wtorek, 5 listopada 2024

Od Chaita — „Ambrozja” [Smellstober]

Chait przesuwał się powoli wzdłuż alejki, nieprzytomnym wzrokiem wodząc po półkach i szukając tego jednego sosu w proszku, o którego kupno poprosiła go współpracowniczka, a prywatnie też jego bliska znajoma, dzięki której miał dzisiaj zjeść coś ambitniejszego od paczkowanej zupki chińskiej.
Była jedyną osobą, którą znał i która korzystała z sosów w proszku. Z drugiej strony, nie znał wielu osób, które w ogóle szykowały jakieś sosy, i sam też raczej tego nie robił.
Właściwie to unikał jakiejkolwiek formy gotowania jak ognia, mając pełną świadomość, że jego talent w tej dziedzinie jest w najlepszym przypadku zerowy, w najgorszym – wyjątkowo ujemny. Nie mógł przecież być dobry we wszystkim. Po ostatniej próbie wietrzył mieszkanie prawie godzinę, a dwie starsze sąsiadki przyszły sprawdzić, czy wszystko u niego w porządku.
Miało to swoje plusy – następne dwa tygodnie zapraszały go na obiadki, w zamian za pomoc w zakupach, sprzątanie mieszkań i naprawianie drobnych usterek. To był pierwszy raz, kiedy w tak krótkim czasie powiesił tyle półek i haczyków.
Przeszedł alejką do końca, dalej nie widząc nigdzie poszukiwanego produktu. Skręcił w następną. Miał wrażenie, że po raz pierwszy jest w tej części sklepu. Zazwyczaj ograniczał się do trzech, może czterech alejek, z czego dwie nie były nawet w sekcji z żywnością.
Sięgnął po telefon, sprawdzając godzinę. Byli umówieni o siedemnastej, co znaczyło, że miał jeszcze trochę ponad czterdzieści minut. Zawsze mógł do niej zadzwonić, ale nie chciał jej przeszkadzać. Pewnie właśnie wracała do domu ze swojej zmiany.
Rozejrzał się, licząc na to, że w pobliżu będzie któryś z pracowników sklepu. Pytanie o lokalizację głupiego sosu byłoby dosyć żenujące, ale czego nie robi się dla obiadu? Jak na złość, wszyscy pracownicy magicznie wyparowali.
Nie winił ich, pracując w większym sklepie też uciekał i przemykał zapleczem gdzie i kiedy tylko się dało. Nie zmieniało to faktu, że teraz by mu się przydali.
Poprawił zwisający z ramienia plecak, przechodząc obok coraz to bardziej wymyślnych typów babeczek w proszku. Miał niewyjaśnione przeczucie, że jednak w tym miejscu nie znajdzie poszukiwanego sosu. Może jednak powinien cofnąć się do poprzedniej…
Już skręcał, kiedy jego uwagę zwrócił jeden z zestawów. Zmarszczył brwi i podszedł do półki, sięgając po pomarańczowo-fioletowe, tekturowe opakowanie, ozdobione przesłodzonymi potworkami, które musiały zwrócić uwagę każdego przechodzącego tędy dzieciaka.
Zresztą, zwróciły nawet uwagę dwudziestoletniego idioty.
Babeczki na opakowaniu wyglądały zdecydowanie zbyt idealnie i zbyt sztucznie, żeby mogły być prawdziwe, ale wyróżniał je specyficzny, paskudny kolor lukru. Były okropne, brudnozielone, z pomarańczową posypką.
Nie zwróciłby pewnie na to aż takiej uwagi, gdyby nie ten konkretny odcień.
Bo jak dziś pamiętał, że dokładnie tak samo paskudnie wyglądały jedne, jedyne babeczki, które robił z Keirą i Roseann.
Zakładając, że ośmiolatek i sześciolatka mogli aktywnie i pożytecznie uczestniczyć w procesie produkcji, a nie tylko przeszkadzać.
Też robili je jesienią, chociaż nie pamiętał, czy towarzyszyło to jakiejś okazji. To Keira koniecznie chciała je zrobić, i to ona dodawała barwniki do lukru.
Jego reakcja na ich końcowy kolor rozbawiła Roseann i wyjątkowo uraziła Keirę.
Wyglądają jak z bagna.
Dalej uważał, że miał wtedy rację, ale z drugiej strony… ich smak był chyba jeszcze gorszy od koloru. A to już było jego winą.
Jak mogą być słodkie, kwaśne i gorzkie w tym samym czasie?!
Oh, bardzo się po tym obraził. A jeszcze bardziej, kiedy wypluła ugryziony kawałek do zlewu, krzywiąc się, jakby właśnie zjadła brokuły. Kolor nawet pasował.
Parsknął cicho pod nosem, odstawiając pudełko z powrotem na miejsce. Roseann wytknęła jej wtedy, że jest podła w stosunku do starszego brata, ale wydawało mu się, że też jest trochę rozbawiona. Próbowała delikatnie bronić Chaita, kiedy Keira nie chciała go przeprosić.
Jestem pewna, że smakuje dokładnie tak jak ambrozja.
Zadrżały mu dłonie. Ruszył w stronę wyjścia z alejki, próbując skupić się na muzyce, która cały czas grała mu w słuchawkach.
Oczywiście, kłócili się z nią, że to niemożliwe. Ambrozja na pewno była smaczniejsza od tych babeczek. Roseann zażegnała kryzys, przygotowując im kakao. Ostatecznie zjedli wszystkie, nakładając jeszcze grubszą warstwę lukru, i oglądając we czwórkę – razem z ojcem – stare bajki do późnej nocy. Babeczki nie były tak tragiczne, jak utrzymywała Keira.
A Chait był bliski płaczu, kiedy kilka lat później znowu poczuł ten słodko-kwaśno-gorzki smak, po raz pierwszy w życiu próbując ambrozji. Wtedy nie pamiętał słów Roseann, przypomniał je sobie dużo później, kiedy już udało mu się zapewnić wszystkich, że naprawdę już nic mu nie jest i czuje się jak najbardziej świetnie.
Oczywiście, nigdy nie próbował odtworzyć tych specyficznych babeczek – nie miał pojęcia, jak one wtedy powstały. Zresztą, bez tej otoczki nie mogły smakować tak samo. Brakowałoby Keiry, Roseann… no i ojca.
Zajrzał do następnej alejki, w tym wszystkim dalej szukając sosu w proszku. Jeśli dalej będzie mu szło tak fatalnie, to w końcu poza paskudnymi babeczkami straci też okazję na bardziej aktualny obiad.


───
[786 słów: Chait otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia +10 za event]

Od Cherry — „Ambrozja” [Smellstober]

Kiedy Cherry pierwszy raz zjawiła się w infirmerii, jej pierwszym odruchem była chęć ucieczki.
Nie było to wcale spowodowane szpitalną atmosferą. Wręcz przeciwnie, przez chwilę oglądała się za siebie zafascynowana, szukając źródła dziwne słodkiego zapachu, który nic a nic nie przypominał sterylnej woni przychodni, w której się leczyła. Jej pierwszy raz w infirmerii był jednak również jej pierwszym spotkaniem z potomkiem boga strachu i zdecydowanie nie była przygotowana na to, żeby ktoś taki pracował w takim miejscu.
Chaos Frey był z wyglądu zasadniczo zupełnym przeciwieństwem ów boga strachu. Nie domyśliłaby się, że jest wnukiem Formido, gdyby jej potem o tym nie powiedział. W momencie, kiedy spotkała jego zielone oczy, przestudiowała blond loki sięgające ramion i sweter w kotki ukryty pod wdziankiem pielęgniarki, większość jej nerwów wyparowała, a zastąpiło je delikatnie zachmurzone słońce, spod którego wyglądał stojący przed nią medyk.
Usztywnił jej kostkę. Była tylko skręcona i głupio jej było, że przychodzi z tak głupią rzeczą, ale dochodziła do wniosku, że i tak nie będzie zbyt przydatna, utykając na jedną nogę. Poza tym medykowi nie wydawało się to zbytnio przeszkadzać; wiążąc bandaż, opowiadał jej o byciu dzieckiem Apolla. O byciu legionistą z najstarszym stażem w Obozie Jupiter, bo praktycznie się tu urodził. O talentach boga, które Cherry niedługo w sobie odkryje.
Zazdrościła Chaosowi, w pewien sposób. Apollo był bogiem wielu dziedzin i pewnie finalnie okaże się, że sama będzie mieć talent do grania na trąbce uchem albo innego dotykania nosa językiem. Ale kiedy patrzyła na surową, szpitalną atmosferę dookoła, rzędy bandaży i eliksiry z magicznych specyfików, w głębi duszy poczuła nadzieję, że być może mogłaby przydać się Obozowi Jupiter w inny sposób, niż rzucaniem na ludzi klątw głupich rymowanek.
Stanęła na równe nogi i już miała podziękować Chaosowi i wrócić do swojej kohorty, kiedy chwycił ją za przegub ręki i zatrzymał w miejscu.
— Poczekaj. — Uśmiechnął się półgębkiem. Szczerze. — Jeszcze dam ci kawałek ambrozji.
Zdziwienie na jej twarzy było chyba bardziej wyraźne, niż zamierzała. Chaos wcisnął jej pół batonika, który wyglądał jak zbita, przesłodzona masa czegoś, co wyglądało jak proteinowa tabliczka. Czy to był półboski rodzaj naklejek dla dzielnego pacjenta? Albo czekolady, którą się dostaje po oddaniu krwi?
— Pierwszy raz próbujesz ambrozji?
— Chyba nie miałam wcześniej tej przyjemności — wymamrotała, kiedy Chaos pokazał jej ruchem ręki, że ma z powrotem usiąść na leżance.
— Usiądź. Muszę dopilnować, żeby ten pierwszy raz nie spalił cię na popiół.

Ambrozja nie smakowała tak cudownie, jak przedstawił jej to Chaos.
Miała smak naleśników obficie polanych syropem klonowym. Takich, w których od razu czuć, że dodało się za dużo mąki. Lekko przypalonych. Przeżuwała batonik, ale z każdym gryzem to nie smak stawał się coraz lepszy, tylko wspomnienie, które mu towarzyszyło, bardziej wyraźne. Smakowały jak troska, w którą Cherry nie do końca chciało się wierzyć, ale była to ostatnia kotwica trzymająca jej jakkolwiek szczęśliwe momenty z matką.
Matka robiła jej naleśniki, kiedy była chora. Przez te kilka jesiennych dni w roku Cherry mogła poczuć, że ktokolwiek się o nią martwił. Siąpiła nosem, miała gorączkę i co chwilę wychodziła z łóżka, zarzekając się, że da sobie radę i wcale nie jest aż tak chora, a wtedy ktoś nad nią czuwał i przynosił jej te nieidealne naleśniki rosnące w ustach przez brak apetytu. Nie smakowały dobrze, a mimo to wracała do tych wspomnień za każdym razem, kiedy odczuwała chęć, żeby ktoś otulił ją kocem i powiedział, że wszystko będzie dobrze i to zaraz minie.
Pomyślała, że jeśli to było jej najlepsze wspomnienie, to jej życie musi być cholernie smutne. Albo po prostu nikt w nim nie umiał dobrze gotować.

・・・・・

Dar leczenia był też na swój sposób przekleństwem.
Kiedy Chaos został wezwany przez swojego ojca jako augur, Cherry nie zawahała się ani chwili. Zszywała rany po mieczach, nastawiała złamane kości i piła hektolitry kawy, zmuszając się do siedzenia po nocach, bo jej pacjent jęczał z bólu, a ona nie miała pojęcia, jak mu pomóc.
Czasami przeklinała bogów w myślach. Cichutko, tak, żeby jej nie słyszeli spomiędzy wszystkich innych modłów. Chodziło jej po głowie, że żadne jedenastoletnie dziecko nie powinno siedzieć na leżance z poturbowaną głową, po tym, jak dopiero trafiło do zupełnie obcego Obozu Jupiter i kilka godzin temu straciło ojca.
Podała Anemone batonik ambrozji i udawała, że zajmuje się sobą, chociaż ukradkiem zerkała na dziewczynę, w idiotycznej fascynacji wypatrując reakcji na tak nagły smak wspomnień.
Anemone miała zapuchnięte oczy i twarz brudną od ziemi. Przeżuwała batonik, jakby parzył ją w język i Cherry momentalnie wystraszyła się, że coś jest nie tak, że może podała jej zbyt dużo ambrozji i dziewczynka zaraz zostanie spalona na popiół, a wszystko to przez nią.
— Wszystko w porządku? — zagaiła, siadając obok półbogini na leżance.
To były bzdury. Nic nie było w porządku i doskonale o tym wiedziała.
— Nie wiem czemu, ale to smakuje jak pomarańczowe bułeczki, które piekł mi tata. — Dopiero kiedy wybuchnęła płaczem, Cherry zdała sobie sprawę, że dziewczynka cały ten czas powstrzymywała łzy. — Czy mogę prosić o inny smak? Nie chcę teraz do tego wracać.

・・・・・

Aurum całkiem nieźle zniósł swoje pierwsze zrzucenie go z wieży. Skończył tylko ze złamaną ręką, wstrząsem mózgu i paroma siniakami na całym ciele.
— Pirat musi być silny — wydukał, kiedy łzy stanęły mu w oczach po tym, jak Cherry nastawiła mu rękę. Mogła złagodzić ból zaraz po i szybko podać mu ambrozję, ale sama czynność była niezbędna. — Widziałaś kiedyś płaczącego pirata?
Uśmiechnęła się.
— Chyba jesteś pierwszym piratem, którego poznałam. Nie mam porównania.
Oburzył się.
Jeszcze nie jestem piratem. Ale będę.
— A jak dla piratów smakuje ambrozja?
Wcisnęła mu do zdrowej ręki batonik w dłoń. Zerknął na nią kątem oka, jakby szukając pozwolenia, po czym odgryzł spory kęs. Rozpromienił się.
— Czarna herbata! — podsumował. — Ta świąteczna, z limitowanej edycji herbacianego kalendarza adwentowego. Mama mi go kiedyś kupiła pod choinkę. Czy jak wezmę kolejnego gryza, to poczuję inne smaki herbat?
— Jeśli weźmiesz kolejnego gryza, to zostanie z ciebie kupka popiołu. — Zrzedła mu mina, na co zachichotała nieco zbyt wesoło. — Jesteśmy tylko półbogami, więc jedzenie bogów nadal może być dla nas śmiertelne. Ale ma też całkiem pozytywne efekty. Ręka cię już nie boli, czy powinnam zamówić u dzieci Wulkana hak dla pirata?

・・・・・

Czasem Cherry nie musiała się przejmować o swoich pacjentów. Byli inni, którzy martwili się o nich bardziej.
Wyjmowała ostatnie odłamki szkła z ręki chłopaka. Syczał, co jakiś czas się wiercąc, a tabliczka „in probatio” chybotała się między nimi, jakby przypominając o swoim istnieniu. Na kawałku metalu pojawiły się już pierwsze rysy — bogowie wiedzą od czego, ale wyglądały jak ślady pazurów — i Cherry żyła jeszcze wówczas w błogiej nieświadomości, że Dick Marsh już niedługo stanie się prawie nieodłączną częścią jej infirmerii.
Jako pacjent, rzecz jasna.
— Nie mogę uwierzyć, że tego dotknąłeś — mruknęła siedząca obok niego dziewczyna, kiedy Cherry odwróciła się, żeby pójść po świeże gaziki i zgarnąć batonik ambrozji.
Dziewczyna obok niego nazywała się Lexi i tak naprawdę wyglądała dużo gorzej, niż przyjaciel, którego tu przyprowadziła. Najwyraźniej osłoniła go swoim ciałem, chociaż to on dotknął tego granatu. Zaskakująco jednak dużo lepiej od niego znosiła ból.
— Skąd miałem wiedzieć, że to szklana bomba? — jęknął.
— Bo to pracownia dzieci Wulkana. Zresztą, mówiłam ci, żebyś niczego nie dotykał.
Drzwiczki szafki zaskrzypiały, kiedy Cherry sięgnęła po płyn odkażający. Na chwilę, poza jej trzaskaniem przedmiotami w tle, pomiędzy dzieciakami zaległa cisza.
— …dziękuję ci — bąknął w końcu chłopak. — Za to, że mnie osłoniłaś. I za to, że wczoraj wyciągnęłaś mnie z tego kanału. Za rzadko ci dziękuję. Bez ciebie byłbym tutaj już dawno martwy.
Wróciła do nich z masą przedmiotów, z których tylko połowa była potrzebna, po czym wyciągnęła w ich stronę batonik ambrozji.
— Podzielcie się — rzuciła Cherry. — To powinno przyspieszyć wasze leczenie.
Dick pochłonął swój kawałek, przez chwilę krztusząc się tym w sposób, który świadczył, że Cherry zaraz będzie musiała wykonać też chwyt Heimlicha.
— Smakuje jak ciasto czekoladowe — wydusił w końcu oniemiały. — Dobre, nie?
Na twarzy Lexi wykwitło zmieszanie. Może było to zachodzące słońce za oknem, a może Cherry faktycznie zauważyła na jej twarzy rumieniec. Cokolwiek to było, szybko zdusiła w sobie emocję, przełykając gryza ambrozji.
— Ciasto czekoladowe. Tak. Dobre — wymamrotała nieobecnie.
Cherry postanowiła nie mówić im wtedy, że dla każdego ambrozja smakowała inaczej.

・・・・・

— Wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze?
Vergil maczał pizzę w takiej ilości sosu czosnkowego, że był w stanie ją utopić.
— Nie mam pojęcia.
— Że ta cholerna pizza to jakieś błędne koło — wymamrotał, biorąc pierwszy kęs. — Kojarzy mi się z infirmerią, a infirmeria nie kojarzy mi się szczególnie dobrze. Bez obrazy — dodał szybko. Zaśmiała się. — A przez to, że ta pizza kojarzy mi się z infirmerią, która nie kojarzy mi się szczególnie dobrze, to teoretycznie ambrozja też nie powinna być tą pizzą, skoro ona już nie kojarzy mi się dobrze… rozumiesz?
— Chcesz mi powiedzieć, że wielki pretor Dwunastego Legionu Fulminata, błogosławiony przez boga wojny Marsa, bla, bla, bla, Vergil Halston, smakuje swoją ambrozję jak pizzę zatopioną w sosie czosnkowym?
Na potwierdzenie utopił ją w jeszcze większej ilości sosu.
— Z pieczarkami. I oliwkami. I papryką.
Zachichotała na to szczególne podkreślenie.
— Okej, zawsze mogło być gorzej. Przynajmniej nie są to fasolki wszystkich smaków.
Pomyślała o swoich naleśnikach z syropem klonowym. O zimnej dłoni matki na jej czole, kiedy w specyficzny sposób mierzyła jej temperaturę. I pomyślała, że może — ale tylko może — jej najlepsze wspomnienie przestanie być takie słodko-gorzkie. Może niedługo spróbuje ambrozji i zamiast nadpalonych naleśników poczuje smak pizzy z pieczarkami, oliwkami, papryką i morzem sosu czosnkowego, bo teraz wystarczyło jej siedzenie na podłodze i wcinanie pizzy z kimś, kogo kocha, żeby poczuła się najlepiej na świecie.


───
[1561 słów: Cherry otrzymuje 15 Punktów Doświadczenia +10 za event]

Od Kazue — „Ambrozja” [Smellstober]

Uwielbiała treningi. Właściwie nikt nie powinien się tym dziwić, jako córka Aresa niemal żyła możliwością pobicia kogoś z wymówką „tylko trenowaliśmy”. Starała się nie przesadzić, po to istniały potwory, ale nikt nigdy nie umarł od kilku siniaków i mniejszych lub większych przecięć. Tym bardziej żaden z półbogów, kiedy jedzenie magicznie uzdrawiającego jedzenia było na porządku dziennym.
Stanęła z mieczem w ręku przed wychudzonym, białowłosym chłopakiem z dziesiątego domu, który do tego zamiast miecza, miał zwykły sztylet. Spojrzała się na ćwiczących dookoła, zastanawiając się, czy to jakiś żart. Nie potrafią postawić jej przed kimś, kto naprawdę ma jakieś mięśnie, a nie tylko piękną twarzyczkę? Z głębokim westchnieniem odrzuciła miecz na bok, ignorując zszokowanego obozowicza, który niemal o miecz się potknął. Nie będzie robić tego jeszcze bardziej niesprawiedliwego. Zresztą, jakoś źle by wyglądało pobicie takiego biedaka.
– Daję ci fory. Dajesz. – mruknęła do grupowego Afrodyty, czekając, aż sam zaatakuje. Niech chociaż raz się pochwali, czy potrafi cokolwiek tym sztylecikiem zrobić.
Nie zdziwiła się, kiedy okazało się, że tak średnio. Nieważne ile razy próbował, bez problemu potrafiła zatrzymać dłoń Aureliusza chwilę przed ciosem.
– Masz siedemnaście lat, jesteś herosem i grupowym Afrodyty. Weź się, kurwa, w garść! – krzyknęła do Niemca, który wydawał się zrozumieć, że Kazue ma głównie na celu zdenerwowanie go. Wyjątkowo, było trudniej, niż się spodziewała. Był niemal jak oaza spokoju. Pierdolonym kurwa wyciszonym kwiatem lotosu na zajebiście spokojnej tafli jebanego jeziora. Był wręcz jak jebany wagon pełen pierdolonych medytujących tybetańskich mnichów. – No co, słów zabrakło? Potwory nie patrzą na to, że jesteś naturalnie urokliwy. – zmarszczyła brwi, jednak siedemnastolatek dalej wydawał się niemal tak spokojny, jak wcześniej. Żadnej zabawy z tego. – Pomaluj sobie oczka, ja idę poszukać czegoś lepszego do roboty.

***

Spojrzała na ściankę wspinaczkową, na której już kilku ludzi próbowało swoich sił. Wiele z nich panicznie puszczało się, widząc zbliżającą się lawę. Nie dziwiła się. Wizja poparzenia dłoni (pff, jakby było to tylko poparzenie) nie należała do tych szczególnie przyjemnych. Uśmiechnęła się do siebie, wykonała szybką rozgrzewkę razem z kilkoma innymi, na tyle dobrą, aby nie złapać skurczu pośrodku ścianki. Ciekawe, czy należało to do topki śmierci i/lub jakichkolwiek uszkodzeń ciała herosów, bo Aresiaki na pewno załapały się na któreś z czołowych miejsc.
Bez wahania rzuciła się na ściankę, ale już po kilku razach zwyczajnie nie dosięgła kolejnego uchwytu czy po prostu nie doskoczyła. Chwyt miała dobry, po prostu nie cieszyła się taką zręcznością, jak inni, którzy zamiast walki postanowili się wspinać. Próbowała kilka razy, kilka razy musiała spaść na dół, aby nie dostać głazem w łeb ani nie przypalić sobie paznokci, o które ostatnio starała się wyjątkowo dbać.
W końcu zrezygnowała. Zdecydowanie nie było to dla niej, kiedy to, na czym się głównie skupiała to siła czystych mięśni i magiczna moc wpierdolu.
Postanowiła iść za kolejną osobą, która opuściła ściankę. Nie wiedziała z jakich powodów, ale może znajdzie jakieś ciekawe zajęcie. Szybko znalazła się przy teatrze, gdzie, jak się wydawało, każdy mógł spróbować swoich sił w aktorstwie. Ustawiła się w kolejce, a po krótkiej analizie w jej rękę została wepchnięta kartka z tekstem. Nic trudnego, nie? Myliła się.
– Co tu jest napi… a, okej. – przeanalizowała pod nosem tekst, zanim nie wystąpiła przed grupkę herosów, którzy najpewniej znali się na aktorstwie o wiele lepiej, niż sama Kazue. Nawet nie była pewna, czy dobrze przeczyta kwestię. Razem z sygnałem od prowadzącego, zaczęła odgrywać rolę Makbeta.
– Dnia tak szpetnego i pięknego razem nie miałem jeszcze. – powiedziała spokojnie, co chwilę upewniając się, czy na pewno dobrze wszystko czyta. Po usłyszeniu od herosa kwestii innej postaci, kontynuowała. – Jeśli możecie, mówcie, kto jesteście? – zapytała, jednak jakby wcale nie było to pytanie. Zmarszczyła brwi, po czym oddała kartkę herosom. – To chyba nie dla mnie. – kiwnęli jej głową, a córka Aresa się oddaliła.
Cały ten dzień był jakimś niewypałem. W oddali zauważyła Gaspara, który trzymał coś w dłoni. Kiedy już znalazł się blisko Kazue, niemal wepchnął to do jej rąk. Według etykiety baton proteinowy z żurawiną. Opakowanie było lekko otwarte, a z batona został wzięty już jeden gryz. Uniosła brew.
– Nie zasmakował mi.
Lekko prychnęła, jednak wzięła gryza z batona, nie spodziewając się tego okropnego smaku, jaki następnie zapanował w jej ustach. W boleściach przełknęła, po czym wzięła kolejny gryz.
– Faktycznie, kurwa, ambrozja. – wycedziła przez zęby, starając się przeżuć fantastyczny smak batonika. Wisienka na torcie tego dnia.


───
[709 słów: Kazue otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia +10 za event]

poniedziałek, 4 listopada 2024

Od Havu — „Ambrozja” [Smellstober]

TW: SA, MYŚLI SAMOBÓJCZE

Nie znali się zbyt dobrze, ale już wtedy był dla niego niczym najsłodszy cukierek.

Głośna muzyka zagłuszała rozmowy, przez co trójka siedzących mężczyzn musiała nachylać się nad stolikiem i krzyczeć sobie do uszu. Kolorowe światła raziły w oczy, a tłum ludzi zagęszczał atmosferę; czuł się, jakby został wysłany w kosmos, gdzie nie ma tlenu i za chwilę się udusi.
Jeden z młodzieniaszków odchylił się na oparcie krzesła i wziął duży łyk gorzkiego napoju. Skrzywienie od razu zagościło na twarzy Amerykanina.
— Nic nie słyszę! — krzyczał do kolegów, którzy mimo starań nic nie usłyszeli. — Mówię, że nic nie słyszę!
Tym razem wszystko okazało się wyraźne. Tak samo, jak coraz głośniejsza muzyka, która zaraz rozsadzi wszystkim tutaj obecnym głowy.
— Muszę do toalety.
Koledzy nie usłyszeli, co powiedział, ale szybko się domyślili, kiedy rude włosy skierowały się w stronę łazienek, powoli znikając w tłumie tańczących ludzi.
Nie było kolejki. Myślał, że jest sam; ale kiedy wszedł do środka i zaczął oglądać swoją zmarnowaną twarz w lustrze, nieznajomy mężczyzna stanął tuż obok niego. Był młody. Można powiedzieć, że bardzo młody. I na dodatek bardzo przystojny.
Zmarszczył brwi, starając się ignorować przeszywający wzrok obcego, jednak po dobrych pięciu minutach zrobiło się to nie do wytrzymania.
— Mógłbyś na mnie nie patrzeć?
Nie doczekał się odpowiedzi.
— Świetnie — burknął poirytowany i skierował się w stronę wyjścia.
Ciemna łazienka była idealnym miejscem do spotkań, rozmów i do… czego tylko dusza zapragnęła. Kolorowe światła nie docierały do pomieszczenia, a jedynie smugami odbijały się w dużych lustrach.
Obcy mężczyzna odwrócił się i uśmiechnął; nawet w półmroku wyglądał zniewalająco.
— Wybacz, chciałem o coś zapytać, ale zapomniałem.
Rudowłosy przewrócił oczami. Chciał wrócić do kolegów, ale coś, a raczej ktoś, sprawiało, że dalej nie wyszedł z łazienki. W pomieszczeniu był on i ten obcy mężczyzna, który cały czas się uśmiechał; te białe do bólu zęby wydawały się błyszczeć i odbijać w lustrach, a idealnie ułożone włosy raczej nie mogły należeć do byle kogo.
— Jestem tutaj bardzo często i znam niemal każdego.
— Chcesz mi powiedzieć, że znasz ten tłum, o, tam? — Wskazał palcem na tańczącą zgraję ludzi. — Śmieszne.
— Och, tak. Znam każdego. — Uśmiechnął się. Wyglądał na bardzo pewnego siebie. — I ciebie nie znam.
— Wybacz, nie jestem zainteresowany czymkolwiek, o czym teraz myślisz. — Zrobiło się niezręcznie. Przeszywający wzrok obcego mężczyzny ciążył na jego ciele niczym stukilogramowa sztanga.
— Chciałem się tylko przedstawić. — Podszedł bliżej i wyciągnął z kieszeni dłoń. — Kyle.
— Havu. — Delikatnie ścisnął rękę mężczyzny. Odczucie delikatnej, miękkiej skóry nawiedzało go później przez następne pięć dni.

Kyle był typem osoby, która uwielbiała się narzucać. Pojawiał się wszędzie tam, gdzie akurat był Havu: w parku, w kawiarni, w sklepie, a nawet w okolicach jego ówczesnej pracy. Za każdym razem mówił, że przechodził albo zauważył rudą czuprynę z oddali i chciał się przywitać.
Tym razem kręcił się w okolicach ciemnych uliczek, w pobliżu klubu, do którego jeszcze nigdy nie zaglądał. W kieszeni ściskał telefon, jakby na kogoś czekał, a przecież nie umówił się na żadne spotkanie.
— To chyba nie twoje tereny — rzucił, nie przywitawszy się.
Kyle się uśmiechnęła i rozłożył ręce, jakby szykował się do uścisku.
— W końcu jesteś! — Schował dłonie z powrotem do kieszeni. — To prawda, to nie moje tereny, ale to chyba nie znaczy, że nie mogę tutaj przyjść, co nie?
Havu przewrócił oczami. Umiejętność wymyślania Kyle’a była na tak wysokim poziomie, że wymówkę znajdzie na wszystko; nawet gdyby z zaskoczenia złapała go policja i zabrała na przesłuchanie w sprawie morderstwa. Był inteligentny i tę inteligencję wykorzystywał nieszczególnie w dobrych motywach.
— Okej, chodź. — Kiwnął głową w stronę czarnych drzwi. — Myślę, że ci się spodoba.
I weszli do środka, do klubu, w którym nie rozbrzmiewało disco-polo lub nudny pop, a prawdziwa rockowa muzyka.
Havu nigdy wcześniej nie rozmawiał z mężczyzną o ulubionej muzyce. Nigdy nie rozmawiali w taki sposób, w jaki rozmawiają osoby, które się dopiero poznały. Ze zdziwieniem spojrzał na Kyle’a, który z dużym uśmiechem szukał w tłumie wolnego stolika dla ich dwójki.
— Lubisz taką muzykę? — zapytał, chociaż na pierwszy rzut oka Kyle nie wyglądał na pasjonata takich brzmień.
— Czasem słucham. — Poprowadził ich w stronę jedynego wolnego miejsca. Akurat na szarym końcu, w kącie, gdzie nikt nie mógłby podsłuchiwać ich rozmowy. — Moja mama bardzo lubiła rock. Była wielką fanką Metallicy.
Havu się skrzywił. Wymienił akurat zespół, którego nie cierpiał.
— Czyli rozumiem, że też tego słuchasz?
— Nie, ja wolę Rammsteina. Mam nadzieję, że znasz?
Zawahał się. Przez chwilę pomyślał, że to nie mógł być przypadek. Osoba, którą znał ledwie od miesiąca nie mogła wiedzieć o nim wszystkiego; a jednak Kyle jakimś cudem wiedział.
— To mój ulubiony zespół — odpowiedział w końcu. — To jakiś przypadek, czy może przeglądałeś moje profile? — zapytał, kąśliwie.
— Wiesz, to raczej popularny zespół i pewnie trafisz w życiu na więcej osób, które słuchają tego samego, co ty. — Oparł brodę na dłoni. Wbił ciemne oczy prosto w skrzywioną twarz rudzielca. — Zamówić ci coś?
— Cokolwiek.
Pokiwał głową i zniknął, by zaraz wrócić z dwoma drinkami: mojito i martini. Nie najlepsza opcja, ale zdecydowanie dobra na początek.
— Co ty tutaj robiłeś, skoro nawet mnie nie zaprosiłeś? — zapytał, upijając łyk zimnego napoju. — To też nazwiesz przypadkiem?
— Nie, to nie był przypadek. — Odgarnął ciemne włosy sprzed oczu. — Tak naprawdę liczyłem, że cię spotkam. Nie wymieniliśmy się numerami telefonu, bo nigdy nie chciałeś mi dać, a jak próbowałem napisać na facebook’u, to nie wyświetlałeś. — Przybrał smutny wyraz twarzy.
— Pewnie nie widziałem — westchnął. — Podam ci numer i odpisze tam, gdzie pisałeś. Będziesz wtedy zadowolony?
Kyle wepchnął rękę do kieszeni kurtki i wygrzebał telefon. Pokiwał głową i czekał, aż Havu zacznie dyktować numerki.
 
Rozpoczęcie znajomości z tym mężczyzną było chyba największym błędem i nieporozumieniem. Kyle, jak wiadomo, był natarczywy; a kiedy dostał numer telefonu i miał możliwość wypisywania na messengerze, to był niemalże nie do zniesienia. Jednak z jakiegoś powodu, nikomu bardziej nieznanemu, Havu to przestało przeszkadzać. Odpisywał mężczyźnię tak często, jak miał możliwość i proponował spotkania, gdy znajdował trochę wolnego czasu.
Ta znajomość w końcu przestała być znajomością, a Kyle trafił do worka podpisanego „przyjaciele”, by potem przejść na rangę wyższą „najlepsi przyjaciele”.
Nie było żadnych planów, mówiących o tym, że ładnie wyglądający mężczyzna zostanie kimś więcej; a mówiąc więcej, nie mamy na myśli przyjaciela numer jeden, tylko kogoś, kto zamieszkał w sercu.
I może z początku było normalnie — zwykły związek dwóch ludzi, który miał przyszłość — ale potem zrobiło się z tego coś, czego nie da się prosto nazwać.
 
— Możesz mi powiedzieć, co się stało? — pytał, patrząc w mokre od łez czekoladowe oczy. — Przychodzisz do mnie cały zapłakany i nawet nie chcesz rozmawiać.
Kyle przetarł dłonią twarz i pociągnął nosem. Wyglądał jak siedem nieszczęść i jeszcze trochę.
— Sam nie wiem.
Atmosfera zrobiła się gęsta; w pomieszczeniu oprócz nich nie znajdowała się żadna inna żywa dusza. Havu przyjrzał się mężczyźnie i westchnął. Nie wiedział, co powinien zrobić, a to nie pierwszy raz, kiedy widzi Kyle’a w takim stanie.
— Potrzebuję odprężenia.
— Jakiego odprężenia?
Kyle się uśmiechnął. Mokre oczy patrzyły z wyczekiwaniem na kogoś, kogo podobno „kochał”.
— Havu, my jeszcze nigdy nie… — Podszedł bliżej. Oparł dłoń o klatkę piersiową partnera. — Wiesz…
— Nie. — Odsunął się i odepchnął dłoń Kyle’a. — Słuchaj, kurwa, cokolwiek się z tobą dzieje, to nie jest to normalne.
Jednak Kyle nie słuchał. Nacierał dalej, kierując dłoń w różne miejsca: łapał za nadgarstek, sunął wzdłuż ramienia, barku, a później przejeżdżał opuszkami po cienkiej skórze na szyi. Im bardziej Havu się odsuwał, tym bardziej trafiał w objęcia mężczyzny.
— Odsuń się.
— Ale dlaczego?
Zadrżała mu powieka. Zimna dłoń Kyle’a wsunęła się pod jego koszulkę.
— Bo cię o to proszę.
— Czemu tylko twoje potrzeby są ważne, hm? — Złożył delikatny pocałunek na barku rudowłosego. — Poprawisz mi tym humor.
Wszelkie prośby zostały zignorowane; każde słowo, wypowiedziane przez Havu było niczym w oczach Kyle’a. Liczył się on oraz pragnienia seksualne, których nie mógł dłużej sam sobie zaspokajać.
Zgodził się na coś, czego nie chciał robić i przez długi czas nie potrafił zmyć z siebie tego brudu; bo czuł się brudny nawet po tym, jak się kilkukrotnie wykąpał. Był najżałośniejszym stworzeniem na świecie.
Gorzki posmak na języku był przeciwieństwem ambrozji; napój bogów ma uleczać, przynosić ukojenie, a to do takich nie należało.
 
Rozległo się pukanie do drzwi. Havu już doskonale wiedział, kto stoi po drugiej stronie. I wiedział, że na pewno nie jest szczęśliwy.
— Czemu to robisz?! — krzyknął z chwilą, gdy rudowłosy uchylił drzwi. Kyle znów stał zapłakany, a czerwona twarz zrobiła się jeszcze bardziej burgundowa, kiedy złapał łapczywie powietrze. — To nie może się tak skończyć! — Wepchnął się do środka i ścisnął mężczyznę za rękę. Na tyle boleśnie, że Havu wykręcił się z bólu.
— Puść mnie.
— Zablokowałeś mnie. Wszędzie. — Płakał tak, jakby zaraz miał wypluć sobie płuca. — Chcesz, żebym się zabił?
— Kyle, nie mów tak.
— Zabiję się.
— Przestań.
Kyle puścił rudowłosego i złapał się za głowę. Zaczął pociągać się za brązowe włosy i szeptać do siebie niezrozumiałe słowa.
— Czy ty, kurwa, nie widzisz co odpierdalasz?! — Ten niespodziewany wrzask uciszył na chwilę Kyle’a. To pierwszy raz, kiedy uniósł na niego głos. Pierwszy raz, kiedy poczuł, że nienawidzi tego mężczyzny w każdym milimetrze swojego ciała; i chciałby się go pozbyć.
— Jak mnie zostawisz to się zabiję — szepnął w odpowiedzi, ignorując wściekłe, zielone tęczówki. — Zrobię to.
— Droga wolna. — Złapał za klamkę drzwi. — Wypierdalaj.
Jeszcze chwilę patrzył na brązowe oczy, które niegdyś odurzyły go do takiego stopnia, że nie potrafił spać. Jeszcze chwilę obserwował mimikę na twarzy, którą całował.
Kyle wyszedł, nie odwracając się za siebie tak, jakby byli dla siebie nikim.
 
Miałeś być ambrozją na moje rany i zmartwienia, a okazałeś się trucizną, niszcząca mnie z każdym kolejnym dniem.

 ─── 
[1563 słowa: Havu otrzymuje 15 Punktów Doświadczenia + 10 PD za event]

niedziela, 3 listopada 2024

Od Elianne — „Ambrozja” [Smellstober]

Elianne siedziała na balkonie, otulona grubym kocem. Listopadowe noce niekoniecznie rozpieszczały temperaturą, a ona nie chciała się przeziębić. Siedzący na sąsiednim krześle Christopher odpalił kolejnego tego wieczoru papierosa. Dziewczyna zmarszczyła nos, chociaż dym szybko został zwiany sprzed jej twarzy.
— Naprawdę palenie tego sprawia ci przyjemność? — zapytała niemal z niedowierzaniem, krzywiąc się nieco.
Papierosy nigdy nie miały dla niej zbyt większego sensu. Śmierdziały, powodowały choroby i uzależniały. Kiedy rok wcześniej po raz pierwszy przyłapała brata na paleniu, była zdziwiona. Nie naskarżyła na niego do ojca, bo wychowując się z trójką braci, znała tego konsekwencje, poza tym uważała, że jest już za duża na kablowanie. Wciąż jednak nie potrafiła zrozumieć jego ciągot do nikotyny.
— Papierosy to ambrozja, Eli. Ale lepiej nigdy nie próbuj, bo ojciec mnie zabije — odpowiedział osiemnastolatek i wzruszył ramionami. — Idzie się przyzwyczaić.
Strzepnął popiół na betonowe podłoże i roztarł go butem. Może i nie był już gówniarzem, ale wciąż byłoby mu głupio przed rodzicami, gdyby się dowiedzieli. Nie wiedział, dlaczego spędzał wieczór w towarzystwie młodszej siostry, ale może i nie było to takie złe.
Blondynka prychnęła pod nosem i przewróciła oczami.
— Proszę cię, nawet nie masz pojęcia, jak naprawdę smakuje ambrozja — powiedziała, nieznacznie unosząc kąciki w uśmiechu.
— No tak, zapomniałem, że u was je się ambrozję na porządku dziennym. Półbożkowie. Dlaczego to nie mogłem być ja? — zapytał ironicznie, po raz kolejny zaciągając się papierosem, drugą ręką chowając w połowie pustą paczkę do kieszeni.
Elianne ciaśniej opatuliła się kocem, kiedy powiew chłodnego wiatru zmierzwił im włosy. Zastanawiała się, jakim cudem Chris siedzi tuż obok w samej bluzie i nawet nie drgnie. Zawsze dziwiło ją to, jak bardzo była różna od swojego rodzeństwa. Z jasnymi włosami, niebieskimi oczami i dziecięcą buzią wyglądała, jakby ją adoptowano. Po części dlatego tak bardzo unikała powrotów do domu. Po prostu zawsze czuła się w nim jak intruz.
— Wiesz, że nawet nam nie wolno jeść ambrozji jak czekolady? Nadmiar może zabić — powiedziała z mniejszym zapałem, zerkając na brata, który i tak patrzył się przed siebie. — Wszystko w zbyt dużych ilościach może zabić — dodała, znacząco zerkając na dłoń, w której trzymał prawie spalonego papierosa.
Christopher podążył za jej spojrzeniem i leniwie wzruszył ramionami.
— Jakiś boski pokarm a papierosy to całkowicie dwie różne sprawy. Jeden papieros więcej nie zrobi mi krzywdy — powiedział, przydeptując niedopałek podeszwą buta.
— A założyłbyś się? — mruknęła Elianne z powątpiewaniem, unosząc brew.
Odpowiedziała jej cisza, ale ona już nie potrzebowała odpowiedzi na to pytanie.
— No właśnie — dodała cicho.
Założyła za uszy włosy, kiedy ponownie rozwiał je wiatr. Żałowała, że tej nocy ledwo było widać gwiazdy. Księżyc momentami przebijał się zza chmur, ale panowała głównie ciemność, rozświetlana jedynie ulicznymi latarniami. Przyciągnęła kolana do klatki piersiowej i oparła na nich podbródek. Razem z końcem tej rozmowy skończył się jej dobry humor, choć nie do końca wiedziała dlaczego.
Nagle drzwi balkonowe uchyliły się od wewnątrz, a w powstałej szparze pojawiła się głowa Richarda.
— Co wy tu robicie? Pozamarzacie — powiedział mężczyzna, wzdrygając się od chłodu. — Dziwnie tu śmierdzi. Dymem — dodał, marszcząc nos.
Elianne podniosła się z krzesła, wciąż z kocem na ramionach i przeciągnęła się.
— Pan Simons pewnie palił plastikiem. Znowu — powiedziała, wzruszając ramionami.
Poczuła na sobie przelotne, ale wdzięczne spojrzenie Christophera.
— W takim razie nic nowego. Idźcie do siebie, okropnie tu zimno. Dobranoc — ponaglił ich, otwierając drzwi szerzej, żeby mogli wejść z powrotem do domu.
Elianne z przyjemnością wróciła do ciepłego korytarza, zostawiając koc na fotelu.
— Dobranoc — mruknęła, spoglądając na ojca i brata, zanim po cichu przemknęła do swojego pokoju.
Zaplotła sobie włosy w warkocz do spania, a w trakcie tego usłyszała ciche powiadomienie z telefonu. Zmarszczyła brwi i sięgnęła po przedmiot, rozświetlając pokój światłem wyświetlacza. Dostała jedną wiadomość.
Od: Chris(szofer)
“dzieki. potrafisz byc dobra siostra, wiesz?” 

 ─── 
[610 słów: Elianne otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia + 10 PD za event]

Od Almy — „Ambrozja” [Smellstober]

Codziennie była obrzucana komplementami. W pewnym momencie przestały mieć jakiekolwiek znaczenie, będąc jedynie dodatkową liczbą, statystyką i informacją, która jedyne co wnosi do jej życia, to dodatkowe pieniądze. W pewnym momencie, zauważyła, jak komplementy zmieniają swoją postać. Nie od razu, nie w ciągu jednego dnia, ale była niemal pewna, że wcześniej słyszała głównie, że ludzie nazywają ją słodką czy uroczą, ale zaczęła widzieć takich słów mniej. W zamian nich, więcej osób stwierdzało, że jest ładna bądź śliczna. Dalej były to komplementy, zwykle je ignorowała, ale ta zmiana… nie mogła po prostu zamieść jej pod dywan. Nie dawała jej spokoju, jakkolwiek głupio to brzmiało.
Coś się zmieniło, nie w ludziach, a w niej. Przed lustrem próbowała sprawić, żeby wyglądała tak, jak wcześniej. Obserwowała jak unosi i opada jej klatka piersiowa, słysząc głośno swój oddech. Zacisnęła zęby, odwracając się od zwierciadła. Głupie lustro.
Jako pierwszego po wyjściu z baraków zauważyła, ku swojemu zdziwieniu, pretora. Lekkim truchtem podbiegła do komicznie wyższego Vergila. Na jego twarzy zdążyła zobaczyć wyraz obawy, jakby spodziewał się wszystkiego najgorszego. Nie taki miała zamiar.
– Vergil! Mam pewien, mały problem. – zaczęła mówić, wcale nie łagodząc emocji syna Marsa. – Nic ważnego, po prostu, czy od czasu mojego dołączenia do Obozu Jupiter, zauważyłeś, że coś się we mnie zmieniło, czy raczej dalej jestem mniej więcej taka sama? – zapytała, grzecznie uśmiechając się do dwudziestolatka, ewidentnie zaskoczonego nietypowym pytaniem. Chwycił się za brodę, trochę podrapał, obejrzał Almę od stóp do głów.
– Nie mogę powiedzieć na pewno, ale musiałaś zrobić postępy w chociażby walce. Ćwiczyłaś z Zoe, prawda? – przerwał na chwilę, jednak po otrzymaniu potwierdzenia w postaci kiwnięcia głową kontynuował. – Jestem pewien, że ona lub Friedrich dadzą ci lepszy wgląd na twój postęp w treningu. Jesteś tu krótko, więc nawet jeśli postęp jest mało widoczny, to przez następne miesiące zauważysz różnice w tym, jak trzymasz broń i jak nią się posługujesz. – odpowiedział, jednak wcale nie pomogło to legatariuszce. Nie była to taka odpowiedź, jaką chciała otrzymać w żadnym stopniu.
– Dzięki. – podziękowała, nie ściągając z twarzy uśmiechu. – Będę się starać jeszcze bardziej. – dodała, żegnając się z oddalającym się pretorem. Dopiero wtedy z jej twarzy zniknęło zadowolenie, a ta zaczęła się znowu zastanawiać, do kogo może podejść. Właśnie - może skorzysta z rady Vergila? Nie pomógł zbytnio w dowiedzeniu się, o co chodzi, ale może te dwie osoby będą w stanie powiedzieć jej coś więcej.
Wyruszyła na poszukiwania. Dawno nie widziała Friedricha, a Zoe z pewnością nie szwęda się w okolicach baraków pierwszej kohorty. Była pewna, że obeszła niemal cały Obóz Jupiter, kiedy usłyszała nieznajomy głos, krzyczący jej imię. Odwróciła się w stronę dźwięku, a zobaczyła na ciemno ubraną dziewczynę, która już chwilę potem znalazła się obok Almy.
– Zoe cię szukała, powiedziała, że ma coś, co ci się spodoba. Czeka przy Bombilo. – poinformowała, a w tym samym momencie przypomniała sobie, kim właściwie ona jest. Centurionka drugiej kohorty. Głupi by nie pamiętał. Westchnęła.
– Dzięki, Edel. – uśmiechnęła się Alma, patrząc, jak dziewiętnastolatka w nerwowym pośpiechu się oddala. Sama ruszyła w stronę kawiarni, szukając wzrokiem niebieskowłosej znajomej. Dalej nurtował ją ten sam problem, jednak tym razem, czuła się, jakby te pytania ciążyły nad nią niczym ostrze, gotowe upaść. Szybkim krokiem podeszła do uśmiechniętej półbogini, przysiadając się do jej stolika i wypijając łyk z jej kawy.
– Patrz na to. Znalazłam w Rossmannie. Pomyślałam, że ci się spodoba. – uśmiechnęła się szesnastolatka, podając znajomej mały zestaw kosmetyków. Nic specjalnego, szampon, płyn do mycia twarzy i błyszczyk, ale! Miał na sobie wizerunki gołębi, jak i małą figurkę gołębia. Każdy kosmetyk był w jakiś sposób stylizowany na te ptaki. Na twarzy Almy pojawił się uśmiech, radośnie przyjęła prezent.
– Wiesz, że nie musiałaś? I tak.. ja cię, ale super! – zaśmiała się, ciesząc się z podarunku. Niemal zapomniała o pytaniu, jednak zdążyła sobie przypomnieć. – Zoe, czy od czasu mojego dołączenia do Obozu Jupiter jakoś się zmieniłam..? – zapytała, kładąc łokcie na stoliku i podpierając dłońmi głowę.
– Hm… myślę, że trochę wydoroślałaś. – odpowiedziała, uśmiechając się szerzej, niż wcześniej (to w ogóle możliwe?). Kontynuowała, kiedy in probatio uniosła brew. – Nie denerwujesz się o byle co, lepiej radzisz sobie w drużynie… z twarzy też wyglądasz na nieco dojrzalszą. – z chwilą, w której usłyszała te słowa, już wiedziała, co się zmieniło.
Bogowie żywili się ambrozją i pili nektar, dzięki temu byli wiecznie młodzi. Nie zmieniali się, chyba, że chcieli. Alma nie chciała się zmieniać, a się zmieniała. Za szybko, jak na jej gust. Chciała być młoda na zawsze, zawsze wyglądać jak dziecko. Już wyglądała młodziej, niż reszta jej rówieśników, dzięki będzie Juwentas, ale nie powstrzymywało starzenia się kompletnie, a to chciała osiągnąć. Być wiecznie młoda.
– Alma, jesteś tu?
– Co? A, tak.

 ─── 
 [758 słów: Alma otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia + 10 PD za event]

Od Terry'ego — „Ambrozja” [Smellstober]

Cicha muzyka wypełnia głowę Terry’ego, jego wargi bezgłośnie układają się w kształt dobrze znanych, bo wyrytych w pamięci, słów. Kredki delikatnie skrobią papier, dodając życia czarno-białej kolorowance. Terry lekko kiwa się na krześle w rytm piosenki i prawie się przewraca, gdy muzyka nagle się urywa, a zamiast niej w jego uszy uderzają o wiele za głośne nuty dzwonka. Chłopiec wzdryga się i ściąga słuchawki z uszu, przeczesuje włosy. Rzuca kredkę obok rysunku, wstaje i próbuje zlokalizować telefon, który zawsze leży tam, gdzie Terry go nie odłożył. Przeczesuje łóżko, prostuje wszystkie zagięcia kołdry, podnosi poduszki. Znajduje wibrujący telefon tuż obok niebieskiego pluszowego żółwia, który wydaje się być wdzięczny, gdy Terry zabiera smartfon spod jego łapek.
Jenny, czyta z ekranu. Wraz z odebraniem połączenia wsuwa słuchawki z powrotem na uszy, trochę krzywo, bo jedną ręką.
— Halo…? — pyta niepewnie i cicho.
— Hej, dzieciaku, wyświadczysz mi małą przysługę? Maleńką, mówię ci — szczebiocze Jenny tym swoim dziwnym tonem, którego znaczenia Terry nadal próbuje się nauczyć. Zazwyczaj oznacza on, że dziewczyna ma zamiar zrobić coś niekoniecznie zgodnego z prawem obowiązującym typową piętnastolatkę, ale po niej to nigdy nic nie wiadomo. Terry nie odpowiada, więc Jenny kontynuuje, zupełnie nie przejmując się jego milczeniem. — Wiesz, sprawa jest prosta, przyrzekam. — Sprawy zawsze są proste, tego Terry już zdążył się nauczyć. — Matka nie chce mnie wypuścić z domu, jak zawsze. To jest, samej, bo niby się martwi i w ogóle. Więęęęęc, wymyśliłam sobie, że przecież ty jesteś taki grzeczny, cichy i tak dalej, a moja matka tak bardzo cię lubi… — Terry wyobraża sobie Jenny uśmiechającą się przymilnie i okręcającą kosmyki swoich włosów wokół palców. I opierającą się o ścianę, z jakiegoś powodu. — Więc będziesz mnie krył, dobra? Przyjdziesz do mojego mieszkania, kulturalnie mnie odbierzesz, powiemy mojej matce, że idziemy, nie wiem, do twojego mieszkania, bo twój ojciec… przepraszam, tata, upiekł wspaniałe i przepyszne ciasto dyniowe i bardzo chcesz mnie nim poczęstować. A potem mnie odprowadzisz pod same drzwi, bo matka prędzej się zesra pod siebie niż pozwoli mi “samotnie szwędać się po ulicy, i do tego po dobranocce”. Stoi? — pyta, choć Terry dobrze wie, że to wcale nie jest pytanie i że Jenny doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że on nie odmówi, bo przecież nigdy nie odmawia, nieważne jak głupi jest jej plan i jak mało wiarygodny się wydaje. Czasem dziwi się, że matka Jenny nadal wierzy w to całe krętactwo.
— Mhm — mruczy Terry, ale słychać, że jest nie do końca zadowolony. — Okej.
— Świetnie, czekammmm — żegna się Jenny, przeciągając ostatnie słowo do długiego pomruku, zanim się rozłącza.
Terry wychodzi z pokoju, starannie zamyka za sobą drzwi. Zagląda do pokoju taty, jak zawsze bez pukania czy jakiegokolwiek innego ostrzeżenia.
Idę do Jenny — miga do niego, gdy wreszcie zyskuje jego uwagę.
Milan odkłada na bok czytaną książkę i patrzy na syna nieco zmartwionym wzrokiem, jak zawsze, gdy chłopiec wspomina o Jenny.
Co będziecie robić?
Terry waha się przez chwilę, nie do końca wiedząc, co powiedzieć, bo właściwie to nie wie, co Jenny zamierza robić.
Przejdziemy się do parku — odpowiada wymijająco, z nadzieją, że tata nie będzie kwestionował tego oczywistego kłamstwa, które nie może nawet kryć prawdy, bo jej tak naprawdę nie ma. Po chwili zastanowienia Milan kiwa głową. Terry uśmiecha się słabo i macha do niego na pożegnanie.
Narzuca na siebie kurtkę i wciska czapkę na sterczące we wszystkie strony świata włosy. Może po odebraniu Jenny z mieszkania, dziewczyna pozwoli mu sobie pójść, a przynajmniej on tak sobie wmawia i z całych sił stara się w to uwierzyć. Nie chce, żeby ciągnęła go po mieście na jakieś domówki albo po strasznych, opuszczonych budynkach, jak to ma w zwyczaju.
Powoli drepcze po chodniku, przeskakując nad liśćmi szeleszczącymi na betonie, byle żadnego z nich nie zdeptać. Ludzie na ulicy uśmiechają się na widok podskakującego dziecka, biorąc jego wysiłki za zwykłą zabawę, ale to nieprawda. Deptanie po ciałach zmarłych kłóci się z zasadami moralnymi Terry’ego, tak samo jak wielu innych ludzi, tylko oni podchodzą do tematu trochę inaczej. Terry potrafi uszanować zmarłe rośliny, inni wyrzucają je do śmietnika, łamią i po nich depczą; nie zastanawiają się, czy należy im się szacunek. Ale świeczki na grobach już stawiają.
Dotarłszy pod blok, w którym mieszka Jenny, Terry wpatruje się spisaną małymi literkami listę nazwisk mieszkańców znajdującą się obok niewielkich guziczków domofonów, każdy z przypisanym numerem. Niby pamięta, który ma nacisnąć, żeby dodzwonić się do mieszkania przyjaciółki, ale zawsze woli się upewnić, żeby na pewno nie zadzwonić do złego domu. Powoli literuje nazwiska pod nosem, mrużąc oczy i przechylając głowę, bo jak się nie skupia, malutkie literki tańczą mu przed oczyma, gdy próbuje rozczytać słowo po słowie. Jest, “Lewis”. Terry szybko naciska guziczek i równie szybko go puszcza, żeby przypadkiem nikogo nie denerwować zbyt długim dzwonieniem. Przygryza policzek od środka, jeżdżąc wzrokiem dookoła bez większego celu. Zatrzymuje go, gdy spostrzega niewielką pajęczynę, a na niej malutkiego pająka, który siedzi w kącie, czekając na ofiarę. Terry puszcza do niego oczko z lekkim uśmiechem.
— Kto tam? — skrzeczy głos z domofonu. Terry wzdryga się i gwałtownie wciąga chłodne powietrze, bo już zdążył zapomnieć, że w ogóle zadzwonił.
— Hm, yyy, Terry, proszę pani — mówi, pochylając się do domofonu. Coś trochę przerywa, ale chyba można go zrozumieć?
— A, Diederik? — Terry marszczy brwi i wysuwa dolną wargę w dziwnym grymasie, którego na szczęście nie widać przez stary domofon, który ostatkiem sił jest w stanie przekazywać dźwięk. — Wchodź, wchodź — mówi kobieta po drugiej stronie i drzwi wydają z siebie charakterystyczne brzęczenie oznaczające odblokowanie zamka. Terry naciska klamkę i pcha je całym ciałem, opierając się o nie ramieniem. Zawsze wydają mu się być niewiarygodnie ciężkie i zastanawia się, jak starsze osoby je otwierają. Albo czy w ogóle je otwierają?
Nienawidzi echa, które towarzyszy każdemu jego ruchowi na klatce schodowej. Brzmi to tak, jakby w każdym mieszkaniu było słychać szelest jego kurtki, ciężki oddech i miękkie stukanie butów na stopniach, niesamowicie głośne pomimo tego, że Terry idzie prawie że na paluszkach. Wchodzi na czwarte piętro, bladoróżowe rumieńce wysiłku zdobią jego policzki. Drzwi do mieszkania Jenny już są uchylone, a ona wygląda przez szczelinę z uśmiechem na twarzy.
— Jesteś! — krzyczy zdecydowanie za głośno, jej donośny głos odbija się na klatce schodowej jak grzmot pioruna uderzającego w ziemię. Terry krzywi się lekko.
— No, jestem — potwierdza znacznie ciszej.
Jenny otwiera drzwi szerzej, Terry staje na progu. Niepewnie macha do Katelyn, która krząta się po kuchni w głębi mieszkania. Kobieta odmachuje mu z uśmiechem.
— Jenny, ubierz się ciepło — poucza córkę, która tylko przewraca oczami i zakłada swoją ulubioną (i najcieńszą ze wszystkich posiadanych) skórzaną kurtkę. — Mówię poważnie. — Jej matka wchodzi do przedpokoju i podaje Jenny nauszniki. — Znowu się rozchorujesz — narzeka, patrząc na jej podarte spodnie z dezaprobatą.
— Oj, przesadzasz — jęczy Jenny i łapie ramię Terry’ego w przejściu, wypychając go z mieszkania. — Pa!
— Wróć prze-
Jenny z hukiem zatrzaskuje drzwi. Terry syczy pod nosem, hałas rani jego uszy, ale nic nie mówi. Przyjaciółka ciągnie go w dół po schodach, ciężkie i wysokie podeszwy jej glanów uderzają w stopnie z hukiem, jakby miały je zaraz rozbić. Terry w pośpiechu zakłada słuchawki, echo ich kroków staje się tak głośne, że nie potrafi dłużej wytrzymać bez znajomego wygłuszenia.
— Poczekaj tu — nakazuje mu Jenny na parterze.
Posłusznie wkłada dłonie w kieszenie i patrzy, jak dziewczyna znika w piwnicy. Przypatruje się skrzynkom na listy, numery niektórych wypisane są cieńszym markerem niż innych. Z niektórych aż wystają niewyciągnięte ulotki, inne świecą pustkami. Terry unosi każdą z wąskich klapek, zagląda do ciemnego wnętrza skrzynek, mrużąc oczy. Nie dostrzega żadnych pajączków czy innych żyjątek, ale to może przez to, że jest za ciemno. Zanim wygrzebuje z kieszeni telefon, żeby sobie poświecić, Jenny z powrotem wbiega po schodach, wyłaniając się z ciemności piwnicy.
— Już! — melduje się. Terry odwraca do niej głowę, palcami nadal podtrzymując klapkę skrzynki o numerze 53. Jenny szybko poprawia okulary zsuwające się z nosa, dumny uśmiech przykleja się do jej twarzy. Nowość: na ramieniu zawieszoną ma czarną torbę z bliżej nieokreśloną zawartością, ale Terry już domyśla się, co tam włożyła. — Idziemy — komenderuje i Terry w myślach żegna się z (może? Prawdopodobnie?) mieszkańcami skrzynek na listy, delikatnie zamykając klapkę, żeby nie stuknęła zbyt głośno.
Drzwi klatki schodowej otwierają się ciężko i z trudem, skrzypiąc lekko. Terry poprawia słuchawki na uszach i daje się prowadzić przez Jenny, która idzie pewnym krokiem w prawdopodobnie od dawna wyznaczone przez siebie miejsce. Gdy zgina nogi, dziury na jej kolanach rozszerzają się tak mocno, że Terry jest w stanie zobaczyć blizny tuż nad nimi. Odwraca wzrok i wbija go przed siebie, próbuje skupić się na tym, o czym szczebiocze Jenny.
— I wiesz, wtedy mówi: “Córa, pamiętasz, że masz do mnie przyjechać na weekend?”, a ja, że nie, bo nie chce mi się do niego jechać. Mieszka w innym stanie, no bez przesady. Ale kazał mi przyjechać, bo jak to tak, opuścić pełne rozrywek dwa dni u ojca. — Przewraca oczami i kopie jakiś kamyk, który toczy się prosto w kupkę brązowych liści. — No i musiałam tam jechać. To takie, kurwa, idiotyczne! Nie mam tam ani znajomych, ani… ani w sumie nic! I co, siedzę na kanapie, gdy on ogląda wiadomości i jakieś tam meczyki i myśli, że mnie to interesuje, pff. — Kopie kolejny kamyk, Terry śledzi wzrokiem jego podróż do rynny odprowadzającej deszczówkę z chodnika. — Dobra, teraz patrz! — Uśmiecha się do niego złowieszczo i krzywo. Schodzi z chodnika na trawę, staje na skraju gwałtownego załamania terenu. — No, chodź! — woła i ponagla go ruchem dłoni.
Terry wyciąga dłonie z kieszeni, przygryza policzek. Ostrożnie stawia stopy, patrząc pod nogi, żeby przypadkiem nie wpaść w jakąś ukrytą w trawie dziurę. Staje kilka kroków za Jenny, w bezpiecznej odległości od skarpy.
— Nie bój się — śmieje się dziewczyna. Cofa się o parę kroków, bierze rozbieg i… skacze na dach blaszanego garażu stojącego pod krawędzią. — Dajesz! — woła do Terry’ego z szerokim uśmiechem.
Chłopiec cofa się jeszcze dalej, czuje, że jego serce przyspiesza. Bierze głęboki wdech, wbija wzrok w Jenny, z jego perspektywy widoczną tylko od klatki piersiowej w górę. Wypuszcza powietrze w długim wydechu, zaciska pięści i biegnie, próbując nie zamknąć oczy ani, co gorsza, nie zatrzymać się (nie chce wyjść na tchórza i niezdarę przed przyjaciółką). Na brzegu skarpy, gdy skacze, wybijając się jak najwyżej i jak najdalej, serce podchodzi mu do gardła. Jego buty uderzają w blaszanych dach, wywołując nieprzyjemny hałas. Zatacza się, rozkłada ramiona szeroko, żeby się nie przewrócić, a gdy wreszcie odzyskuje równowagę i patrzy na Jenny, ta ledwo utrzymuje się na nogach, śmiejąc się głośno. Zgięta w pół, trzyma się za brzuch, cała aż drży. Terry odwraca wzrok i czuje, jak jego policzki i uszy robią się gorące.
— Ja pierdolę, wyglądałeś jak pajac — wydusza z siebie Jenny, chichocząc. Powoli uspokaja oddech, ale zaraz znowu wybucha śmiechem.
Terry poprawia słuchawki, które już podczas biegu trochę zsunęły się z jego uszu. Przestępuje z nogi na nogę, czekając, aż Jenny przestanie się wreszcie śmiać. Najchętniej wróciłby do domu, ale wie, że nie nastąpi to tak szybko.
— Okej, już — dyszy Jenny, klaszcze i się prostuje. Szybkim ruchem ociera palcami łzy, które zebrały się w jej oczach. — Chodź, tamten garaż jest fajniejszy. — Mruga do niego i wskazuje na dokładnie taką samą metalową budę jak ta, na której stoją, ale nie zieloną, tylko niebieską. Terry nie potrafi powstrzymać uśmiechu, który wypełza na jego twarz, gdy przeskakuje z dachu na dach parę kroków za Jenny.
Siadają na niebieskiej blasze dachu, Jenny spuszcza nogi poza krawędź, Terry przyciska kolana do klatki piersiowej i obejmuje je ramionami. Jenny grzebie w swojej torbie i wydobywa z niej szklaną butelkę. Terry wzdycha cicho i kątem oka przygląda się, jak dziewczyna próbuje podważyć kapsel kluczami. Udaje jej się; metalowe kółko spada na beton przed garażem. Terry zaciska zęby i obiecuje sobie, że gdy będą wracać specjalnie podejdzie aż tutaj, żeby podnieść kapsel. Nie zdzierży śmiecenia, nie na jego warcie.
— Czemu ty to w ogóle pijesz? — Rzuca to pytanie w przestrzeń, nawet nie patrząc na przyjaciółkę. Opiera podbródek na kolanach, wpatruje się w ciemne gałęzie drzew, na których zostało tylko kilka smętnych listków.
— Nie zrozumiesz — stwierdza Jenny, zlizując piankę z szyjki butelki. — Za mały jesteś.
Przez chwilę siedzą w ciszy. Po kilku łykach Jenny wzrusza ramionami, wzdycha i odchyla się do tyłu, jej blond włosy powiewają na lekkim wietrze. Stawia butelkę obok, opiera się na dłoniach i wpatruje w niebo, choć Terry wie, że według niej nie ma tam nic ciekawego. Nie interesują jej ani chmury (o których Terry dużo jej opowiadał), ani gwiazdy (gdy opowiadał też o nich, nazwała go nerdem).
— Chyba że chcesz zrozumieć — mówi Jenny, a Terry marszczy brwi, bo przez chwilę nie ma pojęcia, o co jej chodzi. — Ale jak się nie spróbowało, to trudno to zczaić. Bo wiesz… ja chyba tego nie potrafię wytłumaczyć tak… tak, żeby to do ciebie dotarło, nie jestem jakąś tam… nie wiem, nauczycielką. — Chichocze. — Ty wiesz, co to jest ambrozja, nie? — pyta, ale nie czeka na odpowiedź i kontynuuje: — Musisz wiedzieć. No to jest też nektar, prawda? I to pierwsze się je, a to drugie pije. Dobrze? — Marszczy brwi, przechyla głowę. — Nieważne. No to jak pijesz albo jesz tę ambrozję… albo nektar, nie wiem, no to one cię leczą. Ale fizycznie. A, i smakują najlepiej na świecie, nic tego nie przebije. No więc, chodzi mi o to, że… że to — wskazuje na butelkę, z powrotem siadając prosto — to jest jak taki nektar albo ambrozja. Albo cokolwiek, na chuj ja się bawię w te porównania — prycha. Terry gapi się na nią ze zmarszczonymi brwiami. Łapią kontakt wzrokowy i coś iskrzy w oczach Jenny, jak gdyby przypomniała sobie o czymś. — Aha, porównania, bo dzieciaki tak łatwiej rozumieją. Wracając, pijesz albo jesz to świń… boski pokarm i jest ci lepiej, o tak. — Pstryka palcami. — To jak wypijesz dużo tego — unosi butelkę, uśmiecha się do Terry’ego — to też ci się robi lepiej. — Bierze duży łyk, wyciera usta rękawem bluzy.
— Aha — mruczy chłopiec. Odwraca wzrok, znowu wbijając go w gołe gałęzie drzew.
— Mówiłam, że nie zrozumiesz. — Jenny uśmiecha się smętnie.
Ona pije, co jakiś czas coś mówi. On obserwuje świat, co jakiś czas zerka na ekran telefonu. Robi się coraz później.
— Dobra — wzdycha Jenny, uderza dłońmi o kolana. Bierze pustą butelkę do rąk, przez chwilę się jej przygląda, a potem…
Terry wzdryga się, gdy szkło uderza o beton, rozpryskując się na milion małych, błyszczących kawałków. Patrzy na Jenny w szoku, trochę przestraszony i trochę na nią zły za to, co zrobiła.
— Ups — mówi dziewczyna, uśmiecha się i rozkłada ramiona. — Niechcący.
Terry bardzo dobrze wie, że zrobiła to specjalnie. Jenny nie robi niczego “niechcący”. Naburmuszony odwraca wzrok, wbija go w jakiś punkt przed sobą i kuli się jeszcze bardziej. Za to Jenny wstaje, trochę się chwieje, ale praktycznie bez problemu utrzymuje równowagę. Terry nie zna się na alkoholu, nie wie, po ilu piwach można nazwać kogoś wstawionym czy pijanym, ale gdy patrzy na Jenny, wydaje się być dla niego trzeźwa. Może oprócz zapachu, który ją otacza. Nie mówi jej tego, bo ona dobrze o tym wie. Wygrzebuje z kieszeni gumę do żucia i wkłada sobie dwa paski do ust. Jeżeli myśli, że dzięki temu jej matka nie zauważy, to Terry jest pewien, że srogo się myli.
— Młody, zmywamy się — mówi Jenny. Chłopiec podnosi się niechętnie i staje obok niej, otrzepuje spodnie. — Chcesz gumę? — Wyciąga opakowanie w jego stronę. Kręci głową. — Twoja strata — stwierdza i rusza przed siebie, zgrabnie przeskakując z dachu na dach, tylko czasem gubi rytm. Terry podnosi z blachy jej (już pustą) torbę, której oczywiście zapomniała, i pospiesznie biegnie za nią, przeskakując nad szczelinami między dachami.
Stają ramię w ramię przed skarpą, z której wcześniej skakali na dach. Neonowopomarańczowe gumki w aparacie Jenny błyszczą, gdy uśmiecha się szeroko, pokazując światu jeszcze nie do końca równe zęby.
— To co, czas ubrudzić sobie rączki? — Śmieje się. Cofa się o parę kroków i skacze. Terry śledzi ją rozszerzonymi z obawy oczami, ale Jenny łapie krawędź skarby mocnym uchwytem i podciąga się na trawę.
Terry stoi na dachu garażu jak jakaś sierota. Gapi się na Jenny, która otrzepuje się z ziemi i patrzy na niego z góry, uśmiechając się złośliwie.
— No, dawaj! — zachęca go, ale on kręci głową. “Spadnę”, chce powiedzieć, ale to jedno, żałosne słowo nie przechodzi mu przez gardło. — No weź, złapię cię! — zapewnia go i wyciąga rękę w jego stronę.
Terry bierze głęboki wdech. Poprawia słuchawki, strzepuje dłonie, liczy do pięciu. Serce wali mu jak młot, zimny pot spływa po plecach. Jeśli mu nie wyjdzie, spadnie na beton i pewnie się połamie albo wykrwawi, zanim Jenny przestanie się z niego śmiać i wreszcie zadzwoni po karetkę. To zły pomysł, to okropny pomysł, przecież mu się nie uda. Patrzy na ścianę z ziemi, patrzy pod nogi. Cofa się, bo musi to zrobić, nie może utknąć na tym garażu. Oddycha głęboko, odlicza od pięciu do zera i bierze rozbieg, wybija się z krawędzi. Wyciąga ramiona przed siebie, jakimś cudem udaje mu się wbić palce w miękką ziemię. Jenny łapie go za nadgarstki i pomaga mu wejść na górę, mrucząc coś o tym, że nie wygląda na tak ciężkiego. Dłonie mu się trzęsą, łzy zbierają się w jego oczach, kolana się pod nim uginają. Jego serce nie chce zwolnić, nadal mocno i głośno bębni w jego klatce piersiowej. Oddycha głęboko, ale przerywanie, ledwo może wziąć pełen wdech. Sprawdza, czy ma słuchawki, telefon, klucze. Nic nie wypadło.
— Nie dramatyzuj, przecież żyjesz — prycha Jenny i klepie go w ramię. — No, idziemy. Odprowadzisz mnie pod klatkę.
Przez całą drogę powrotną nogi Terry’ego wydają się być dziwnie miękkie, albo to chodnik ugina się pod jego stopami. Czuje się, jakby śnił, jakby nic z tego nie wydarzyło się naprawdę.
Jenny dzwoni domofonem, przytrzymuje guzik przez kilka sekund, przerywa na moment i znowu dzwoni, aż jej matka nie unosi słuchawki.
— No, już, spokojnie — warczy zdenerwowanym tonem, na którego dźwięk Terry nieprzyjemnie się krzywi. — Diederik, jesteś z nią? — Chłopiec krzywi się jeszcze bardziej. Jenny patrzy na niego i daje mu znak ręką, żeby przybliżył się do domofonu.
— Tak, proszę pani — mówi do metalowej płytki.
— Super, dzięki, że ją odprowadziłeś — mówi kobieta.
Zamek w drzwiach brzęczy, gdy się otwierają.
— Dobranoc, towarzyszu! — Chichocze Jenny i salutuje do Terry’ego. Odpowiada jej niepewną i niemrawą kopią jej ruchu, co wywołuje u niej kolejną salwę śmiechu. Chłopiec uśmiecha się lekko, gdy drzwi do klatki schodowej się za nią zatrzaskują. Chwilę tak stoi, marszczy brwi, bo dręczy go myśl o tym, że o czymś zapomniał.
— A, kapsel! — szepcze do siebie.
Poprawia torbę Jenny na ramieniu (przez to wszystko zapomniał ją oddać) i zawraca, prawie biegnie pod tamte garaże. Znajduje w miarę bezpieczną drogę na dół, na beton. Podchodzi do tego niebieskiego i kuca, żeby pozbierać z ziemi kapsel i większe kawałki rozsypanego szkła. Wrzuca je do torby Jenny, jeden za drugim.
— Auć — syczy, gdy ostra krawędź odłamka rozbitej butelki przecina skórę jego dłoni. Żałuje, że Jenny przy nim nie ma, ona zawsze nosi ze sobą plastry.
Krew zbiera się w płytkim przecięciu, Terry siada na ziemi, żeby poczekać, aż rana przestanie krwawić. Przelatują nad nim ptaki, trzepocząc skrzydłami i ćwierkając coś po swojemu. Powoli zaczyna się ściemniać, zapalają się uliczne latarnie. Terry ogląda przecięcie, chyba jest okej. Znacznie ostrożniej niż wcześniej zbiera pozostałe kawałki, aż na betonie zostają same małe, błyszczące drobinki. Zaciska usta i je zostawia, bo wie, że gdyby spróbował je pozbierać, pokaleczyłby się jeszcze bardziej.
W drodze do domu wysypuje szkło do jakiegoś kosza na śmieci, starannie wytrzepuje wszystkie odłamki z torby. Samotny, metalowy kapsel obija się o ścianki śmietnika.
W mieszkaniu wita go tata, widocznie czekał na niego już od jakiegoś czasu. Wzdycha ciężko, gdy spostrzega przecięcie na dłoni syna. Terry krzywi się, gdy Milan wylewa na ranę wodę utlenioną. Nie jest już taka świeża, to nic nie da, ale nie sprzeciwia się żadnemu działaniu taty. Niebieski plaster kompletnie niepotrzebnie zakrywa strupek, Milan tarmosi włosy Terry’ego ze smutnym uśmiechem.
Jesz kolację? — pyta.
Terry patrzy w bok, zastanawia się, jakie powitanie dostała Jenny. Czy jej matka ma zwyczaj na nią krzyczeć, gdy dowiaduje się, że znowu zrobiła coś głupiego? Czy dostaje szlabany? Albo czy Katelyn płacze z bezsilności, bo nic nie działa?
Wraca spojrzeniem do Milana i kiwa głową. Tata uśmiecha się trochę radośniej i idzie do kuchni, żeby zrobić mu tosty.

 ─── 
 [3326 słów: Terry otrzymuje 33 Punkty Doświadczenia + 10 PD za event]