WIOSNA
— I właśnie wtedy ten durny babsztyl zażądał zwrotu pieniędzy! Wyobrażasz sobie? Przecież to jakaś bezczelność — prychnęła Isobel, odrzucając pukle rudych włosów na plecy.
Choć w barze było parno i non stop narzekała na zbyt wysoką temperaturę, teraz, gdy wyszła na zewnątrz, wiało jej po nogach i żałowała, że wczesną wiosną zdecydowała się na założenie krótkich spodenek. Jedynie przyspieszyła kroku. Im szybciej załatwią sprawę, tym przecież lepiej.
— O, to już to osiedle. Zaraz będziemy — powiedziała, zerkając na Dahlię, która ze zmarszczonymi brwiami rozglądała się dookoła.
No, może słowo osiedle było przesadzone. Kilka bloków, które lata świetności miały już dawno za sobą, goła ziemia zamiast trawnika i kontenery, z których śmieci już dawno zaczęły się wysypywać. Niezbyt urocze miejsce do mieszkania. Is może i mieszkała w mikrokawalerce, ale u niej pod klatką zawsze było czysto. Ba, miała nawet kawałek trawnika z prawdziwego zdarzenia! W każdym razie na pewno żyła w lepszych warunkach, niż panowały tutaj. Barny kiedyś napomknął jej coś o tym, że wykupił w jednym z bloków dwa mieszkania i je połączył, dzięki czemu miał wygodną nadwyżkę miejsca, ale nie miała zielonego pojęcia, dlaczego wybrał do życia tak paskudne miejsce.
— W którym bloku mieszka? — zapytała Dahlia, poważnie zastanawiając się nad tym, czy odzyskanie jej plecaka jest tego wszystkiego warte.
— Chyba w piętnastym. Barny napomknął mi coś, że to, jeden z tych ładniej… Chryste panie, jak tu capi.
Isobel skrzywiła się, na moment zakrywając rękawem nos. Była pewna, że po powrocie do domu będzie długo zmywać z siebie cały ten smród. Czuła, że już przykleił się do jej ubrań, skóry i włosów. Obrzydlistwo. W pośpiechu minęły kontenery na śmieci i Is skręciła w jedną z mniejszych uliczek.
Przed blokiem numer piętnaście była nawet nie do końca zdemolowana ławka, a obok rosło kilka przywiędłych kwiatków. Najwyraźniej to Barty miał na myśli, mówiąc, że to jeden z najładniejszych bloków na osiedlu. Może faktycznie mniej śmierdziało tu brudną szmatą, ale poza tym nie widziała dużej różnicy. Zatrzymała się i obrzuciła wzrokiem stare drzwi i zdecydowanie niedziałający domofon.
— Mam nadzieję, że obędzie się bez większych problemów. Marzę o prysznicu. I łóżku. Ale najpierw niech Falafąs odda ci plecak — powiedziała w końcu i sięgnęła dłonią do (na szczęście czystej) klamki i zdecydowanym ruchem otworzyła drzwi. — Byle tylko nie pobudzić sąsiadów, bo wezwą policję i wszystkich nas zawiną. A ja nie mam czasu siedzieć na komisariacie — szeptała do Dahlii, kiedy mozolnie wdrapywały się na ostatnie — czwarte — piętro.
No, mozolnie to może wspinała się Isobel, bo Dahlia poradziła sobie z tą wspinaczką dużo lepiej. To już naprawdę utwierdziło Is w przekonaniu, że powinna częściej chodzić na siłownię.
— Masz na to w ogóle jakiś plan? — zapytała po cichu Dahlia, kiedy już stanęły przed drzwiami do mieszkania dwudziestego ósmego.
— No wiesz… Właściwie to nie. Ale będziemy szybko myśleć. — Is uśmiechnęła się i sięgnęła do drzwi.
— Czekaj-
…Ale ona już zapukała. Odczekała chwilę, w lekkim napięciu, ale absolutnie nic się nie wydarzyło. Zapukała ponownie, z tym samym efektem. Westchnęła jakby z żalem. Miała nadzieję, że nie będzie musiała się do tego uciekać.
— Plan jest taki: wchodzimy, zabieramy plecak, wychodzimy. Jak coś pójdzie nie tak, to… Zwiewamy — powiedziała, posyłając Dahlii cień swojego nonszalanckiego uśmiechu.
Ostrożnie pociągnęła za klamkę, ale drzwi oczywiście okazały się zamknięte. Jasne już było to, co Isobel musi zrobić dalej.
Gdzieś w środku wiedziała, że to już nie jest robienie żartów dzieciakom z innego domku w obozie, tylko włamanie, ale Falagacośtam nie brzmiał jej na osobę, która dobrowolnie odwiedziłaby komisariat policji. Ta świadomość zdejmowała jej trochę ciężaru z ramion, choć wciąż czuła się nieco dziwnie, kiedy grzebała w swojej torebce. Zawsze miała przy sobie albo swój autorsko zmontowany wytrych, albo coś, co w razie potrzeby mogło służyć jako jeden. Choć od przeprowadzki do San Francisco rzadko używała go w celu innym, niż otwieranie zatrzaśniętych drzwi łazienki służbowej w barze, raczej nie umiała się z nim rozstać.
— Nie pytaj — rzuciła tylko w stronę Dahlii, opierając się ramieniem o ścianę. Miała nadzieję, że chociaż trochę zasłoni swoim ciałem to, że zamek ustąpił niemal od razu. Wsunęła wytrych do kieszeni spodni. — Badziewie — dodała zapobiegawczo, uśmiechając się lekko.
Drzwi otworzyły się z cichym skrzypieniem. Isobel nie ryzykowała włączenia światła, tylko pozwoliła drzwiom otworzyć się na roścież, żeby światło z klatki schodowej zalało choć korytarz wejściowy. Z miejsca dało się zauważyć, że mieszkanie jest okrutnie zagracone. Czuć w nim było, że właściciel dawno nie wietrzył tego wnętrza.
Ostrożnie stawiała kroki na brudnej podłodze, starając się na nic nie nadepnąć, co wcale nie było takie proste.
— Zamkniesz drzwi? — poprosiła, odwracając się do Dahlii, której sylwetkę wciąż mogła zobaczyć w słabym świetle z klatki schodowej.
Drzwi zamknęły się z cichym trzaskiem.
— Musimy znaleźć jakiś włącznik światła, bo się poprzewracamy — zauważyła Dahlia, a Is zaczęła ostrożnie obmacywać ściany w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogło służyć do włączenia oświetlenia.
Ostatecznie Dahlia w końcu znalazła częściowo ukryty za jakimś tandetnym obrazem włącznik i korytarz zalało żółte światło.
Mieszkanie było maleńkie; Isobel powiedziałaby, że jest niewiele większe od jej własnego. A może to bałagan, który był wszechobecny, aż tak je optycznie pomniejszał. W każdym razie, próby znalezienia plecaka Dahlii wcale nie trwałyby długo. Zapewne byłby jedną z nielicznych nowych i czystych rzeczy tutaj, więc rzucałby się w oczy. A jednak plecaka nigdzie nie było. Isobel od niechcenia przeglądała asortyment mieszkania, chociaż nie było tu nic wartego jej uwagi.
— Nic z tego, nie ma go tutaj — powiedziała w końcu, wracając do Dahlii, która właśnie zajrzała do mikroskopijnej, brudnej kuchni.
— Pewnie ma go ze sobą. Chodźmy już stąd, nie ma sensu się tu dłużej kręcić, powinnyśmy…
Dahlia zamilkła, kiedy rozległ się odgłos zamaszystego otwierania drzwi. Isobel zamarła, wpatrując się w otwarte drzwi do kuchni i rozświetlone wnętrze mieszkania. Rzeczony Fagalala stanął we framudze, z plecakiem Dahlii na ramieniu i pseudo groźną miną i spojrzał na nie, jakby nigdy w życiu nie widział ich na oczy. Co, oczywiście, prawdą nie było.
— A co wy tutaj, kurwa, robicie?
────
[972 słowa: Isobel otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz