wtorek, 26 maja 2026

Od Caroline CD Mikołaja — „A Ty jesteś z Chin czy co?”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA, ROK TEMU

Caroline zawsze lubiła w sobie to, że potrafiła szybko myśleć i adaptować się do nowych sytuacji. Pewnie dużo do gadania miały tu jej boskie korzenie i ADHD, ale bądź co bądź była to jedna z niewielu rzeczy wynikających z jej dziwnego pochodzenia, które faktycznie się przydawały.
Głównie dlatego znalezienie się w sytuacji, w której nie miała pojęcia, co powinna zrobić, było tak poniżające. Mimo niepokoju, który powoli zagnieżdżał się w jej głowie i brzuchu, starała się nie zgrzytać zębami i myśleć nad najbardziej rozsądnym rozwiązaniem. Zgubili się, zapadał zmrok i zapowiadało się na deszcz; byli w dupie. To już wiedziała. W skupieniu zagryzła dolną wargę, wpatrując się w leśną ściółkę. Była na niemal sto procent pewna, że w żadnym punkcie nie zboczyła ze ścieżki, chociaż to byłaby ta lepsza opcja. Gorszą była wiadomość, że las się z nimi bawił. Albo coś się z nimi bawiło. Nie potrafiła stwierdzić, co było gorsze.
Westchnęła i założyła kosmyki splątanych już włosów za uszy.
— Mamy dwie możliwości — zaczęła w końcu. — Możemy albo się cofnąć, a ja spróbuję zorientować się, w którym momencie zeszliśmy ze ścieżki. Albo możemy iść dalej do przodu i szukać skraju lasu. Może i idziemy naokoło, ale na pewno nie weszliśmy w głąb. Musielibyśmy pójść w całkowicie inną stronę. Jestem pewna.
Cóż, przynajmniej próbowała brzmieć na pewną. Dzięki temu miała zarówno przywrócić sobie trzeźwość umysłu i równocześnie uspokoić Mikołaja. Mógł ją czasami irytować, ale to przez nią znalazł się w tej sytuacji i miała zamiar coś z tym zrobić.
— Nie ma sensu się cofać. Chyba — powiedział chłopak, drepcząc po ściółce w tą i z powrotem.
— Okej. Dobra. Do tej pory szliśmy po prostu na wschód. Możemy albo iść dalej w tym samym kierunku, albo skręcić odrobinę na południe, ale to może nam wydłużyć drogę. Kurwa, nigdy nie słuchałam kiedy tłumaczyli jak nie zgubić się w lesie — mruczała pod nosem, nerwowo skubiąc końcówki włosów. — Chuj, idziemy na wschód. Tylko tempo, bo jak się zrobi całkiem ciemno, to w życiu stąd nie wyjdziemy.
To powiedziawszy, szybkim krokiem ruszyła przed siebie.
— Ale na pewno wiesz, co robisz? — zapytał Mikołaj, szybko ją doganiając.
— Szczerze? Nie mam pojęcia, ale mam dobre chęci — odpowiedziała, siląc się na uśmiech.
Była zmęczona, głodna i gryzły ją myśli o tym, że do usranej śmierci nie wyjdą z tego lasu. Wiedziała jednak, że jeśli pozwoli sobie na całkiem negatywny odbiór sytuacji, straci jakikolwiek rozsądek i motywację. Zignorowała więc ból w poobijanych kolanach, burczenie w brzuchu, gęsią skórkę na ramionach i parła przed siebie, mając nadzieję, że jest do dobry kierunek.
Gdzieś nad nimi rozległo się ciche, niskie grzmienie. Caroline naprawdę liczyła, że był to grzmot. Nie chciała nawet myśleć o innych rzeczach, które mogły tak brzmieć. Równolegle do momentu, w którym zaczęło grzmieć, Mikołaj bardzo przyspieszył kroku, niemal jakby dostał skrzydeł. Ley spojrzała na niego kątem oka, ale niczego nie skomentowała. Miała większe problemy, którymi powinna się przejmować.
Cichy szum opadających na liście kropel wypełnił ciszę. Do nich realnie nie docierało praktycznie nic; ot, co jakiś czas odrobina wody spadała im na nos. Mimo to Caroline zaczęła kląć pod nosem. Przez deszczowe chmury zrobiło się ciemniej.
— Może jednak powinniśmy się cofnąć — bąknął Mikołaj gdzieś po jej lewej, ale dziewczyna tylko stanowczo pokręciła głową.
— Wtedy na pewno nie wrócimy przed zmrokiem. Chodź, jeśli idziemy w dobra stronę, to zostało nam już niewiele.
Dalej nie znała tej okolicy, niczego nie rozpoznawała. Była coraz bardziej zdesperowana i czuła, że kręcą się w kółko, kiedy nagle usłyszeli głosy.
— Ale z ciebie frajer! Mówiłeś, że wejdziesz najdalej!
Tylko raz obejrzała się, czy Mikołaj na pewno za nim idzie, zanim popruła w kierunku, z którego dochodziły głosy. Kiedy z hałasem godnym stada dzików wpadli na mikroskopijną polanę, grupa dzieciaków z jedenastego domku zaczęła z piskiem uciekać między drzewa. Caroline nawet nie zdążyła na nich nakrzyczeć, że kręcą się po lesie prawie po nocy, bo biegały tak szybko, że nie chciała ich zgubić.
Niecałe dwieście metrów dalej wyszli z lasu, choć do samego końca nie wiedziała, gdzie jest granica; tak ciemno było między drzewami nawet blisko skraju. Tutaj oczywiście nie padało; wszyscy radośnie zbierali się na kolację.
Ley pochyliła się, opierając dłonie na kolanach i wzięła głęboki oddech. Odezwała się dopiero po jakichś trzydziestu sekundach, podnosząc głowę i spoglądając na Mikołaja.
— Wiszę ci za to piwo.


Koniec wątku Caroline i Mikołaja.
────
[708 słów: Caroline otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz