No tak, bo przecież znalezienie mieszkania i życie w Nowym Jorku nie były wystarczająco skomplikowane i irytujące. Oczywiście, że coś jeszcze musiało pójść nie tak.
Chait powstrzymał się od pełnego rezygnacji westchnięcia. Więcej, powstrzymał się nawet przed wykonaniem jakiegokolwiek gestu, który wskazywałby na niechęć, zirytowanie czy niepokój. Nawet nie przewrócił oczami. W innych warunkach byłby z siebie dumny (wcale nie), ale w aktualnych mógł tylko kątem oka zerknąć na agentkę nieruchomości, próbując nie myśleć o tym, jak bardzo, bardzo nienawidzi tego miasta.
Miasta, rynku mieszkaniowego, który przyjezdnych przyprawiał o zawał, biegających po śmietnikach szczurów, swojego boskiego pochodzenia, agentek nieruchomości, które okazywały się potworami… W natłoku wyjątkowo negatywnych emocji przeszło mu przez myśl, że hej, przynajmniej to zdarza mu się dopiero pierwszy raz!
Nie pocieszyło go to.
– Hej, Apollodoros? – zwrócił się do znajomego, szarpiąc go delikatnie do tyłu za materiał koszuli.
Jeszcze nie wiedział, jak chce wybrnąć z tej sytuacji. Powinien odpowiedzieć agentko-potworowi? Co właściwie powinien powiedzieć Apollodorosowi? Może powinien po prostu rzucić się do ucieczki i później szukać jakiejś wymówki. Najgorszy scenariusz zakładał, że zginie w trakcie ucieczki i nawet ten scenariusz miał swoje plusy: skończyłby wszystkie problemy z szukaniem mieszkania, a dodatkowo nie musiałby nic wymyślać.
Żałował, że na pewno nie zdecyduje się na tę opcję.
– Zanim wejdziemy do środka… – Miał nadzieje, że brzmi to na tyle neutralnie, że agentko-potwór nie rzuci się na niego w sekundę po tym, jak skończy mówić. – Dzisiaj nie jest strasznie gorąco, a i tak czuć śmieci. Może dobrze byłoby sprawdzić okolicę albo zapytać sąsiadów, jak bardzo jest to uciążliwe na co dzień.
Kłamał. W cale nie czuł zapachu z koszy na śmieci, a przynajmniej nie tak mocno, by było to istotne.
Oczywiście, chciał wysłać na tę ważną misję Apollodorosa. Liczył, że w trakcie jego nieobecności wymyśli jakieś trwałe rozwiązanie problemu. Nie wiedział jeszcze, czy zakłada ono walkę, miał nadzieję, że jednak uda mu się tego uniknąć. Czy w ogóle miał przy sobie broń? Musiał mieć, przecież zawsze ją nosił.
– Masz rację.
Chait odetchnął z ulgą.
– To może pójdziesz to sprawdzić? Nie będziemy kazali pani czekać…
I już żałował, że naprawdę na chwilę uwierzył w tak proste rozwiązanie. Odkaszlnął.
– Ale okolica naprawdę jest bardzo ładna, nie ma potrzeby, byście to teraz sprawdzali.
Chait odniósł wrażenie, że Apollodorosowi też przeszedł po plecach dreszcz, gdy tylko agentka-potwór znów się odezwała. Pewnie tylko tak mu się wydawało, bo sam zaczynał powoli panikować. Zrobiło mu się strasznie gorąco, zbyt gorąco jak na aktualną pogodę.
– Wierzymy, oczywiście. Ale może przy okazji poznalibyśmy sąsiadów, czy my pasujemy im jako lokatorzy. – Chait robił wszystko, by te słowa brzmiały wiarygodnie. – Może jednak lepiej, żebyś ty poszedł. – Zaśmiał się wcale nie nerwowo, zerkając na znajomego. – Zrobisz lepsze pierwsze wrażenie.
Apollodoros nie wyglądał na przekonanego.
– Mogę pójść, ale… Nie mówiłeś coś o dojazdach do pracy? Nie chcesz się upewnić, że będzie w porządku?
Chait przeklął w myślach, na wszelki wypadek dwa razy.
– Nie no, to już sprawdzałem… – Przeciągał słowa, uśmiechając się miło do agentki-potwora. Zachowuj się naturalnie, Murray. – Ale możesz przy okazji zobaczyć skrzynki na listy.
Znowu zerknął krótko na Apollodorosa. Wolał nie spuszczać potwora z oczu na dłużej niż kilka sekund. Mężczyzna otworzył usta, żeby coś odpowiedzieć.
– Nie będziecie teraz nic sprawdzali!
Obaj odskoczyli. Chait przez sekundę myślał o sięgnięciu po broń. Znowu powstrzymała go obecność znajomego. Widział, że ten też wykonał dziwny ruch.
Chait zacisnął zęby.
– Chodź.
Złapał Apollodorsa za nadgarstek i rzucił się wzdłuż ulicy, ciągnąc go za sobą. Nie protestował albo to Chait po prostu go nie słyszał. Usłyszał za krzyk agentki, może nawet trochę zbyt wyraźnie. Nie obejrzał się w jej stronę.
Debil. Debil, skończony, kurwa, debil.
Musiała biec za nimi. Nie wierzył, że tak po prostu by odpuściła. Jeśli odpuściła, to zaraz będzie musiał tłumaczyć się z głupiego zachowania. Może mógł pozwolić jej się dopaść.
W końcu obejrzał się za siebie. Nie widział jej. Zgubili ją?
Wepchnął Apollodorosa w najbliższy zaułek, samemu chowając się zaraz za nim.
– Ja... Ech… – wydyszał.
Nie zadziałał instynktownie, bo instynkt kazałby mu stanąć do walki. Na pewno nie zadziałał też logicznie, bo przecież to było okropnie, okropnie głupie.
– Przepraszam – rzucił w końcu, nerwowo wyglądając zza ściany. – Ona… Wydawała się jakaś dziwna. Znaczy…
Jęknął z rezygnacją.
– Przysięgam, nie jestem wariatem.
Sam sobie nie wierzył.
────
[700 słów: Chait otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz