WIOSNA V
Jemu za to San Francisco wydaje się obskurne. Jak zawsze zresztą. Piękne miasto pełne obsranych przez gołębie chodników, unoszonych przez wiatr śmieci i żulów proszących o przysługi o znacznie wyższej wartości niż parę drobniaków na najtańsze piwo w pobliskim sklepie. Kal mógłby jeszcze przeżyć to absolutne zniszcznie całego miasta, jego powolne rozpadanie się na strzępy, gdyby nie pogoda – ona już jest kroplą, która przeważa osobistą czarę goryczy chłopaka. Nieważne od pory roku, San Francisco stanowi ostoję dla wszelkiej wilgotności i pochmurności, przyprawiając Kala o kolejne epizody depresyjne i przymus noszenia związanych włosów, bo inaczej po pięciu minutach byłyby wyłącznie napuszoną wełną. Codziennie pól godziny spędza na wybraniu pasującej do jego stroju szpilki do włosów, po czym cały dzień próbuje odgonić od siebie myśl, że jednak wybrał złą, wygląda jak ostatni kretyn i każda mijana przez niego osoba w myślach sobie z niego kpi.
Wychodząc na spotkanie z Eli był bliski wciśnięcia na głowę losowej czapki i pierdolnięcia wszystkich szczotek, gumek, szpilek i spinek w cholerę, ale przegrzebanie ogromnej szafy w przedpokoju to zadanie, które przerosło go tego ranka. Tuż przed wyjściem z drogerii, Kal prędko przejrzał się w najbliższym lustrze i na szybko poprawił fryzurę, której i tak nie dało się już odratować. Po wyjściu, oprócz ust Elianne, na policzkach poczuł chłodny i mocny podmuch powietrza. Już chyba wolał deszcz.
– Kawę, mówisz – mamrocze, ledwo słysząc cokolwiek przez huczący w jego uszach wiatr. Założyłby kaptur, ale nie może zdecydować, czy będzie to lepsze dla jego włosów, czy właśnie gorsze.
– No! – potwierdza Elianne podniesionym głosem, przytrzymując grzywkę na czole. Kal powstrzymuje się od kąśliwej uwagi, że to i tak nie pomoże jej niemożliwym do ujarzmienia włosom, a jej fryzura już dawno straciła kształt. – Jakaś kawiarnia, gdzieś tu chyba była blisko… O!
– To jest piekarnia i do tego taka piekarnia, do której nie mam za-ELI SŁUCHASZ TY MNIE W OGÓLE – krzyczy sfrustrowany, ale jest już za późno. Eli zdecydowanie zapomina, że powinna skonsultować z nim wparowanie do losowej PIEKARNI, która nigdy nawet nie stała obok kawiarni. Mimo tego chłopaka nie dziwi, że sklep przyciągnął Elianne: przytulne, utrzymane w pastelowym, kwietnym motywie wnętrze całkiem nieźle wpasowuje się w jej gust.
– Kal? – odzywa się głos zza lady i on już wie, że jest zgubiony. Stracił krótką chwilę, podczas której jeszcze mógł wybiec z piekarni i udawać, że nigdy go tam nie było.
– hEj FlOrEnCe – duka, pragnąc jak najszybciej zniknąć z powierzchni Ziemi. Ściska ramię Elianne, która BARDZO próbuje zorientować się, co się dzieje, ale zamiast tego jest powoli zaciągana w stronę wyjścia przez Kala, który nie ma najmniejszego zamiaru niczego tłumaczyć.
– Kochanie, coś się stało? – Trudno powiedzieć, czy niska kobieta brzmi bardziej na zszokowaną, czy zmartwioną. – Czemu nie jesteś w szkole? Ach. Tak. Sobota. Potrzebujesz cze-
– Yyy, nie, ma-Fl-mhmppgg, nie, nic nie… Wszystko okej. Tak. Wszystko. Wszystko okej – mamrocze Kal, próbując ponaglającym spojrzeniem zmusić zdezorientowaną Elianne do ucieczki.
– Och! – wykrzykuje kobieta, gdy wreszcie zauważa, że oprócz chłopaka ktoś inny też znajduje się w piekarni. – To ty musisz być… Eli, zgadza się? – zatrzymuje się na moment, celując pulchnym palcem w dziewczynę, która, wciąż nie odzyskawszy głosu, kiwa głową. Florence najwyraźniej jest dumna z siebie, że nie pomyliła jej z jedną z licznych koleżanek Kala. – Nie mówiłeś, że idziesz na randkę! – strofuje chłopaka, a on nawet nie ma sily na udawanie niezręcznego uśmiechu albo przeprosiny, że nie mówi jej wszystkiego. Po prostu wzrusza ramionami, utrzymując beznamiętny wyraz twarzy. – Jeju, a ja w fartuchu… Dobrze, nieważne, już, sekundkę… Dzieci, nie stójcie tak w progu, zaraz wam zrobię herbatkę, pogoda dzisiaj straszna, to się trochę rozgrzejecie – szczebiocze Florence i zaraz znika na zapleczu, w pośpiechu rozwiązując pasek roboczego fartuszka.
– Czekaj! – sprzeciwia się Eli, gdy Kal chce wykorzystać moment na taktyczny odwrót. – Kto to w ogóle jest?
– Mogę ci wytłumaczyć, jak będziemy w tej cholernej kawiarni.
– No chyba nie, przecież ta pani poszła nam robić herbatę, to będzie niemiłe!
– Na bogów, Eli! – jęczy Kal, już trzymając dłoń na klamce. – Naprawdę nie ma potrze-
– Wytłumaczysz mi, co się dzieje? – przerywa mu, a chłopak wreszcie ulega. Jeszcze mu kłótni brakuje do pełni szczęścia.
– To moja… Inaczej. To dziewczyna mojego taty – wzdycha z miną młodopolskiego dekadenta.
– Że… że co proszę? – Elianne marszczy brwi, najwyraźniej jeszcze bardziej zdezorientowana niż wcześniej. – TO BYŁA WENUS? – krzyczy szeptem, a Kal bardzo gwałtownie, z przerażeniem wypisanym w oczach, kręci głową.
– Nie, gdzie tam, Wenus, skąd ci to w ogóle do głowy przyszło? Po prostu… no, wiesz. Mój tata. Znalazł sobie. Dziewczynę. Kobietę. I, ee, to ona? Śmiertelniczka? – precyzuje, najlepiej jak jest w stanie.
– Nie powiedziałeś mi, że masz mamę? – W tym momencie Eli najwyraźniej przechodzi przez co najmniej dziesięć stanów żałoby.
– W sensie, od początku wiedziałaś, że mam mamę, ale po prostu nie tę mamę – tłumaczy pobieżnie. – To trochę świeża sprawa, okej? I sprawa bardziej mojego ojca, niż moja.
– Czemu jej nie poznałam w tamte walentynki?
– Skończ już.
– Powiedz mi teraz, to się nie będzie ciagnął smród – upiera się, krzyżując ramiona na piersi.
– Była wtedy… Cholera, no, nie pamiętam. Jakiś MasterChef albo inne… jakiś tam konkurs, eee… W każdym razie, gdzieś musiała pojechać, nie było jej. Poza tym, to nie jest nic pewnego, jakby, nie żeby byli chociaż narzeczeństwem albo coś… – Nic z tego, co mówi, nie wydaje się satysfakcjonować Elianne. Kal ma ochotę rzucić się pod rozpędzony samochód, byleby tylko uniknąć tej rozmowy i każdej przyszłej rozmowy, w ogóle to zapomnieć o potrzebie prowadzenia konwersacji z innymi ludźmi. – Przepraszam, okej? Możemy o tym nie rozmawiać akurat teraz? – pyta, szepcząc szybko i trochę niewyraźnie, bo z zaplecza wynurza się burza fioletowych loków.
– Możecie ściągnąć kurtki! – informuje ich Florence z radosnym uśmiechem na twarzy. Ze stukotem obcasów podbiega do jedynego stoliczka w pomieszczeniu i stawia na nim tacę z pięcioma pudełkami herbat oraz dwoma kubkami, jakimś cudem nie wylawszy z nich ani kropli. – Nie wiedziałam, jaką lubisz, złociutka, więc tu masz owocowe, tu kolejne owocowe… tu też owocowe, tutaj jest taka z imbirem, rozgrzewająca, tutaj zwykła czarna, a tutaj cukier. Kal, tu masz swoją, już posłodziłam. – Wskazuje na błyszczący, różowy kubek z napisem: „Jeśli przechodzisz przez piekło, idź dalej”. Ten Elianne najwyraźniej pochodzi z tego samego zestawu, tyle że na nim wygrawerowano „Spróbuj być tęczą w czyjejś chmurze”. – Podać wam do tego ciasto? Mam taki świeżo upieczony serniczek, zaraz wam pokroję…
Przyparty do muru (Eli już usiadła), z miną niesamowicie zgnębioną, Kal siada na jednym z dwóch niskich krzeseł i wbija wzrok w swój kubek. To nawet nie tak, że nie lubi Florence. Kobieta jest słodka, sięga mu do ramienia i z całych sił stara się zachowywać jak jego prawdziwa mama. Po prostu chłopak nie może powstrzymać wrażenia, że jej sposób bycia najzwyczajniej w świecie przynosi mu nic więcej, jak wstyd i przypał przed każdym, kto akurat jest w pobliżu.
[1111 słów: Kal otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz