WIOSNA
Znużona, pośród gwaru ludzi, którym by nie dała nawet paprotki do popilnowania, zastanawiała się, co tu w ogóle robi. Pierwsze wrażenie? „Demeter, zabierz mnie stąd, możesz zamienić mnie w roślinkę, cokolwiek” pomyślała. Dotarła jednak do konkluzji, że nic by tutaj nie przeżyło za zasłoną gęstego dymu.
Gdy wróciła do domu i wzięła prysznic, zastanawiała się, czy ten plecak jest jej w ogóle potrzebny. To tylko plecak. Nie ufała losowym zbiegom okoliczności, a kradzież wyświechtanego przedmiotu, w siłowni pełnej ludzi z bogatszym wyposażeniem, należała do nich. Nie mając nic lepszego do roboty następnego dnia (dalej dostawała coraz mniej zadań, bo nie posługiwała się elektroniką), poszła do dzielnicy, w którym rzeczony bar miał się znajdować.
Była to bez wątpienia obskurna speluna, samo znalezienie jej zajęło trochę czasu. Na szyld natrafiła wyłącznie dlatego, że jej uwagę zwrócił przebiegający obok szczur. Dahlia cieszyła się, że nie ubrała się w smart casual, tylko włożyła pierwszą lepszą bluzkę, ale nawet i w niej czuła się zbyt elegancko. Zeszła po schodkach i wraz z otwarciem drzwi uderzyły jej w twarz kłęby dymu papierosowego. Miejsce było tak old school, że nawet mieli swoją tablicę ze zdjęciami (prawdopodobnie) tubylców, którzy prezentowali swoje zdobycze wędkarskie.
Nie pokazała swojego szoku, ale było ewidentne, że Isobel ni wuja nie pasowała do tego miejsca. Wizualizowała o wiele czystsze miejsca, może bardziej eleganckie, które nie wymagały patrzenia pod nogi w celu niezdeptania szczura. A przynajmniej nowo poznana koleżanka zasługiwała na to, bo Dahlia nie wątpiła w to, że po jej zatrudnieniu zwiększyła się liczba osób odwiedzających ten… przybytek. Wystarczyło jej jedno rozejrzenie się po sali, żeby zobaczyć spojrzenia dziadków oraz delikwentów, jakie rzucali Isobel.
Sama pracowniczka nie dawała po sobie tego poznać, poruszała się jak ryba w wodzie i roztaczała aurę całkiem niezłej charyzmy. Na pewno była to zasługa rosłego chłopa przemieszczającego się tu i ówdzie, który zdążył się przyzwyczaić do jej obecności. Dosłownej, bo gestykulowała naprawdę żywo, konieczny dodatek do komunikacji przy pierdzących głośnikach.
— Mieszka nad twoim współpracownikiem? To wszystko chyba jest za proste.
— Co masz na myśli? — Isobel podawała kolejny kufel i przeliczała podany jej kwitek banknotów.
— W tak dużym mieście, jak San Francisco, wyłapałyśmy tak szybko jedną osobę? — Dahlia pokręciła głową. — Coś tu jest nie tak.
— Hej, hej, przesadzasz! To twój plecak i trzeba go odzyskać. Sądzę, że to zrządzenie losu, że akurat sobie przypomniałam o jego szpetnej buźce. Falagamus? To jest imię czy nazwisko? Kto się tak, do cholery, nazywa?
— Na to pytanie to ci nie odpowiem. — Dahlia wzruszyła rękami, pozwalając sobie na nikły uśmiech.
Isobel zniknęła w gąszczu, z tacą pełną piw. Może na siłowni nie wycisnęła dużej wagi przez brak techniki, ale na pewno miała w sobie sporo siły. I doświadczenia w manewrowaniu między stolikami oraz klientami. Dahlia nie miała innego wyboru jak czekać przy tej ladzie, wpatrując się w cokolwiek, co Barny robił. Resztę widziała jak przez mgłę, ale przynajmniej odór fajek już tak nie gryzł jej gardła.
— Bar zamyka się o drugiej… — Usłyszała niebezpiecznie blisko prawego ucha i się wzdrygnęła.
— Bogowie! Nie do ucha! Prawie zeszłam na zawał.
Skarciła też siebie w myślach, za nieuwagę. Była przecież na tyle wyczulona w życiu, że ciężko było ją podejść. A jednak. Nawet nie piła, co trochę bardziej odbiło się na jej poczuciu bezpieczeństwa. Czyżby przebywanie z Arnar otępiło jej zmysły?
— Uważaj, bo w tej okolicy ludzie wolą tego jednego Boga i chętnie ci wcisną pamflety o tym, jaki nie jest super.
— No tak, totalnie w tym miejscu czuć boską obecność. — Dodała w myślach „Dionizosa chyba”. — Coś mówiłaś?
— Tak, bar zamyka się o drugiej, ja mogę wyjść nieco wcześniej i możemy zajrzeć do szacownego Falafela. — Rozpromieniła się dziewczyna.
— O drugiej w nocy?
— No tak, zapomniałam, że taki chłop jak on jest wzorcowym, szanowanym obywatelem, który musi dobrze się wyspać, żeby pójść do normalnej pracy za biurkiem. — Ironizowała Isobel, wycierając szmatką stolik obok.
Podsłuchujący Barny tylko podniósł brew.
— Isobel, to tylko plecak… Nie będę wyważać drzwi o drugiej w nocy!
— Grzecznie poprosimy, grzecznie odda. I wcale nie musimy wyważać drzwi! — Ściszyła głos i uśmiechnęła się niczym chochlik. — Ja na przykład bardzo dobrze dogaduję się z drzwiami. Bezgłośnie. Trzeba nauczyć cholernego gówniarza manier. Chcesz może piwo? Chcesz, dzisiaj świeże lane i w dodatku zmywarka działa, także kufel będzie czyściutki.
Córka Demeter nawet nie miała jak zaprotestować. Westchnęła i pozwoliła sobie poczekać, żeby zobaczyć, jak się sprawa rozwinie. Doszła do takiego momentu w życiu, że ostatnio częściej traciła kontrolę i nie wiedziała, jak się z tym czuć. Arnar przekonywało ją, że za bardzo chce ustalać wszystko, gdzie powinna popłynąć z nurtem wydarzeń. Jak miała traktować jeno słowa poważnie, jeżeli na jednym ze spotkań z tym dzieckiem Hermesa dosłownie wyskoczyli z okna, uciekli przed latającą, obleśną świnią, która wsunęła na śniadanie jakiegoś półboga po drodze. Wtedy zdecydowanie płynęła z nurtem, bo nie miała wyboru. Nie mówiąc o równi pochyłej, czyli Lucienie próbującym manipulować nią za pomocą wina. A teraz będzie czekać na rudowłose uosobienie ADHD, które ma zamiar włamać się do domu jakiegoś złodziejaszka, bo chce bohatersko odzyskać plecak Dahlii. W którym dokładnie momencie straciła trakcję?
Prychnęła pod nosem i wzięła łyk zimnego piwa.
Chłodnawe powietrze uderzyło w twarz, kiedy w końcu z zadymionego, zatłoczonego przybytku wyszła na ulicę. Piwo było w porządku, ale nic nie zastępowało detoksu płuc. W barze dalej przebywało sporo gości, ale widocznie nowa znajoma była w stanie wyprosić wcześniejsze wyjście.
— Załatwimy to szybko. Na pew… — Zaćwierkało coś z boku.
Dahlia wzdrygnęła się już drugi raz. O dwa za dużo.
— Cholera jasna, może jakieś ostrzeżenie? Podkradasz się zbyt cicho!
— A, tak, jasne. Tak już chciałam powiedzieć, wystarczy, że cię zobaczy i na pewno odda ci twoją własność. A jak go nie będzie w domu, to może nawet lepiej, się tylko odszuka i weźmie.
— Chyba, że design tego plecaka się jemu spodobał i teraz chodzi z nim po mieście, wypełniając go innymi skradzionymi rzeczami. — Odburknęła Dahlia
— To wtedy coś wymyślimy. A teraz kierunek na południe! Co mi tylko przypomniało, jak mój znajomy ukradł drugiemu zegarek i przez dłuższy czas go szukaliśmy, a następnie…
Oto tym sposobem Dahlia nie miała jak zaprotestować i ruszyła z Isobel w drogę, słuchając wielu opowieści.
────
[1010 słów: Dahlia otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz