niedziela, 31 grudnia 2023

Od Heather do Avery — „Omijamy domek Dionizosa”

Ble, sylwester — czyli dzień, w którym herosi najchętniejsi byli do łamania zasad. Chyba. Domek Dionizosa, na ten moment, ignorowała. Zasłużyli na to, głównie przez to, że zaprosili ją do siebie. Oczywiście, zaproszenie zignorowała, ale miło, że pamiętają. Niezbyt lubiła sylwester, nawet jeśli nie chodzi o to, że nieletni się alkoholizują. Jakoś nie rozumiała, czemu ludzie świętują. Jej, rok bliżej do nieuniknionej zagłady! W sumie można tak świętować każdy dzień. Jeeej, trzydziesty pierwszy maja! Tak, to bez sensu.
Kiedy jeszcze mieszkała z ojcem, to też było bez sensu. Jeej, puszczamy fajerwerki, które straszą dzikie zwierzęta! Wiecie, że przez takie strzały kozice mogą się spłoszyć i spadać z dużych wysokości, doprowadzając do ich śmierci? Ale fajnie! Do tego, bardzo nie lubiła, jak w gości przychodzili jacyś ludzie, których widywała… no, tylko w sylwestra. A jedynie co mieli jej do zaoferowania to nagroda pieniężna i „ale ty urosłaś, normalnie prawie cię nie poznałam”.
Uznała, że dobrą destynacją będzie domek Ateny — tam mieszkało Avery, czyli jedyny heros, który wydawał się nie-taki-głupi. Znaczy się, inteligencją się nie wykazało, kiedy walczyło z chimerą, ale i tak, było dzieciakiem bogini mądrości. Musiało wiedzieć, że nie dość, że alkohol to łamanie prawa, to do tego, psują sobie tym zdrowie! Dlatego trzeba ich wszystkich powstrzymać, zanim zrobią coś sobie albo innym.
Zapukała do drzwi, po czym zauważyła białowłose Avery. A raczej, musiała spojrzeć trochę do góry. Przeklęte metr i pięćdziesiąt osiem centymetrów wzrostu. Musi sobie kupić buty z podeszwami, przez które będzie przynajmniej tylko trochę niższa od przyjaciela.
– Przeprowadzamy inspekcję. – stwierdziła, bez większych detali. – Chodź. Dionizosiątka omijamy. – dodała, nie wyjaśniając czemu. Nie ma po co. Dopiero po chwili chodzenia i wybierania ofiar zaczęła wyjaśniać. – Jeśli ktoś pije i mi nie powiedział, to idziemy nakablować do Chejrona. Chyba że nam coś zaoferują. To mogą dalej. – zerknęła na Avery, upewniając się, że zrozumiało plan. Nawet jak nie zrozumiało, to zrozumie w akcji. W końcu to nic trudnego.


Avery?
◇──◆──◇──◆
[318 słów: Heather otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

Od Havu — „Jezus Szlugus”

Jak on miał dość pracy. Chciałby siedzieć na dupie i do końca swoich dni nic nie robić. Nie, wróć, mógłby preparować zwierzęta. To już jest zajęcie godne jego czasu. Zajęcie, któremu się poświęci i nigdy, ale to nigdy, nie będzie płakać po kątach.
Szedł właśnie do pracy, przekliknając cicho pod nosem, bo próbował ugadać z szefem, by ten dał mu dzisiaj wolne. Nie zgodził się. Powiedział, że Havu jest zbyt dobry. Dobry w czym? W przerzucaniu frytek? Pracuje tutaj tylko dlatego, bo… ach, za długo temat. Szkoda strzępić ryja.
Kopnął kamień i poszedł dalej, mijając kolejne kawiarnie, w których mógłby teraz siedzieć, popijając kawę. Śmierdzące fast foody. Jak ludzie mogą to jeść? Obrzydliwe. Tyle tłuszczu, tyle cukru, tyle gówna. Wolałby już zjeść martwego szczura niż bułkę z zapanierowanym mięsem, usmażonym na głębokim oleju.
I tak właśnie wszedł do pracy, żeby pierwsze pięć godzin spędzić na narzekaniach. Współpracownicy oczywiście się śmiali. Takie zabawne. Oni wiecznie się śmieją, kiedy Havu kurwi na śmierdzące frytki. A on nie żartuje. Nigdy nie żartował, kiedy obrażał klientów oraz całe to miejsce pracy.
Miał dzisiaj zły dzień. I ten zły dzień nie był przez to, że przyszedł do pracy. Ten dzień był zły przez to, że skończyła mu się paczka papierosów. Nie zdążył ich rano kupić. Za późno wywlókł się z łóżka, przez co prawie spóźnił się do ukochanej roboty. Tragedia.
Został w końcu puszczony na przerwę. Idealnie. Odpoczynek. Zaszył się na zapleczu, gdzie kucnął w słowiańskim przykucu i westchnął.
— Szkoda, że nie wierzę w Boga… znaczy, kurwa, mój stary był Bogiem. Co ja pierdolę. — Podrapał się po głowie. — Nieważne, na pewno musi być jakiś Bóg papierosów. To byłoby głupie, gdyby nie było, bo przecież istnieje Bachus… — Mruczał do siebie, brzmiąc jak schizofrenik. — A może to Bachus był Bogiem szlugów? Alkohol i szlugi… idealnie. — Uśmiechnął się do siebie. — Dobrze więc, wznieśmy modły do Boga szlugów i alkoholu, Bachusa — odchrząknął i zaczął nawijać wymyśloną wiązankę: — Szlugu nasz któryś jest w niebie, święć się imię twoje, przyjdź palenie twoje bądź dym twoja jako w niebie tak i na ziemi, szluga naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze jaranie jako i my odpuszczamy naszym winowajcom i nie wódź nas na palenie, ale nas zbaw ode złego, amen. — Zrobił ukłon, zacisnął oczy i trwał w tej pozycji dobre pięć minut.
Nie minęła chwila, aż nie usłyszał głosu współpracownika:
— Ej, a co ty właściwie robisz?
Poderwał się jak poparzony i głupio uśmiechnął do kolegi, który stał przerażony z colą w ręce.
— Heeej, wiesz co? Opowiem ci historię o pewnym Bogu.
— Brzmisz jak najebany.
Havu zaśmiał się i poklepał znajomego po ramieniu. Nie był najarany. Był po wyczerpującej modlitwie, na której został jeszcze przyłapany w niedogodnej dla nikogo pozycji.
Zaprowadził młodego chłopaka w głąb pomieszczenia, aby nikt więcej ich nie podsłuchiwał i zaczął:
— Wiesz… w mitologii rzymskiej był taki Bóg. Bóg papierosów, czaisz?
— I ten Bóg papierosów umiał rzucić ci paczkę, jak się pomodliłeś?
— Tak, dokładnie tak! Jest kilka modlitw do tego Boga. Nazywa się Bachus. I wyobraź sobie, że Jezus… był synem Bachusa. Mało kto o tym mówi, bo przecież Bachus to Bóg szlugów, ale to prawda. — Wyszczerzył zęby.
— Co ty pierdolisz.
— No nie kłamię. Tak mówią najnowsze badania, że Jezus był synem Boga papierosów i trunków. Sam Jezus natomiast, gdy szukał wiernych, to rozdawał im w podarkach paczki papierosów.
— Havu… wiesz co…
— Nie przerywaj mi! — Podniósł palec wskazujący. — Chcesz się ze mną pomodlić do Boga petów? Znam fajną modlitwę.
Współpracownik nie był przekonany, ale zaraz rozbawiony odłożył kubeczek z colą i pokiwał głową. Havu więc wymyślił na szybko kolejną wiązankę i zaczął powtarzać na głos:
— Wierzę w jednego szluga, peta wszechmogącego, stworzyciela jarania i palaczy, wszystkich rzeczy jaralnych i niejaralnych. i w jednego pana Jezusa Szlugusa, syna papierosa jednorodzonego, który ze szluga jest zrodzony przed wszystkimi wiekami. Szlug ze szluga, papieros z papierosa, pet prawdziwy z peta prawdziwego.
Kolega powtarzał za nim słowo w słowo i tak na koniec wykonali pogłębiony ukłon japoński, niemalże całując brudną podłogę zaplecza.
— Chłopcy. Przerwa wam się skończyła — Obudził ich dopiero głos kierowniczki, która najwyraźniej przyzwyczajona do Havu i jego pomysłów nie zwróciła na nic uwagi. Pogoniła za to tych dwóch głupków do roboty i tak rudowłosy resztę dnia spędził przerzucając frytki, przeklinając durnych klientów, nie mając przy sobie żadnej paczki papierosów. Pety udało mu się kupić dopiero później, w najbliższym sklepiku i w drodze do domu wypalił ze trzy. Kocha zdrowy styl życia. I kocha Jezusa Szlugusa.

◇──◆──◇──◆
[735 słów: Havu otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Kazue — zlecenie #9

Spokojnie sobie ćwiczyła walkę mieczem, a nagle jakaś dwójka dziwaków do niej podeszła. Jeden zaczął coś tam gadać o graniu na jakimś instrumencie, a drugi beztwarzowiec wydawał się potakiwać burczeniem brzucha. Dopiero kiedy zerknęła na brzuch nietypowego stworzenia, zauważyła… że, no, jego twarz znajduje się na jego torsie. Różne dziwy widziała, więc jedyne co sobie pomyślała to „aha, zajebiście”. Podobno ten brzuchomówca chciał nauczyć się na czymś grać. Wszystko byłoby ok, gdyby sama wiedziała, jak się gra na czymkolwiek, oprócz na nerwach. Jasne, jej brat coś tam umie, ale chuj jej po bracie w Vermont.
– No… e… jaki instrument ci się widzi? – spytała, starając się patrzeć w oczy jej nowego koleżki bez czucia się niesamowicie niekomfortowo.
– Wiesz, myślałem o czymś w stylu fletu. – odpowiedział, a Kazue od razu zaczęła sobie wyobrażać, jak blemmjowie mieliby grać na flecie.
– O, nie… może coś w stylu ukulele albo gitara? – zaproponowała, patrząc jak ekspresja… torsu się zmienia.
– Och, skoro nie flet, to może saksofon? – spytał, a jedyna odpowiedź, jaka przychodziła herosce do głowy to ucieczka. Mimo tego nie może tak po prostu biedaka zostawić. Westchnęła, po czym wyciągnęła spod łóżka gitarę, która była tam w sumie… od bogowie wiedzą jak długo. Wyglądała, jakby jakiś hipis grał na niej ballady do swojej ukochanej. Podała ją uprzejmemu koledze, czekając, aż sam coś z nią wymyśli.
– Bę, bę… – zaczął dotykać strun, naciągając je, żeby robiły jakoś dźwięk. A z tego, co było jej wiadomo, nie tak grało się na gitarze. Wzięła ją, po czym zaczęła się trochę męczyć z nastrojeniem jej, ale jakimś cudem jej się udało. Chyba oglądanie jak jej brat grał było przydatne. Potem podała ją znowu blemmjowi, a po chwili szperania wyciągnęła również kostkę, na której był wizerunek czegoś, czego nie mogę opisać.
– Okej, trzymasz kostkę i drugą ręką trzymasz struny na tym czymś, to się chyba nazywa szyjka, rączka, nie wiem, niezbyt mnie to interesuje. – spróbowała ustawić ręce Grześka (przynajmniej tak go postanowiła nazywać), aby były tak, jak pokazywała. – I zmieniasz palce, kostką brzęczysz te struny, które trzymasz. – dodała, dając znak, żeby spróbował coś zagrać. Było źle, ale nie tragicznie! – Dobra, przy- przestaniesz już? Dziękuję. Przydałoby się, abyś znał jakieś nuty… – zaczęła się zastanawiać, na tym jej wiedza się kończyła. Na szczęście, ma magiczne urządzenie zwane telefonem. Wyszukała najłatwiejsze nuty do nauczenia się i o, są! – C-dur, e-moll, A-dur… a wiesz co, pierdol, wszystko już umiesz. – stwierdziła, rozsiadając się. – Aby grać, po prostu chwytasz i napierdalasz tym kogoś, kto cię wkurzył. Tak, dokładnie tak. – potwierdziła, kiedy Grzesiek zaczął ćwiczyć wymachy. – A jak chcesz jakiś dźwięk, to sobie znajdź tabulatury. To takie coś, że masz sześć linii, odpowiadają strunom i masz tam zapisane jakieś cyferki, które coś znaczą. Nie martw się, złapiesz od razu. Tak, idź się pochwalić. – kiedy jej nowy kolega wybiegł z domku Aresa, aż się wzruszyła. Ach, tak szybko dorastają… ej, tak właściwie, czy ta gitara nie była pamiątką po jakimś zmarłym herosie...? A chuj, trudno, nie będzie mu przeszkadzać, już nie żyje. A nawet jeśli, to nic z tym nie zrobi. Sorry, martwy nieznajomy bracie.


◇──◆──◇──◆
[508 słów: Kazue otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia + 30 PD za wykonane zlecenie]

Od Luciena do Jesúsa i Avery — „Sylwestrowy hangover”

Sylwester zbliżał się wielkimi krokami, a to oznaczało tylko jedno — alkoholowa impreza. Lucien już nie mógł usiedzieć na miejscu na samą myśl, że może pójść na randkę z butelką wina. Jednak, żeby nie było zbyt smutno, postanowił zgarnąć innych obozowiczów do świętowania. Z początku łatwo nie było — nikt tak bardzo nie ubóstwiał smaku procentów, co dzieciak Dionizosa.
Chłopak przykucnął pod domkiem dwunastym i się namyślił. Skąd wziąć więcej ludu? Przecież impreza złożona z samych dzieciaków boga wina będzie zbyt nudna; bo wypiją hektolitry alkoholu i żaden z nich zbyt szybko się nie wstawi. Potrzebują kogoś ze słabszą głową, aby było zabawniej.
Siedząc w przykucu sebixa osiedlowego dostrzegł swoją pierwszą ofiarę — krótkie, białe włosy, niezbyt wysoka osoba. Nie wiedział, czy się zgodzi, ale kojarzył z widzenia, że to dzieciak Ateny. Dzieci od tej Bogini nie potrafią obchodzić się z alkoholem.
Podniósł się z bólem, gdyż kości młode już nie są (ma 16 lat) i spokojnym krokiem pomaszerował w stronę celu. Uśmiechnął się przyjaźnie, kiedy szare oczy zetknęły się z jego i zagadał:
— Robimy imprezę sylwestrową, wpadniesz?
Proste pytanie, więc przydałaby się prosta odpowiedź.
— Jesteś dzieckiem Dionizosa?
Aż tak po nim to widać? Przecież jeszcze nie pił.
— Tak, ale nie musisz się bać, to będzie porządna impreza. Tylko po jednej butelce wina na głowę. Obiecuję. — Uśmiechnął się szerzej.
Dziecię Ateny jednak długo się zastanawiało. Rozglądało się w różne strony, jakby chciało uniknąć parzącego wzroku Luciena.
— Chodź. — Chwycił delikatnie nadgarstek rozmówcy i ruszył w stronę domku. A w środku wiele osób pracowało nad wystrojem, szykowaniem przekąsek oraz oczywiście trunków.
Gdy weszli do środka przywitał ich bardzo miły, ciepły zapach upieczonych bułeczek. Ciekawe kto potrafi tak dobrze obchodzić się z jedzeniem?
— Okej, żeby być uprzejmym, to się przedstawię. Jestem Lucien. — Wyciągnął chudą, zimną dłoń. Nigdy nie zapomni o dobrych manierach, których uczyła go matka.
— Avery.
— Super, to skoro się poznaliśmy, może usiądziesz sobie… — Rozejrzał się. — O tam! — Wskazał wolne krzesło. — Nie martw się, zaraz do ciebie wrócę. Potrzebujemy więcej osób, a ja jestem, tak się składa, grupowym. Zajmuję się tym, więc jeśli mi wybaczysz… — Uśmiechnął się. — Czuj się jak u siebie, dziecię Ateny!
Wybiegł na zewnątrz, gdzie poszukiwał kolejnych ofiar. Kilka obozowiczów weszło nawet bez namawiania, gdy tylko usłyszeli odgłosy obijających się butelek. Musieli mieć to we krwi. Jakaś cząstka Dionizosa w nich siedziała. Inni zaś odchodzili, kręcili głowami bądź wzdrygali się, jak usłyszeli, że Lucien jest dzieciakiem Boga słodkich, procentowych trunków.
Chłopak w końcu się poddał i uznał, że mają już wystarczająco gości. Wrócił do środka, gdzie powitały go słodkie, nużące zapachy wina, ciast oraz innych, przepysznych wypieków.
Uśmiechnął się do swoich ziomków i usiadł obok jednego z nich — czternastoletniego meksykanina. Nie powinien dopuszczać go do alkoholu, w końcu jest jeszcze bardzo młody, ale… inaczej nie byłoby zabawy.
— Na co masz ochotę? — zagaił, w międzyczasie wyszukując wzrokiem białowłosego dzieciaka Ateny. — Mogę nalać ci szampana albo… — Podniósł gwałtownie głowę. — O, Avery! Chodź tutaj! — Pomachał do równieśnika. — Dobra, niech więc będzie szampan… — Wrócił do kolegi.

Avery, Jesús?? 
 ◇──◆──◇──◆ 
[490 słów: Lucien otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

piątek, 29 grudnia 2023

Od Doriana do Lexi — „Nie śpię bo ćwiczę”

Kiedy był młodszy, wydawało mu się, że wszyscy się z niego naśmiewają. Nie byłoby w tym nic dziwnego, dzieciak, który ma magiczną matkę, dodatkowo niewidomy i z psem przewodnikiem. Młodzi są jednak okrutni i gdy dostrzegą twój słaby punkt, to wykorzystają go w najbardziej obrzydliwy sposób. Zgnoją cię tylko, dlatego że jesteś inny. Takie są dzieci. Nie byłyby takie, gdyby rodzice poprawnie je wychowywali, ale Doriana to nie obchodziło. Dzieci były i będą okrutne.
Do obozu trafił w wieku trzynastu lat i pierwsze, o czym myślał, to o tym, by wyrobić sobie renomę. Ćwiczył tak długo i tak intensywnie, że nie raz nie mógł ustać na nogach. Siadał wtedy pod jakąś ścianą, z dala od innych, żeby nikt przypadkiem nie dostrzegł, jak ten dyszy.
Udało się to tylko w minimalnym stopniu. Niektórzy rzeczywiście podziwiali chłopaka. W końcu niewidomy, a potrafił, więcej niż oni. Inni za to… niezbyt się tym interesowali. Byli leniwi. Tak myślał Dorian. Każdy, kto nie chciał z nim ćwiczyć, przepychać się lub próbować nowych technik walki był leniem.
Ta obsesyjność na punkcie bycia wytrenowanym i „lepszym” skończyła się ostatnio niezbyt dobrze. Doprowadziło to chłopaka do łóżka. Skręcił kostkę. Pies przewodnik nie był od tego, by nosić ludzi, wozić ich jak konie, więc Dorian leżał przykuty do łóżka, patrząc (niedosłownie, bo nawet nie widział) w ścianę. Dopiero trzeciego dnia spróbował się podnieść. I poleciał jak długo na ziemię. Poobijał sobie szczękę, żebra oraz w sumie… wszystko.
Teraz mijał czwarty dzień od wspomnianego wypadku. Dorian uważał, że czuł się już lepiej i ignorując zmartwienia innych, znów postanowił wstać. Kulejąc, wymknął się z kohorty i przez najbliższe dziesięć minut ciągnął za sobą nogę niczym zombie w tych durnych serialach.
— Dosłownie wiem, że przede mną stoisz. Odsuń się. Idę ćwiczyć — warknął do kogoś, kto śmiał zatorować mu drogę. Kiedy jednak uparciuch nie ustąpił mu drogi, Dorian spróbował go wyminąć, prawie potykając się o własne nogi. — Nie mam czasu. Przez trzy dni leżałem w łóżku z powodu tej cholernej kostki. Nie mogę dalej leżeć, dlatego bądź taki miły i przestań mi przeszkadzać. — Wyciągnął przed siebie ręce, chcąc złapać nieznajomego. I kiedy palce rudowłosego zetknęły się z koszulką tego kogoś, to od razu zacisnęły się na materiale.
— Nie wiem, czy to mądre, żeby ćwiczyć w takim stanie.
— Nie jesteś moją matką. Idę trenować ręce. Rozumiesz, bicepsy. Nie nogi.
— Jesteś uparty.
— Nie. — Pociągnął za ubranie nieznajomego. — Ty jesteś. Zmarnowałem przez ciebie cenne pięć minut, które mogłem wykorzystać na trening. Nie wierzę, że akurat dzisiaj musiałem spotkać kolejnego lenia. Idź, wróć do swojej kohorty i leż cały dzień w łóżku, proszę bardzo.
Posunął dalej, ciągnąć kontuzjowaną nogę i pod nosem przeklinał kogoś, kto zajął mu czas. Przecież to logiczne, że nie będzie biegać. Chciał wzmocnić mięśnie rąk. Już nawet znalazł sobie ciekawy kamień, który zamierzał podnosić i odkładać. Tak nabierze mięśni.
Przyszykował się do podniesienia dosyć sporego kamienia i wtedy… coś strzyknęło rudzielcowi w kręgosłupie. Skrzywił się i upuścił głaz na kontuzjowaną nogę, krzywiąc się jeszcze bardziej.
— Ja pierdolę! — wrzasnął oburzony. Zamachnął się, by kopnąć wredną skamielinę, ale wtedy poczuł czyjąś dłoń na swoim ramieniu.
Odwrócił się jak poparzony i krzyknął:
— Hej! Nie widzisz, że tu ćwiczę?!


Lexi?
◇──◆──◇──◆
[522 słowa: Dorian otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Dorian Walsh

METODA MARCHEWKI I KIJA. MARCHEWKA BYŁA DLA WOŁU, A KIJ DLA CHŁOPA, JAK SIĘ LENIŁ.

zdjecieDorian WalshON/JEGO — 16 LAT — PÓŁBÓG — KANADYJCZYK — 0 PD — 2 PU — 100 PZ.zirco.

SYN INVIDII

Podsumowanie Smellstobera by Mae

Czy to podsumowanie powinno się tu pojawić jakieś dwa miesiące temu? Może, ja się do niczego oficjalnie nie przyznaję, nic mi nie udowodnicie.
Jak to mówią, lepiej późno niż wcale, co nie?

LICZBY

Zaczynamy od nudnych cyferek, bo macie jako jednego z adminów nudnego człowieka, który lubi nudne cyferki, nie dziękujcie.
W ciągu trwania całego eventu (a raczej 21 dni, bo 3 tematy najwyraźniej kompletnie Wam nie podeszły i zostały potraktowane po macoszemu xD), na blogu pojawiło się 78 drabbli.
Największą popularnością cieszył się temat z 2. dnia, „Klątwa” (ale jesteście edgy), do którego pojawiło się aż 11 drabbli.
Ostatni temat, „Prokrustes” nie cieszył się już takim uznaniem. Tylko jedna osoba, Ver Fellowe, podjęła się opisania spotkania z tytułowym ziomkiem. Dzięki, Niuniek, you’re the real one.

NAGRODY

Obiecywaliśmy Wam nagrody, więc będą nagrody. Sorry, większość tej części posta będzie o jednej osobie, bo Flowery zmiażdżyła konkurencję.
Flowery napisał swoimi postaciami aż 21 drabbli (co stanowi ponad ¼ całości!), czyli najwięcej spośród nas wszystkich. Vic nie pozostał jednak daleko w tyle, ponieważ od niego przeczytać mogliśmy aż 18 mini-opowiadań!
Jednak to Flowery otrzymuje nagrodę podwojenia Punktów Doświadczenia za swoje drabble, a więc 105 PD do dowolnego rozdzielenia pomiędzy swoimi postaciami!
Nikt nie wykonał naszego wyzwania w 100%. Postanowiliśmy jednak przyznać nagrodę, jaką jest anulowanie wszystkich ostrzeżeń na postacie, osobie, która ominęła najmniej dni, a jest to — znowu — Flowery! Gratulacje!

NAGRODA PUBLICZNOŚCI

Przeprowadziliśmy również głosowanie na Waszego faworyta spośród nadesłanych w czasie trwania eventu drabbli.
Ze względu na mocno podzielone zdanie głosujących (nie dziwię się, napisaliśmy wszyscy mnóstwo świetnych drabbli!) konieczne było nie jedno, a dwa głosowania. W dogrywce udało się jednak wyłonić zwycięzcę.
Bez zbędnego przedłużania, nagrodę, którą jest 50 Punktów Doświadczenia do dowolnego rozdzielenia pomiędzy postaciami zwycięzcy oraz wyróżnienie pod imieniem postaci w zakładce oraz w kolumnie bocznej bloga, otrzymuje… Aleks, za jego drabbla „Klątwa” od Wintera! Gratulacje!
PS. Od Aleksa: na specjalne wyróżnienie zasługują także: „Stajnia” od Philip, „Tęcza” od Louise i „Klątwa” od Dicka, które również dostały się do finału. Wszystkie — nie zgadniecie — są autorstwa Flowery.

MAE TO PISAŁO, JA TU TYLKO SPRZĄTAM, GRATULACJE DLA MNIE I DLA FLOWERY HEHEHEHE