Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przerwa na kawę. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przerwa na kawę. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 kwietnia 2024

Od Ver CD Cherry — „Przerwa na kawę”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Obóz Jupiter – Veronica o nim tylko tyle wiedziała, że był to rygorystyczny obóz dla dzieci rzymskich bogów, czyli kogoś pomiędzy kuzynostwem a rodzeństwem. Niczym małolat w wieczór wigilijny, czuła podekscytowanie, kiedy chaotyczny umysł zaczął znów pracować na najwyższych obrotach, tworząc coraz to kolejne pytania i domysły na temat kalifornijskiej społeczności herosów. Zanim zdołała ochłonąć i ułożyć wszystkie myśli w szereg, usłyszała pytanie od Cherry:
– A więc… Jesteś córką Wulkana?
– Hefajstosa – Pomimo poprawienia dziewczyny, skinęła jej głową.
„Imiona to zwykłe nalepki, które nic nie znaczą, chodzi o samą myśl…” – pomyślała, po czym cmoknęła z niezadowoleniem.
– Cholera – Wymsknęło jej się – Wiecie, co zrobić z tym popcornem? Chyba tego nie naprawię bez pozbycia się go.
Zignorowała tekst emo goryla i przygryzła wargę, zastanawiając się, co mogłaby zrobić.
Całą maszynę, krótko mówiąc, szlag trafił. Popcorn dostał się pomiędzy sprężyny, blokując je, i na pewno też znalazł się w naczyniach z płynami. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby zablokowały się rurki z płynem chłodniczym albo nasiona podczas prażenia wsiąkły cały olej w silniku.
– Friedrich może go wydmuchać.
Tego się nie spodziewała. Wysunęła się spod samochodu z uniesioną brwią.
– To znaczy?
Lecz zamiast wyczerpującej odpowiedzi zobaczyła tylko uśmieszek trzeciego półboga. Nie siedziała jednak długo, pozwoliła Friedrichowi działać i, otrzepując ubranie, usłyszała wyjaśnienia Cherry.
Trudno było się nie zaśmiać na widok miny córki Apollina po ataku ziarnka kukurydzy na jej czoło.
Czy Veronica może odrobinę zwlekała z naprawą samochodu, żeby tylko dłużej porozmawiać z tą ciekawą trójką? Może. Dobra, tak. Nawet bardzo.
Pozwalała swojej wyobraźni szybko mknąć, kiedy pluła kolejnymi pytaniami niczym karabin maszynowy. Sama też oferowała nowym przyjaciołom wylewne odpowiedzi.
„Wow, jeszcze przy nikim tak szybko się nie otworzyłam… Mają w sobie to coś” – pomyślała, tylko szerzej się uśmiechając.

Ale w końcu musiała wygrzebać się spod tego samochodu, żeby w końcu nie zaczęli podejrzewać, że jednak udaje córkę Hefajstosa.
– Dobra, to wygląda na koniec. Spróbuj odpalić.
Pomruk wdzięczności wydobył się spod maski samochodu i dziewczyna nie potrafiła powstrzymać się przed rzuceniem lekkiego uśmiechu.
Zanim jeszcze trójka półbogów zniknęła w samochodzie i stała się tylko wspomnieniem, wyciągnęła z kieszeni wizytówkę i długopis. Podała kartonik dziewczynie przez uchylone okno.
– Gdyby karpoi znowu was zaatakowały – wyjaśniła, choć zbędnie. Zaraz potem sobie przypomniała, że w ich przypadku telefon może nie być najbezpieczniejszym rozwiązaniem. – Ale zawsze możecie, no wiecie, po prostu użyć iryfonu.
– Iryfonu? – dopytał ten trzeci.
– Och? Nie macie czegoś takiego w Obozie Jupiter?
– Raczej używamy orłów.
„No dobra, kto, co woli”.
– To w takim razie korzystajcie z tego, co wam wygodniejsze, orły czy telefon.
Skinęła głową na pożegnanie i już zaczęła się powoli wycofywać w stronę skrzynki z narzędziami, którą zostawiła przy krawężniku, kiedy wywołała ją raz jeszcze flamastroworóżowa czupryna.
– Masz jeszcze więcej wizytówek?
– Tak, gdzieś tutaj… O!
– To gdyby ciebie karpoi dopadły w najbliższym czasie, oczywiście. Miło się gadało, serio.
– Z wzajemnością. – Veronica po raz ostatni skinęła głową i spojrzała na wizytówkę z zapisanym dodatkowym numerem telefonu.
„Ciekawe, czy się jeszcze zobaczymy…” – pomyślała, znów uśmiechając się pod nosem. Kiedy wzięła pod pachę skrzynkę z narzędziami, samochodu już nie było. Całe to wydarzenie, jak każde inne zetknięcie się z mitologicznymi istotami, przypominało sen. Karteczka z ciągiem cyfr i uśmiechniętą buźką dowodziła jednak inaczej.


Koniec wątku Ver i Cherry. (przynajmniej na razie xoxo)
────
[523 słowa: Ver otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Cherry CD Ver — „Przerwa na kawę”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Kiedy dziewczyna się odezwała, całej trójce odebrało mowę — a Cherry myślała, że mało rzeczy jest w stanie ją już zaskoczyć. Słowo „karpoi” w ustach Veroniki brzmiało tak, jakby powiedziała im: „jestem kosmitką, kolekcjonuję kaczki, a mój najlepszy przyjaciel to dinozaur”.
A sekundę później pobiegła po coś do bagażnika. I wtedy ich odmurowało.
— Jaka jest w ogóle szansa na to, żebyśmy trafili na córkę Wulkana pośrodku jakiegoś wypizdowia? — zapytała ich Cherry, a ekscytacja w jej głosie była absolutnie szczera; tak, jakby Ver miała zaraz wrócić ze szczeniaczkami albo słodkimi kotkami pod pachą.
Caid otworzył usta i zmarszczył brwi, ale koniec końców nic nie odpowiedział, bo Ver przybiegła do nich, tanecznym niemal krokiem, rzucając na ziemię skrzynkę z narzędziami z głośnym brzdękiem.
— Już jestem! — obwieściła, ale Cherry wydało się, że zaraz z powrotem się oddaliła, zagubiona w swoim świecie, gdzie widać było tylko tłoki i trybiki. Dziewczyna zaglądała pod maskę samochodu, mamrocząc coś o dmuchaniu popcornu, a chwilę potem wturlała się pod auto i zaczęła przy czymś grzebać od dołu.
Stali jak trzy kołki. Syn bogini młodości, dzieciak pomniejszego opiekuna rekinów i portów oraz ona, Cherry, która mogła co najwyżej poświecić Ver swoją ręką jak latarką. Nie ufała jednak dziewczynie na tyle, żeby wiedzieć, czy ta nie nakrzyczy na nią za krzywe świecenie niczym wzburzony stary. Tymczasem Ver przestała przypominać dziewczynę smętnie żującą frytkę w zupie — zupełnie jakby znajomość ich pochodzenia była dla niej jakimś mechanizmem zapalnym, który odpalił w jej mózgu przełącznik na gadanie. Cherry zastanowiła się, kiedy Ver ostatnio w ogóle rozmawiała z jakimiś innymi półbogami. I ile ona miała w zasadzie lat?
— A więc nie jesteście zwykłymi śmiertelnikami?
Mówiła ciut za głośno, zapewne po to, żeby lepiej słyszeli ją spod samochodu, ale dla Cherry był to już prawie krzyk. Skutecznie obudziło ją to z głębokiego zdziwienia, bo zaraz zamrugała kilkukrotnie i uderzyła chłopaków w plecy, żeby też się ruszyli.
Zaśmiała się bardzo nerwowo. Ewidentnie było to słychać w jej głosie.
— No… tak. Jesteśmy z Obozu Jupiter. Rozumiesz pewnie, czemu nic nie mówiliśmy. — Kolejny nerwowy chichot. Dopadł ją delikatny wstyd, chociaż nie powinien, bo podświadomie wiedziała, że to oczywiste, że nie rozpowiadali o Rzymie na lewo i prawo. — A więc… jesteś córką Wulkana?
— Hefajstosa — poprawiła. — A wy jesteście… — urwała — …cholera, wiecie co zrobić z tym popcornem? Chyba tego nie naprawię bez pozbycia się go.
— Zjedz go? — palnął opryskliwie Friedrich.
— Friedrich może go wydmuchać — zaproponowała Cherry machinalnie.
Ver wysunęła się spod samochodu z uniesioną brwią.
— To znaczy?
Caid uśmiechnął się do niej.
— Faktycznie, mądre. Przyda się na coś — skwitował, popychając przyjaciela w stronę auta, kiedy Ver się spod niego wyczołgała i otrzepała ubranie z kurzu. — Friedrich jest wnukiem Jowisza — wyjaśnił grzecznie, podczas gdy dziewczyna patrzyła ze zdziwieniem, jak Friedrich jednym ruchem ręki powoduje wyrzut popcornu gdzieś na ziemię.
— To tyle, jeśli chodzi o jego zalety — dodała Cherry.
Kolejny ruch ręki i Cherry dostała z popcornu w czoło. Zachichotały zgodnie z Ver, która już wciskała się ponownie pod auto.

Ver okazała się sympatyczną rozmówczynią, ale naprawa samochodu zajęła dłużej, niż się tego spodziewali — zapewne dlatego, że praca dziewczyny była co chwilę przerywana przez ich idiotyczne żarty i przepychanki. W końcu Caid usiadł za kierownicą, przysłuchując się rozmowie dziewczyn, a Friedrich wrócił do knajpy, żeby znaleźć jakieś jabłko do przegryzienia. Cherry nieustannie kucała przy masce i co jakiś czas podawała Ver przedmioty ze skrzynki z narzędziami (co również trwało dłużej niż potrzeba, bo Cherry wiedziała o narzędziach tyle, co nic).
Hefajstos, myślała. O greckim obozie wiedziała niewiele. Grecy nadal wydawali się nieco obcy, choć podobno grali do tej samej bramki. Czym w ogóle różniły się dzieci Hefajstosa od Wulkana? Czy w ogóle czymś się różniły? Nie, różniły się raczej niewiele. Ver tak samo jak jej przyjaciel Casper sprawnie obsługiwała śrubki, które dla niej były kompletnie czarną magią. Miała tak samo smukłe pracujące palce, pokryte gdzieniegdzie zgrubieniami od majstrowania przy różnych mechanizmach. Z półgodzinnej rozmowy dowiedzieli się, że dziewczyna pracuje w warsztacie samochodowym, co było dodatkowym punktem na ich dzisiejszej karcie bingo „jak bardzo może wszystko się rozjebać i poszczęścić półbogowi w ciągu jednego dnia?”.
Casper by ją polubił, myślała, a to było już wyznacznikiem wiarygodności, że mogli jej ufać. Porównywanie jej do kosmity lub mitycznej drakony minęło, kiedy okazało się, że potrafi całkiem nieźle naprawiać samochody. Niewiele w życiu potrzeba do zawierania przyjaźni.
— Dobra, to wygląda na koniec — oznajmiła w końcu Ver, po czym wyszła spod samochodu i butem odkopała dalej swoje narzędzia, równocześnie zamykając maskę i patrząc w napięciu na Caida. — Spróbuj odpalić.
Przekręcił kluczyk. Rzęch zawył raz, jakby kłócił się sam ze sobą, czy na pewno chce dalej żyć, po czym ich uszu dobiegł miarowy warkot silnika. Cherry wydała z siebie cichy okrzyk radości, uśmiechając się promiennie do Ver zbierającej z ziemi narzędzia i wrzucającej je z powrotem do skrzynki.


— Tu macie mój numer, gdyby karpoi znowu was napadły. — Ver podała im wizytówkę. Skromnym druczkiem wypisana była na niej nazwa, adres i numer kontaktowy jej warsztatu samochodowego, a zaraz pod tym, zdecydowanie mniej estetycznym pismem dyslektyka, nabazgrany był długopisem jakiś zbiór cyferek. — Ale zawsze możecie, no wiecie, po prostu użyć iryfonu. — Wzruszyła ramionami.
— Iryfonu? — dopytał Caid.
— Och, nie macie czegoś takiego w Obozie Jupiter?
— Raczej używamy orłów.
Ver zmarszczyła nos.
— Aha. To w takim razie korzystajcie z tego, co wam wygodniejsze, orły czy telefon.
Po tym nie zamierzała z nimi jechać. Cherry było tego trochę żal, chociaż karciła się w myślach, wiedząc, że to miał być wypad tylko jej, Caida i Friedricha. (I ewentualnie słoni morskich, chociaż z każdą minutą coraz bardziej wątpiła, że będzie dane im tego dnia je zobaczyć). Pomogła im i nie oczekiwała niczego w zamian, jakby to była dla niej tylko rozrywka.
— Masz jeszcze więcej wizytówek? — odważyła się w końcu Cherry.
— Tak, gdzieś tutaj... — Wyciągnęła z kieszeni papierek. — O!
Cherry sięgnęła do schowka w samochodzie i z ulgą wygrzebała z niego długopis. Już zaraz na czystej wizytówce wykwitł jej własny numer telefonu, a obok imię, strzałeczka i uśmiechnięta buźka. Czuła się trochę, jakby miała poderwać Ver, a nie odwdzięczyć się przysługą za przysługę.
Podała jej wizytówkę. Dziewczyna patrzyła się w nią przez chwilę.
— To gdyby ciebie karpoi dopadły w najbliższym czasie, oczywiście — dodała pokrótce, uśmiechając się szelmowsko; uśmiechem, który można przejąć tylko po dzieciach Merkurego. — Miło się gadało, serio.


Ver? Co z tego, że mam już twój odpis?
────
[1032 słowa: Cherry otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 15 października 2023

Od Ver CD Cherry — „Przerwa na kawę”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Chociaż przeciągająca się cisza stawała się dla Veronici coraz trudniejsza do zniesienia, zgrabnie nie pokazywała tego, dalej zajmując się swoją pomidorową i frytkami. Kiedy podniosła wzrok znad swojej miski, zauważyła, że nowo poznali wpatrują się w nią, jakby miała zaraz pokazać kły i rozwinąć skrzydła. Już chciała dokończyć w dwóch łykach zupę i pożegnać się, kiedy dziewczyna odezwała się.
Oakland – pomimo zapewnienia, że młodzież siedząca przy niej tam „tylko studiuje”, wiedziała, że za tymi słowami kryło się coś innego.
Nie musiała znać, czego akronimem był „SPQR”, ani funkcji tajemniczych kresek na ich przedramionach, ale wystarczyło to połączyć z ich pełnymi podejrzliwości spojrzeniami i geografią Oakland. Veronicę olśniło – miała do czynienia z ludźmi podobnymi do niej.
Chciała im powiedzieć o swojej przynależności do Obozu Herosów, ale niestety nie dano jej szansy. Ta sama dziewczyna, która zaprosiła ją do stolika i na plażę, teraz rzuciła pospieszne pożegnanie i razem ze swoimi znajomymi opuściła stolik. Veronicę zatkało.
Nie wiedząc czemu, poczuła cierpkie ukłucie za mostkiem. Wymyślając kolejne powody, dlaczego takie spotkanie mogło nie wypalić, wróciła do popijania zupy.
– Boże – usłyszała znajomy głos, który przed chwilą rzucił jej pożegnanie. – ale wtopa. Zaproponowaliśmy ci spotkanie na plaży, ale się nie przedstawiliśmy. Cherry jestem. Ten wysoki i wredny to Friedrich, a nasz kumpel to Caid.
– Jestem Veronica. – odpowiedziała jej uśmiechem.
Chociaż tyle się dowiedziała.
Żar lejący się z nieba i asfaltu, jak i oślepiające słońce przywitały ją razem z zapachem popcornu. Przeraźliwy wrzask dochodzący z samochodu dziwnie przypominał słowa „Rzymianie” oraz „Ceres”. Instynktownie rzuciła się w stronę Cherry i jej dwóch przyjaciół, dobyła też Rozpruwacza, chociaż dalej nie wysunęła ostrzy. Lawirowała pomiędzy przechodniami. Uniosła brwi, widząc samochód plujący spod maski popcornem.
Tłum powoli się rozrzedzał, ale ona dalej stała, patrząc na maskę samochodu. Widać było po niej już o wiele większy spokój.
– Dzięki bogom, że to tylko karpoi. – powiedziała w końcu, kiedy ludzie powrócili do swoich zajęć i mogli porozmawiać prywatnie. – Skoczę tylko po skrzynkę z bagażnika i pomogę wam z samochodem.
Pomachała im krótko na pożegnanie i szybkim krokiem ruszyła do swojego auta.
„Skrzynia, narzędzia. Skrzynka, narzędzia. Skrzynka…” – myślała, zbierając większość najważniejszych narzędzi.
– Już jestem! – krzyknęła, podbiegając do półbogów. Zaglądnęła wgłąb maski samochodu i cmoknęła z niezadowoleniem. – Wypadałoby jakoś wydmuchać ten popcorn… Może się uda od dołu?...
Kucnęła i ostrożnie wsunęła się pod samochód, pociągając za sobą skrzynkę z narzędziami.
– A więc nie jesteście zwykłymi śmiertelnikami? – zagadała, starając się mówić głośno i wyraźnie, kiedy oglądała spód samochodu.


◇──◆──◇──◆
[402 słowa: Ver otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

środa, 20 września 2023

Od Cherry CD Ver — „Przerwa na kawę”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Fakt, że Ver zadała im jakieś pytanie, doszedł do Cherry — a właściwie do całej trójki rzymskich półbogów — dopiero po okropnie niezręcznej chwili. Ich wzrok wlepiony w dziewczynę tak, jakby co najmniej krzyknęła przed chwilą: „HEJ, JESTEM LAMIĄ, MAM ZAMIAR WAS ZJEŚĆ!” spowodował, że poruszyła się nerwowo, wyraźnie tężejąc.
Gdyby Cherry wiedziała jak zrobić to dyskretnie, pokazałaby chłopakom na migi znak, że powinni spierdalać. Najwidoczniej nie musieli jednak nawet się ze sobą porozumiewać, bo wszyscy i tak patrzyli na Ver z wyraźną nerwowością.
Nie wyrosły jej kły, bynajmniej. Tułów nie zamienił się w wężowy ogon. Nie wyleciał na nich ziejący ogniem smok.
Ale zamaczanie frytki w zupie zdecydowanie nie było normalne jak na zwykłego człowieka.
Kiedy po dziesięciu cholernie niezręcznie sekundach dziewczyna nadal była… cóż, zwykłą, trochę dziwną dziewczyną, zamaczającą już kolejną frytkę w zupie, Cherry zająknęła się pod nosem.
— Eee… z Oakland — wymamrotała. Caid i Friedrich posłali jej zaskoczone spojrzenia, że postanowiła podać podejrzanej nieznajomej aż tak bliskie do Obozu Jupiter miejsce. Cherry odgarnęła włosy za ucho uspokajającym gestem. — Studiujemy na uniwersytecie — dodała szybko.
Jeśli dziewczyna była potworzycą, to był idealny moment, żeby się ujawnić, pomyślała Cherry. Wszystko w nich wręcz krzyczało PÓŁBOGOWIE. Oakland, zapach maślanych krakersów, skóra Cherry, które wprawne oko zobaczyłoby, jak nadal migocze pod wpływem słońca.
Tatuaże. Lira na przegubie ręki Cherry z czterema kreskami. Rekin i pięć belek u Caida. Połączenie kielicha Juwentas, orła Jupitera i pięć kresek Friedricha. A u wszystkich, jak jeden mąż, litery SPQR otoczone liśćmi laurowymi.
Czasami Cherry zastanawiała się, co widzą śmiertelnicy w miejscu ich tatuaży, pod naporem Mgły. Miała przeczucie, że wielki napis Senatus Populusque Romanus nie był zbyt popularnym projektem wśród śmiertelników i normalnie wzbudzałby niepokój. A zresztą, nawet gdyby wzbudzał, to nadal było aktualnie zbyt gorąco, żeby ukrywać rzymskie tatuaże pod bluzami.
Tymczasem dziewczyna nadal powoli przeżuwała sflaczałą frytkę.
— Sorki, ale będziemy się zbierać — rzuciła prędko Cherry, bez zbędnych ceregieli odsuwając krzesło i biorąc pusty talerz do rąk, zanim nieznajoma zdążyła w ogóle ich zapytać z grzeczności o kierunki studiów. — Niedługo słońce nam ucieknie. Bardzo miło było cię poznać.
Caid zgromił spojrzeniem Friedricha, kiedy ten zostawił swój talerz, pomachał bez słowa do nieznajomej dziewczyny i ruszył do wyjścia. Wydawało się, że wszystko wróciło do normy. Nerwowość opadła. Oni dyskretnie spieprzali. Nieznajoma żuła frytkę. Friedrich był bucem.
Cheryl ruszyła z talerzem do punktu zwrotu talerzy, ale zaraz odwróciła się na pięcie z powrotem do dziewczyny.
— Boże — nakreśliła to słowo, jakby była najzwyczajniejszą w świecie chrześcijanką w Stanach Zjednoczonych — ale wtopa. Zaproponowaliśmy ci spotkanie na plaży, ale się nie przedstawiliśmy. Cherry jestem. Ten wysoki i wredny to Friedrich, a nasz kumpel to Caid. — Uśmiechnęła się delikatnie.
Dziewczyna odwzajemniła uśmiech.
— Jestem Veronica.
Zajęta trzymaniem brudnego talerza Cherry jedynie skinęła jej na pożegnanie, po czym potruchtała do zwrotu. Odwróciwszy się, przewróciła ceremonialnie oczami. Miała nadzieję, że chociaż względnie wypadli normalnie.




Jeśli dziesięć minut temu wypadli względnie normalnie, to ich szczęście na tamtym momencie się skończyło.
— Co to znaczy, że nie możesz odpalić? — warknęła Cherry, wyrzucając ręce w stronę podsufitki.
— No nie mogę! Sprzęgło, kluczyk, przekręcam, ni chuja, nie działa! — wrzasnął Caid.
— Włączyłeś pierwszy bieg, kretynie? — prychnął do niego Friedrich.
— Na chuj ci pierwszy bieg, skoro nawet nie ruszam, bo, uwaga, samochód nie jest włączony?!
Ostatnie, czego teraz potrzebowali, to chujowych rad Friedricha, podczas gdy ona sama nie miała nawet prawo jazdy i jedyne, co mogła w tej sytuacji powiedzieć, to: „samochód nie robi brrr” i „Casper będzie bardzo smutny”.
Pomasowała palcami skronie, po czym zawiesiła rękę w powietrzu, żeby chłopcy się zamknęli.
Nie zamknęli się. To zirytowało ją jeszcze bardziej.
— Dobra, cisza! Wyłaźcie. Otworzymy maskę. Może jest jakieś zwarcie.
— Zwarcie? I co niby z nim zrobimy teraz? Zagwiżdżemy i przybiegnie do nas Casper jak Płotka w Wiedźminie? — warknął Friedrich, kiedy Caid wyszedł pierwszy i zaczął otwierać maskę.
Stanęli zaraz po obu stronach Caida. Nic nie dymiło. Co za szczęście, samochód nie wybuchnie. Nieszczęście, bo teraz kompletnie nie wiedzieli, co się stało.
— Po pierwsze: nie wiedziałam, że grasz w cokolwiek innego niż League of Legends. Po drugie: jeśli chodzi o zwarcie, jesteś najbliżej bycia elektrykiem z nas wszystkich. — Tyrpnęła go palcem w ramię. Friedrich pacnął ją dłonią, zirytowany.
Caid bezsilnie przetarł twarz.
— Jakieś pomysły?
— Następnym razem zawsze będziemy zabierać ze sobą dziecko Wulkana? — podsunęła.
— Pierdolnąć w samochód i liczyć na cud? — mruknął Friedrich, zakładając ramiona na piersi.
— Nie, chwila… czekajcie — przerwał im Caid.
Friedrich i Cherry spojrzeli po sobie, po czym wlepili intensywnie wzrok w punkt, na który patrzył Caid. Silnik (bo tylko to Cherry umiała rozpoznać), trochę kabelków, maszyneria, która kompletnie nic jej nie mówiła i zastanowiła się, na co mają czekać, dopóki Caid nie sięgnął do środka i nie wyciągnął pojedynczego ziarenka popcornu.
Zanim którekolwiek z nich zdążyło zadać na głos pytanie, skąd się to tutaj wzięło, spod maski wydobyły się głośne dźwięki prażenia kukurydzy. Zaraz po tym coś wystrzeliło spod silnika i rzuciło się pod ziemię, wywracając ich trójkę do gleby.
— Rzymianie! — coś wrzasnęło, drążąc pod ziemią tunel w stronę najbliższego trawnika. Cherry dojrzała tylko wystające spod ziemi skrzydła przypominające kwitnącą kolbę kukurydzy. — Kukurydza nie znosi Ceres!
No tak, jeśli coś dziwnego działo się w ich życiu, to zawsze musiała być mitologia.
Albo dziwna dziewczyna zamaczająca frytkę w zupie jakby był to ketchup.
Wredny duch zboża wynurzył się spod ziemi i ostentacyjnie pokazał im język. Cherry patrzyła na pulchne dziecko w tetrowej pieluszce z kukurydzianymi skrzydłami i jasnymi, kręconymi loczkami wyglądającymi jak popcorn. Dla niektórych mogłoby nawet wyglądać słodko, gdyby nie upiorne, spiczaste zęby, które szczerzyły się do nich ze złośliwością.
Było to najbrzydsze dziecko, jakie w życiu widziała.
Caid odblokował spathę, a Friedrich przeklął i cofnął się po labrys, ale Cherry przytrzymała ich ruchem ręki. Na zajezdni nadal otaczali ich śmiertelnicy. Nie była pewna, co oni widzieli, ale mogła się domyślać, że Mgła zatuszowała karpoi jako szopa albo innego szczura, który przegryzł im kable. Jeśli się nie myliła — a nie wiedziała szczególnie dużo o mitologii greckiej — to karpoi były dla nich po prostu złośliwe. Ludzie pokazywali na nich palcami ze współczuciem, ale prędko się odwracali, mając ważniejsze sprawy na głowie niż głupi szop. Jeśli śmiertelnicy nie wyczuwali zagrożenia, to nie było sensu rzucać się na gryzonia z mieczem w ręku.
Chwilę potem duch zboża pokazał im pośladki i uciekł pod ziemię.
Friedrich iskrzył z furii. Przez moment była pewna, że rzuci się za potworem, ale on tylko kopnął w tablicę rejestracyjną samochodu i zwyzywał Kukurydzę każdym niemieckim przekleństwem. Dopiero wtedy kątem oka Cherry zauważyła, że wśród gapiów z restauracji była jedna osoba, która nadal się na nich patrzyła z wyraźnym zdziwieniem. Osoba ta prewencyjnie trzymała dłoń na swojej parasolce i była dziewczyną, którą dobre piętnaście minut wcześniej wykluczyli jako postać z mitologii.


Ver? - ̗̀ ( ˶'ᵕ'˶) ̖́-
◇──◆──◇──◆
[1103 słowa: Cherry otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 11 czerwca 2023

Od Ver CD Cherry — „Przerwa na kawę”

Poprzednie opowiadanie

Ver zaciskała mocno tackę z jedzeniem, jakby przygotowywała się, by tłuknąć nią w głowę dziewczyny. Przez kilka sekund obie czekały w napięciu na jakiś niepokojący gest, pretekst do walki, ale nic takiego się nie wydarzyło. Flamastrowa tylko się uśmiechnęła nieśmiało. Mimo to, coś w Ver nie pozwalało jej zapomnieć o nieznajomej. Może to kwestia tych wściekle różowych włosów.
Tak szybko, jak na siebie wpadły, tak szybko też się rozstały. Ver próbowała znaleźć miejsce z dala od dziewczyny, na wypadek, gdyby miała wobec niej niezbyt przyjazne plany, ale nie mogła znaleźć żadnego miejsca, a ta Flamastrowa ją wołała i zachęcała do zabrania miejsca obok.
„Nie no, nie może być tak źle” – pomyślała, zbliżając się do nich. Dziewczyna uśmiechała się, pokazując zadbane zęby i machała, dwóch chłopaków nie wyglądało na zadowolonych z tego pomysłu. Na pewno nie spodziewali się, że ktoś by się do nich dosiadł. Do głowy wpadł jej pomysł zażartowania, że nie jest potworem z greckiej mitologii, ale ugryzła się w język. – „To zbyt ryzykowne”.
– Dziękuję.
Zanim usiadła, odpięła parasolkę od paska i oparła ją o blat stołu. Usiadła tak, by zajmować najmniej miejsca, nie mogła się rozpychać, została przecież zaproszona. Skinęła głową, słysząc odpowiedź dziewczyny i zabrała się do jedzenia.
Atmosfera była tak mętna, że gdyby podrzucić Rozpruwacza, na pewno zawisłby w powietrzu, ale córce Hefajstosa to nie przeszkadzało. Próbowała jeść jak najwolniej, równocześnie tak, by nie wyglądało to dziwnie. Pomimo że jej myśli odpłynęły w stronę odpoczynku i ucieczki z miasta, to i tak obsłuchiwała rozmowę znajomych obok. Raz na jakiś czas odchylała głowę do tyłu. Chociaż jej dłońmi poprawiała wtedy włosy, jej jasnobrązowe oczy prześlizgiwały się po obecnych w poszukiwaniu potencjalnego niebezpieczeństwa. Bycie półbogiem nauczyło ją niepozornie rozglądać się wokół siebie.
Walczyła właśnie z oliwką niechcącą nabić się na widelec, kiedy usłyszała pytanie od dziewczyny. Nie chciała zdradzać swojego prawdziwego celu podróży, więc na szybko wymyśliła podróż nad morze.
– Nie, nie – powiedziała i mimowolnie dotknęła parasolki. – Właśnie jadę na plażę.
Uniosła brwi, po czym skinęła głowa i uśmiechnęła się blado, chociaż ten gest był bardziej wymuszony niż naturalny. Trudno jej było odgadnąć, czy nieznajoma dzieliła się z jej planami, czy też była potworem w przebraniu i zamierzała ją zabić. Mimo to odpowiedziała lekko:
– Jeśli tylko was znajdę, to z chęcią się przyłączę.
„Jest tak gorąco, że na pewno będą tłumy i choćby chcieli, nie zobaczą mnie. Inna sprawa, że będę w domku nad jeziorem”. – Udało jej się nabić na widelec kapryśną oliwkę i zjadła ją. Była bliżej zakończenia jedzenia, podobnie jak oni, co średnio jej się podobało. Z chęcią odeszłaby bez słowa już w chwili, kiedy skończy, ale czuła, że Flamastrowa nie dałaby jej spokoju.
Nie potrafiła powstrzymać się od kaszlnięcia, kiedy wzięła pierwszego łyka zupy.
– Słona. I to bardzo. – wyjaśniła krótko, widząc podejrzliwe spojrzenia ze strony chłopaków.
„Chyba wypadałoby coś powiedzieć…” – pomyślała, biorąc jedną z ostatnik frytek. Zanurzyła ją w zupie i zjadła. – „Ale to dobre połączenie, że też zostawiłam ich tak mało”.
– Skąd jedziecie?


Cherry?
◇──◆──◇──◆
[489 słów: Ver otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

sobota, 3 czerwca 2023

Od Cherry CD Ver — „Przerwa na kawę”

Poprzednie opowiadanie

Cherry nie przepadała za długimi przejażdżkami.
„Długie” okazało się tutaj trochę ponad pół godziny. Klimatyzacja w starym rzęchu pożyczonym od Caspera okazała się za słaba, gust muzyczny Friedricha i Caida jeszcze gorszy, a ADHD Cherry podjudzało ją całą autostradę do wystawienia głowy przez szybę i łapania wiatru we włosy jak podróżny golden retriever. Bogowie, kochała lato. Nawet jeśli teraz marzyła o tym, żeby na środku autostrady pojawił się potwór, byleby tylko uratować ją od nudy, Caid klekotał radośnie o słoniach morskich, które jakoby miały pojawić się dzisiaj na plaży w San Francisco, a Friedrich wyjadł prawie całą paczkę ostrych chipsów. Słonie morskie interesowały ją mniej niż sama plaża i gorące słońce, ale Cherry uznała to za ich obopólną korzyść — tak, jak ona jako dziecko Apollina kochała światło, tak i Caid jako syn Portunusa wolał wodę. (A Friedrich był ich cholerną maskotką podróży. Serio, do tej pory nie wiedziała, co on z nimi robił, ale prawdopodobnie — choć nie umiał tego przeboleć — po prostu lubił ich obu).
— Nie jestem przekonany, czy będę w stanie się z nimi porozumiewać — mówił Caid, zwalniając pojazd w korku.
— Myślałam, że Portunus to bóg rekinów.
— No tak — westchnął cierpiętniczo — ale zawsze warto spróbować. Szczerze mówiąc, nie rozumiem, czemu dzieci Neptuna mają większe prawa od dzieci Portunusa.
Cherry opuściła szybę i wystawiła za nią rękę, łapiąc na skórę promienie słoneczne. Jej ciało odpowiedziało delikatną, świetlistą poświatą, ale domyśliła się, że śmiertelnicy stojący w korku nie zwrócą nawet na nią uwagi.
Metalowiec wykrzyczał ostatnie nuty, po czym płyta wysunęła się ze stacyjki.
— Stańmy — bąknął Friedrich, oblizując palce z chipsów. — Jestem, cholera, głodny.
— Wyżarłeś całą paczkę chipsów! — prychnął Caid.
— Bo byłem głodny?
Cherry wychyliła się z tylnego siedzenia i wyciągnęła płytę, zanim Caid zdążył wsunąć ją z powrotem i po raz n-ty skatować ich Slipknotem. Nie wymienił jej wszystkich zalet słuchania metalu (których Cherry, jako córka Apolla, boga muzyki, średnio rozumiała), bo pacnęła go w ramię i pokazała mu palcem zjazd z autostrady.



Friedrich ominął pół kolejki, piorunując wzrokiem małe dziecko i powodując, że rozwrzeszczało się na cały zajazd i czwórka dorosłych musiała je uspokajać. Kiedy Cherry nakładała sobie sałatkę, Friedrich już prawie kończył swoją porcję frytek, równocześnie oceniając Caidowi każdy support w League of Legends w skali od zera do dziesięciu. Nie zauważyli nawet, kiedy zderzyła się z nieznajomą dziewczyną, co ewidentnie opóźniło jej dojście do stolika bardziej, niż brak przywilejów odpędzania kolejki samym spojrzeniem.
Włos zjeżył jej się na karku. Nie dlatego, że obca dziewczyna jej coś zrobiła; był to zwyczajny odruch, instynkt przetrwania będący częścią bycia półbogiem. Kiedy w życiu Cherry działo się coś nieoczekiwanego, najczęściej było spowodowane mitologią. Momentalnie nabrała ochoty na rzucenie sałatki w eter i wyciągnięcie verutum, i tak jej pierwszym impulsem stało się obejrzenie dziewczyny od góry do dołu w poszukiwaniu choćby jednego znaku, że mogłaby być gorgoną.
Wyglądała normalnie. Poza jedną, jedyną rzeczą: parasolką przypiętą do pasa jak miecz.
Instynktownie sięgnęła za plecy, strzepując z koszulki niewidzialny kurz, na wypadek, gdyby obca wylała na nią zupę. (Albo zostawiła po sobie klątwę). Dotknęła jedynie chłodnego brokatu wyszywającego kolorowy napis „SWAGALICIOUS”.
— Nic się nie stało — uśmiechnęła się półgębkiem.
I na tym w sumie mógłby skończyć się ten wątek. Tak, jak w prawdziwym życiu, na dziewczyny nie skoczyła nagle banda piekielnych ogarów, a żadna z nich nie zamieniła się w chimerę; zwyczajnie się rozeszły. Cherry dosiadła się do stolika z Caidem i Friedrichem, patrząc, jak parasolka obcej dziewczyny kołysze się jej na biodrze.
Problem w tym, że ten wątek na tym się nie skończył. Parasolkowa dziewczyna przeszła między kilkoma stolikami z chyboczącym się półmiskiem zupy, ale żadne miejsce się nie zwolniło. Dziecko nastraszone przez Friedricha znowu zaczęło krzyczeć.
Cherry podniosła się, machając do parasolkowej dziewczyny jak do starej przyjaciółki.
— Hej, hej, tutaj jest wolne!
— Cherry? Co ty robisz? — burknął Friedrich.
No tak, czasami zapominała, że tylko ona spośród ich trójki faktycznie lubiła towarzystwo ludzi.
Dziewczyna przysunęła swoją tacę do Cherry i skinęła do niej głową.
— Dziękuję — powiedziała, siadając na końcu stolika, tak, że jeden ruch ręką strąciłby z blatu talerz z kurczakiem.
— Nie ma sprawy — dodała Cherry, żeby nie zrobiło się niezręcznie.
No dobra, i tak zrobiło się niezręcznie.
Friedrich przestał gadać o Lidze i zaczął rysować frytką w ketchupie. Caid nerwowo dłubał w klopsikach. I chociaż Cheryl próbowała ciągnąć z nimi rozmowę, jakby parasolkowa dziewczyna wcale obok nich nie siedziała, to i tak odpowiadali jej lakonicznie.
— Fajna parasolka — przerwała w końcu Cherry, rzucając ich towarzyszce przelotne spojrzenie podczas jedzenia sałatki, żeby za bardzo ją nie speszyć. — Ma dzisiaj padać deszcz?
— Nie, nie. — Dziewczyna jakby w geście obronnym położyła dłoń na parasolce. — Właśnie jadę na plażę.
— Serio? My też — Cherry uśmiechnęła się, odwracając głowę do Friedricha i Caida, żeby ją wsparli. Dziwnym trafem Caid nagle nie zaczął gadać o słoniach morskich. — Wiesz, możesz do nas podbić, jeśli na plaży też będzie brakować miejsca — zaśmiała się.


Ver? ˙ᵕ˙
◇──◆──◇──◆
[801 słów: Cherry otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 9 kwietnia 2023

Od Ver do Cherry — „Przerwa na kawę”

Stacje benzynowe w Ameryce mają to do siebie, że są dosyć rzadko porozrzucane na autostradach. Wykorzystują to firmy z jedzeniem, które budują wielkie imperia z jedną główną jadłodajnią, przyłączając do koncernu jakieś kawiarnie czy cukiernie.
Ver zajechała właśnie do jednego z takich miejsc. Po kilku godzinach podróży była zmęczona, głodna i miała dość prowadzenia samochodu, a jeszcze trochę drogi przed nią było. Według planów powinna dopiero koło dwudziestej pierwszej trzydzieści zajechać do miasteczka pomiędzy lasem a jeziorem, w którym miała spędzić ostatnie dni lata. Miało malowniczą, choć tajemniczą nazwę Waterfall Cascade, opinie w Internecie były pozytywne, nawet bardzo pozytywne. Ojczym bez problemu zgodził się, była przecież pełnoletnia i miała przy sobie Rozpruwacza, jednak z Joanną było dużo trudniej. W końcu udało się ją przekonać do trzydniowego wyjazdu, lecz Ver miała szczerą nadzieję, że jeśli przez cały czas będzie cicho, spokojnie i nie spotka żadnego potwora, może uzyska zgodę na przedłużenie wyjazdu do pięciu dni a może i nawet tygodnia. Szła teraz w stronę wejścia do sklepu przy stacji benzynowej, żeby coś zjeść i nabrać sił przed dalszą podróżą.
Chłodzone powietrze sprawiło, że jej jasna skóra na przedramionach pokryła się gęsią skórką.
„Tak już niestety bywa, gorąco na zewnątrz, lodowato w środku, i system immunologiczny wariuje. Obym tylko nie była chora”. – pomyślała gorzko. Nie wzięła żadnej kurtki czy bluzy, stała tylko w białej falbaniastej koszulce na ramiączkach, odsłaniającej jej płaski brzuch, w bawełnianych krótkich spodenkach i sandałach z frędzlami, szukając wzrokiem początku kolejki do lady z daniami. Tym razem zostawiła włosy rozpuszczone, które falowały się bardziej niż zazwyczaj. Stroju dopełniały okulary przeciwsłoneczne w czarnej oprawce.
Po lewej stronie zobaczyła stoliki pełne dorosłych i dzieci. Powiodła wzrokiem w drugą stronę, gdzie zauważyła o wiele mniej ludzi. Stali oni przed ladą, na której wyłożone były tace z jedzeniem. Można było samemu nałożyć sobie tyle, ile się chciało. Ver podeszła i zaczęła oglądać propozycje oferowane przez jadłodajnię. Widziała ciasta, soki, sałatki, makarony w sosach, ziemniaki, różne mięsa, kasze i zupy.
Po krótkim zastanowieniu zdecydowała się na zupę pomidorową, frytki, pieczoną pierś z kurczaka i do tego sałatkę grecką. Zapłaciła przy kasie i zaczęła szukać dla siebie miejsca. Skupiła się jednak o wiele bardziej na tym, by nie rozlać zupy, niż tym, gdzie stawiała kroki. Szybko jej taca zderzyła się z plecami pewnej dziewczyny.
– Aahh… – mruknęła Ver i spojrzała na nieznajomą. Przez chwilę nie potrafiła oderwać wzroku od jej jasnobłękitnych oczu, zaraz potem zwróciła uwagę na flamastroworóżowe włosy dziewczyny, niechlujnie zwinięte w kok. Przez chwilę nie wiedziała, co ze sobą zrobić, jakby zamiast dziewczyny, stała przed kosmitką. W końcu uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami. – Wybacz.


Cherry?
◇──◆──◇──◆
[430 słów: Ver otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]