JESIEŃ IV
Wydostanie się z Obozu nigdy nie było dla Vex jakąś wielką filozofią, więc na ulice San Francisco wychodzą całkiem szybko, chociaż w obliczu ciągłego szczebiotania Inez, czas mija znacznie wolniej. Wysłuchiwanie wypływających z jej ust kocopołów przyprawia Vex o ciągłe ziewanie i szukanie drogi ucieczki, dokładnie tak, jak czuje się na każdej lekcji matematyki, na której w życiu było. Całe szczęście, że nikogo nie obchodzi, czy pojawia się w szkole, ale teraz dostaje okropnych flashbacków. Chciałoby nigdy nie zgodzić się na to głupie wyjście na frytki i teraz w spokoju spędzać towarzystwo z samem sobą, farbą i powoli powstającym graffitti.
Ostatecznie nie odpowiada na pytanie o sosie. Inez nie bierze tego do siebie, zaraz zaczyna mówić o czymś kompletnie innym, może na chwilę się zawstydza swoim filozoficznym poodejściem do wyboru SOSU do FRYTEK i całkiem prawdopodobne, że w jej mniemaniu to powinno stać się nową metodą typowania osobowości. Vex, nawet jeśli to zauważa, to się tym nie przejmuje i kontynuuje swoje jak najrzadsze odpowiadanie, skupiwszy się na odnalezieniu jednego zew swoich ulubionych barów. Wyjście z labiryntu w San Francisco co jakiś czas zmienia swoją lokacje i przez chwilę Vex musi analizować zapisaną w jego pamięci mapę miasta, żeby wreszcie zorientować się, gdzie te głupie tunele Dedala ich wysrały. Każdy krok tylko upewnia go, że jego przewidywania są poprawne i całkiem szybko udaje im się zasiąść w barze, który idealnie oddaje osobowość Vex. Uwielbia tutejszego barmana, który na każdego wchodzącego klienta patrzy dokładnie tak, jak ono sobie wyobraża, że patrzy na ludzi. Spod byka, groźnie, ze zmarszczonymi brwiami. Stoi za barem w sposób, do którego Vex aspiruje, a nigdy nie będzie mogło go osiągnąć – nieważne, jak wielkie mięśnie sobie wybuduje, już nie da rady urosnąć do niema dwóch metrów. Swoją genetykę potępia, ale równie mocno potępia buty na obcasach i koturnach, chyba że to glany z ogromnymi podeszwami. Jego aktualne glany mają te podeszwy zdarte tak mocno, że ostatnio musiało wyciągać z nich gwoździe, które ledwo utrzymywały się w cienkiej warstwie gumy.
– Na pewno tutaj? – pyta Inez, jeszcze zanim usiedli przy stole. Brzmi na tak zaniepokojoną, że Vex postanawia się poświęcić i rozejrzeć po dobrze znanym, pogrążonym w półmroku pomieszczeniu i nie widzi w nim niczego, co wyglądałoby jak potwór.
– No ta – odpowiada głosem ociekającym frustracją. Jaki ta pozerka ma teraz problem?
– Bo wiesz. Tutaj jest tak… Nie wiem. Wygląda jak miejsce, gdzie ludzie… w trudnej sytuacji finansowej oraz psychicznej przychodzą, żeby, wiesz, upić się do nieprzytomności albo się naćpać i… – tłumaczy, machając rękami we wszystkie strony.
– To normalny bar, lamusie – prycha Vex i, nie zważając na jej dalsze protesty, pewnym krokiem wchodzi w głąb przybytku.
– Wiesz, chyba gdzieś niedaleko były foodtrucki, dlatego w ogóle cię chciałam wziąć. Zjeść na świeżym powietrzu, rozumiesz, bo tutaj jest trochę duszno, nie wiem, czy zauważyłoś…
– Mi to jest zawsze duszno – odpowiada, skutecznie ucinając wątek. A przynajmniej myślało, że w ten sposób skutecznie go utnie i będą mogli przejść do przyglądania się menu w poszukiwaniu upragnionych frytek, na które ochotę Vex straciło podczas przedzierania się przez labirynt.
– No właśnie! – podejmuje Inez, zdecydowanie za głośno. – Lepiej dla ciebie byłoby zjeść na świeżym powietrzu, a nie w takim niewietrzonym od tygodnia barze, przecież tutaj chodzi o twoje zdrowie, a no, jak jesteś chore, to musisz o nie dbać znacznie bardziej niż wszyscy inni.
– Nie mów mi, co mam, kurwa, robić – odpowiada, na granicy przypierdolenia Inez w jej głupio uśmiechającą się twarz. Dziewczyna unosi dłonie w poddańczym geście, chyba próbując go tym udobruchać. – Słuchaj. Lubię tu przychodzić, okej? I tyle. To fajne miejsce. Ma vibe. I jak nie chcesz tu być, to droga wolna, wypierdalaj w podskokach na te swoje foodtrucki, pozerko.
– Um, przepraszam? – mówi i może Vex słyszy jawną skruchę w jej niepewnym głosie, ale niewiele go to obchodzi. Kompletnie ją ignoiruje, odwraca się od niej i opiera łokcie na barze (musi stanąć na palcach, żeby od strony barmana wyglądało to jak naturalny ruch).
– Dobry – wita się, już samo nie wie, czy bardziej zdenerwowanym, czy ponurym tonem. Jego marzeniem jest, żeby kiedyś, może za parę tygodni, może za parę lat, barman zamiast cichego skinięcia głową, odpowiedział mu: „to, co zwykle?”. Zawsze przez jakieś dwie sekundy czekało na inną reakcję, a dopiero potem przechodziło do wymamrotania pierwszych rzeczy do picia i jedzenia, które przychodziły mu do głowy, nie zawsze pilnując, żeby zamawiać to samo, wizyta po wizycie. – Klasycznego smasha. Z colą.
Barman znowu w milczeniu kiwa głową, po czym przenosi wzrok na Inez, jakby spodziewał się, że są tutaj na randce. Vex dobrze wie, że nie zamówiło obiecanych frytek. Nie miało najmniejszego zamiaru nawet domawiać do swojego ukochanego zestawu jakichś głupich frytek, które ona sobie wymyśliła. Pewnie gdyby wzięło, postanowiłaby, że skoro ono zamówiło, to ono zapłaci i jeszcze pewnie PODZIELI się z nią swoim jedzeniem. Jakby było jakimś bananem, który może trzepać kasą na prawo i lewo. Ona zdecydowanie jest dzieckiem bogatych rodziców. Inaczej nie miałaby pieniędzy na te wszystkie kolczyki, tatuaże i ubrania imitującre styl prawdziwych punków. Vex przysięga, że jest w stanie wyczuć od niej smród osób kupujących wszystko na Shein.
────
[836 słów: Vex otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz