LATO
Winter miał nadprzyrodzony talent do pakowania się w kłopoty. Była to pierwsza i podstawowa zależność, którą należało mieć na uwadze, kiedy próbowało się utrzymać go przy życiu. Czego innego można by jednak spodziewać się po dzieciaku, który wparował do zakładu bukmacherskiego BETter, żeby ukryć się przed drakonem, który deptał mu po piętach? Większość z ich pierwszych interakcji zmuszała Blanche do odkurzenia umiejętności zdobytych w obozie, wypartych przez lata udawania zwyczajnej, płacącej podatki nowojorczanki, która wcale, ale to wcale nie miała za matkę jakiejś greckiej bogini.
Po czterech latach, wytworzeniu rodzinnych więzi i wspólnym zamieszkaniu, myślała, że najgorsze mieli za sobą. Winter był synem Chione, stanowił więc mniej atrakcyjny kąsek niż dzieciak Zeusa czy chociażby Ateny, a do tego w wieku siedemnastu lat może po prostu stawał się nudny lub zbyt silny dla potworów? Może i jego dało się wychować na porządnego, dokonującego tylko niewielkich nadużyć podatkowych (nie oszukujmy się, mowa o Winterze) nowojorczyka?
Błąd. Głośny, irytujący dźwięk towarzyszący udzieleniu niepoprawnej odpowiedzi w najgłupszym teleturnieju, jaki znacie.
Dowód numer jeden? Jedna z najbardziej niebezpiecznych substancji na świecie wybuchająca im w twarze tylko i wyłącznie dlatego, że ktoś nie potrafił trzymać rączek przy sobie. Kolejne dowody zdają się w tej sytuacji niepotrzebne.
Wbrew temu, co pokazują w filmach, świat nie zaczął funkcjonować w zwolnionym tempie. A może to utrata przytomności była zbyt szybka, by Blanche mogła stać się tego świadkiem? Siła odrzutu po eksplozji posłała ją prosto na stojący nieopodal stół. Uderzenie potylicy o krawędź sprawiło, że zielone płomienie wypełniające mieszkanie zatańczyły przed jej oczami, po czym zniknęły. Nie czuła tego, jak grecki ogień smaga jej ciało. Nie było czasu na ostatnie myśli i rachunki sumienia. Była tylko ciemność.
Nie spodziewała się już obudzić, nie w tym ciele. Od lat w kieszeni nosiła dwie monety — drachmę, na wypadek, gdyby potrzebowała skorzystać z iryfonu, oraz obola, o którym nie wspominała nikomu. Drobna moneta była pamiątką z lat samotności, namacalnym wspomnieniem tego, że jeszcze niedawno, gdyby zmarła, nikt nie zadbałby o to, by jej dusza miała czym zapłacić za usługi Charona.
Tego dnia obol pozostał w jej kieszeni, tak jak jej dusza pozostała w jej ciele. Ciało to zaś piekło i swędziało niemiłosiernie, a ból w potylicy zdawał się pulsować, posyłając plamy bieli w jej pole widzenia. Nie był to jednak typ bólu, jakiego spodziewać by się można po świeżych, rozległych obrażeniach. Proces gojenia został przyspieszony. Ambrozja. Nie, raczej nektar, nim można polać oparzenia i rany.
Blanche nie musiała patrzeć na swoje ciało, by wiedzieć, że choć gojenie postępowało szybciej, urazy były zbyt poważne, by proces ten trwał zaledwie kilka chwil. Próbowała się rozejrzeć, lecz widziała tylko rozmyte kształty i wirujące kolory. Poruszające się wokół niej sylwetki odziane były w czerń i szarość, część z nich otaczał jednak błysk intensywnego pomarańczu. Otaczały ich kolorowe stelaże wypełnione szarymi, tekturowymi wieżami. Być może będąc w innym stanie, połączyłaby fakty. W tamtej chwili jednak oczy ciążyły jej zbyt bardzo, a umysł odmawiał posłuszeństwa.
Pomimo tego, że rany paliły wspomnieniem ognia, czuła zimno przenikające ją aż do kości. Myśl ta zakotwiczyła się w jej myślach, nie dając spokoju, domagając się czegoś natrętnie. Zimno... Zimą było zimno…
Winter!
Zmusiła powieki do ponownego uniesienia się. Rozchyliła usta, lecz zamiast imienia syna wydobyła z siebie jedynie ciche stęknięcie, które zniknęło w otaczającym ją zgiełku. Dzwonienie w uszach nasiliło się, a resztki energii znowu ją opuściły, tak jakby ten jeden dźwięk był heraklesowym wysiłkiem.
Nie wiedziała, ile czasu spędziła tym razem dryfując wśród ciemności, lecz gdy ponownie udało jej się otworzyć oczy, czuła się o niebo lepiej. Pomieszczenie, w którym się znajdowała, okazało się magazynem pełnym paczek. Nad nią stały dwie kobiety odziane w czerń, z rękami skrzyżowanymi na piersi i bronią u pasa. Wokół nich poruszali się mężczyźni w pomarańczowych kombinezonach.
Ze wszystkich stron złowrogo uśmiechało się do niej logo Amazonu. Wyglądało na to, że Amazonki mogły rzeczywiście mieć coś wspólnego z Amazonem…
Spróbowała wstać, lecz plan ten wziął w łeb, kiedy zrozumiała, że jej kończyny zostały unieruchomione jakimiś więzami. Strażniczki, zaalarmowane dźwiękami jej krótkiej szamotaniny, zwróciły się ku niej z nieprzeniknionymi wyrazami twarzy.
Miała zbyt mało czasu, by przemyśleć swoją reakcję. Porządne plany nie powstawały w ciągu zaledwie kilku sekund. Blanche nie lubiła działać pochopnie i bez chwili zastanowienia, jednak sytuacja, w której się znalazła, nie dbała o jej upodobania. Było w niej zbyt wiele znaków zapytania i wielkich czerwonych wykrzykników.
Odchrząknęła, próbując pozbyć się choć odrobiny dyskomfortu w gardle i suchości w ustach. Posłała strażniczkom wyważony uśmiech zarezerwowany do negocjacji z trudnymi wspólnikami. A potem przemówiła chropowatym głosem:
— Dzień dobry. Lub dobry wieczór. Niestety nie wiem, która jest godzina.
Nie otrzymała odpowiedzi. Najwyraźniej dobre maniery nie trzymały się tej dwójki.
— Dziękuję za opatrzenie moich ran — spróbowała ponownie.
— Nie przydalibyście się nam martwi — odparła sucho jedna ze strażniczek.
Użyła liczby mnogiej. A więc Winter też gdzieś tu był. On też otrzymał pomoc. Wciąż żył.
Kamień spadł jej z serca. Kiwnęła głową, przełykając gulę, która nagle pojawiła się w jej gardle. Było za wcześnie na rozklejanie się. Musiała go znaleźć i jakoś ich stąd wydostać.
Zion. Cholera, musiała też znaleźć Ziona. Intuicja podpowiadała jej, że to mogło okazać się jeszcze trudniejsze. Jakaś zwierzęca część jej osobowości kazała jej po prostu zadbać o swoją rodzinę i nie myśleć o nikim innym. Jednak czy Zion nie był również w jakiś sposób częścią tej rodziny?
Owszem, przez ostatnie lata oddalili się od siebie. Dawne uczucie, które ostatecznie nie rozkwitło w nic stałego, przerodziło się w pewną niezręczność towarzyszącą im przy każdym spotkaniu. Zion był jednak wciąż przyjacielem, kimś, na kogo wiedziała, że zawsze może liczyć. Znalazła się już w płomieniach greckiego ognia, by się tu znaleźć, musiała doprowadzić tę sprawę do końca.
— W momencie wybuchu był ze mną mój syn. Proszę, czegokolwiek od nas chcecie, czy mogłabym go najpierw zobaczyć?
Nie wiedziała, jaka część desperacji w jej głosie była wymuszoną przez sytuację koniecznością, a jaka — zupełnie szczera. Martwiła się o Wintera, prawdopodobnie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Wiedziała, że razem poradzą sobie lepiej niż osobno, bez względu na to, jak potoczy się reszta tej sytuacji.
O dziwo, to wystarczyło. Więzy na jej nogach zostały przecięte, lecz te na nadgarstkach wciąż wpijały się w jej skórę. Dopiero podnosząc się z podłogi zauważyła, że miała na sobie inne ubrania niż te, w których wyszła z domu. Tamte zapewne strawił ogień. Nie chciała myśleć o stanie swoich włosów, wątpiła jednak, że jakakolwiek ilość nektaru czy ambrozji działała na ten typ wytworów naskórka.
Jej wygląd był teraz jednak nieistotny. Jedna ze strażniczek podtrzymywała jej ramię, kiedy szła eskortowana przez nie pomiędzy wysokimi półkami pełnymi kartonów. Jej nogi przenikały igiełki spowodowane odrętwieniem, parła jednak przed siebie z zaciśniętymi zębami.
Musiała dotrzeć do Wintera.
────
[1103 słowa: Blanche otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz