JESIEŃ
Elianne zamyśliła się, opierając podbródek na czubku rączki grabi. Niezbyt przejmowała się tym, że pewnie są umazane w ziemi czy tam bogowie wiedzą czym. Kal już wrócił do pracy (choć widząc jej minę, co jakiś czas zerkał na nią kątem oka, trochę zaniepokojony), a sama Eli wciąż próbowała sobie wyobrazić chłopaka w innej fryzurze. Nie było to wcale takie proste; białe kosmyki na tyle mocno utknęły jej w głowie, ze nie potrafiła ich zastąpić niczym innym. Zabębniła palcami o trzon grabi.
— Różowy to wcale nie jest taki zły pomysł. Jaśniutki, taki pudrowy. Nie różniłby się nawet jakoś mocno od białego — powiedziała w końcu i wyprostowała się, bo wypadało w końcu wrócić do pracy.
Uśmiechnęła się, kiedy Kal posłał jej przez ramię wyjątkowo sceptyczne spojrzenie.
— Nie wydaje mi się.
— No weź, pomyśl o tym.
Chłopak odwrócił się do niej plecami, czym wywołał jej śmiech. Elianne poprawiła opadające jej na czoło kosmyki włosów i poważnie zabrała się za grabienie. Chciała zdążyć na kolację.
Centurionka na ogół uważała się za osobę dosyć miłą. Nie lubiła konfliktów i niesnasek, więc zwykle po prostu trzymała się od nich z daleka. Zdecydowanie wolała przeprosić i załagodzić tym sytuację, niż tworzyć spór, który potrwa na trzy pokolenia wprzód. Często się uśmiechała i lubiła, kiedy ludzie wokół niej również byli w dobrym humorze - nie miała problemu z komplementowaniem, rozluźnianiem atmosfery i utrzymywaniem dookoła siebie raczej pozytywnej aury. Źle się czuła, gdy ktoś na opak rozumiał jej słowa i wychodziła na zołzę, co niestety czasem się zdarzało. Krótko mówiąc, wybierała życie w przyjaznych stosunkach.
Jednak, jak się okazało, taki stan rzeczy mogła utrzymywać do czasu.
Ponowne spotkanie Elianne z Theodorem miało miejsce zaledwie kilka dni później, zaraz przed obiadem. Eli właśnie miała zamiar skierować się na stołówkę, kiedy wpadła na syna Somnusa. Uśmiech szybko zniknął z jej twarzy, gdy zorientowała się, na kogo się natknęła.
— O, to ty — rzucił chłopak, spoglądając na centurionkę.
— Przepraszam, spieszę się.
Elianne nawet nie siliła się na posyłanie mu wymuszonego uśmiechu, tylko od razu odwróciła się, żeby odejść. Niestety zatrzymały ją kolejne słowa Theodore'a:
— Pogadałaś już z chłopakiem?
Zatrzymała się w pół kroku, wzięła głęboki oddech i policzyła do pięciu. Naprawdę miała nadzieję, że w tym czasie chłopak odejdzie i da jej święty spokój. Jako że nie usłyszała odgłosu kroków, odwróciła się z powrotem do niego.
— Powiesz mi w końcu jaki masz do nas problem? Wtrącasz się w sprawy, które w ogóle cię nie dotyczą, i które ani trochę nie powinny cię obchodzić, skoro nie masz o nich zielonego pojęcia. W dodatku twoje komentarze są po prostu niekulturalne, bo nikt z odrobiną kultury osobistej nie wtyka nosa w prywatne sprawy innych ludzi. Weź znajdź sobie coś do roboty, bo inaczej zrobię to ja i obiecuję, że prędko się już do mnie nie odezwiesz. I odpierdol się od Kala — rzuciła na odchodne, już obracając się w stronę stołówki.
Nie obejrzała się przez ramię, ale gdyby to zrobiła, zobaczyłaby zdezorientowanego Theodore'a, który dopiero po chwili otrząsnął się i odszedł. Eli życzyła mu, żeby tego dnia dostał jakiś paskudny przydział. Ot, żeby udowodnić, że karma istnieje.
Na obiedzie pojawiła się już bez apetytu, ale za to z raczej bojową miną. Kal, który już siedział przy stoliku, posłał jej dość zdziwione spojrzenie.
— Coś się stało? — zapytał, gdy dziewczyna zajmowała miejsce na ławce obok niego.
Elianne milczała przez moment. Potrzebowała chwili na opanowanie nerwów, choć już czuła, że złość zaczyna z niej uchodzić, pozostawiając po sobie raczej niesmak.
— Miałam nieprzyjemną rozmowę z jakimś zidiociałym legionistą — powiedziała jedynie, przykładając wierzch dłoni do czoła. Czuła nadchodzący ból głowy.
Kal nie drążył tematu, a Eli była mu za to bardzo wdzięczna.
WIOSNA
— A co myślisz o tym? — zapytała Elianne, podnosząc z półki maleńką buteleczkę lakieru do paznokci. Gdyby ktoś kazał jej opisać kolor lakieru, powiedziałaby, że to mieszanka błękitu z turkusem. Przybliżyła buteleczkę do swojej twarzy, ale zanim Kal zdążył jej odpowiedzieć, sama zdecydowała. — Nie, za ciemny.
W wolną sobotę, korzystając z całkiem przyjemnej już pogody, wyciągnęła Kala na zakupy. Za dwa tygodnie organizowane były dwudzieste urodziny jej brata, Christophera i Elianne uparła się, że potrzebuje takiego lakieru do paznokci, który będzie zgrywał się z kolorem jej oczu. Myślała, że to nie będzie szczególnie trudne — blady błękit był raczej popularnym odcieniem niebieskiego. A jednak okazało się, że w każdym dotychczasowym kolorze coś jej nie pasowało. Byli już w drugiej drogerii i dziewczynie powoli nudziło się przetrząsanie tych półek.
— Hm, a ten? — zapytała ponownie, kładąc sobie na dłoni inną buteleczkę.
Kal zajrzał jej przez ramię i niemal od razu pokręcił głową.
— Zbyt intensywny — rzucił, wymijając ją, żeby przejść na drugi koniec alejki.
Elianne westchnęła. Liczyła, że załatwią to w maksymalnie dziesięć minut, a teraz własne zachcianki gryzły ją w dupę. Już bez większego przekonania zaczęła przesuwać buteleczki. Nie mogła minąć nawet minuta, kiedy ktoś ostrożnie złapał ją za ramię i odwrócił w swoją stronę. Kal nie powiedział ani słowa, tylko od razu przyłożył coś do jej skroni. Eli zerknęła w górę na jego zmrużone oczy i zaciśnięte usta. Skupiony na analizie chłopak stanął tak blisko, że niemal czuła na czole jego oddech.
Kal w końcu cofnął się o krok i wręczył jej skrupulatnie wybraną buteleczkę.
— Ten będzie pasował — powiedział, wymijając ją, żeby jeszcze zajrzeć do innej części sklepu.
Obok jednej z półek wypełnionych kosmetykami, na ścianie przytwierdzone było lustro. Elianne przejrzała się w nim, przykładając buteleczkę z lakierem do twarzy. Odcień był idealny. Już była gotowa pogodzić się z porażką i wybrać jakiś inny, byle jaki ładny kolor, a jednak szczęście się do niej uśmiechnęło. A raczej uśmiechnął się do niej Kal, który wyczuwał kolory zdecydowanie lepiej niż ona.
Entuzjazm do niej wrócił i niemal w podskokach ruszyła do kasy, żeby zapłacić. Kal czekał na nią w pobliżu wyjścia, kiedy dziewczyna niemal z nabożną czcią pakowała zakup do torby. Cała w skowronkach wyszła na zewnątrz; nie trzeba jej było wielkich rzeczy do szczęścia. Już przed sklepem stanęła przy Kalu i przelotnie pocałowała go w policzek.
— Dziękuję, jesteś cudowny! Teraz to już na pewno stawiam kawę — powiedziała z uśmiechem, łapiąc go pod ramię.
Kiedy miała dobry humor, San Francisco już wcale nie wydawało się takie obskurne.
────
[1013 słów: Elianne otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz