środa, 27 maja 2026

Od Kaliny do Vex — „Malunki naskalne po roku w Ameryce”

Wyszła z autobusu sześć przystanków za wcześnie, ubolewając nad biletem, za który będzie musiała zapłacić ponownie. Nie, wróć. Te kilka centów, które wyda na nowy bilet, nie będzie ceną biletu, a świętego spokoju. Wysiadła w nadziei, że dzięki temu zakończy kłótnię, która w ciągu dziesięciu minut zdążyła zahaczyć o torbę na siedzeniu, kolorowe włosy, kolczyki na twarzy oraz ogólne niewychowanie kalifornijskiej młodzieży. Nic bardziej mylnego.
— A ciebie to mamusia nie nauczyła, że starszych w drzwiach się przepuszcza? — usłyszała za swoimi plecami skrzeczący głos starszej kobiety.
Kalina odwróciła się z westchnięciem i ponownie spojrzała na ciut za bardzo energetyczną jak na swój wiek, staruszkę. I zdecydowanie zbyt irytującą.
— Byłam pierwsza — wzruszyła ramionami, trzymając ręce w kieszeniach. — Skąd miałam wiedzieć, że pani wysiada?
— Rozwydrzona młodzież! — kobieta splunęła na chodnik i wbiła w dziewczynę pełen nienawiści wzrok. — Za moich czasów, to starszy człowiek był świętością! Młodzi byli wycho…
Kalina jednak nie zamierzała jej słuchać. Postanowiła wykorzystać wolność, odzyskaną po wyjściu z ciasnego pojazdu i odwróciwszy się na pięcie, poszła przed siebie. Porzuciła pomysł o kontynuowaniu jazdy. Zresztą, zdążyła zapomnieć, po co w ogóle miała tam jechać.
— Zero szacunku. Bezczelność! Jak tak można! — trajkotała kobieta, która zdecydowała się podążać za Kaliną. Dziewczyna, bez bezpośredniej reakcji, postanowiła zacząć skręcać w przypadkowe uliczki w nadziei, że w końcu się odczepi. Niestety, starsza pani cały czas przyspieszała tempo, nieprzerwanie prawiąc swoje morały.
— Pani mnie śledzi? — zatrzymała się Kalina, zniecierpliwiona. Próbowała sprawiać wrażenie pewnej siebie, ale przez myśl przeszło jej, że kobieta może nie być zwykłą staruszką, a potworem, którego mogła porządnie wkurzyć. Nie był to najprawdopodobniejszy scenariusz, ale przecież nie niemożliwy. Zacisnęła dłoń na przedmiocie w kieszeni, przeklinając w myślach swoje decyzje, między innymi te o niezabieraniu z domu telefonu, ani niczego do obrony.
— Wy zawsze myślicie, że jesteście pępkiem świata — westchnęła kobieta pretensjonalnie. — Po co miałabym śledzić jakąś gówniarę.
Kalina nerwowo przełknęła ślinę, pospiesznie analizując plusy i minusy przyłożenia jej w twarz. Plusów wyszło więcej, ale mimo wszystko nie zdecydowała się na ten ruch. Zamiast tego wyjęła trzymaną w kieszeni zawieszkę z pingwinkiem, zdobytą jeszcze w autobusie i zmachała kobiecie przed twarzą.
— Nie zgubiła pani czegoś? — zaśmiała się. Z wielkim żalem (spodobała jej się) rzuciła zawieszkę na rosnącą metr od nich trawę i zaczęła biec przed siebie. Miała nadzieję, że to zajmie uwagę staruszki.
— Bezczelność!!! — wydarła się za nią kobieta. — Złodziejka!!! Łapcie ją!!! — krzyczała, co prawda nie biegnąc, ale dreptając szybciej. Musiało to zabawnie wyglądać, ale Kalina była zbyt skupiona na ucieczce i niestety nie była w stanie ocenić techniki marszobiegu seniorki.
Po przebiegnięciu dwustu, może trzystu metrów stwierdziła, że kobieta i tak nie ma szans jej dogonić. Na wszelki wypadek, zanim się zatrzymała, postanowiła skręcić w najbliższą uliczkę i…
— Kurwa! — krzyknęła osoba, w którą wbiegła.
Kalina na razie nie widziała ofiary, sama się za nią uważała. Wylądowała na chodniku, zaraz obok telefonu ze… śladami zębów na ekranie? Komuś musiało braknąć trzeciej ręki…
Odwróciła się na plecy i rozłożyła płasko na bruku, jednocześnie wlepiając wzrok w staranowanego człowieka. Miała wrażenie, że skądś zna te włosy, ale rażące w oczy słońce zdecydowanie utrudniało ich rozpoznanie.
— Co ty odpierdalasz?! — krzyczała dalej ofiara biegu Kaliny. — Jesteś nienor… CO SIĘ TAK GAPISZ?!
— Wybacz, siła wyższa — zaśmiała się, wstając.
Dopiero zmiana pozycji względem słońca pozwoliła jej spojrzeć na spotkaną osobę z bardziej przyjaznego oczom kąta. Teraz już bez problemu poznała fioletowo-różowe włosy, których nie widziała, odkąd półtora roku temu opuściła Obóz Jupiter.
— O, cześć Vex.
Vex stało przy ścianie, którą zdobiła jakaś mutacja słonia, klasyczny, wielki, stojący chuj, zamazane coś i trzy litery, jakby niedokończone słowo. W ręku Vex znajdował się czarny marker, o którego ukrycie niespecjalnie się martwiło. Kalinie przypomniało się aż, jak kilka lat temu musiała szorować ściany w całym obozie za ozdobienie jednej z nich zdaniem „jestem gejem, kocham cycki”. Piękne czasy. Teraz mogła zrobić to samo, ale bardziej bezkarnie… nie pomyślała o tym. Vex zdawało się korzystać z tej możliwości.
Nie była pewna, czy Vex ją pozna. Kiedy ostatni raz była w obozie, jej włosy były czerwone... albo zielone? No, na pewno nie niebieskie. Ale poza tym bardzo się nie zmieniła. Nie chciało jej się tłumaczyć kim jest i dlaczego zna jeno imię. Wystarczyło jej, że musi wyjaśnić powód swojej ucieczki. Chociaż i on postanowił wyjaśnić się sam.
— Bezczelna… dziewucha…! — w rogu uliczki stanęła zdyszana staruszka, widocznie zadowolona z siebie, że udało jej się dogonić Kalinę. Jej uwadze nie umknęło również Vex oraz piękne malowidło naścienne. — Skandal!!! Kolejna patologia!!! Dzwonię po policję!!!


Vex?
────
[736 słów: Kalina otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz