Cyrk AU
— Zaraz zamykam–… och, to ty.
Vergil miał nadzieję, że chociaż częściowo ukrył kryjącą się w głosie niechęć. Mimowolnie zacisnął palce na przemywanej obecnie szklance i wykrzywił usta, na końcu języka mając dokończenie swoich słów: „zaraz zamykamy, proszę wyjść”. Zamiast tego nie powiedział nic. Odłożył szklankę na suszarkę i odwrócił się plecami do klienta, który – rzuciwszy naprędce przywitanie – wspiął się na stołek barowy.
To nie tak, że Vergil go nie lubił. Był to specyficzny człowiek. Nigdy nie potrafił przewidzieć, co akurat wyjdzie z jego gęby, czasem był arogancki, a czasem zachowywał się jak smutny, płaczący dzieciak, który potrzebuje przytulenia. Odkąd przejął biznes ojca, Vergil spotykał się z różnymi klientami i słyszał różne historie. Do tej speluny przychodzili milionerzy zdradzający swoje żony, proste pijaczki, które chowały się przed obowiązkami, kibole i awanturnicy; dwóch takich musiał godzinę temu wypieprzyć za drzwi i myślał, że to koniec wrażeń na dzisiaj.
Powinien nie dać się zaskoczyć już żadną jego historią, ale z każdym kolejnym wypitym kieliszkiem on dodawał coś zupełnie innego. Znał go całe życie. Może to właśnie był powód, dlaczego nie mógł przestać go lubić. Vergil musiałby wymazać dwadzieścia jeden lat wspomnień z tym człowiekiem, wszystkie krzywdy, które chłopak mu wyrządził i do czego go zmusił, ale też te szczęśliwe chwile, których za żadne skarby nie chciałby oddać. Był człowiekiem sentymentalnym, jego towarzysz doskonale to o nim wiedział. Mógł się zdystansować, ale nie mógł go całkowicie odgrodzić od swojego życia. Gdyby nie on, Vergil by nie istniał, przynajmniej czasem miał takie wrażenie.
Poza tym zostawiał kurewsko duże napiwki do drinków. Mówił, że smakuje mu tutejszy bimber i dopłaca, żeby broń Boże nie zmienić receptury przez cięcie kosztów, ale tak naprawdę nie przepadał za alkoholem. Może to była jedyna opcja, żeby w jakiś sposób wynagrodzić się Vergilowi bez mówienia mu zwykłego „przepraszam”.
— To samo, co zawsze? — zapytał Vergil, wyjmując z szafki czystą szklankę. Będzie musiał zostać jeszcze dłużej, żeby wszystko pozmywać i poprzekładać z powrotem, a nawet nie wiedział, o której stąd wyjdzie, bo nie potrafił wcześniej kogoś wygonić. Robił to z każdym awanturnikiem, który zostawiał po godzinach, więc czemu nie potrafił odmówić jemu?
Chłopak pokiwał głową. Brązowa czupryna zadrżała na jego głowie, utrzymując się jedynie na dobrej woli. Był niski i musiał wychylić się zza baru, żeby odebrać od Vergila podawaną szklankę bimbru. Pewnie z drugiej strony kontuaru machał nogami nad podłogą, zupełnie jak dziecko.
— Chyba będę musiał zamknąć cyrk — odezwał się i pociągnął skromny łyk trunku, ewidentnie nieadekwatny do wagi jego wypowiedzi. Skrzywił się, kiedy alkohol podrażnił jego kubki smakowe, bo nie cierpiał mocnych procentów i pił je tylko dla picu.
— Mówisz tak przynajmniej raz na tydzień — bąknął Vergil.
— Nie, tym razem mówię serio. Mam już ich wszystkich po dziurki w nosie. Hajsu z tego praktycznie i tak nie mam.
Był bardzo samoświadomy swojej sytuacji. To było jego głupie, dziecięce marzenie sprzed czterech lat, kiedy nie był jeszcze pełnoletni i zdecydowanie nie wykształcił mu się w pełni jeszcze płat czołowy. Często powtarzał, że powinien to pierdolić, w sensie, kto w tych czasach w ogóle jeszcze chodził do cyrku? Tradycja cyrków już dawno umarła. Teraz każdy mógł być klaunem, wystarczyło odpalić dowolny kanał polityczny w telewizorze.
Vergil wiedział, że mężczyzna nie potrzebuje jego osądu. Inna sprawa, że jego osąd był zerowy. Sam siedział w tym zapchlonym barze od rana do wieczora, przepisanym mu przez ojca, bo nie chciał go zawieść, chociaż kompletnie nie obchodziła go sztuka barmaństwa, zmywanie rzygów i gonienie z miotłą pijaczków. On najprawdopodobniej już sam doskonale ocenił swoją sytuację i potrzebował wypowiedzieć ją na głos, bo nie miał nikogo innego, kto by go zwyczajnie posłuchał.
Znali się dwadzieścia jeden lat, ale się nie przyjaźnili. Nie potrzebowali ckliwych spotkań. On przychodził, opowiadał, Vergil go słuchał. Uczciwa wymiana za utrzymanie tak skomplikowanej relacji przy życiu.
— Kiedy zakładałem ten cyrk, widziałem pieniądze, górę pieniędzy, a teraz muszę załatwiać jakieś idiotyczne problemy. Ostatnio wpłynęła skarga na naszego magika, Asxę, kojarzysz? — Vergil nie kojarzył, ale i tak pokiwał głową. — Że niby jejgo królik z kapelusza cierpi i w ogóle to znęcanie się nad zwierzętami w cyrku jest już passé. Passé, człowieku! Ten królik ma lepsze życie ode mnie! On przynajmniej codziennie wpierdala radośnie sianko i nie musi wysłuchiwać tych bzdur, bo jest tylko królikiem! Wiesz, co powiedziało mi na to Asx? Że jeszcze jedna taka sytuacja i ono zabiera królika i pierdoli tę robotę.
Pogderał pod nosem, poprawiając się na krześle. W głębi duszy Vergil cieszył się, że to nie jego problemy. To nie był jego cyrk i nie jego małpy.
— Kolejna skarga wpłynęła na naszego artystę. Chłopie, przed stoiskiem Szczypior jak byk stoi szyld z napisem: „KARYKATURY, PŁATNOŚĆ TYLKO GOTÓWKĄ”. Ostatnio jakaś para przychodzi do mnie z zażaleniami, że Szczypior narysowała ich ze zbyt dużymi głowami i w ogóle to ona nie ma takich żółtych zębów. Mówię jej, czy pani wie, czym jest karykatura? To mi tłumaczy, że nawet karykatury mają swoje granice.
Upił kolejny drobny łyk i znowu się wzdrygnął, ale tym razem Vergil nie wiedział, czy to przez zawartość alkoholu w trunku, czy przez całą tą farsę.
— Mamy treserkę małp, Eryk się nazywa. Kto w ogóle nazywa tak dziecko? Ale już mniejsza o to. Mamy taką reklamę z tymi małpami, że wiesz, robią sztuczki, akrobacje, jedna to normalnie krawaty wiąże i usuwa ciąże, ale to jest taki pic na wodę, że dziwi mnie, że ludzie serio za to jeszcze płacą. Te małpy nie potrafią ani jednej sztuczki zrobić, tylko śmierdzą, drapią się po dupach i pochłaniają banany, a ludzie myślą, że to wszystko jest część spektaklu i one to tak specjalnie. Rozpuszczone takie, że te małpy by lepiej wytresowały Eryk, niż ona je. Ale wiesz, co jeszcze jest gorsze od tych małp? No właśnie inni ludzie. Wiesz, ile razy przechodzę obok naszego połykacza ognia Julka i słyszę, jak ktoś do niejgo mówi: „ciekawe co jeszcze potrafisz tak łykać”? Gdybym dostawał dolara za każdy taki tekst w ciągu tych czterech lat, to byłbym już kurewsko bogaty, sprzedałbym ten cyrk w pizdu i wyjechał na Bahamy. Raz była skarga, że niby nasz połykacz ognia połyka klaunowi w kiblu, ale wybrnąłem z tego, że póki nie widziałem, to nie ma dowodów.
Vergil uniósł brwi. Gdyby nie znał tego człowieka te dwadzieścia jeden lat, pomyślałby, że jest z niego niezły bajkopisarz, jest psychicznie chory (to akurat by się zgadzało) albo procenty uderzyły mu do głowy w ekspresowym tempie. Ale nie, on nie kłamał. Kto był w jego cyrku, ten w cyrku… się nie śmiał?
— A o tym klaunie Zirco to nawet szkoda strzępić ryja. Mam cały plik w biurku ze skargami złożonymi na niego. Kiedyś śmiał się z jakiegoś dzieciaka i namówił jego kolegów, żeby go pobili za trzy balony w kształcie pieska. Jak go zapytałem, czy jest popierdolony, to powiedział, że to przecież były tylko żarty. No tak, tylko żarty, faktycznie trochę krzywy ryj miał ten dzieciak, ale to ja potem musiałem płacić odszkodowanie zdrowotne jego matce.
Vergil nie opowiadałby tego z taką lekkością. Może nawet zapytałby go, czemu po prostu nie zwolni tego klauna, ale on pewnie miał swoje powody.
— W październiku zatrudniłem kilkoro poetów, myślałem, że będą wymyślać jakieś wierszyki, zabawiać dzieci, pitu-pitu. A oni nic nie robili, tylko pisali te drabble. Czy ty wiesz w ogóle, co to drabble? — Vergil pokręcił głową. — Opowiadania na sto słów, nie mniej, nie więcej. Całymi dniami słyszałem tylko o tych drabblach. We trójkę się przekrzykiwali, kto napisze więcej, Jajo, Kaczek czy Sigma. W listopadzie miałem już dość i ich wszystkich zwolniłem.
To był moment krytyczny. Wcisnął twarz w dłonie. Vergil przez chwilę myślał, że płacze, ale on tylko westchnął.
— Najgorsze w tym wszystkim jest to, że za bardzo ich wszystkich lubię. Asxę i tego jej śmierdzącego królika, i Eryk ze śmierdzącymi małpami, klauna, z którym czasem wypiję piwo na współę, połykacza Julka. Obraz Szczypior ze mną jako imperatorem wisi mi w gabinecie nad biurkiem. I jak ja mam im wszystkim powiedzieć, że zamykam ten cyrk i wszyscy rozchodzimy się w swoje strony?
— Nie potrzebujesz może czegoś nowego? — zapytał Vergil, udzielając pierwszej rady w ciągu tego spotkania.
— W sensie?
— Nie wiem, nowego członka tej zgrai? Nowy charakter?
— Skąd ja niby wezmę kolejnego takiego debila?
Vergil omiótł go wzrokiem. Przez chwilę zastanawiał się, czy powinien mu pomagać. Może powinien utrzymywać, że to nie jego problem i ma go gdzieś. Może lepszą formą pomocy byłoby powiedzenie mu, że faktycznie powinien to zamknąć i dać sobie spokój, zdrowiej psychicznie będzie, jak obierze sobie nową drogę życia.
Czy przestałby go wtedy odwiedzać? Już teraz ich relacja była raczej nikła. Może przestałby przychodzić topić smutki w alkoholu, jeśli nie miałby już powodów, żeby je zapijać?
Gdyby Vergil przewertował w myślach listę stałych klientów, znalazłby multum dziwaków, którzy mogliby z powodzeniem rozpocząć karierę cyrkowców. Westchnął żałośnie.
— Co sądzisz o żabach, Alex? — zapytał.
Następnego dnia przyszedł wcześniej, ale nie zaznał więcej klientów za barem Vergila. Pustki były wręcz niepokojące jak na to, że tym razem było przed zamknięciem. Raz był świadkiem, gdy Vergil musiał brać ostatnich pijaczków za wszarz i wyrzucać ich siłą. Sam przychodził, kiedy barman miał już gasić ostatnie światła i pakować się do domu.
Przyczyną tego osamotnienia okazał się drugi klient. Alex musiałby przetrzeć oczy, bo w pierwszej chwili nie uwierzyłby w to, co widzi, a przecież pracował w cholernym cyrku! Wszyscy ostatni klienci uciekli bez potrzeby wyganiania Vergila, bo za barem siedziała… żaba.
Niska, niższa nawet od Alexa, jej głowa ledwo wyglądała zza lady. Ewidentnie dwunożna, ubrana w poplamiony, niebieski kombinezon, który widzi się zazwyczaj u pracowników budowy. Na głowie miała kask ochronny, piekielnie pomarańczowy, który co chwilę zsuwał jej się na oczy, więc żaba tynkara musiała poprawiać go obślizgłą łapą. Przy stołku barowym, tuż pod stopami potwora, spoczywała torba, wypchana aż po brzegi, bo nie dało jej się nawet zasunąć – ze środka wystawał kawałek metalowego narzędzia, który zdecydowanie zbyt bardzo przypominał szpachlę tynkarską.
Vergil zobaczył, jak nadzieja wraca do oczu mężczyzny, kiedy zbliżał się do lady. Usiadł przy barze, zachowując krzesło odległości, jakby to miało być bardziej uprzejme. Vergil, nie chcąc niepotrzebnie się odzywać, podsunął chłopakowi szklankę bimbru, zanim zdążył o nią poprosić.
— Przepraszam, pani… pani żabo? — zagaił nowy klient, uprzednio odchrząkując.
Żaba tynkara mlasnęła, przejeżdżając długim językiem po swojej powiece. Vergil podał jej zamówione wcześniej piwo. Zamiast przyłożyć szklankę do ust (pyska?), zaczęła chlipać napój językiem.
— Jesssstem troglodytką — sepleniła.
— A, pewnie. Pani troglodytko. — Poprawił się na krześle. Musiało mu być w jakiś sposób głupio. — To może być mało subtelne pytanie, z góry przepraszam bardzo, nie chcę być niemiły. Widzi pani, nazywam się Alex Bakebread… — tu wyciągnął swoją wizytówkę i próbował podać ją troglodytce, ale kiedy ta nie przyjęła jej i zajęła się chłeptaniem piwa, po prostu położył ją na ladzie — …jestem dyrektorem miejsca, gdzie gromadzą się największe i najniezwyklejsze osobliwości tego miasta, ba, całych Stanów. Moje pytanie brzmi: czy nie myślała pani o tym, żeby może, no nie wiem, pracować w cyrku? Moim cyrku, gwoli ścisłości. Niech mi pani wybaczy, jeśli to takie niedelikatne.
Żaba tynkara zamotała nogami pod ladą, omyłkowo kopiąc w torbę, z której na podłogę wysypały się metalowe narzędzia tynkarskie. Oblizała się z piwa całą długością swojego języka, nie racząc przy tym nikogo spojrzeniem ani razu – ani Vergila, ani jego towarzysza. Mogła się nad czymś głęboko zastanawiać. Mogła równie dobrze po prostu ich ignorować. Vergil czuł, jak rośnie w nim napięcie, chociaż cały czas powtarzał sobie, że to nie jego cyrk i nie jego małpy, a ta rozmowa nie miała żadnego wpływu na jego życie. Szczerze mówiąc, nie powinien jej nawet podsłuchiwać. Był tylko pośrednikiem. Bardziej powinny obchodzić go świeżo umyte szklanki, które właśnie wycierał z nadmiaru wody.
— Taki, mlask, cyrk ruchomy? — zapytała żaba tynkara, mlaskając.
Dyrektor pokiwał głową.
— Tak, tak. Wie pani, to tu, to tam. Cały czas w jednym miejscu i szybko znudzilibyśmy się miejscowym.
— Ściany i dach, pssss, ma z płachty? — dopytała.
Jej rozmówca zaśmiał się bez cienia wesołości w odpowiedzi.
— No wie pani, inny ciężko byłoby przemieszczać. Tak, ściany i dach ma z płachty.
— Konssssstrukcja ze ssstelażu?
Pokiwał głową, mocniej zaciskając palce na szklance.
— A trybuny? Mlask. Trybuny ssssą z drewna? — zaświszczała.
— Z drewna. Przewozimy je za każdym razem — potwierdził.
Żaba smarknęła. Obślizgłym paluchem zaczęła bawić się zastygłą plamą na swoim roboczym kombinezonie, próbując ją zdrapać, chociaż nie miała do tej czynności paznokci, a poza tym pewnie próbowała ją sprać już milion razy. Mlasnęła znowu kilka razy. Cisza była na tyle długa, że Vergil poczuł się niezręcznie, a co dopiero jego znajomy.
— To na chuj wam, mlask, tynkarz? — zapytała troglodytka.
[2059 słów: Vergil otrzymuje 20 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz