środa, 27 maja 2026

Od Edel CD Dicka — „Psi patrol gotowy do akcji!”

Poprzednie opowiadanie

LATO IV

Była przekonana, że umarł, gdy tak patrzyła na niego z góry wzgórza, jak jego bezwładne ciało leżało pod płotem. Przez jej głowę przeleciały wszystkie najgorsze scenariusze i kolejny pogrzeb, któremu będzie czuła się po części winna. Na moment spanikowała, dopóki do niego nie podbiegła i nie okazało się, że najgorszą ze szkód, jakie przytrafiły się Dickowi było oplucie go przez konia. Śmiechu warte. Na pewno nie tak ogromnego strachu, którego doświadczyła jeszcze przed sekundą.
Teraz prowadzi go przez Obóz, nie puszczając jego wątłych ramion pomimo protestów i zapewniania, że jemu to się już dziesiąty raz w miesiącu stało i jeżeli dostał wstrząśnienia mózgu, to było to już co najmniej tydzień temu, bo wtedy to dopiero się uderzył w głowę. Próbuje też puszczać mimo uszu jego pełne buty, wypowiadane drżącym głosem słowa, że on naprawdę potrafi o siebie zabrać (definitywnie nie stoi to choćby kilometr od prawdy, to stwierdzenie nigdy prawdy nie widziało ani nie słyszało o istnieniu takiego konceptu). Niekoniecznie świadomie Edel cieszy się, że chłopaczek nie należy i nigdy nie będzie należał do jej kohorty, bo wtedy to już by naprawdę oszalała. A bardzo chciałaby nie oszaleć, tyle że każdy dzień spędzany jako centurionka wyłącznie przybliża ją do stracenia zmysłów i zrobienia zjawiskowego cosplayu hamletowej Ofelii. Wręczyłaby Vergilowi najwspanialszy bukiet chwastów i długiej trawy, podarowała Cherry parę najcudowniejszych kamieni ze swoich glanów, po cyzm wspięłaby się na najwyższe drzewo nad Małym Tybrem i najbardziej majestatycznym ruchem, w rytm powiewającej w śmierdzącej bryzie rzecznej czarnej sukni, rzuciłaby się w odmęty fal.
Byłoby miło. Może miałaby ładny grób. Z napisem o treści: „Najgorsza i najbardziej pojebana centurionka w całej historii istnienia przybytku zwanego Obozem Jupiter”. I nikt by nie składał tam kwiatów, bo wszyscy by o niej zapomnieli. Jej następcą pewnie zostałby Kurt albo Dorian, albo najlepiej oboje, wtedy dopiero by się ze sobą kłócili. Pod pewnymi względami byliby lepszym wyborem niż ona, jakby nie patrzeć.
– Hej, mam tutaj takiego delikwenta, któremu plaster średnio pomoże – rzuca Edel w białą przestrzeń ambulatorium. Linoleum skrzypi pod tenisówkami Elianne, która ze swoim zwykłym, miłym uśmiechem wychyla się z zaplecza.
– Wcale nie! – upiera się Dick. – Wystarczyłaby naklejka „dzielny pacjent”!
– Tych to już masz całą kolekcję – stwierdza Elianne i ostentacyjnie przewraca oczami. – Cherry mi już powiedziała, że jesteś naszym stałym klientem.
– Ale to tylko takie zadrapanie – powatarza w kółko, choć Edel wydaje się, że jednak jego głos jest zainfekowany strachem. Może przed całą otoczką ambulatorium, które z jakiegoś powodu wywołuje przerażenie w każdym legioniście, który ma zostać tutaj przyprowadzony. – Ałć.
– Tu cię boli? – upewnia się Elianne, odgarniając włosy Dicka. – No, masz guza. Ale tylko guza. Miałeś szczęście.
– Powaga? – pyta zszokowany chłopak, tak jakby właśnie dowiedział się, że Święty Mikołaj rzeczywiście istnieje. – Ale tak serio, żadnych złamań ani nic?
– Sprawdź, czy wstrząśnienia mózgu nie ma – sugeruje Edel znad swojego notatnika, w którym odhacza to, co udało jej się dokonać tego dnia. Czyli, w gruncie rzeczy, nic. Końcem pióra stuka w puste pola do zaznaczania wykonanych zadań obok obszernej listy dzisiejszych obowiązków i zaczyna zastanawiać się nad sensem swojego centuriońskiego zapierdolu.
– Chodź na leżankę – zachęca Dicka Eli, bo chłopiec jak na razie ledwo przekroczył próg ambulatorium. Syn Fortuny uśmiecha się trochę niepewnie i wreszcie zbiera w sobie wystarczająco odwagi, żeby zrobić pierwszy krok.
Nie idzie mu szczególnie dobrze. Jakimś sposobem udaje mu się zahaczyć o jedną z zasłonek pomiędzy łóżkami i byłoby to totalnie okej i bezproblemowe, ale pewnie tylko wtedy, gdyby nie był sobą. Szarpnięta kotara postanawia wyrwać się z akurat krzywo zaczepionych spinaczy i sfrunąć na chłopca, czyniąc z niego coś w rodzaju okropnie niezdarnego i w ogóle nie przerażającego ducha. Edel w bardzo teatralnym geście rzuca notatnik na ziemię i, mając ochotę po prostu ukryć twarz w dłoniach z krzykiem: „ZNOWU TO SAMO”, postanawia ponieść bohaterską próbę złapania kotlącego się w białej takninie Dicka. Niestety, wyślizguje się z jej ramion i Del zostaje sama ze swoimi marzeniami o byciu supercenturionkokobietą.
Dick zatacza się dalej, w niekoniecznie metaforyczny sposób tańcząc ze śmiercią. Potyka się o łóżko, gdy Elianne już ma chwycić zasłonę i przynajmniej ściągnąć ją z jego głowy. Dziewczynie udaje się wyłącznie szarpnąć głową Dicka w górę i do tyłu, pewnie jeszcze bardziej pogarszająć jego prawdopodobne wstrząśnienie mózgu.
Nikt nie jest z tego faktu szczególnie zadowolony. Zwłaszcza Elianne.


Dick?
────
[703 słowa: Edel otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz