środa, 24 września 2025

Od Filemona CD Raine — „Grzybiarze wcale nie są lepsi od Karyn"

Poprzednie opowiadanie

Przez parę chwil walczył ze sobą i chęcią rozłączenia się. Dzisiaj nasłuchał się już irytujących starszych pań, które wmawiały mu, że ten zaciągnięty kredyt na pięć nowych samochodów to pomyłka. Nie miał najmniejszej ochoty rozmawiać z kimś, kto brzmiał jak niepoważny dzieciak, chcący pożartować sobie ze zmęczonego pana na infolinii banku.
Westchnął. Policzył w głowie do pięciu, bo nie chciał ryzykować utraty pracy przez dowcipnisia.
— Nie udzielamy kredytów na grzyby.
Siedzący obok niego współpracownik prychnął pod nosem. Filemon nerwowo poprawił okulary. Chciał zachować jak największą powagę.
— Ani na inne… rośliny, o których pomyślisz — dodał dla pewności.
Po drugiej stronie słuchawki usłyszał szuranie, potem wzdychanie, a następnie szept, którego nie rozumiał i chyba nie chciał zrozumieć. Obawiał się, że rozmawia z wyjątkowo niestabilną osobą.
— A wie może pan skąd… można wziąć pieniądze?
Westchnął. Chyba po raz czwarty w ciągu tej krótkiej rozmowy, a licznik na ekranie komputera nie dobijał nawet dwóch minut.
— Wiesz, jeśli myślisz, że to zabawne, to się grubo mylisz — wypalił w końcu. — Idź do pracy. Tam może znajdziesz pieniądze.
— Ale…!
Nie pozwolił rozmówcy dokończyć zdania, po prostu się rozłączając. Przez parę sekund wsłuchiwał się w ciszę, a potem odłożył słuchawki i wstał. Kolega, siedzący obok rzucił mężczyznę współczujące spojrzenie, ale nic nie powiedział, będąc już przyzwyczajonym do nieprzewidywalnych wybuchów Filemona.
W pokoju socjalnym zaparzył sobie czarnej kawy. Bez cukru, bez mleka. Czerń wyglądała aż przerażająco w białym firmowym kubeczku.
— Dzień dobry, tutaj infolinia banku… no, wiadomo jakiego. — Odstawił na biurko kubek. — W czym mogę pomóc?
— Co do tych grzybów, to…
— Nie masz przyjaciół? — warknął. — Zajmij się czymś. Pomóż mamie ugotować obiad.
Rozłączył się tak samo szybko, jak podczas rozmów z krzyczącymi mężczyznami, domagającymi się zniżek na kredyty lub podczas tłumaczenia starym babom, że nikt nie wykradnie ich danych, kiedy złożą wniosek o wydanie nowej karty kredytowej.
— Kurwa, kredyt na grzyby — prychnął do siebie. — Kredyt na grzyby.
— Co? — Siedzącemu obok współpracownikowi przestało już być do śmiechu. Ze szczerym współczuciem i zmartwieniem patrzył na Filemona, kiedy ten zirytowany pocierał palcami oczy. — Kredyt na grzyby?
— Wyobraź sobie — zamieszał łyżeczką w obrzydliwie czarnej kawie — że gówniarzeria potrafi zadzwonić z byle gównem jak właśnie z kredytem na grzyby. Jak mam, kurwa, udzielić kredytu na grzyby?
— Może tej osobie chodziło o pożyczkę?
— Ile kosztuje jedna pieczarka, co, Carell? Pięć centów?
— Nie, no, jeśli założymy, że jedna pieczarka…
— Ach, zamknij się. — Odwrócił się plecami do kolegi i wziął łyka kawy. Poczuł kąsającą w język gorycz.

 
Filemon w tej pracy widział już wiele scen wyjętych rodem z najgorszych komedii. Ale to, że zobaczył rano młodzieńca kłócącego się z ducha winną pracownicą banku o grzyby, przerosło jego najśmielsze oczekiwania.
Młodsza kobieta próbowała wytłumaczyć chłopakowi, że nie znajdzie tutaj, czego szuka, ale ten upierał się na swoim, tłumacząc, jak rozmnażają się grzyby i że nie wolno wyrywać grzybów z korzeniami, bo można uszkodzić grzybnie.
— Co tutaj się dzieje? — zapytał sprzątaczki. Kobieta z wyraźnym skonsternowaniem spojrzała najpierw na Filemona, a potem na chłopca pokazującego atlas grzybów pani w okienku.
— A, widzisz, jakiś dzieciak przyszedł i gada o grzybach. — Wzruszyła ramionami. — A co u ciebie? Wyspałeś się?
— Wszystko w porządku. — Uśmiechnął się bardziej z grzeczności niż pozytywnych uczuć, bo zdecydowanie nie czuł się szczęśliwy, patrząc na niemożliwie głośnego gówniarza.
Skinął do pani sprzątaczki i udał się w stronę okienka. Młodzieniaszek był na tyle zaabsorbowanymi grzybami, że nawet nie poczuł, jak ktoś delikatnie kładzie dłoń na jego ramieniu i zaciska na nim palce. Zorientował się, dopiero kiedy Filemon odezwał się jakże znużonym głosem:
— To ty jesteś tym śmieszkiem od grzybów?
— Och! — Podskoczył w miejscu. Zamknął atlas grzybów, a siedząca za okienkiem dobra koleżanka Filemona uśmiechnęła się do mężczyzny z wdzięcznością. — Czyli… mogę wziąć ten kredyt, prawda? Niech mnie pan posłucha!
Zaczął przystępować z nogi na nogę jak zniecierpliwiony dzieciak przed budką z lodami. Oczy miał duże, wyraźnie rozszerzone i… przyszedł tutaj w krótkich spodenkach. Filemon dla pewności obejrzał się na siebie, spojrzał na pogodę za oknem, a potem wrócił spojrzeniem na gołe nogi chłopaka.
— Nie bawią mnie te żarty, rozumiesz? — Spróbował pociągnąć młodzieniaszka ku dzwiom wyjściowych, ale ten miał zadziwiająco dużo siły i zdołał się zaprzeć. — Jeśli stąd nie wyjdziesz, to zadzwonię na policję. Obiecuję ci to.
— Proszę mi pozwolić wytłumaczyć!
— Wyciągnę zaraz telefon.
— Ktoś wyrzucił moje ukochane grzyby! — krzyknął. Inni klienci spojrzeli w ich stronę, szepnęli coś między sobą, a Filemon próbował nie umrzeć z żenady. W końcu to on musiał zajmować się jakimś niestabilnym grzybiarzem, który ubzdurał sobie kredyty na grzyby i nawet osobiście zjawił się w siedzibie banku!
— Nie masz pięciu centów na pieczarkę?
— Pieczarki nie kosztują pięciu centów.
To samo wczoraj powiedział mu cholerny pan Martin Carell.
— Jeśli udzielę ci pożyczki, to przestaniesz tutaj przychodzić? — zapytał ze zrezygnowaniem. Nie śniło mu się przepychanie albo – co gorsza – szarpanie, z tym jegomościem. Mógłby sobie porozciągać nową koszulę, a bardzo tego nie chciał.
— Naprawdę mogę dostać kredyt na grzyby? — Rozpromienił się nagle.
— Podejdź po prostu do pani w okienku i powiedz, że chcesz pożyczkę. Nie wspominaj nic o grzybach. Ani słowa o grzybach.
— Dziękuję!
Poleciał do okienka, do tej samej pani, co wcześniej, a Filemon ulotnił się tak szybko, jak tylko mógł. By nie patrzeć znowu w te oczy szaleńca.
W swoim biurze nie powiedział ani słowa do towarzyszącego mu kolegi, ani nawet do starszej pani, która lubiła przychodzić do niego z kawą. Unikał tematu grzybów, co było ciężkie, zważywszy na fakt, że Martin był straszną męską plotkarą i nie potrafił zapomnieć o wczorajszej rozmowie.
Potem jeszcze zadzwonił do niego Chase i to był moment kulminacyjnym, w którym Filemon przestał panować nad narastającą złością. Wstał, przeszkadzał się po pokoju socjalnym i zrobił sobie kawę z trzech łyżeczek czarnej smoły. Wypił to prawie jednym dyszkiem, ignorując niebywale gorącą ciecz. I dopiero wtedy wrócił do pracy.
— Mam dla pana pieczarki. — Wieczorem zaczepił go ten sam młodzieniaszek, który rano robił raban o grzyby. I ten sam, który dzwonił na infolinie w celu wzięcia kredytu na ów rośliny. — To w podziękowaniu za pomoc. Udało mi się wziąć pożyczkę.
— Pieczarki — powtórzył, jakby był głuchy i nie usłyszał, co do niego powiedziano. — Tak, świetnie. Pieczarki.
— Mogę przynieść też inne grzyby. Kurki, borowiki… może jakieś muchomory, ale tego nie należy jeść. O, a może gołąbki?
Westchnął. Tak po prostu powoli wypuścił powietrze z płuc i ze zrezygnowaniem spojrzał już w mniej szaleńcze oczy rozmówcy.
— Nienawidzę grzybów. — Zrobił krok do przodu w celu wyminięcia grzybiarza, ale kiedy zobaczył zrozpaczony wzrok, cofnął się i wyrwał mu z rąk reklamówkę z pieczarkami. — Nie wracaj tu już więcej — prychnął i poszedł po swój rower, by wrócić do mieszkania jak stary cep z workiem grzybów.

pieczarko?
────
[1083 słowa: Filemon otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii do Arnar i Luciena — „Duchokonie??? Bardzo straszne naprawdę brawo"

Pochmurne, szare niebo odbijało się w oknach budynków San Francisco. Nikt nie wychylał się z nich. Jedyną oznakę życia stanowiły wrony, stukające miarowo w blachy dachowe. Zza pasa mgły wyglądał most Golden Gate, jego ostrzegawcze światełka mrugały jednostajnie. Lucien omijał kałuże, przezornie rozglądając się na boki. Nerwowy krok oraz zmartwiona twarz zdradzały, że absolutnie nie jest zadowolony z przebywania na pustawej ulicy, przerywanej co jakiś czas jazdą ciemnych SUVów. Baldachim ciemnych chmur rozpościerał się nad nim, serce w jego klatce piersiowej kołatało głucho. Przez chwilę poczuł może ułamek tego, co odczuwa Atlas, dźwigając na barkach nieboskłon.
Lucien, w przeciwieństwie do Atlasa, był drobny, co próbował nadrabiać szerokimi kurtkami z sztucznego materiału, z futerkiem. Jego włosy zlewały się z szarościami miasta oraz pogody, a ich kosmyki opadały mu irytująco często na oczy, które od razu odgarniał. Szedł szybko, chcąc sprawiać wrażenie osoby spóźniającej się do pracy, żeby uniknąć pytań, zaczepek, propozycji kredytów czy narkotyków. Czy zaproszeń na wystawę garnków ze stali nierdzewnej. Poprawił kołnierz, skrzywił się na dźwięk chlupnięcia w kałużę, której nie zauważył. Swoje szybkie tempo zakończył, gdy skręcił na ulicę, z której widać słynną panoramę San Francisco. A raczej by zobaczył, gdyby nie mgła. Z niej przedarł się wysoki dźwięk, który poruszył Lucienem głęboko, ale okazał się być sygnałem ostrzegawczym statku. Po nim nastąpiło status quo, które byłoby normalne na wsi, ale nie w cholernym mieście. Nie tak dużym jak Nowy Jork, ale bogowie, gdzie są burczenia tej miejskiej tkanki? Ambulanse, szumy drzew, łoskoty spadających przedmiotów, rozmowy, pijackie przyśpiewki, pomruki?
Rozważania zatrzymała rzeźba. Początkowo syn Dionizosa jej nie zauważył, a tak dobrze się w otoczenie nie wtapiała. Złożona jakby z wielu kawałków lustropodobnych, oddzielonych grubym, czarnym konturem, nie przedstawiała czegoś sprecyzowanego. Lucien przygryzł usta, nagle mu zaschło w gardle. Na pierwszy rzut oka przypominała mu gorgonę. Potem osobę w masce gazowej. Potem samuraja. Humanoidalne sylwetki przewijały się jak w kalejdoskopie, próbujące dopasować do czegokolwiek co ta instalacja przedstawiała. Zobaczył siebie w odbiciu, jak oddycha zmęczony, jak wypuszcza z ust parę. Coś go przyciągało.
Kolory się zmieniały, a wraz z nimi myśli Luciena. Podnosił nogę, zasłonił parę komórek i wyglądało to zupełnie inaczej. Nawet uśmiechnął się pod nosem. Opuścił nogę.
Dalej była czerń.
Otworzył momentalnie usta w niemym przerażeniu. Krew pędząca tunelami żył rozgrzała się, płuca ścisnął czysty, wstrząśnięty, niezmieszany strach. Przez głowę impulsy galopowały, omijając wielkie, żółte znaki ostrzegawcze. Wylądowały na pasie startowym, neonowe Flight majaczyło. Nikogo przed Lucienem nie było. Zapomniał, jak się oddycha. No dalej. Weź oddech. Wdech. Wde…ch.
— Mam nadzieję, że nie uznajesz, że ja psychopatycznie wszystko ustawiam, męczę psychicznie, żeby zaatakować i zabić? Żerując na twoim strachu przez jakieś swoje chore fantazje?
Lucien w ułamku chwili się zastanowił, do kogo należał ten znajomy głos. Dopóki nie wpadł na pomysł, żeby się obrócić i odpowiedzieć sobie na pytanie. Zmierzył wzrokiem od dołu - jakieś czyste adidasy, dalej zaczynały się granatowe spodnie, wróć, jakieś robocze ogrodniczki. Zdecydowanie farmerskie. Czarna kurtka sięgająca do pasa. Na widok twarzy wpuścił powietrze i równie szybko wypuścił, ze świstem. Czuł, jak uszy mu się czerwienieją.
— Dahlia! Przestraszyłaś mnie! — Jęknął z wyrzutem, po czym objął ją. Równie szybko przypomniał sobie, że w sumie to była tylko taka przelotna znajomość, nie wiedział czy lubi się przytulać i miał sporo pytań.
— J-jakie zabijanie? Jakie żerowanie na strachu? O czym ty…? Czemu w ogóle uciekłaś wtedy? Czemu dywan nam spierdalał?! Co ty tu robisz?
Kobieta od samego początku się uśmiechała lekko pod nosem i patrzyła na niego z politowaniem. Heros tego nie widział, ale mocno się zdziwiła jego reakcją.
— Może jednak cię tu zostawię, żebym nie musiała odpowiadać na te pytania? — Zażartowała, a Lucien od razu przykleił się do jej ręki, żeby nie odchodziła. — To nieco dłuższa historia, ale jestem zaskoczona, że Arnar nic ci nie powiedziało. To ja powinnam zapytać, to ty tu robisz?
— Uhh… — Lucien westchnął przeciągle, oznajmiając tym samym, że to nie będzie prosta odpowiedź.
— Zanim mi odpowiesz, powiedz, gdzie w sumie szedłeś. No, chyba że ta rzeźba była twoim celem.
— Nie, nie, ja w sumie miałem pójść na zakupy… Latarek. I baterii. Oraz, uh, innych potrzebnych rzeczy? Miał być na którymś rogu, sklep z elektroniką?
Kiwnęła głową i ruszyła w kierunku kolejnych ulic, a skonsternowany syn Dionizosa ruszył za nią. Odkleił się od jej ręki.
— Z Arnar stwierdziliśmy, że zrobimy… Prezent na rocznicę. Wyjazd do San Francisco. Nie ukrywam, że się zdziwiłem, że akurat to miasto, ale nie protestowałem. Rocznica to rocznica i miało jakieś plany. Myślałem, że chce zaskoczyć mnie. W sumie to chciało. Wylądowaliśmy, wyszliśmy z lotniska i spojrzało na mnie zdziwione, że nie ma śniegu. Zapytałem jeno, czy jest jebanym kretynem, oczywiście, że nie ma, bo to jest Kalifornia. Zdziwiło się. Już nawet nie chciało mi się kłócić, bo zobaczyłem, jak bardzo przybite było tym… odkryciem.
— Oh. No, tak, śnieg tutaj byłby dosyć… Zaskakujący. Sklep z elektroniką?
— Uhhh… — Lucien schował twarz w rękach — Arnar zobaczyło duchy.
— Jakie duchy? — Odpowiedziała córka Demeter, całkowicie niewzruszona. Tak, jakby usłyszała najnormalniejszą rzecz na świecie. Duchy? Typowy wtorek.
— Jakąś zjawę, kobiecą, męską, konia, po ostatnim wybiegło z krzykiem z pokoju. Prąd nam wtedy nawalił. Oczywiście, tylko w naszym. Reszta działała.
— To chyba nie pora na Halloween. — Próbowała podnieść go na duchu — Historia rodem ze słynnego nawiedzonego pokoju 207.
Dahlia zauważyła nagłe zatrzymanie Luciena. Stanął jak wryty w chodnik, praktycznie wyglądał jakby stał na skraju zapłakania.
— Nie mów mi, że…— Zaczęła delikatnie, domyślając się reszty.
— Że mieszkamy w pokoju 207? Nawiedzonym? Co to znaczy, Dahlia, powiedz mi, ze to jakiś głupi żart! Jaki, kurwa, słynny pokój?
Spojrzała na jego twarz, na zaciśnięte gardło i zaczęła ważyć słowa. Wpadła jak śliwka w kompot.
— Spokojnie, Lucien, to tylko legendy. Wiesz, miejskie, dzieciaki lubią takie rzeczy. Jest słynny, fakt, ale jest bardzo duża szansa, ze to tylko sztuczki bogów.
— L-liczę na to.
Ruszyli w drogę, już milcząc. Heroska już prawdopodobnie żałowała zaczepienia znajomej osoby. Dużo ludzi z San Francisco ją kojarzyło, ale osoba z Nowego Jorku była ewenementem. Odnaleźli upragniony sklep z elektroniką, którego wystawa prawdopodobnie pamiętała najlepsze czasy walkmanów. Gdy już udało się zrobić zakupy jakże potrzebnych rzeczy (sprzedawca wcisnął Lucienowi jakiś bzdet do mierzenia poziomu aktywności duchów), wyruszyli na poszukiwanie Arnara.
Dahlia zgodziła się na towarzyszenie bratu z innej winorośli (ha, ha), głównie ze względu na jego średni stan psychiczny oraz pogodę, która nie zachęcała do rodzinnych aktywności. Po prostu było jej żal. W głowie przekalkulowała wszelkie opcje i tym razem też pozwoliła sobie na casualowe przebywanie z dwoma półbogami, po tym jak zaszyła się na długi miesiąc z maszyną do pisania w swojej norze. Jak już o półbogach mówimy, na horyzoncie majaczył się kolejny. Rozpoznanie Arnara nie było trudne, bowiem ono tylko mogło posiadać najbardziej kiczowatą czapkę zimową na świecie, do kompletu z jeno niecodzienną facjatą.
Arnar na widok Dahlii rozpromieniło się. Skupił się wyłącznie na niej, nieopatrznie ignorując, przypadkiem, tykającą bombę jaką był Lucien.
— Tak się zastanawiałom, czy cię tu spotkamy — Zaczął wesoło.
— Zastanawiałoś się? To już wiedziałoś, że ona tu mieszka? — Pałeczkę przejął Lucien, marszczący brwi.
"Oby to nie była ostatnia rocznica" pomyślała Dahlia, przewracając oczami.
— Noo, wspominała mi coś o San Francisco. Że nie jest z Nowego Jor—
— I nie uznałoś za ważne mi o tym wspomnieć? Przez ten cały czas wiedziałoś, że jej nie spotkamy w Nowym Jorku a ja wyglądałem czasem na ulicy?
— Eeeee, no taki szczegół, tak mi się zapomniało…
— Czasem się zastanawiam, jakim cudem udało ci się zostać grupowym i nie zgubić tych wszystkich bachorów po drodze — Odburknął.
— Byłoś grupowym? — Wtrąciła się, z wyraźnym rozbawieniem.
— Ja przepraszam bardzo, ale dawałom sobie radę!
— Tak, szczególnie na podchodach, ze strzałkami z kajaków. Ciekawe, jak dasz sobie radę z cholernym słynnym nawiedzonym pokojem, które wynajęłoś, bo akurat była bardzo duża promocja na to. Tak duża, że aż dziwne, czy były jakieś haczyki. No nie, czekaj, był jeden duży haczyk. JEST NAWIEDZONY. I całe San Francisco o tym wie. Jak masz zamiar sobie poradzić z tym twoim duchokoniem? Mam winoroślą go potraktować?
— Bycie grupowym nie było przecież takie trudne, każdy mógł zostać grupowym, panie grupowy domku Dionizosa i pani grupowo domku Demeter. Co do duchów…
— Nie byłam grupową.
Spojrzeli na nią z zaskoczeniem. Biorąc pod uwagę, jakie rzeczy potrafiła wytrzaskać, choćby na przykład karpoi zdolne wygrywać złoto w biegu na 400 metrów, nie pomyśleli o innej możliwości.
— To karpoi było pojebane przecież. Było w stanie utrzymać dywan. I uciec przed nami, a to dosyć wysoka poprzeczka.
— Eh — Wzruszyła ramionami i strzepnęła jakiś niewidzialny pyłek ze spodni. — Nie chcieli mi dawać takiej możliwości po tym, jak celowo, eee, wpływałam na chwasty w truskawkach. Zdarzało mi się też przypadkiem wyhodować truskawki o smaku chili. Wracając, opowiesz mi coś więcej o tych duchach?

duchokoń?
────
[1427 słów: Dahlia otrzymuje 14 Punktów Doświadczenia]

Od Erin — „Co się pakuje na Obóz Gejosów?”

TRZY LATA TEMU

Muzyka.
To było to, muzyka obudziła Erin o godzinie siódmej rano w wakacje. Czy babcia musiała słuchać swoich winyli o takich godzinach? Dziewczyna z westchnieniem sturlała się z łóżka na podłogę. Wiedziała, że już i tak nie zaśnie z powrotem, więc postanowiła wstać.
Zmierzając w stronę łazienki, zajrzała do kuchni, bo to stamtąd dobiegały dźwięki, by przywitać się z babcią, ale poddała się, wiedząc, że nie przekrzyczy Lady Gagi. Wszyscy starsi ludzie słuchali tak głośno muzyki? A potem narzekają, że na starość się niedosłyszy. Dziewczyna pokręciła głową z udawanym niezadowoleniem i udała się umyć zęby.

Wychodząc z toalety Erin, nie słyszała już muzyki, uznała to więc za dobry moment na pogadanie z babcią. Zapukała w futrynę, by zwrócić na siebie jej uwagę.
— Wcześnie wstałaś — rzekła energicznym tonem babcia Maeve, widząc swoją wnuczkę opartą o ścianę.
— Dziwne by było, jakbym nie wstała z tą twoją muzyką — Erin przewróciła oczami z udawaną irytacją. Roztargnienie babci było na swój sposób urocze i wiedziała, że będzie za nim tęsknić. W końcu wczoraj babcia powiedziała, że dzisiaj zawiezie ją i Henry’ego do tego miejsca dla nie-do końca-ludzi na Long Island.
Erin wciąż rozmawiając z babcią, zaczęła robić sobie tosty. W sumie dobrze, że wstała tak wcześnie, bo była trochę w dupie z pakowaniem się. Może dlatego, że średnio wiedziała, co powinna wziąć a co zostawić? Wtedy przypomniała sobie, że przecież Henry na pewno coś o tym wiedział, w końcu też nie był człowiekiem i miał coś wspólnego z tym całym obozem.
Wyjęła idealnie przypieczone tosty z serem i koncentratem pomidorowym z opiekacza i zaniosła talerz do pokoju, po czym biegiem udała się do pokoju Henry’ego, przy okazji potykając się o próg (którego wcale nie przekraczała codziennie, co tu robił jakiś próg?).
Zapukała intensywnie w drzwi pokoju przyjaciela, ale nie usłyszała odpowiedzi, ani nawet ruchu więc pozwoliła sobie wejść. Zastała go śpiącego w najlepsze. „Boże, czy ten baran musi mieć tak twardy sen, kiedy ja cierpię?” - przewróciła oczami Erin i podjęła próbę obudzenia przyjaciela.
— Hmhmnjmh — wymamrotał Henry, czując dłoń dziewczyny na swoim ramieniu.
Poderwał się z krzykiem, gdy popatrzył prosto w jej oko, co wywołało gwałtowny śmiech Erin.
— Wstawaj pajacu, przydałbyś się na coś — dziewczyna powiedziała żartobliwym tonem. Udawanie obrażonej było jej językiem przyjaźni, na szczęście każdy, z kim się zadawała wiedział to, więc nie musiała tłumaczyć każdemu po kolei, że nie wyzywa ich na serio.
Erin normalnie nie prosiła o pomoc, jednak przeprowadzkę do obozu traktowała poważnie, a nie wiedziała, czy lista rzeczy do wzięcia sporządzona przez nią w głowie jest rzeczywiście poprawna.
— Czego chcesz? — zapytał Henry, sennie przeciągając sylaby.
— Po prostu powiedz, co powinnam spakować i możesz wracać do spania — na twarzy Erin pojawił się niewinny uśmieszek.
Henry wymienił listę rzeczy — część z nich zgadzała się z przypuszczeniami Erin, a niektórych nawet nie posiadała, ale postanowiła to przemilczeć.
— I tak nie planuję wracać do spania — powiedział Henry (wcale nie ziewając).
Erin parsknęła śmiechem, była dziś w wyjątkowo dobrym humorze.
Oboje wyszli z sypialni, Henry w kierunku kuchni, a Erin do swojego, aby pokoju dokończyć (zacząć) pakowanie. No i zjeść zimne już tosty.


Maeve siedziała już za kierownicą starego Forda, kiedy Erin i Henry pakowali swoje torby do bagażnika. Ostatni raz zawoziła ich w jakiekolwiek miejsce, ale atmosfera przynajmniej nie była depresyjna.
— Na drogę wjeżdża królowa ulicy swoim luksusowym, antycznym wozem, młodzi kierowcy usuwają jej się z drogi, kiedy z zaciśniętymi w skupieniu zębami wyjeżdża z miejsca parkingowego pod niesamowitym pałacem… — opowiadana po raz setny przez Maeve (wcale nie zmyślona) historia została również po raz setny przerwana przez śmiech dobiegający z tylnego siedzenia. „Dzieci w tych czasach nie znają się na dobrym humorze” - pomyślała, kręcąc głową. Próbowała udawać zirytowaną, ale na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech, co wywołało jeszcze większą uciechę Erin i Henry’ego.
Ruszyła rozklekotanym samochodem w kierunku głównej drogi prowadzącej na Long Island.


Droga minęła im śpiewająco (dosłownie) - każdy jak zwykle wybierał te same kawałki, które wszyscy znali już na pamięć i nikt nie narzekał, wręcz przeciwnie.
Maeve zatrzymała samochód na poboczu w miejscu wskazanym przez Henry’ego i uściskała dzieci na pożegnanie, po czym dwójka najdroższych jej osób ruszyła w swoją stronę.


────
[686 słów: Erin otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Erin Byrne

She wasn’t waiting for a knight - she was waiting for a sword



CÓRKA HEKATE

Od Raine do Filemona — „Grzybiarze wcale nie są lepsi od Karyn"

Swoje poranki Raine zaczyna zawsze dawno ustaloną rutyną, która powoli wykształcała się już w Obozie. Tuż po przebudzeniu przeciąga się leniwie, po czym praktycznie od razu dzwoni do Arlo, żeby opowiedzieć im swój sen, a jeżeli akurat go nie pamięta, to wymyśla jakiś na poczekaniu, żeby nie przerwać zwyczaju. To, że jego przyjaciel wydaje się nie do końca kontaktować (bo czasem Raine nieopatrznie zdarza się go obudzić), raczej nie przeszkadza grzybiarzowi – Arlo i tak zawsze jest jakieś takie ospałe, więc po co się przejmować drobiazgami? Po tym rzuca telefonem na drugi koniec pokoju, bo zazwyczaj przez cały dzień używa go tylko do wykonania tego jednego połączenia, do którego czasem dołącza szybka wieczorna rozmowa w akompaniamencie mycia zębów (wtedy Raine opowiada Arlo, jaki sen chciałby mieć tej nocy). Gdy Raine schodzi z łóżka, zawsze potyka się o porzucony na podłodze atlas grzybów, którego nigdy nie kładzie w innym miejscu, bo jeśli się o niego codziennie nie potyka, zapomina, gdzie go odłożył. Następnie sprawdza swoją grzybnię w łazience i…
Staje osłupiały, bo grzybni nie ma. Patrzy w pusty kąt kafelkowej podłogi, gdzie jeszcze wczoraj leżała jego piękna, mała hodowla w reklamówce z Walmartu. Rozgląda się po łazience w konsternacji, bo nie ma szans, że grzybnia wstała i wyszła, albo lepiej: wyskoczyła przez okno. Szczurów tutaj raczej nie ma, a nawet, jakby były, to co im po takiej grzybni? Czy szczury jedzą grzyby? Raine nigdy się nad tym tak naprawdę nie zastanawiał, ale w każdym razie: szczurów nie mają w mieszkaniu, więc nawet jeśli jedzą grzyby, to nie zjadły tych grzybów.
— Aster! — Krzyk Raine mógłby w tym momencie obudzić również jego sąsiadów, nie tylko brata. Wparowuje do jego pokoju, drzwi trzaskają o ścianę z donośnym hukiem (już dawno ich klamka wyryła w niej spore wgłębienie, które Raine sukcesywnie powiększa mniej więcej dwa razy w tygodniu). Chłopak niemrawo podnosi głowę z poduszki, przyzwyczajony do podobnych pobudek niemal każdego ranka, bo a to skończyło się mleko, a to Aster nie wyczyścił po sobie tostera, albo, nie dajcie bogowie, zjadł wszystkie piękne pieczarki, z którymi Raine nie potrafiło się rozstać (nazywało je swoimi dziećmi, choć Aster własnoręcznie kupił je poprzedniego dnia). — Gdzie są moje grzyby? — pyta Raine, oskarżycielsko celując w brata palcem.
— Które? — Rzeczowe pytanie trochę miesza w głowie Raine, bo jak to które? On dobrze wie, które!
— Te, które zabrałeś.
— Skąd?
— Z łazienki zabrałeś.
Aster zaciska usta i przeczesuje włosy, ale nie zawstydzony czy zmieszany – on nie wie co powiedzieć, bo rodzeństwo już zaczęło go irytować. O szóstej rano. Najtragiczniejsza rzecz, która może przydarzyć się biednemu dwudziestojednolatkowi, którego marzeniem było samotne mieszkanie z dala od swojej rodziny. Z dala od grzybów, prześladujących go przez zdecydowanie za dużo lat, jak na przeciętnego Amerykanina. Jak widać, Aster poniósł sromotną porażkę, myśląc, że od Raine można się uwolnić.
— Słuchaj, ja nie mam nic przeciwko tym twoim suszonym, marynowanym, świeżym i jakimkolwiek innym grzybom, dopóki są w lodówce. Albo w słoikach, albo w twoim pokoju, albo po prostu gdziekolwiek — Raine otwiera usta, żeby wyrazić sprzeciw, bo "gdziekolwiek" to bardzo pojemne określenie, ale Aster powstrzymuje go stanowczym ruchem dłoni — ale nie w łazience, cholera jasna. Ja się tam myję, nie będę się myć obok… nawet nie wiem, co tam było. Nowe życie już powstawało.
— Żadne nowe życie! Tam mają najlepszy klimat. W sensie, przestrzeń do rozwoju.
— One śmierdziały jak chory na dżumę, Raine.
— Nie, one śmierdziały jak grzyby. Gdzie one są?
— Nie ma ich.
Raine zamiera w bezruchu, wpatruje się w Aster z półotwartymi ustami. Na jego twarzy rysuje się jasne pytanie: "Ale jak to: nie ma?". Aster wzrusza ramionami, kompletnie nieprzejęty rozpaczą Raine, która zaczyna wychodzić na wierzch w postaci zbierających się w jego oczach łzach.
— Jesteś okropny! — wrzeszczy zbyt głośno jak na leniwy, poniedziałkowy poranek, gdy ich sąsiedzi próbują powoli wysączyć gorącą kawę i zagryźć ją słodką bułeczką.
Raine wychodzi z pokoju, trzaskając drzwiami, a Aster próbuje się nie zaśmiać. Z jednej strony, sytuacja jest niesamowicie śmieszna, z drugiej – chłopak nie może wyjść z podziwu, jak dziecinnie zachowuje się jego rodzeństwo i jak nic nie zmieniło się, od kiedy odbywali podobne kłótnie w Obozie. Ale naprawdę, grzybnia w plastikowej reklamówce w kącie łazienki? W Obozie Raine miało jeszcze jakąś klasę i wymówkę, że te grzyby są do jakichś naukowych badań. Poza tym, mieszkało u Hermesa, a tam dzieją się dziwne rzeczy (i, ku swojej rozpaczy, mieszkał tam też Aster)
Zrozpaczony, Raine chwyta telefon, choć wszyscy zawsze ostrzegali go, że nie powinien korzystać z niego zbyt często. Tylko jakie to ma znaczenie, gdy właśnie jego brat dokonał mordu na jego dzieciach? No właśnie. Nie ma żadnego. Raine przy okazji postanawia jeszcze wziąć ze sobą portfel, żeby odnaleźć w nim całkowite pustki i wybiega z mieszkania, nie zamykając za sobą drzwi. Chyba nawet nie wziął kluczy, ale mniejsza o to. Ma ważniejsze sprawy do załatwienia.
Raine szybko dopada gęsia skórka, gdy przemierza ulice w stroju niekoniecznie adekwatnym do pogody, która rankiem zawsze jest niższa niż popołudniami, poza tym, przecież mają zimę, więc średnia temperatura spadła z dwudziestu do trzynastu stopni. Krótkie spodenki i bose stopy w crocsach nie pomagają, a jego ochrona od porannego chłodu zwyczajnie nie istnieje. Nie ma pieniędzy, tata prześle mu kieszonkowe nie wiadomo kiedy, więc zostaje mu ostatnia deska ratunku. Biorąc głębokie wdechy, które mają na celu powstrzymać płacz, Raine wystukuje numer infolinii banku, do którego chyba zarejestrował ich Aster.
— Halo? Witam na infolinii… no, chyba wiesz, gdzie dzwonisz — odzywa się bardzo znudzony głos ze słuchawki.
— Chciałbym wziąć kredyt — powiadamia go Raine, możliwie jak najbardziej poważnym tonem.
— Co?
— Chciałbym wziąć kredyt — powtarza Raine, tym razem głośniej.
— Gdzie ty jesteś? — Głos w telefonie zmienił się ze znudzonego w zirytowany. — Wieje ci w słuchawkę, młokosie.
— Na ulicy, ale nieważne. Chciałbym wziąć kredyt na…
— Wiesz, po co stworzono budki telefoniczne? — Po chwili milczenia zdenerwowany głos kontynuuje: — Żeby ci wiatr nie wiał w jadaczkę i żebym rozumiał, co ty do mnie szwargoczesz.
Piiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiik.
Raine staje za załomem budynku (tylko w jego głowie wiatr tutaj jest lżejszy) i wykręca numer ponownie.
— No, halo? Tutaj infolinia. Banku. Do którego dzwonisz. — Raine słyszy znowu ten sam głos i nie wierzy w swoje szczęście.
— Ja chciałbym — Raine wydaje się, że słyszy ciche: "znowu" — wziąć kredyt.
— Na co? Na labubu?
— Na grzyby.

kredyt na labubu
────
[1027 słów: Raine otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja — „Nie wysyłajcie mnie na conversion camp pls”

DWA LATA TEMU

— Nie obchodzi mnie, co z nim zrobisz! To nawet nie jest mój bachor! — to były pierwsze słowa, jakie Mikołaj usłyszał po zdjęciu z uszu słuchawek. Zastygł w bezruchu, za wszelką cenę próbując nie wydać z siebie żadnego odgłosu. Wstrzymał nawet oddech. Był środek nocy, gdzieś między pierwszą a drugą, a on dobrze wiedział, że powinien dawno spać. Zwłaszcza dzisiaj, kiedy rodzice i tak byli na niego źli i nie chciał niepotrzebnie ściągać ich uwagi na siebie.
— Ale ty też go wychowujesz! — przez ścianę dało się słyszeć głos matki chłopaka. Pełen bezsilności.
— I bardzo żałuję tej decyzji. Coś jest z nim mocno nie tak! — Mikołaj zacisnął pięści, powstrzymując napływające mu do oczu zły. — Mogłem cię z nim odesłać do twojego kochasia. Aleksander ma moje geny i nie sprawia nam żadnych kłopotów.
Przez parę sekund trwała cisza, zakłócana jedynie przytłumionym komentarzem włączonego w telewizorze meczu, chyba piłki nożnej. Chłopak wbił wzrok w sufit. To nie był jego ojciec? Niemożliwe. Jeśli kiedykolwiek miałby oskarżać któreś z rodziców o nielojalność wobec drugiego, to w pierwszej kolejności pomyślały właśnie o nim.
— To nie jest jego wina! — odezwała się w końcu kobieta.
— A kogo? Jezusa? — do uszu Mikołaja dobiegł ironiczny głos ojca. — A nawet jeśli nie, to jest głupi. Powinien mieć własny rozum.
— Może któregoś z kolegów? Czemu zawsze oskarżasz właśnie jego? To nasz syn, powinniśmy go wspierać, nawet jeśli czasem ma głupie pomysły — w jej głosie jednak nie było słychać przekonania.
— To TWÓJ syn!
Zza ściany dało się słyszeć uderzenie czegoś, prawdopodobnie pilota, o podłogę, trzask drzwiami, a następnie kroki ojca kierującego się do sypialni lub łazienki.
Cóż, Mikołaj sam nie wiedział, kto zawinił. Wrócił dzisiaj rano z trzema innymi kolegami z wycieczki szkolnej, dwa dni przed jej zakończeniem. Rodzice zostali zmuszeni do odebrania swoich dzieci za karę za to, że już pierwszego wieczoru cała czwórka się upiła. I to nawet nie jednym piwem. Biedny Kacper nawet zwymiotował przed drzwiami do pokoju ich wychowawczyni.
Problem tkwił jednak w tym, że żaden z nich nie wziął na wycieczkę alkoholu. W żartach oczywiście pojawił się taki pomysł, ale wiedzieli, że skończyłoby się to tragicznie. Poza tym, kto sprzedałby grupce czternasto, może piętnastolatków wódkę?
Tamtego wieczoru grali w „nigdy, przenigdy”, ale zamiast alkoholu, nalewali do kubeczków zwykłą wodę. Znaczy, jako pomysłodawca, nalewał ją Mikołaj, a wszyscy w żartach udawali tylko, że piją wódkę. Bądźmy szczerzy, kto w tym wieku nie chciał być zabawny, wybierając sok jabłkowy zamiast pomarańczowego, bo „wygląda bardziej jak piwo”? Cóż, efekt placebo najwidoczniej zadziałał na nastolatków troszkę za mocno, bo wkrótce wszyscy czworo skończyli potężnie upici.
— Macie szczęście, że zaraz kończycie tę szkołę — usłyszeli od nadal wściekłej wychowawczyni następnego ranka, odbierani przez rodziców. Rzeczywiście, za nieco ponad tydzień zaczynały się wakacje, a po nich mieli już pójść do liceum.
Kilka minut później dało się słyszeć ciche otwieranie drzwi oraz czyjeś kroki. Na początku Mikołaj myślał, że ojciec postanowił wrócić, ale po chwili usłyszał z salonu głos brata.
— Nadal uważasz, że to nieprawda? — spytał, z niepewnością, ale i satysfakcją w głosie.
— A ty znowu zaczynasz? — matka nastolatków westchnęła zniecierpliwiona. — Czemu nie śpisz?
— A co, jeśli on nie kłamał w tamtym liście? Jeśli Mikołaj naprawdę jest… — nie dokończył, bo kobieta mu przerwała.
— Nie jest! Nie wierzę w te twoje bajki i ty też nie powinieneś, jesteś za stary. Nie będę nikogo wysyłać na żaden obóz przetrwania.
Mikołaj nie wytrzymał. Podniósł się z łóżka i pomaszerował do salonu. Oczy matki i brata skierowały się na niego.
— Kim jestem? — spytał. — I kto jest moim prawdziwym ojcem?
Na twarzy kobiety wymalowało się przerażenie. Nie miała pojęcia, że jej drugi syn również słyszał rozmowę.
— Ja ci to wszystko wytłumaczę, ale nie dzisiaj — spojrzała na niego błagalnym wzrokiem.
— Wiedziałeś? — tym razem zwrócił się do brata. Czuł się oszukany. — Wszyscy wiedzieliście, tylko nie ja?!
— Jakby nie czytał cudzej korespondencji, to by nie wiedział — matka chłopaków założyła ręce na piersi. — Byłam pijana, tak wyszło — wyszeptała po chwili ciszy, a do jej oczu napłynęły łzy.
Aleksander był wielkim fanem mitów greckich. Gdy miał piętnaście lat, przeczytał kilka mitów w ramach lektury szkolnej i od tego się zaczęło. Wkrótce pochłonął całą mitologię, Iliadę, Odyseję oraz wszystko inne z tym powiązane, co tylko udało mu się dostać. To było niemal oczywiste, że gdy szukając czegoś w szafce, znalazł list podpisany „Dionizos”, z ciekawości go przeczytał. Dowiedział się z niego, że Mikołaj jest synem boga greckiego, że przypomniało mu się o jego istnieniu oraz że istnieje specjalny obóz dla takich dzieciaków, na który Mikołaj ma zostać odesłany, jeśli „zaczną się dziać dziwne rzeczy lub zacznie sprawiać problemy”. Zostawił też adres.
Podświadomie wiedział, że to nie może być prawda, ale jednak mimo wszystko chciał, aby nią było. Pewnego razu, podczas jednego z jego mitologicznych wywodów, przypadkowo wygadał się ze znajomości treści listu. Jego matka od razu zaprzeczyła. Od tego czasu minęły trzy lata, a chłopak zamiast stwierdzić, że to rzeczywiście kłamstwo, coraz bardziej wierzył w prawdziwość treści listu. Nigdy nie spotkał na żywo żadnego herosa, ale sama myśl o tym, że gdzieś wśród nich żyją dzieci bogów, napawała go ekscytacją.
— Nadal uważam, że trzeba to sprawdzić — upierał się Aleksander. — Jeśli okaże się, że to nie jest prawda, najwyżej odwiedzimy ciotkę. Od kilku lat zaprasza nas do Nowego Jorku. A jeśli prawda, cóż, może Mikołaj zostanie oczyszczony z waszych zarzutów — zaśmiał się.
— Co mamy niby sprawdzać? W Ameryce? — nastolatek był przerażony.
— Aleksander czyta za dużo bajek i uważa, że umiesz zmieniać wodę w wino — wyjaśniła mama, tak naprawdę nic nie wyjaśniając. — Uroił sobie, że jesteś synem boga.
— Że Jezusem? — Mikołaj popatrzył na brata jak na idiotę. — Myślałem, że nie wierzysz.
— Synem Dionizosa — uśmiechnął się. Nie brzmiał przekonująco.


Rano Mikołaj uznał, że to wszystko musiało mu się przyśnić. Nie wierzył w żadne byty nadprzyrodzone. Żadnych bogów, czary ani duchy. Samą ich ideę uważał za niezwykle interesującą, ale wiedział, że to wszystko to tylko nieprawdziwe historyjki.
Rozmowa okazała się jednak prawdziwa, a już tydzień później całą trójką lądowali na nowojorskim lotnisku. Ojciec, a właściwie ojczym Mikołaja został w domu. Stwierdził, że nie chce mieć nic wspólnego ani z pochodzeniem chłopaka, ani z nielubianą ciotką Agathą.
— Gdzie my tak właściwie idziemy? — spytał piętnastolatek, gdy wchodzili na wysokie wzgórze. Wiedział, że jedzie na jakiś obóz, który ma trwać całe wakacje. Nie wróżyło to nic dobrego. Jakiś czas temu czytał o karnych obozach „nawracających” nastolatków w Ameryce. Rodzice zawozili na nie dziecko wbrew jego woli. Uczestnicy spali w szałasach w lesie, bez internetu, zasięgu, bieżącej wody, a często nawet świeżego jedzenia. Niektórzy podobno siedzieli tam nawet parę miesięcy, a kilka osób na takich obozach straciło życie. Nie brzmiało zachęcająco.
— Mam nadzieję, że dobrze trafiliśmy — westchnęła jego matka, nie odpowiadając na pytanie. Mikołaj tylko przewrócił oczami.
Gdy stanęli na szczycie wzniesienia, rozciągnęła się przed nimi duża, pusta dolina, w której rosły jedynie pojedyncze drzewa, a oddali dało się dostrzec brzeg morza.
— Mówiłam, że tu nic nie będzie — spojrzała na Aleksandra, który odwrócił się zmieszany.
Już mieli schodzić z powrotem na dół, ale Mikołaj nadal stał, obserwując dolinę. W przeciwieństwie do rodziny, oprócz lasu widział mnóstwo budynków, obiektów treningowych oraz ogromne pola chyba truskawek. Prawie jak małe miasteczko. Dostrzegł jeszcze jakichś ludzi, może innych uczestników obozu? Przez dłuższą chwilę obserwował, jak poruszają się po całym terenie doliny.
— Pomarańczowy, fuj — skomentował, zauważając, że każdy z nich nosi koszulkę w tym właśnie kolorze. Może to nie będą takie złe wakacje?


────
[1212 słów: Mikołaj otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

Mikołaj Piórkowski

Normalność jest linoskoczkiem nad otchłanią anormalności.



SYN DIONIZOSA