ZIMA
Filemon podjechał pod budynek banku i zatrzymał się przed stojakiem na rowery. Zawsze bał się, że pewnego dnia ktoś ukradnie mu ten rower, bo jest bardzo ładny i nawet z daleka można stwierdzić, że dużo kosztował, ale jakoś zaganiał te myśl i o tym zapominał.
Rower przypiął na dwa zabezpieczenia — bo uważał, że to w jakiś sposób uchroni jego ulubiony sprzęt przed kradzieżą — a klucze wcisnął do kieszeni spodni. Miał już wchodzić do budynku, w którym codziennie cierpiał, kiedy zauważył tego samego dzieciaka, co wcześniej. Granatowe włosy, crocsy i… miecz w jednej ręce. Tym razem nie była to siatka ze świeżymi pieczarkami. Tym razem był to miecz i na pewno nie zabawkowy (chociaż Filemon próbował sobie wmówić, że jest to plastikowa zabawka).
Młody grzybolog uciekał przed czymś dużym i obrzydliwym. Filemon zauważył charakterystyczną czerwoną skórę potwora, przez którą zjeżyły mu się włosy na karku. Stał dłuższą chwilę przed wejściem, ignorując notorycznie zamykające się i otwierające automatyczne drzwi za plecami.
Pewnie, gdyby ruszył się wcześniej, odwrócił i zignorował krzyki oraz ryki potwora, nie musiałby uczestniczyć w tym, w czym zaraz będzie. Raine go bardzo szybko zauważył. Uniósł rękę i pomachał do niego błagalnie, czego nie dało się w żaden sposób nie spostrzec. Filemon miał na nosie okulary. Doskonale wiedział, że machnięcie jest skierowane ku niemu.
Zacisnął zęby. Nie ruszył się z miejsca nawet na krok, patrząc jak Raine ucieka przed ogromnym potworem. Zastanawiał się, co widzieli zwykli ludzi. Co widziałby on, gdyby nie został przeklęty półbóstwem? Dwumetrowego faceta z kominiarką na twarzy? A może niewyróżniającego się z tłumu typowego patusa?
Dotychczas nie mieszał się w sprawy półboskie. Ignorował umierające na ulicach dzieci, bo próbował wieść życie zwykłego śmiertelnika, którym przecież nie był. Przechodził obojętnie obok małych mitologicznych stworzeń. Nie rozmawiał o bóstwach, bo udawał niewierzącego, którego nie interesują nawet mitologiczne książki. To wszystko działo się do dzisiaj.
Pierwszy raz od kilku lat Filemon dotknął palcami swój zegarek nie w celu sprawdzenia, która jest godzina, czy w celu nastawienia wskazówek. Dotknął go w taki sposób, w jaki przywoływał kiedyś swoją broń. Zegarek przekształcił całą swoją konstrukcję, magicznie zmieniając się w długą włócznie z naostrzonym grotem.
Raine ufał Filemonowi bardziej, niż powinien. Nie miał przecież gwarancji, że obcy mężczyzna, który na dodatek za każdym razem był dla niego wredny, pomoże mu w zagrożeniu życia.
— Pierwszy raz widzę coś takiego! — krzyknął, przybiegając do Filemona. Mężczyzna przewrócił oczami. — Co to jest?!
— Coś, co cię pewnie zaraz zabije — syknął.
Mógł nie tłumaczyć Raine z czym będą musieli się mierzyć, ale skoro był już na tyle miły, by wyjść ze swoją prawdziwą tożsamością oraz pomocną dłonią, to w innych kwestiach może pozostać dupkiem.
— Obronię cię! — odkrzyknął z pełnym entuzjazmem. — Dobry z ciebie facet, wiesz? Naprawdę! Jesteś moim najlepszym przyjacielem.
Filemon zamknął na dwie sekundy oczy. Raine był strasznie naiwny skoro uważał, że jest w stanie coś zdziałać przeciwko takiej bestii.
— Najlepiej byłoby, gdybyś stąd uciekł.
Raine jednak nie słuchał. Musiał uznać, że jest jakimś bohaterem, który uratuje swojego nowego przyjaciela — którym Filemon nie był — i postawi na szali własne życie. Rzucił się do przodu i zaczął wściekle wymachiwać rękoma w stronę potwora, by zwrócić jego uwagę. Filemon stał zaraz za nim i wściekle zaciskał palce na drzewcu włóczni.
Nawet jeśli Filemon mógłby z boku popatrzeć na żałosne poczynania Raine, to nie chciał być świadkiem kolejnej bezsensownej śmierci. Obrócił w rękach włócznie i uderzył Raine samą drewnianą częścią. Cios w kolana był na tyle dobrze wymierzony i na tyle mocny, że od razu posłał półboże na ziemię.
Złapał Raine za materiał spodni i pociągnął do siebie, jakby był wypchaną watą zabawką.
— Co, bawisz się w bohatera? — Posłał mu groźne spojrzenie. — Jak chcesz się zabić, to proszę bardzo! Nie będę ci nawet w tym przeszkadzać, dzieciaku.
— Razem możemy go pokonać! — Wyrwał się Filemonowi i dosyć niezgrabnie stanął na prostych nogach. Była zima, a Raine wciąż chodził w tych samych crocsach. — Ogólnie, to uważam, że on wcale nie jest taki wielki!
Potwór akurat zdążył do nich dobiec i uderzył wielką łapą w chodnik tuż obok ich dwójki. Filemon odskoczył do tyłu, trzymając przy sobie Raine, który nawet nie zdążyłby zrobić uniku, gdyby nie pomocny mężczyzna z banku.
— Może jednak jest trochę wielki — wyszeptał. — Ale! Ale uważam, że jesteśmy w stanie go zabić razem!
Większych farmazonów Filemon nie słyszał od wielu lat. Kto mógłby być tak odpowiedzialny, by lecieć w stronę wielkiego, chyba czterometrowego, potwora z myślą, że jest w stanie zrobić mu jakąś realną krzywdą? Odruchem każdego myślącego człowieka była ucieczka.
— Słuchaj, nie bawi mnie to.
Filemon z całych sił próbował odciągnąć Raine od potencjalnej śmierci. Nie wiedział, dlaczego to robił i dlaczego tak bardzo zależało mu, żeby półbogowi nie stała się krzywda, ale nie mógł dłużej patrzeć na te żałosne próby odgrywania super bohatera. Raine przez cały czas mu się wyrywał, krzycząc coś o pomocy i o tym, że znalazł najlepszego przyjaciela na świecie i że na pewno wspólnie będą w stanie zabić tę bestię.
— Patrz na to. — Raine zacisnął palce na rękojeści swojego miecza. — Wezmę go z tej strony, a ty z drugiej!
Filemon nie wiedział, o której stronie Raine mówi. Potwór był duży, ciągle próbował uderzyć ich swoimi łapami, a na dodatek nie posiadał widocznych słabych punktów.
— Nie! — krzyknął, poirytowany. — Zabieraj się stąd, dzieciaku!
Raine pozostał głuchy na te słowa. Rzucił się biegiem w stronę potwora. Uniknął jeden z jego ataków, a Filemonowi nie pozostało nic innego, jak pobiegnięcie za nim.
Cholerny dzieciak, przeklinał w myślach, uważając, by nie dostać w głowę. Co tak duży potwór robił na ulicy San Francisco i dlaczego kręcił się akurat w okolicy jego miejsca pracy?
Raine udało się zranić potwora. Z niewielkiej ranki polało się parę kropel krwi, ale to byłoby na tyle. Potwór tak się wściekł, że czekać mogło ich już tylko najgorsze. Zamachnął się, odtrącając od siebie wirującego z mieczem Raine. Półboże poleciało na bok, uderzając o ścianę innego budynku.
Filemon zacisnął zęby i pobiegł w jego stronę, zostawiając w tyle potwora. Nie to było najważniejsze. Od początku nie chciał z tym czymś walczyć.
Raine osunął się na bok. Z jego głowy leciała strużka ciemnoczerwonej krwi.
— Widzisz? — Uśmiechnął się słabo. Tak samo jak wtedy, kiedy wciskał mu siatkę z pieczarkami. — Udało mi się.
Filemon zamknął na chwilę oczy. Ten dzieciak był niesamowicie głupi.
— Poczekaj tutaj. Zadzwonię po pomoc.
Nie zdążyłby. Po prostu zwyczajnie nie zdążyłby nawet wyjąć telefonu, by zadzownić po pogotowie. Rozwścieczony potwór ich dogonił. Uderzył wielką łapą w ścianę, przy której leżał Raine. Filemon tylko widział lecące kamienie prosto na głowę półboża. Mógł tylko patrzeć. Śledzić lot betonowych odłamków.
Z zaciśniętymi zębami, dudniącą krwią w uszach i złością odbiegł od miejsca zdarzenia. Miejsca tragicznego wypadku. Raine patrzył na niego w tak samo niewinny sposób, jak wtedy, kiedy przyszedł pytać się o cholerny kredyt na grzyby. Był dziwny. Dziecinny. Przekonany, że jest w stanie coś zrobić przeciwko trzy razy większemu przeciwnikowi od siebie.
To kończyło się za każdym razem tak samo. Znów czuł smak metalicznej krwi na języku, chociaż od tamtego dnia minęło już wiele lat. Znów poczuł w sercu to samo ukłucie żałosnej winy, chociaż nie mógł nic zrobić. Nie uchroniłby Raine przed betonowymi odłamkami. Nie był w stanie nawet go odciągnąć. Raine już i tak był ranny. Jednak to uleczyło poczucia winy, które właśnie odczuwał.
Zatrzymał się dopiero trzy ulice później. Zdyszany i spocony. Ręce trzęsły mu się z nerwów. Raine. Może był dziwny. Może był upierdliwy. Nie zasługiwał jednak na taki koniec; to że jednak urodził się jako półbóg nijako sprawiło, że śmierć dogoni go szybciej, niż śmiertelnika.
Nie poinformował nikogo, że nie przyjdzie do pracy. W tej chwili chciał tylko wyciągnąć z siebie to cholerne pochodzenie, które sprawiało, że już do końca życia, nieważne, jak bardzo by się ukrywał, musiał oglądać bezsensowne śmierci dzieciaków.
Kilka dni później zjawił się w miejscu, gdzie ciężkie betonowe odłamki zwaliły się na głowę niewinnego Raine. Uklęknął pod ścianą budynku i w miejscu niewidocznym dla ludzi położył siatkę z pieczarkami. Może to chociaż trochę pomoże dzieciakowi w odnalezieniu się po tamtej stronie. Bardzo chciał w to wierzyć.
On sam już obiecał sobie, że nie dotknie półboskiej broni nawet w chwili największego zagrożenia. Nienawidził wszystkich półbogów. Świat byłby lepszym miejscem, gdyby nie istnieli.
KONIEC WĄTKU PONIEWAŻ RAINE DOKONAŁ ŻYWOTA ŚWIĘTEGO AMEN
────
[1353 słowa: Filemon otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz