W Nowym Jorku zaczęła się prawdziwa rzeź herosów. Nie wiadomo dokładnie co i kiedy atakuje półbogów, ale zdecydowanie jest to głodna boskiej krwi bestia. Pierwszą ofiarą okazał się Ruben Susen, którego ciało znalazł Arnar z Lucienem, a pozostała dwójka, cóż, musiała zostać zjedzona przez coś podobnie wielkiego, o czym przeczytał dzieciak Dionizosa w najnowszym wydaniu nekrologów. Rest in pepperoni.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yves Foster. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yves Foster. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 4 sierpnia 2025
sobota, 10 września 2022
Od Yves — „Kawiarenki Yves”
Kawiarnie to jedna z niewielu rzeczy, którą Yves kochała mniej więcej tak jak konie. I to nawet nie dlatego, że była typową i całkiem standardową „jesieniarą”, o których ludzie w jej wieku tak często wspominali. Wręcz przeciwnie. Nie znosiła jesieni. Każdy dzień zlewał się z innym, wszędzie kałuże, brud, pleśń, wilgoć i błoto pod domkiem, które nieustannie musiała sprzątać, bo jej spokojna niekiedy nerwica, zaczynała szaleć nawet przy plamie maziowatego piachu. Nie było w zasadzie w tym nic dziwnego – jesienią ciężej było znaleźć warunki i pogodę na konne wycieczki. To nie tak, że te duże, piękne stworzenia nie były stworzone do pracy w ciężkich warunkach, ale co innego szkolenie, a co innego spacerek. No albo po prostu przyjemny, spokojny lot na wierzchowcu. Powiedzmy sobie szczerze – no w ciężkich warunkach, nie ma z tego takiej przyjemności. Mimo że przyjemność zawsze jest już z samego w sobie przebywania w towarzystwie najlepszych przyjaciół – sami rozumiecie, analogię.
Wracając do kawiarni [które Yves kochała]. Bywały dni, kiedy no – jesienna pogoda nie mogła popisać się dozą barw, a drzewa wcale nie mieniły się czerwienią i pomarańczem. Na niebie było raczej pełno chmur, ale nie takich fajnych, z których popadywał przyjemny deszcz – bo Yves tak jak kawiarnie kochała jesienny deszcz [każdy deszcz] – tylko takich burych, że nie wiadomo do końca czy to niebo, czy to chmury, czy co właściwie się dzieje, a w powietrzu unosiła się ta paskudna wilgoć. To uczucie, które towarzyszy po wstaniu rano i wyjściu do szkoły, do której w sumie i tak nie chce się iść, a jest się wyrwanym z cieplutkiego łóżka. No właśnie to, co wydawało się tak okropne i nieprzyjemne. Czasem ją dopadało, a niezwykłym ratunkiem okazywała się kawiarnia. W jej mieście – kiedy jeszcze bywała z wizytami u ojca – mieścił się drobny lokal, który – jak jej się zdawało – był delikatnie zaczarowany. Wręcz była o tym święcie przekonana, a nawet dałaby sobie odebrać konia [znacznie poważniejszy ruch niż ucięcie ręki], że miejscem zarządzał satyr. Mgła była na tyle silna, a kawę chyba serwowała jedna z córek Afrodyty, więc nigdy nie odważyła się walczyć i zapytać o taką możliwość. Oni natomiast – była tego prawie pewna – wiedzieli, że jest jedną z nich. No, po części! To, co lubiła, przychodząc tam, to taki klimacik wiecznego ciepła, miłości, której potrzebowała doświadczać. Tak wyobrażała sobie swój salon, grzejący kominek. Buchający w nim ogień, kiedy czekała na powrót taty do domu. Wiecie – piękno, klasa i romantyzm. Półmrok dający ukojenie. Yves zastanawiała się, czy zawsze tak tam było. To znaczy, czy tak ciepło i jesiennie bywało na przykład wiosną. Albo latem. Wtedy na pewno nikt nie chciałby tam siedzieć, więc pozwoliła sobie stwierdzić, że co kwartał zmienia się wystrój kawiarenki. To nie byłoby nic dziwnego, gdyby rzeczywiście rządziła się tam jakaś magia. W każdym razie kawiarnie – bo o nich chciałam mówić. Bo kawiarnie sprawiały, że Yves przestawała na moment być wielkim samcem alfa i zatracała się w chwili. Była wtedy tą dziewczynką, którą zawsze pragnęła być, a nie była w oczach ojca, ani jego znajomych. Taką dostrzegała ją jedynie przyjaciółka, ale nawet ona nie wiedziała, że ta potężna [choć nie bardzo fizycznie ani psychicznie, ani pod żadnym aspektem poza ciętym jęzorem] grupowa domku Hefajstosa, córka wielkiego boga, wychowana przez jednego z podkomendantów policyjnych, najbardziej cenionego i w ogóle ekstra faceta silnego, mocarnego, wręcz stalowego – pasjonowała się w szyciu. A może nie. Może nie tyle, że była to jej pasja, ale po prostu szukała w sobie kobiecości już jako małe dziecko, bo kobiety w sobie nie widziała. Nie była to wada ani zaleta, raczej taka rzecz kompletnie odklejona, a cechująca jej osobowość. Z jednej strony wierzyła w siłę i niezależność płci pięknej, ale od zawsze miała wdzierane do głowy zasady bycia dobrym mężczyzną. Nie winiła za to taty, nie był gotowy na dziecko, a tym bardziej nie na dziewczynkę. Skąd mógł wiedzieć jak ją wychować – a robił to i tak najlepiej, jak potrafił – z sercem i całą siłą. Tylko że nie miała sukienek ani spineczek, długich włosów i koronek – tylko Lottie, która od czasu do czasu opowiadała jej bajki o księżniczkach i książętach. Mała Yves, zafascynowana tym delikatnym, kruchym światem pełnym miłości – gdzie dziewczynki niby takie jak ona ubierały piękne kreacje, kontaktowały się z wróżkami i marzyły. Więc i ona zaczęła marzyć. Nocami śniła bufiaste rękawy, czasami miłość. Dotyk, serce i zapach. Tworzyła inscenizacje, do których nigdy nie przyznałaby się za dnia. Bo była tkliwa, delikatna niczym jedwabna szata, o którą tak ciężko było za dawnych czasów. Yves szukała romantyzmu, by poczuć się księżniczką choć nocą, bo za dnia musiała być silnym mężczyzną o stalowym sercu. Taka też była, a wiedząc, że ona jako kobieta może świadczyć za samca, gardziła nimi, bo widziała, jak brutalny jest świat bez kobiet.
Dlatego właśnie kochała kawiarnie. Zwłaszcza tą jedną magiczną. Siadała i snuła plany, jakich nie widziała dniami, a marzyła nocami. Projektowała suknie, dające upust jej bolesnym emocjom, wypływającym różanymi koronkami, które za dziecka obcinała z domowego obrusu, gdy tata nie patrzył.
[820 słów: Yves otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]
niedziela, 3 lipca 2022
Od Yves CD Luciena — „Cholerny, przeciekający dach”
Yves krzątała się po domku, pomrukując do siebie.
— Teraz będę musiała związać je na nowo — patrzyła z politowaniem na swoje odbicie w ciemnej szybie, zamontowanej na jednym z wynalazków, które próbowała wcześniej wytrzeć — że ten smarkacz musiał spuścić na mnie durny balon akurat dziś. Układanie włosów nie jest proste. Zwłaszcza w ten sposób. Głupi dzieciak. No głupi.
Co jakiś czas rzucała niesmacznym tekstem lub przeklinała. To nie tak, że szybko się wściekała albo nie panowała nad nerwami [w sumie to tak, dokładnie tak jest]. Nigdy w życiu. Po prostu nienawidziła mężczyzn całą sobą. Niesmak, jaki pozostał po jej ostatnim wybranku, przyprawiał ją o zimne dreszcze. Czasami budziła się w nocy, myśląc o tym, czy gdyby pojawił się teraz na jej drodze, to zepchnęłaby go prosto w płomienie pieca w kuźni. Bywały też dni, w których żałowała, że nie wymierzyła mu kary — tak aby sprawiedliwości stała się zadość. Dorastając w domu wojskowego, późniejszego nadinspektora w policji, słuchała nieustannie o zasadach, regułach, uczciwości i innych tego typu pierdołach, które wszyscy powtarzali, ale nikt nie wcielał w życie. Choć czasami czuła potrzebę brania spraw w swoje ręce i naprawiania świata. Tak, żeby jednak kto by jednak KTOŚ wcielał je w życie. Ale tylko czasem. I tylko w sytuacjach, które wymagały podpalania kogoś żywcem. Na przykład jej byłego.
Kiedy do drzwi rozległo się niepewne pukanie, poczuła, jak żyłka na jej czole pulsuje. Jeszcze chwila i pękłaby, a struga krwi rozbryzgłaby na białe ściany przedpokoju. Wtedy to byłaby tragedia, bo ściąganie ciemnoczerwonej cieczy z niczego nie wychodzi dobrze. Zwłaszcza krwi. Bo krew nigdy nie schodzi… powstrzymała się więc ostatkiem dobrej woli i siłą egzystencji, aby nie uderzyć w ścianę — co mogłoby skutkować niewielkim pęknięciem w wiekowej budowli, która później nadawałaby się do załatania — odetchnęła głęboko i szarpnęła za klamkę. Dębowe drzwiczki uderzyły z impetem, wyrywając się niemal całkiem z framugi. Rzeczą, która cechowała Yves — poza nienawiścią do płci przeciwnej i męskoosobowych zaimków — był fakt, że nie potrafiła ważyć swoich sił. Zwłaszcza kiedy oczekując na najlepszego przyjaciela ze skrzydłami, drugi raz musiała patrzeć na siwego dzieciaka, przez którego jej włosy były w tak opłakanym stanie. Bała się też, że z nerwów zarazi się siwizną.
— Masz ci los — jęknęła — czego znów chcesz?
— Słuchaj, to był tylko głupi wypadek, ani ja, ani moi znajomi, nie chcieliśmy, żeby balon rozbił się na twoim dachu — chłopak wlepiał w nią sztywno wzrok, którym wypalał w jej ciele dziurę, a przynajmniej tak właśnie się czuła pod uciskiem szarawych źrenic — poza tym nie wiedzieliśmy, że no… dach przecieka? — Sposób, w jaki wypowiedział ostatni fragment zdania, był intrygujący, jakby zadziwiał go fakt, że domek Hefajstosa nie jest pierwszej młodości. W zasadzie chyba nigdy nie był bardziej remontowany, a to przeważnie dlatego, że bywały momenty, kiedy nie zastawało się w nim żywej duszy.
Milczała przez chwilę, zastanawiając się, co powinna zrobić. W rzeczywistości nie była wcale tak wściekła, po prostu nie chciała dać się zdominować młodemu samcowi, który zdecydowanie nie traktował poważnie jej pod żadnym pozorem. Ani jako grupowej. Ani jako kobiety. Ani jako przyjaciółki koni. A na to nie mogła się godzić. Z drugiej strony, kiedy się nie odzywał, wyglądał całkiem przyjemnie. Mimo świdrującego spojrzenia biła od niego przyjemna energia. Bezbronność, młodość i żywotność pod jedną postacią. I tak właśnie zdefiniowałaby go Yves, choć nigdy wcześniej nie spotkała siwowłosego smarkacza. Może nie powinna była od razu podnosić głosu i wyzywać go od najgorszych. Podniosła powoli wzrok na intruza, chcąc poddać się sile jego wzroku, kiedy głośne gruchnięcie przerwało ciszę. Odwróciła się w stronę hałasu, który postawił oboje na równe nogi. Maszyna, w której wcześniej Yves podziwiała swoje mizerne odbicie, dymiła i skrzeczała. Odgłos, który wydawała, przypominał łkanie młodej foki nawołującej młode oddalone za bardzo w głąb morza. Wpatrywała się przez chwilę w kupę gratów, podskakującą jak szalona i po chwili wiedziała, że jest już za późno, żeby krzyczeć. Musiała działać.
Wskoczyła na chłopaka, który zaciekawiony drgającym sprzętem, wsunął się nieco zbyt blisko nadchodzącego niebezpieczeństwa. Grupowa dziewiątki owinęła się na nim niczym poczwarka budująca kokon na kłosie owsa, okalając go w biodrach swoimi udami i chowając resztę drobnego ciała całą sobą — a, że była nieco wyższa i miała na sobie ciężką, misternie dobraną, starą suknię, mogła ukryć go niemal w całości. Przeturlali się splątani kilka metrów od domku, z którego po chwili wypadły w ich stronę odłamki szkła z okiennych szyb. Yves dopiero po kilku minutach zauważyła, że wciąż siedzi na chłopaku, który zgubił się gdzieś w odmętach szerokiego kloszu spódnicy.
— Nic Ci nie jest? — zapytała, odgarniając kosmyk opadający jej na twarz. Być może przez chwilę w zdaniu, które wypowiedziała, słychać było nawet troskę, ale kiedy siwowłosy kiwnął twierdząco głową, wstała i wyszarpała spod niego skrawek zielonej kreacji — to super, w takim razie spieprzaj i nie wracaj. Nie mam czasu na wasze żarty — wzdrygnęła się — muszę skończyć sprzątanie, a jak widzisz, nie jest to zabawa dla małych chłopców.
Wstała jakby nigdy nic, odwróciła się na pięcie i odchodząc, schyliła się, kilka razy podnosząc fragmenty szkła, klnąc cicho pod nosem. Yvescore to zdecydowanie mruczenie nieprzyjemnych uwag, które tylko ona mogła usłyszeć.
— Zaczekaj — zawahał się — mogę pomóc, tylko nie donoś na nas — wydął delikatnie usta, jakby zastanawiał się przez chwilę czy to na pewno dobry pomysł. Myślał zapewne, że dziewczyna nie będzie chciała przyjąć pomocy, gdy ta jednak uśmiechnęła się nieznacznie, wiedział, jak bardzo był w błędzie.
— Nie potrzebuję twojej pomocy — prychnęła, lecz kiedy rozejrzała się dookoła, uświadomiła sama sobie, że to gówno prawda — ale możesz posprzątać syf, który sam zrobiłeś — poprawiła się szybko. Nie chciała zostać sama z tym całym gównem i rozwalonym domkiem. Teraz nie tylko dach jej przeciekał, ale miała też dziury zamiast okien. Dobrze, że chociaż noce były ciepłe.
Zamiatając ostatnie kawałki po buntowniczej maszynie, czuła jak schodzi z niej cała energia. Włosy całkowicie rozplątały się i opadły bezwładnie na jej delikatnie zarumienioną ze zmęczenia twarz.
— Dzięki — rzuciła — może nie jesteś taki beznadziejny i głupi, świetnie myjesz podłogę — odburknęła, otwierając drzwi do wyjścia chłopakowi, który spędzając u niej kilka godzin na sprzątaniu, nie powiedział nawet, jak ma na imię. Błąd, to ona nie zapytała. — A tak w ogóle, jestem Yves. Grupowa domku Hefajstosa.
Zamknęła drzwi i oddaliła się od nich całkiem usatysfakcjonowana.
Cholera.
Wciąż nie wiedziała, jak on się nazywa. Jeden-zero dla mężczyzn.
Lucien?
◇──◆──◇──◆
1031 słów: Yves otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia
poniedziałek, 27 czerwca 2022
Od Yves — „Cholerny, przeciekający dach”
A woda płynęła ciurkiem, całkiem szybko. Chyba. Przyspieszała, prawda? To grawitacja ciągnęła ją ze zdwojoną siłą w dół. To te maleńkie cząsteczki, te drobinki, te kropelki właśnie – właśnie one tak bardzo, same z siebie, ale też dla zasady – chciały się oddzielić od swojego źródła. I spaść. Dotknąć ziemi, poczuć ją pod sobą, okryć ją, pochłonąć… być może naznaczyć, bo ten konkretny fragment, właśnie t e n jeden jedyny, w tej chwili staje się jej. I tak jak kropla jest właścicielem ziemi, tak ziemia posiada tę kroplę. W pierwszym momencie złączenia stają się od siebie zależne, potrzebne sobie wzajemnie. Razem są i będą, póki nic ich nie rozłączy siłą… albo starą ścierką jak w tej chwili zrobiła to Yves.
Domek Hefajstosa ogólnie raczej słynął z pewnego zagracenia, miliona niezbyt przydatnych i tych wybitnie nieprzydatnych rzeczy, więc określone przez grupowego ‘dni sprzątania’ nigdy nie były przyjemne. No bo powiedzmy sobie szczerze – majsterkowicze uwielbiają kolekcjonować i tworzyć, a potomkowie greckiego boga kowali byli właśnie tym – grupą zapalonych śmieciozbieraczy. Choć to nie samo zbieranie było problemem. Od zawsze, kiedy tylko pojawiło się nowe mało przydatne zjawisko, zostawało przerobione na jeszcze mniej przydatne, bezwartościowe i… no dobrze, nie przesadzajmy. W końcu, kto nie chciałby własnej maszynki do syropu klonowego, która robiła na naleśnikach idealne serduszko? Nikt, by nie przegapił okazji, aby kupić taki przedmiot na pchlim targu. Tylko że dziewiątka nie była pchlim targiem, a obozowicze raczej nie jadali zbyt często średnio wysmażonych pancake'ów. Inne wynalazki zagracające średniawy domek składały się przede wszystkim z elementów, których Yves nigdy nie używała, więc kiedy przychodziły wakacje, próbowała je przecierać i wydobyć z nich dawno wygasły błysk. Świeżością owe przedmioty nie grzeszyły przede wszystkim dlatego, że – wstyd się przyznać – Yves raczej szyła, niż skręcała i wypalała. Faktycznie, kiedyś bardzo zależało jej na odkryciu odporności na ogień, panowaniu nad płomieniami i innymi takimi, wiecie, faktycznie istotnie magicznymi sprawami, ale po kolejnej próbie, która skończyła się wizytą w szpitalu wojskowych, po prostu odpuściła. IO trzymała się od ognia z dala, bo choć czarować i współpracować z nim nie umiała ani trochę, to leciała na płomienie jak muchy do lampy naftowej. Gorąc ją podpuszczał i przyciągał, a to zawsze się kończyło nie tak, jak powinno. Wynalazki zatem czekały na swoich nowych, potencjalnych właścicieli. Młodych herosów, którzy nie stracili jeszcze głębokiego zapału do życia. Dlatego, właśnie gdy nadchodziły wakacje, Yves starała się zrobić, co tylko mogła, aby zachęcić nowych – lub starych – okazyjnych mieszkańców do zaadoptowania tych cacek. Albo po prostu liczyła, że Hefajstos w końcu uzna jakiegoś potomka i pozwoli jej wyleczyć się z samotności. Wiecie, w czym jeszcze liczba gratów przeszkadzała? Była idealnym miejscem do rozwoju dla brudu. Ciasne zakamarki, przejścia, pokoje – strychy. Co tydzień nowy pająk, nowa pajęczyna, nowa warstwa narastającego kurzu, który mimo częstego wycierania na nowo kłębił się i piętrzył. Nikt nie garnął się do polerowania osmolonych stołów, które wydawałoby się – nie były myte od… niepamiętnych czasów. A teraz, kiedy Yves była jedyną mieszkanką dziewiątki, samotne były też jej porządkowe dni. I nawet nie takie brudne, bo w końcu nie wylewał się żaden nowy smar czy farba. Jedynie nitki, igły i skrawki materiałów. A! I woda, której nie chciało jej się pozbyć. Przeciekające deski w dachu powoli zaczynały ją irytować, bo mimo braku częstych ulew, zawsze zdarzały się wścibskie resztówki porannej rosy, które gęsto osadzały się między mchem i skraplały przez niewielkie otwory w deskach.
Kiedy do drzwi rozległo się natarczywe pukanie, była pewna, że to w końcu on. Nowy kompan wspólnej podróży, jej najlepszy przyjaciel. W końcu ani człowiek, ani półbóg nie uderza z taką siłą. - Już idę – radość w jej głosie była niemal namacalna. Zeszła z niewysokiej drabiny, którą podstawiła, by w końcu załatać dziurawy dach. Nie musiała tego robić, skoro była zajęta, prawda? Umówiona z przyjacielem.
Otworzyła drzwi. Momentalnie zbladła, a uśmiech uleciał z jej twarzy jak życie z legendarnego Leo Valdeza po bitwie z Gają. Cofnęła się, aby zatrzasnąć się w chłodnym, bezpiecznym, odosobnionym domku. Bez gości, smarkaczy i wkurzających, niedojrzałych herosków.
– Hej, ogólnie chciałem tylko powiedzieć – zająknął się – że przez przypadek spadło nam….
– Co? Zastanów się, czy na pewno chcesz coś mówić szczylu.
– No spadło nam, chłopaki mnie wysłali, bo – przełknął ślinę. Yves odliczała w myślach, starając się nie zabić przypadkowego, młodego półboga, którego widziała po raz pierwszy w życiu – starsi powiedzieli mi, że no, kazali mi w sumie powiedzieć, bo mówili, że jesteś…
– Do rzeczy – jej cierpliwość dobiegła końca, czuła jak gotuje jej się krew w żyłach – co takiego zrobiłeś?
– Balon z wodą utknął mi na dachu – i w momencie, kiedy usłyszała cichy strzał, wiedziała już, dlaczego zaraz pozbawi życia smarkacza spod drzwi. Woda z hukiem chlusnęła prosto na jej misternie ułożone i zaczesane w koczek włosy. Definitywnie musi załatać dach. Ale najpierw spuści komuś łomot.
Halo, hej, jakiś wątek tak lub nie?
◇──◆──◇──◆
813 słów: Yves otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia
– Z którego jesteś domku, smarku? Prowadź mnie albo wylądujesz w żarolubnym naczyniu razem z węglem – szarpnęła młodego za ramię i obserwowała, jak grupka samców zbliża się do niej.
Halo, hej, jakiś wątek tak lub nie?
◇──◆──◇──◆
813 słów: Yves otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia
Yves Foster
Nigdy nie będziesz miał przyjemności posiadania konia, możesz mieć przyjemność bycia jego sługą.
Największa koniara Obozu Herosów
Subskrybuj:
Posty (Atom)


