień, którego obudziła ją Wanda. Coś tam gadała na temat Bożego Narodzenia, ale jedyne co dostała w odpowiedzi to wzrok, którym chciała przekazać: „po kiego chuja mnie budzisz?”, ale jej przekaz chyba został niezrozumiany. Kiedy ta zaczęła śpiewać, kusiło ją tak trochę podpalić jej prześcieradło, ale się powstrzymała. Kiedy tylko usłyszała o drzewie, entuzjastycznie się zgłosiła. Nareszcie znajdzie użytek siekiery, którą kupiła wcale nie po to, aby zdekapitować syna Posejdona i wysłać głowę na Olimp (chociaż może Meduza byłaby bardziej zadowolona z prezentu w takiej postaci?). Otrzymała kolejny rozkaz grupowej, którym było znalezienie czegoś na farsz i ciasto. Rozkaz generała!
Z zapałem wybiegła, a po chwili znalazła się w lesie, gdzie wyciągnęła z pieńka swoją srebrzystą, lśniącą siekierę, aby po chwili znaleźć piękne i dość małe drzewko iglaste. Po upewnieniu się, że żadna driada tego nie widzi (ani nie jest drzewem czy coś takiego), zabrała się do ścinania drzewa. Po chwili rąbania, jej oczom ukazało się słodkie stworzonko, chimera. Ach, jak uroczo.
– Pspspspsps… – zaczęła wołać… zwierzę? Coś na ten wzór. Na początku zlepek zwierząt wydawał się dość zmieszany zachowaniem heroski. Raczej był przyzwyczajony do tego, że półbogowie krzyczą i uciekają albo wymachują broniami. Mimo wszystko chimera dała Kazue do siebie podejść. – Ale z ciebie dobry, duży kotek. – uśmiechnęła się, tylko po to, aby chwycić po chwili siekierę i szybkim, mocnym machnięciem odrąbać jej całą nogę. Potwór ryknął, zaczynając gonić Rosjankę. – OSZ KURWA MAĆ! – krzyknęła, po czym zaczęła uciekać z nogą chimery pod pachą. W końcu dobiegła bliżej domków, gdzie zobaczyła jakiegoś dzieciaka z jej domku. – E, JAK TY MASZ? TERA TO TWÓJ PROBLEM! – powiedziała, jednocześnie przebiegając obok niego, zostawiając go do walki z potworem. Zdarza się, młody. Odbiegając tam, skąd przybyła, słyszała gdzieś w tyle jakieś przekleństwa po niemiecku. Wanda by się ucieszyła.
W każdym razie, szybko wróciła do ucinania drzewa, które ładnie spadło na ziemię. Postanowiła zrobić szybką próbę smaku mięsa z chimery, więc prowizorycznie obrobiła nogę — zdjęła z niej skórę, zeskrobała mięso z kości (choć na pewno zostawi je sobie na pamiątkę), żeby upiec mały kawałek i spróbować jak smakuje. Spróbowała, było akceptowalnej jakości. Nawet, powiedziałaby, że dobre. Makłowicz by pozazdrościł.
W drodze powrotnej przypomniało się jej o cieście! Na szczęście, zobaczyła jakąś biedną córkę Afrodyty, której wyrwała cokolwiek, co tam gniotła. Ciasto, na jakąś pizzę czy inne chuj wie co. Wyglądało znośnie. Zaniosła wszystkie swoje zdobycze do domku piątego, gdzie głośno oznajmiła swój sukces.
Po chwili drzewo już stało, a wszystkie Aresiątka zabrały się do ugniatania ciasta i wypychania mięsem chimery (oczywiście, bez wiedzy o tym, przecież nie powiedziałaby im, jak je zdobyła, lepiej, żeby nie wiedzieli). Właściwie, prócz Wandy, która ich pilnowała. Sama Kazue pierogi kiedyś lepiła, choć lepienie wyglądało ich chaotycznie, to ostatecznie wyszły całkiem ładne i smaczne, a dziś nie było wyjątkiem. W pewnym momencie stwierdziła, że lepszym zajęciem jest bicie Niemca po głowie, kiedy ten zrobi coś tylko minimalnie źle.


◇──◆──◇──◆
[488 słów: Kazue otrzymuje 4+10 PD]

Od Heather — „Grinch: świąt nie będzie”

Obudziła się w swoim domku, a gdy spojrzała na zewnątrz, słońce jeszcze nie wstało. Mimo wszystko, szybko zebrała się na swój poranny spacer, na który wyruszyła z radością. No, gdyby nie to, że wszędzie wywiesili jakieś głupie świecące duperele.
A najwięcej ich było na domkach Hefajstosa, Apolla i Afrodyty. Oni co roku robili jakiś dziwny konkurs kto lepiej i ładniej przyozdobi swój domek, choć Heather z niewiadomych powodów to irytowało. Nie lubiła, jak coś się zmienia, a teraz tych ozdób było zdecydowanie za dużo. Te domki wyglądały świetnie tak jak były. Chyba tylko jej „mieszkanie” nie miało na sobie żadnych świątecznych ozdób. Chyba że liczyć halloweenowe nietoperze, pajęczyny i szkielety, których nie zamierzała zdejmować. Jakby miała oceniać, jej ozdoby były najlepsze.
Gdyby samo świecenie tych ozdób nie wystarczyło, te z domku Hefajstosa jeszcze miały jakieś dziwne tryby, że zmieniają kolory, migają czy inne gówno. Niewyobrażalnie ją to denerwowało, co zamierzała zanotować. Jeszcze dopilnuje, że dosięgnie ich sprawiedliwość. Dzięki Bogom, za niedługo to wszystko się skończy. Już woli sylwestra i imprezy organizowane przez Dionizosiątka. Zawsze ją zapraszali, choć to chyba dlatego, że gdyby tego nie zrobili, nakablowałaby o tym Chejronowi. Pan D. pewnie by się tym nie przejął. Co prawda wcześniej nie przychodziła, tym razem może tak. Zobaczy, co oni tam robią. Postanowiła usiąść przy ognisku, gdzie zobaczyła jakiegoś młodego syna Hefajstosa.
– Ej, po kiego grzyba robicie ten konkurs na ozdoby? – spytała go, ale on chyba nie usłyszał, więc powtórzyła głośniej. Dopiero po chwili sobie przypomniała, jak jakiś inny, starszy dzieciak z domku dziewiątego mówił jej o nowym, niesłyszącym obozowiczu. To chyba on. Kurwa, że się nie nauczyła migowego, kiedy mogła. Wyciągała notatnik, w którym napisała swoje pytanie i podała go chłopakowi, razem z długopisem.

Po co robicie te ozdoby świąteczne?
Nie wiem
Aha.

Właściwie, tylko tyle wyciągnęła z tej interakcji. Odpowiedzi nie dostała, ale białowłosy wydawał się całkiem miły. Postanowiła wyruszyć na poszukiwanie wiedzy na temat ozdób, ale to jak wszyscy wstaną. Korzystając z wczesnej godziny, poćwiczyła jeszcze swoje umiejętności strzelania z łuku. Szło jej to dobrze, ale jeszcze mogłaby podszlifować niektóre aspekty. Nawet się nie obejrzała, a słońce było już całkiem wysoko. Postanowiła podejść do domku Apollina, gdzie drzwi otworzył jej jakiś blondyn.
– Po co robicie te ozdoby świąteczne? – spytała go, ale jedyne co dostała w odpowiedzi to wzruszenie ramionami. Zrezygnowana odeszła w kierunku domku Afrodyty, gdzie dostała mniej więcej taką samą odpowiedź. Duh, ale to głupie. Skoro nie wiedzą, po co to robią, to czemu dalej się kłócą o to, kto ma lepsze ozdoby?
I nagle wpadł jej świetny pomysł. W domku, z jakiegoś powodu, trzymała kilka gnomów ogrodowych. Pozostałość po poprzednich obozowiczach może. W każdym razie, po kolei brała każdego i ustawiała przy trzech domkach. Niektóre miały na sobie żaby, niektóre czerwone ubranka, niektóre inne, te wyższe, te brodate, bardzo różne. Po chwili jednak doszła do wniosku, że lepiej będzie ustawić je tylko przy jednym z domków. Przez krótką wyliczankę, padło na Apollina. Tak więc po kilku minutach, złoty budynek został otoczony kilkudziesięcioma gnomami.
Zadowolona z rujnowania konkursu, usiadła blisko ogniska, a jedyne co jej zostało to obserwowanie kłótni między obozowiczami na temat jej gnomów.


◇──◆──◇──◆
[518 słów: Heather otrzymuje 5+10 PD]

Od Tiry do Ash — „Łap labrys i ruszaj się!”

Tira prychnęła cicho, po czym wyciągnęła z małej torebeczki lusterko i poprawiła kolorowe spinki we włosach. Siedziała na stopniach prowadzących do domku Afrodyty. W środku nie dało się oddychać przez ilość wymieszanych perfum, a dziewczynka nie wiedziała, gdzie mogłaby pójść. Driady mają jej dość, po tym, jak przez trzy dni z rzędu mówiła o swoich osiągnięciach w jeździectwie. Te dziewczyny-drzewa dziwiły się, jak Tira mogła brać w takich potwornościach, jak zawody, udział. W zbrojowni było za głośno i pracowali tam brzydcy obozowicze, w kuźni natomiast było za gorąco i pracowali jeszcze brzydsi. Niby mogła pójść do stajni z pegazami, ale znając życie, nikt nie pozwoliłby jej osiodłać skrzydlatego konia i sobie polatać. Jeszcze jej ktoś wciśnie widły i karze sprzątać boks, więc Tira uznała, że posiedzi sobie na jasnych stopniach pod drzwiami Dziesiątki.
Znów sięgnęła do swojej małej torebeczki, z którą nigdy się nie rozstawała. Miała tam najnowszy model odtwarzacza muzyki, malutkie lusterko oraz pudełeczko ze słuchawkami, które wyciągnęła. Puściła najpopularniejszy album jednego z czołowych koreańskich boy’s bandów i podniosła wzrok na rozciągający się przed nią, nudny i ośnieżony widok obozu.
Był weekend, więc w planach nie miała żadnych zajęć. Mimo to wizja powtórzenia materiału brzmiała bardzo kusząco. Zwłaszcza że starożytną grekę prowadzi Chejron z jakąś dziewczyną z Szóstki. Tira mogłaby jej utrzeć nosa. Może wtedy centaur by dostrzegł potencjał córki Afrodyty i dał jej jakąś szansę w poprowadzeniu zajęć. A nie tylko dzieci Ateny to i dzieci Ateny tamto.
„Dzieci Ateny są takie specjalne” – pomyślała, odgarniając jeden z intensywnie różowych warkoczy na plecy, po czym z powrotem zarzuciła go sobie na ramię. – „Ugh, wyluzuj, jeszcze ci się zrobią zmarszczki na czole. Właśnie, czy mi mogą pojawić się zmarszczki w tak młodym wieku? Chyba nie, ale to na pewno zacznę się szybciej starzeć… Nie wiem, może jeszcze przed szesnastką będę siwa? Na pewno Fortuna im odpłaci. Tylko dzieci Afrodyty mogą być piękne i mądre w tym samym czasie, więc nie mam się czym przejmować”.
Z dumą odchyliła się do tyłu i, opierając się rękoma za plecami, wsłuchała się w słowa piosenki. Po chwili zaczęło cicho podśpiewywać:
Neol wihaeselymo o nya puepodo a koto gippun cheong hal nya! – próbowała nadążać za raperem, w głowie zaś tworzyła sobie historię, że śpiewający mężczyzna jest bogaczem, który zaprasza ją na rejs jachtem. Specjalnie przygotował dla niej elegancką kolację, składającą się z przystawki, zupy, drugiego dania oraz deseru. Oczywiście wszystkie dania są idealnie przystosowane do jej delikatnego podniebienia i nie ma tam żadnych alergenów. Potem wybraliby się w dwójkę pod pokład, gdzie znajduje się sala, która może pomieścić całą orkiestrę symfoniczną i będą razem słuchać klasycznej muzyki, rozmawiając przy tym o kwestii głodu na świecie oraz gatunków zwierząt zagrażających wyginięciu i jakie pomysły ma Tira, żeby rozwiązać oba te problemy. Ten wywiad będzie tak inspirujący dla bilionera, że z zachwytem zaprosi Tirę na galę rozdania nagród Nobla i sama właśnie została laureatką do pokojowej nagrody, nie zapominając o nagrodzie w dziedzinie zarządzania gospodarką i ekologii, nie mówiąc już o tym, że pobiła rekord Guinnessa w byciu najmłodszą laureatką na świecie.
Kiedy piosenka dobiegła końca, Tira z niemałym rozczarowaniem powróciła do chwili obecnej. Już nie stała w pudroworóżowej sukience wieczorowej na scenie i nie wygłaszała ckliwej przemowy o tym, że te nagrody są dla niej szczytem kariery, ale była po prostu Tirą. Córką Afrodyty, która jest zmuszona siedzieć tutaj, na drugim końcu świata, bo jej rodzice cały czas są na konferencjach.
„Przynajmniej wiem, że ta ścieżka jest mi pisana. Mam w genach bycie kobietą biznesu, mam w genach bycie bogatą”.
Kiedy kolejna piosenka rozpoczęła się mocnymi brzmieniami gitary elektrycznej, zauważyła, że ktoś nad nią stanął. Ale nie zauważyła tego bezpośrednio: poczuła na sobie cień, do jej oczu nie dochodził blask latarń stojących kilka metrów od domków. Pomimo lampki nad drzwiami wejściowym, zrobiło się ciemniej, jakby ktoś pochylał się nad nią i tylko kilka cali dzieliło ich twarze od siebie.
Też, jednym z wielu licznych talentów Tiry, jednych bardziej realnych od drugich, było wyczuwanie energii i aury innych ludzi wokół siebie. I teraz poczuła też ten metafizyczny mrok, gniew, niezadowolenie i mieszankę innych negatywnych, lecz bardzo aktywnych emocji.
Kiedy otworzyła oczy, zobaczyła niezadowoloną gębę, czarne włosy przycięte w mullet i wygolone po bokach, krzaczaste brwi, pod którymi, w ciemnej obramówce, zobaczyła czerwone tęczówki kpiące szczerą nienawiścią i pogardą.
„Fuuj, dziecko Aresa… Że też nasi boscy rodzice w ogóle cokolwiek do siebie czują!”.
– Chodź – usłyszała wojskowy ton przedzierający się przez muzykę w słuchawkach. – Chejron kazał mi ciebie nauczyć walczyć.
Persona przepełniona negatywną energią obróciła się i powolnym krokiem skierowała się w stronę areny walk.
– Co proszę? – pisnęła Tira. – Ale ja uważam na zajęciach z walki!
Nie mogła uwierzyć w to, co właśnie się przed nią wydarzyło. Okay, mogła nie słuchać wszystkich poleceń i może wymknęła się kilka, maksymalnie kilkanaście razy z lekcji. To nie jest jej wina, że plan lekcji nie jest dostosowany do niej i do jej potrzeb! Jest zbyt wrażliwa, żeby patrzeć na bezsensowną przemoc, dodatkowo walka to jest taki niekobiecy sport. Jeszcze nabierze mięśni i co!? Będzie mieć grube łydki! Która modelka albo inna kobieta sukcesu (a kobiety zdobywające medale w sportach poza jeździectwem mają nie po kolei w głowie i nie są prawdziwymi kobietami sukcesu tylko pseudo kobietami, normalne kobiety zajmują się tylko jeździectwem ok?) ma grube łydki!? Okay, mogła udawać, że ćwiczy, zamiast naprawdę ćwiczyć i mogła specjalnie wybrać sobie taką osobę z domku dziesiątego, która też nie chce się spocić jak dzika świnia w okresie godowym i faktycznie, może spędziły te wszystkie godziny na plotkowaniu i obgadywaniu innych obozowiczów, ale Chejron nie powinien wtryniać swojego nosa w umiejętności waleczne Tiry. Czy to nie jest łamanie jakiegoś RODO!?
– Dramat, po prostu, dramat… Istna tragedia grecka, niczym ta Ancymona! Albo to była Antygona? W każdym razie: hej! Zaczekaj, skoro masz mnie tutaj uczyć!
Krzyknęła może odrobinę za głośno, po czym, nie śpiesząc się, schowała słuchawki do torebki i również niespiesznym krokiem ruszyła za nieznajomym obozowiczem.
– Pragnę podkreślić, że jestem da-mą a damy się nie spie-szą. Także, proszę traktować mnie jak da-mę, czyli z należytym sza-cun-kiem. A to oznacza nie-prze-kra-cza-nie odległości półtora metra ode mnie, czyli coś, co zrobiłeś przed chwilą, więc oczekuję od ciebie przeprosin. Znasz takie słowo, prawda?


Ash?
◇──◆──◇──◆
[1036 słów: Tira otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 24 grudnia 2023

Od Wandy — „War is not over then pierogis are not perfect”

– Kurwa to dziś – krzyknęłam, prawie że spadając z łóżka.
Kazue spojrzała na mnie pytająco.
– Święta. Boże narodzenie – powtórzyłam, tłumacząc mojej siostrze, jaki dziś jest dzień. – I don’t want a lot for Christmas – zaczęłam śpiewać.
– Dobra, lepiej już przestań, wiem – odrzekła. Od zawsze wiedziałam, że nie mam do tego talentu.
Usiadłam, opierając się o ścianę, z której zdrapywała się już farba. To długa historia. Z boku najprawdopodobniej wyglądałam jak grecki filozof, myślący nad tym, dlaczego pada deszcz. Ja rozmyślałam nad bardziej potrzebnymi rzeczami.
– Słuchajcie! – krzyknęłam nagle, bo inaczej mnie zignorują. W domku piątym liczy się ten najgłośniejszy i kto najmocniej pierdolnie pięścią w nowego. – Urządzamy wigilię!
Nastąpiła chwila ciszy.
– Co? – usłyszałam z tyłu.
– Wigilię. Przyniesiemy drzewko, które ozdobimy, bo ogniem wolę się tu nie bawić, zrobimy pierogi i… – zamyśliłam się. W moim domu rozdawaliśmy sobie opłatki i wtedy życzyliśmy sobie wszystkiego i niczego. Ja zawsze odpowiadałam „nawzajem”.
– Ja wezmę drzewko! – Kazue podniosła dłoń, wychylając się.
Przytaknęłam. Kto jak kto, jednak ona jest zdolna do wszystkiego. Przyniesienia drzewka też.
– Przynieś jeszcze ciasto i coś do farszu – zdawałam sobie sprawę, że o grzybach i kapustach mogę zapomnieć.
Zasalutowała niczym w wojsku i wybiegła. Westchnęłam, aż nagle sobie przypomniałam.
Prezenty.
Od dwóch miesięcy pisałam codziennie w moim notatniczku „kup Philip prezent na święta” i co ja teraz zrobię? Zaczęłam szperać w moich rzeczach, patrzeć czy mam cokolwiek, z czego mogłaby być zadowolona, nie wyglądało na używane i ma sens. To bliska mi osoba, trzeba się postarać.
Nic.
Pomału wycofywałam się spod łóżka (trzymam tam wszystko) i przez przypadek łokciem walnęłam jednego z nowszych, Elijah. Wydaje mi się, że nadal nie ma świadomości gdzie i po co tu jest (na te drugie pytanie i ja nie znam odpowiedzi).
– Uważaj! – krzyknęłam. Byłam zdenerwowana.
Entschuldigung – wypowiedział coś w nieznanym mi języku.
– Co tam mówisz? – zapytałam.
– Powiedział, że przeprasza, to po niemiecku… – mówił coś dalej jeden z moich braci, jednak zignorowałam to.
Niemiecki, moja zmora z jednej z chyba dziesięciu lub dziewięciu szkół, w których byłam. Matka mnie zapisała na zajęcia dodatkowe, bym się czegoś nauczyła, jednak no cóż, skończyło się po pierwszych. Do dziś pamiętam jak nauczycielka, powiedziała ojczymowi, że „niech lepiej wasza córka nie śpiewa”. Długo by opowiadać.
– Mam dla ciebie misję – odrzekłam, patrząc na Niemca. – Tylko to będzie tajemnica. Jak powiesz komuś, będziesz sprzątał toaletę przez tydzień.
Przytaknął. Wyglądał na zadowolonego, że ma coś do wykonania.
– Znajdź mi wyjątkowy prezent.
– Dla tej twojej dziewczyny? – spytał.
Jeszcze tego brakuje.
– Po pierwsze, nie dziewczyna, a przyjaciółka, P-R-Z-Y-J-A-C-I-Ó-Ł-K-A, jak to w tym waszym języku się nazywa? Fajrund?
Freund – poprawił.
– Wiem, że mi nie powiesz, kto ci to powiedział, bo wiem – zerknęłam w stronę TEGO CHŁOPAKA morderczym wzrokiem. — Żebyś ty zaraz nie musiał sprzątać kibla.
Młody poleciał szukać, a ja poprosiłam kolejne osoby, by w czymś pomogły. Jedna dziewczyna znalazła „obrus” i to w szeroko pojętym znaczeniu. Stary koc. Za bombki robią jakieś śmieci znalezione w koszu. Jest? Jest.
– Wróciłaaam! – Kazue nagle wbiła z drzewkiem.
– Skąd je wzięłaś?
– A poszłam do lasu, ucięłam i mam. Ciasto również, a i farsz! — położyła drzewo na środku pokoju, a następnie wyjęła zza pleców coś, z czego mamy niby ulepić pierogi. – Chyba się nadaje. To, czym mamy to wypchać to… chyba mięso, nie wiem, ale przypaliłam, zjadłam i całkiem dobre!
– Uznajmy, że ci ufam, a widziałaś gdzieś świeżaka?
– Um… chodzi po domkach i mówi, że jego grupowa szuka prezentu dla dziewczyny.
– Żartujesz?
– Nie.
Wybiegłam na sam środek obozu, gdzie zauważyłam, jak młody puka do domku 10.
Złapałam go za ramię i poszliśmy w stronę, gdzie powinien być, czyli w toalecie, jednak są dziś święta. Nie utopię jego głowy ani nie będę kazać. To jutro.
– Mam prezent – powiedział, pokazując mi róże. – Według dzieci z domku 4 to najlepszy prezent dla osoby ukochanej.
– I co niby mam powiedzieć przyjaciółce?
– Że ją kochasz.
Walnęłam go w łeb.
– A ty wiesz, co znaczy przyjaciel?
– Ale przyjaciela też można kochać.
Jak dobrze, że już byliśmy u siebie, kopnęłam go w plecy i zwołałam wszystkich do stołu.
– Zapewne się zastanawiacie, po co mi to wszystko. To drzewko, które widzę, że już jest ozdobione – zerknęłam na „choinkę” ozdobioną sznurkiem i śmieciami. – Ale wam mówię. Chciałam stworzyć idealny klimat do ulepienia pierogów!
– Czego?
Pierogen?
– Ty to się lepiej nie odzywaj – warknęłam. – Jednak dalej. Pierogi to najlepsze danie, zaraz po schabowym. Stwierdziłam, że wspólnie je zrobimy, by uroczo spędzić razem czas.
Spojrzeli się na mnie jak na wariatkę, jednak przystąpili do pracy. Zaczęli zgniatać ciasto i układać farsz z mięsa niewiadomego pochodzenia, a ja sprawdzałam, jak idzie.
– Ty szwab, delikatniej trochę – ustałam nad świeżakiem, który traktował ciasto na pierogi jak kawał jakieś szmaty. – Pierogi nie lubią, jak się tak robi.
Próbował coś powiedzieć, ale wezwałam Kazue, by mu uświadomiła, że ma być cicho. Jak dobrze, że ją mam.
Jak im szło? Różnie. Ash próbowało i nie szło źle. Byłam dumna. Kazue robiła chaotycznie, ale coś z tego było. A ja, jako nieudolna kulinarnie, po prostu obserwowałam. Jeden próbował zjeść te surowe ciasto, jednak nie interweniowałam. Też tak robiłam.
– Pamiętajcie, farszu nie za dużo, ale też nie za mało. Ma być, czuć!
Widząc końcówkę naszego wspólnego przygotowywania, poczułam się głodna. Brakowało mi tak tego smaku. Zrobiłabym wszystko, by były na stołówce, chociaż tylko raz. W ostateczności schabowy, ale nawet ambrozja smakuje jak pierogi, z grzybami i kapustą, tłuściutkie, jednak właśnie tak idealnie, na styk, a schabowy… najlepiej by był jeszcze z mizerią i ziemniaczkami. Nie chcę niczego więcej. Tylko pierogów, brak koszmarów w nocy i Philip, w przyjacielskim aspekcie oczywiście.
Zostało mi tylko kontrolować pracę młodego Niemca i przypieczenie, a następnie zjedzenie pierogów. Z jednej strony mi go szkoda, dostał już chyba z pięć razy wałkiem w łeb od Kazue, jednak nie pozwolę, by ktoś tak haniebnie przyrządzał idealną potrawę.

***

– Kurwa, ale się nażarłam – jęknęłam, leżąc na łóżku w infirmerii, widząc, jak dzieciątka Apollina stoją mi nad głową.
– Jaki powód? – zapytał jeden.
– Zatrucie pokarmowe – odpowiedział drugi.
I tak oto się skończyły święta z moim rodzeństwem. Zostało mi jedynie rozmyślanie czy róża pasuje jako prezent świąteczny oraz co ten mały szczyl (chodzi o nowego) zepsuł.


◇──◆──◇──◆
[1013 słów: Wanda otrzymuje 10+10 PD]