piątek, 22 grudnia 2023

Od Dave'a — „Jak zostać złodziejem”

TRZY LATA TEMU


Wreszcie udało mi się opuścić to szalone miejsce, jakim był Obóz Herosów. Wiedziałem, że w końcu musi mi się udać stamtąd uciec.
Oczywiście, nie było to najgorsze miejsce, w którym byłem. Wciąż będę je wspominał milej, niż sierociniec, co nie zmienia faktu, że prędzej pogłaszczę tarantulę, niż tam wrócę. Nie, teraz wreszcie mogę zacząć żyć. Teraz, dopiero teraz mogę rozpocząć swoje własne, prawdziwe życie.
Tylko od czego zacząć? To znaczy, wiem, że powinienem najpierw znaleźć dla siebie jakąś pracę. Zarobić trochę grosza, by mieć potem co do gara wrzucić. Dobrze byłoby też znaleźć jakieś lokum, co również nie będzie łatwe. Najpewniej przez kilka najbliższych tygodni będę spał pod mostem. Chejron dał mi co prawda 20 dolców na dobry start, ale świata z takim funduszem nie podbiję.
Mimo to nie traciłem dobrego samopoczucia. Wreszcie sam mogę decydować o swoim losie. I przysięgam na wszystko, co stworzone, ułożę sobie to życie tak, że jeszcze mi będą zazdrościć. Muszę tylko znaleźć sposób na biznes.
Odwróciłem głowę i ujrzałem witrynę jubilera, na której wisiała zachęcająco wyglądająca kartka „Poszukujemy pracownika”. Cóż, cudu się nie spodziewam, ale kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Poza tym, czym ja tutaj tak naprawdę ryzykuję, poza tym, że będę musiał kontynuować swoje poszukiwania pracy.
Wszedłem do środka, przywitałem się skinięciem głową, po czym podszedłem do pracującego tam człowieka.
— Dzień dobry — przywitałem się grzecznie, ignorując pogardliwe spojrzenie nieznajomego. — Przychodzę w sprawie ogłoszenia o pracę.
Nieznajomy zmarszczył brwi, zamrugał kilka razy, po czym uśmiechnął się okrutnie i zaczął się opętańczo śmiać. Wzdrygnąłem się, gdyż choć spodziewałem się odmowy, nie brałem pod uwagę tak gwałtownej reakcji.
— I ty chcesz tu pracować chłopczyku, tak? — Spytał złośliwie. — A ile ty masz właściwie lat?
— 18? — Odpowiedziałem, zdając sobie sprawę, że brzmię, jakbym sam zadawał pytanie, ale nie umiałem inaczej. Nieznajomy całkowicie wytrącił mnie z równowagi.
— Nie wyglądasz — stwierdził z wyraźnym sceptycyzmem. — Mogę zobaczyć dowód?
Nie miałem dowodu. Nie jestem pewien, czy kiedykolwiek wyrabiałem coś takiego, a nawet jeśli, to nie mam zielonego pojęcia, gdzie obecnie się znajduje. Pokręciłem więc jedynie przecząco głową.
— Ale naprawdę jestem pełnoletni — mruknąłem cicho.
— Naturalnie — nieznajomy wyraźnie mi nie wierzył. — Poza tym, spójrz na siebie, wyglądasz jak wyjęty z kosza na śmieci. Chyba nie mieszkasz na ulicy, prawda? Takich to tu nie zatrudniamy.
Już chciałem zaprzeczyć, ale zawahałem się. W zasadzie to prawda. Mieszkam teraz na ulicy. Wczoraj jeszcze mieszkałem w obozie, ale teraz to się już skończyło.
— Znajdź ty sobie lepiej jakąś mniej wymagającą pracę, młody — mruknął nieznajomy, widząc moje wahanie. — Jubilerstwo to nie byle zabawa. Nie przetrwasz w tym fachu.
Spuściłem głowę i nie odzywając się już, wyszedłem na ulicę. Reakcja nieznajomego mnie zaskoczyła. Nie spodziewałem się usłyszeć aż tak okrutnej odmowy. Myślałem, że spotkam się przynajmniej z udawanym współczuciem.
Zabuzowało we mnie pragnienie zemsty. Nie mogę pozwolić, by ktokolwiek mnie tak traktować. Nie jestem w końcu zwykłym śmiertelnikiem.
To znaczy, wciąż jestem śmiertelny, ale jestem też półbogiem. I nie dam sobą tak pomiatać. O nie, nie mną. Nie synem samego Hermesa.
Boga złodziei.
Najgorszych wrogów każdego jubilera.
I wtedy właśnie podjąłem decyzję.
Muszę się zemścić. Muszę okraść ten sklep.


◇──◆──◇──◆
[511 słów: Dave otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Kazue — „Kot w koc”

Zaplanowała już powrót do domu niemal miesiąc temu, a teraz była już gotowa. Była przerwa świąteczna, więc nie martwiła się szkołą. Spakowała co musi do walizki, po czym ruszyła taksówką do niemal samego centrum Nowego Jorku, gdzie musiała przejść jakąś dziwną autoryzację, czy na pewno ma bilet, przebywa legalnie w Stanach i inne takie… co oczywiście, niemal bezproblemowo przeszła, mimo kota schowanego w kocu. Pozostało jej czekać na busa do Montpelier.
Po długich trzydziestu minutach w końcu przyjechał, a jako pierwsza oddała walizkę i wpakowała się do środka, właściwie, autokaru. Obok niej usiadła jakaś starsza pani, na którą heroska oczywiście spojrzała.
– Dzień dobry. – przywitała się, głównie z grzeczności niż dlatego, że chciałaby z nią porozmawiać. W międzyczasie uwolniła szylkretową kotkę z koca.
– Oh, dzień dobry, dobry. – odpowiedziała siwowłosa, odwracając głowę do z pewnością wyższej i młodszej dziewczyny. Nie zauważyła Honoraty — albo postanowiła ją zignorować. Po jej twarzy było widać, że jest już po siedemdziesiątce — miała więcej zmarszczek niż ludzki mózg. – Jedziesz sama? Oj, gdzieś ty, dziecko, rodziców zgubiła? – spytała ze zmartwieniem w głosie, jakby oglądając wnętrze, czy na pewno nie ma w środku nikogo, kto wyglądałby na jej rodziców.
– Właśnie do nich jadę. – Kazue zmusiła się do uśmiechu, ale w głębi miała nadzieję, że ta babunia będzie siedzieć w ciszy przez resztę jazdy.
– A, no to dobrze. – odpowiedziała starsza kobieta, odwracając głowę do wcześniejszej pozycji, a po chwili kładąc ją, a także zasypiając. Na szczęście, nie chrapała.
Brązowowłosa odetchnęła, po czym założyła swoje słuchawki i włączając swoją playlistę, specjalnie przygotowaną na tę wyprawę, która miała trwać ponad osiem godzin. Około godzinę siedziała, oglądając piękny krajobraz Nowojorskich przedmieść. W końcu jednak zasnęła z „Długość Dźwięku Samotności” od Myslovitz na słuchawkach. Jej kot również zasnął, nic jej w tym nie przeszkadzało.
Kiedy się obudziła, nie widziała już słońca, a chmury i śnieg, co oznaczało, że była już blisko domu. Napisała do swojego „ojca”, żeby przyjechał pod stację, aby ją odebrać. Lepiej, żeby tym razem się nie spóźnił. Nie uśmiechało się jej czekać aż przyjedzie, kiedy ona będzie marznąć i zastanawiać się czemu nie ubrała grubszej kurtki. Obok niej, starsza pani dalej spała. Aż kusiło wyjąć marker z plecaka i namalować jej wąsy… ale tego nie zrobiła. Już pod jej nosem było widać krótkie, siwe włosy.
Nie trudno było zauważyć, że wjeżdżają do miasta po znakach i zabudowie. Ostatni pasażerowie, jacy zostali, zaczęli szykować się do wyjścia — pakowali wszystko, co wyjęli, o dziwo, sprzątali, ubierali bluzy, kurtki, czapki, szaliki i rękawiczki… Dobrym pomysłem było obudzenie starszej pani, co zrobiła młoda heroska.
– Hę? – gwałtownie otworzyła oczy po tym, jak została szturchnięta. Zaskoczona Kazue lekko podskoczyła w miejscu. Czyli to jednak dobrze, że nie namalowała jej tych wąsów.
– Ee… zaraz ostatni przystanek. – poinformowała starszą panią.
– A, dziękuję Ci, kochana. – uśmiechnęła się kobieta, podając pomarszczoną rękę dziewczynie. Pierwsze co przeszło przez jej głowę to „Boże, ta ręka wygląda gorzej niż ręka orangutana po dwugodzinnej kąpieli”, ale jednak ją ścisnęła. – Nie przedstawiłyśmy się, jestem Aurelia.
– A- ja jestem Kazue. – odpowiedziała, chociaż czuła się dość niezręcznie, szczególnie po tym, jak starsza pani wykrzywiła się, jakby chciała powiedzieć „a co to za debilne imię?”, ale się przed tym zatrzymała.
Tak jak ona, w końcu autobus się zatrzymał, a Kazue dłużej nie czekała, aby uciec z dziwnej sytuacji razem z kotem w kocu. Teraz kolejny minus — czekanie aż wyciągną jej walizkę. W końcu jednak się udało, a półbogini wystrzeliła jak z procy w kierunku parkingu, gdzie od razu zauważyła srebrną Hondę Civic dziesiątej generacji, w której, oczywiście, siedział mężczyzna, który ją adoptował… oraz jej młodszy brat, który już wyglądał, jakby był więziony w tym aucie i chciał wyskoczyć do starszej siostry przez okno, czego oczywiście nie mógł zrobić. Miał piętnaście lat, a zachowywał się jak dziewięciolatek. Kazue jedynie wzięła głęboki, zdenerwowany oddech, zanim z auta wyłonił się jego kierowca. Wysoki, o azjatyckich rysach twarzy. Ubrany był w garnitur, a konkretniej jakiś elegancki płaszcz, koszulę z krawatem i jakieś ładne spodnie. Kazue zmarszczyła brwi, zastanawiając się, po kiego chuja ten się tak wystroił tylko po to, żeby odebrać ją po długim powrocie. Tym bardziej że za chwilę odmrozi sobie paluszki.
Nie skomentowała, a ten do niej podszedł i zabrał walizkę i plecak przybranej córki, chowając je w bagażniku, kiedy ta weszła do samochodu, siadając na tylnym siedzeniu, i uwalniając Honoratę, obok fioletowowłosego brata, chociaż zdecydowanie nie była mentalnie przygotowana na falę pytań, jaka za chwilę miała wypłynąć z jego ust.
– KAAZUUEEEE!!! – krzyknął, od razu rzucając się do przytulasa heroski. – Ale mi cię brakowało, wiesz? Chcesz sobie pofarbować włosy ze mną na ten sam kolor? Wtedy nikt nas nie odróżni! A co ci się z nimi stało? Czemu są takie długie, nie mów, że przez taki czas nie byłaś u fryzjera! Musimy iść, a może przy okazji na zakupy z ubraniami i potem do Maka? – mówił dalej, ale Kazue w sumie już go nie słuchała. I tak zaraz zapomni, co mówił, nie opłacało się.
– Tak, to super. – mruknęła, czochrając mu włosy, dobrze wiedząc, że Keiichi tego nie lubi. Kiedy ten wydał z siebie dźwięk obrażenia, zaśmiała się. Akurat wtedy mężczyzna wsiadł do samochodu, bez słowa go odpalił i zaczęli jechać.
W końcu dojechali do dość ładnego domu, z odśnieżonym chodnikiem przed nim.
– Jadę do pracy. – powiedział tylko ojciec, oddając walizkę i plecak dziewczynie, która już niosła kota w kocu, a po chwili odjeżdżając. Więc po to się ubrał jak szczur na otwarcie kanału. Nie musieli czekać długo, aż niska kobieta po czterdziestce otworzyła im drzwi, wyściskując heroskę. Jakby nie wystarczyło jej kontaktu fizycznego, chociaż oddała przytulasa matce. Zasługiwała na to. Odłożyła bagaże na bok, po czym znowu otworzyła zawiniątko z kotem w środku, a Honorata od razu z niego wyskoczyła. Spotkała się z zaskoczonym „Oh!” od wszystkich domowników, czyli jej matki, siostry i brata. Ojca w końcu nie było. Szybko rozpakowała najważniejsze rzeczy, a w tym miski i kuwetę kotki, rozkładając je, jak na razie, w głównym pokoju.
– Ee… skąd masz kota? – spytała najstarsza z sióstr, rozkładając talerze na stole. – A tak w ogóle, fajny sweter. – dodała, kładąc ostatni talerz.
– Gaspar znalazł. – odpowiedziała Kazue, pomagając mamie z wyciągnięciem kurczaka z piekarnika. Absolutnie nie myślała o tym, że nikt nie wie kto to Gaspar. Nie do końca miała ochotę tłumaczyć, że to jakiś debil, z którym została uwięziona w Biedronce, a potem trafił do więzienia dla dzieci za włamanie, wandalizm i inne takie… które tak naprawdę zrobiła ona.
– Kto to? Twój chłopak? – odpowiedziała matka Kazue, przekazując brązowowłosej kurczaka, żeby odłożyła go na stole.
– Nie. – powiedziała, po wzięciu głębokiego oddechu, jednocześnie kładąc kurczaka, który jakimś cudem zdążył się podpalić. Zielonooka nawet nie zdążyła zareagować, a jej młodszy brat już rzucił koc na kurczaka, znowu, cudem, wygaszając pożar. Tak szybko, jak spanikowali, tak szybko się uspokoili, kiedy już-nie-płonący kurczak był względnie cały. Może oprócz trochę bardziej przypieczonej skórki.
– Ookej… – skomentowała Chiyo, siadając przy stole, jednocześnie pokazując innym, żeby też to zrobili, co oczywiście wykonali.
Jeszcze chwilę rozmawiali o niczym szczególnym, głównie o tym, co się działo od ostatniego spotkania.


◇──◆──◇──◆
[1156 słów: Kazue otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Avery CD Ver — „Pomoc w potrzebie”

Poprzednie opowiadanie

Wystarczyły 22 minuty poza terenem obozu herosów, by wpaść kłopoty, a zwykłe świąteczne zakupy zmieniły się w szaleńczą ucieczkę przed bezdomnym.
Pierwszy kwadrans przebiegał spokojnie: tyle właśnie zajęło Avery dotarcie z obozu do Nowego Jorku.
Następne pięć minut ograniczyło się do oglądania witryn sklepowych i prób znalezienia idealnych prezentów dla swojego rodzeństwa i bliższych przyjaciół.
Dziecko Ateny było zaspane, było nu zimno, dlatego też idealnym pomysłem wydawało nu się kupienie kubka kawy w automacie stojącym nieopodal. To był błąd.
Podczas poszukiwania drobnych, kilka monet wypadło nu z portfela. Gdy Avery schyliło się, by podnieść pieniądze, znikąd pojawił się bezdomny i – dosłownie! – rzucił się na młodego półboga. Początkowy atak swoją torbą zadziałał i odpędził tego człowieka, jednak ten nie odpuścił.
W innym wypadku Avery by po prostu użyło siły, ale jedną rękę miało zajętą, a bezdomny — mimo że był menelem, w dodatku pijanym — był duży wyższy i masywniejszy.
W tym wypadku logiczne było wycofanie się… ale menel nie odpuścił i rzucił się za dzieckiem Ateny.
Avery rzuciło się do ucieczki, jakimś cudem nie gubiąc torby. Przez chwilę przeszło nu przez myśl, iż bezdomny jest tak naprawdę potworem i to Mgła płata nu figle. Niestety nie był to żaden mitologiczny stwór, tylko zwykły menel z Nowego Jorku.
Avery gnało ulicami Manhattanu, a menel deptał nu po piętach. Dziecko Ateny wpadło na parking jakiegoś sklepu i, ignorując zaskoczone spojrzenia zwykłych śmiertelników, krzyczało na menela, by ten został no w spokoju.
W chwili, gdy przed Avery wyrosła ściana już wiedziało, że dalsza ucieczka będzie niemożliwe. Ślepy zaułek. Pozostało nu tylko ukryć się za śmietnikami, licząc, iż menel da sobie spokój.
Nagle usłyszało damski głos, odgłosy uderzeń i wiązankę przekleństw ze strony menela. Ostrożnie wychyliło się zza kontenera. Młoda kobieta z parasolką skinęła na Avery.
– Chodź, pomogę ci wstać. Co się stało? — zapytała, ale nim Avery zdążyło odpowiedzieć, ta kontynuowała: — Albo nie, nieważne, muszę najpierw wrócić po zakupy, które zostawiłam na chodniku. Ale potem możemy się przejść do jakiejś kawiarni i opowiesz, co i jak. Pasuje ci?
Dosyć niespodziewany zwrot akcji — tym bardziej, iż kobieta bez wątpienia była półboginią. Avery z wdzięcznością chwyciło jej dłoń.
— Dziękuję — powiedziało. Ręce wciąż nu się trzęsły.
Razem z kobietą ruszyło w stronę jej samochodu, by później skierować się do pobliskiej kawiarni.


Ver?
◇──◆──◇──◆
[372 słowa: Avery otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

środa, 29 listopada 2023

Od Ver do Avery — „Pomoc w potrzebie”

Światełka, bałwanki, choinki, reniferki, krótko mówiąc – święta już zawitały, razem z pierwszym śniegiem. I choć jeszcze było trochę czasu do świąt, trudno było ignorować ich obecność.
Zainspirowana promocjami, Veronica postanowiła wybrać się na zakupy i kupić coś dla siebie, jak i najbliższych. Jadąc ostrożnie samochodem, zastanawiała się nad tym, jaki prezent byłby dla kogo najlepszy.
“Nie mogę pójść przecież w kosmetyki dla wszystkich!” – myślała, stukając palcami o kierownicę, czekając w korku. – “Na pewno dla mamy mogę kupić sól albo i kule do kąpieli, ale dla taty perfumy? On w ogóle się nie psika!”
Koralik samochodów ruszył, wraz z nimi Veronica. Przecięła skrzyżowanie i znów się zatrzymała.
“Można by było kupić jakąś książkę. Oczywiście tata nie czyta zbyt dużo, ale od czasu do czasu spróbuje jakąś pozycję. Co on ostatnio czytał… Chyba jakieś dokumenty, na temat carskiej Rosji. Europa… Jak tam się żyje? Pewnie nie jakoś inaczej… O matko, prawie bym zapomniała o Lizzy!”
Jeśli chodzi o jej dawną przyjaciółkę z Anglii, nie sądziła, żeby coś się zmieniło w prezencie. Paczka wypchana słodkościami i innymi popularnymi przekąskami zawsze była mile widziana za oceanem, nawet sama Veronica spodziewała się tego, że lada dzień kurier może jej przynieść paczkę z Birmingham, w której środku znajdzie liścik i smaki dzieciństwa.
Została więc kwestia ojczyma.
– Naprawdę, najgorzej jest wybrać prezent dla osoby, którą się zna najlepiej. – mruknęła pod nosem, zajeżdżając na parking do galerii handlowej. – Jakie szczęście, że tobie nic nie muszę kupować, co Rozpruwaczu?
Po kilkunastu minutach bezowocnego krążenia zatrzymała się kilkanaście minut pieszo od centrum, na stacji paliw. Zdeterminowanym krokiem, pospieszana chłodnymi podmuchami wiatru, ruszyła na podbój idealnego prezentu.

***

Oczywiście, że kupiła znacznie więcej, niż zamierzała. Całą jedną torbę wypełniały zimowe przysmaki, zarówno edycje limitowane słodkości, jak i wieloletnie specjały goszczące pod dachem Veronici. Druga torba była zajęta kosmetykami różnego sortu: od kremów, mydeł i szamponów, poprzez płyn do płukania tkanin oraz proszek do prania, kończąc na higienicznych akcesoriach. Przeceny to przeceny, prawda? Jednak dla ojczyma nic nie znalazła. Poszła do księgarni, patrzyła na kalendarze adwentowe z kawą i herbatą, przeglądała kubki i koszulki świąteczne i nic nie wydawało jej się wystarczająco dobrym prezentem.
Nowy mężczyzna w rodzinie trochę zamącił jej w okresie dojrzewania, jednak potrafił zachować dystans i, w porównaniu z niektórymi, wolał nie wchodzić z buciorami w życie obcej osoby. Trudne początki, jak zawsze, opierały się na niezręcznych komentarzach w kuchni, kiedy oboje sobie przygotowywali jakieś jedzenie.
Jednak miło było czuć zainteresowanie w jej stronę. Nie było to zainteresowanie tą “śmiertelniczą” stroną życia, ale tą drugą. Veronica zaryzykowała, mówiąc mu raz o zainteresowaniu mitologią grecką i przez kilka tygodni opowiadała o różnych mitach. Innym razem, kiedy padło pytanie na temat obozów, na które jeździła, odparła dosyć zwięźle, że jest to pewnego rodzaju sportowy obóz, w którym ćwiczy wiele różnych sportów: od wspinaczki, przez walkę wręcz i mieczem, łucznictwo, siatkówkę, kończąc na pływaniu kajakami… Jimmie był zachwycony a Veronica, znajdując jakiś komfort, zaczęła opowiadać o znajomych i zabawnych przygodach.

Z zamyśleń oderwał ją dopiero jasnowłosy dzieciak. Miał uniesione wysoko nad głową ramiona, jakby był wyciągnięty prosto z kreskówki, i krzyczał głośne “AAAAAAAAA!!!”. Biegł tak szybko, że dopiero po chwili Veronica zdała sobie sprawę, że to nie był żaden motorower na sterydach a prawdziwy człowiek.
Wzruszyła ramionami i podjęła znów mozolny krok do swojego samochodu, kiedy usłyszała wiązankę przekleństw.
– Przesuń się! – usłyszała donośny męski głos tuż obok swojego ucha. Niemal natychmiast dotarł do niej zapach niemytego ciała i alkoholu.
“Zaraz… Czemu ten żul goni jakiegoś dzieciaka?”
I od razu odłożyła torby na chodnik i pobiegła za bezdomnym. Odpięła Rozpruwacza od paska i machając nim niczym stara wariatka, biegła za wydzierającym się dzieckiem i bluzgającym mężczyzną.
Pierwsze z nich zaprowadziło ją, jak i żula w ślepą alejkę z kontenerami na śmieci. Bez namysłu rzuciła się na bezdomnego, okładając go parasolką, bez wysuniętych ostrzy. Dopiero kiedy zaczął pełznąć w stronę głównej ulicy, przeklinając ją, tego dzieciaka, jak i ich rodziny i następne pokolenia, odpuściła.
Podeszła do jasnowłosego, nie tak młodego chłopaka, skulonego za ostatnim kontenerem i wyciągnęła dłoń.
– Chodź, pomogę ci wstać. Co się stało? Albo nie, nieważne, muszę najpierw wrócić po zakupy, które zostawiłam na chodniku, ale potem możemy się przejść do jakiejś kawiarni i opowiesz, co i jak. Pasuje ci?



Avery?
◇──◆──◇──◆
[697 słów: Ver Fellowe otrzymuje 6 punktów doświadczenia]

niedziela, 12 listopada 2023

Od Abasola — Kanapa i wygrana

Nie oszukujmy się, szczęście Abasola była bardzo zabawną rzeczą, czasami działało i doprowadzało do absurdalnych sytuacji, a czasami nie działało i zdawało się zostawiać chłopca na pastwę praw Murphy’ego. Dziś jednak było inaczej. Dziś, do czego by nie podszedł i by nie postawił pieniędzy, odchodził od stołu z podwojoną ilością funduszy. Gdyby chłopak miał powiedzieć gdzie najbardziej lubi chodzić i w pobliżu nie było jego mamy, zaraz po domach jego przyjaciół gdzie odbywały się imprezy, zaliczyłby kasyno jako jedno z jego ulubionych miejsc.
Kasyno znajdowało się pod ziemią, więc nie dochodziło tu za dużo światła, wszystko było oświetlone lampami, które wytwarzały ciepłe, żółte światło. W powietrzu utrzymywał się mocny zapach cygar i whiskey. Wszystkie te rzeczy powinny dawać mu do zrozumienia, że nie powinien tu być, ale właśnie ta atmosfera go przyciągała, no i jazz, jazz był zajebisty. Każdy był ubrany elegancko, kobiety miały wytworne suknie, które podkreślały pewne...rzeczy w ich wyglądzie, a mężczyźni w koszulach, marynarkach i innych garniturach chodzili od stołów do stołów niekoniecznie po wygranej. Abasol kroczył przez to miejsce hazardu i oszustwa posiadając już tysiąc pięćset dolarów, cieszył się z tego tak, jakby był pszczołą, która wleciała do kwiaciarni. Planował wygrać jeszcze trochę, tak od dwóch tysięcy do dwóch tysięcy pięćset, nie chciał przesadzać, bo większe sumy trudniej było schować. Abasol podszedł do stołu, przy którym siedzieli roześmiani ludzie w garniakach i widać było, że będą grać w pokera.
Jeden z mężczyzn zauważył chłopaka i odwrócił się do niego.
— Abasol! Jakie miłe spotkanie! — zaczął opalony mężczyzna po czterdziestce w białej koszuli — Akurat o tobie rozmawialiśmy!
Jakby na potwierdzenie, trzech mężczyzn przytaknęło. Widać było po nich, że mają za sobą parę kolejek.
— Oh, naprawdę? — zapytał się czarnowłosy chłopak — Rozmawialiście o moich niesamowitych włosach czy o tym, że dziś jest mój szczęśliwy dzień?
Towarzystwo gromko się zaśmiało.
— Bardziej o tym drugim, ale tak, włosy masz ładne. — stwierdził mężczyzna w białej koszuli. — Po prostu nie możemy uwierzyć, że taki szczęściarz jak ty może mieć szczęśliwy dzień. Jak to jest? Masz dwa razy więcej szczęścia czy szczęście o zdwojonej sile?
Mężczyzna odsunął krzesło obok siebie i poklepał je, zachęcając chłopaka do tego, by usiadł.
— Chodź, młody, akurat chcieliśmy zagrać w pokera, można powiedzieć, że miałeś szczęście, że nas znalazłeś.
Towarzystwo pokerowe znowu się zaśmiało, Abasol wyjął trochę kasy i pokazał każdemu, po czym położył na je na stół.
— Wchodzę w to. — odpowiedział chłopak, czując, że trafi mu się zajebista wygrana.


***


Kostek za wszelką cenę chciał pozostać na łaskach pana Manrice’a, więc starał się wytężyć swój kościany mózg, jak najbardziej mógł. Wiedział, że nie porwie herosa w kasynie, za dużo świadków i ogólnie tłok, dlatego postanowił, że włamie się do jego domu i poczeka na niego, by go porwać, robił to bardzo oryginalną metodą, bo...próbował swoją głową trafić w okno mieszkania chłopaka, by je przebić i mieć możliwość dostania się do lokum. Był już późny wieczór, szkielet dowiedział się od swojego przyjaciela, że ludzka matka herosa dziś pracuje do późna, więc nie będzie jej w domu przed jedenastą wieczorem. Kostek miał mnóstwo czasu na swój plan, nie przejmował się śmiertelnikami, bo Mgła, która zniekształca im postrzeganie jego prawdziwego jestestwa...zniekształcała im postrzeganie jego prawdziwego jestestwa. Pewnie paru ludzi, których widział na ulicach i tak widzi, że rzuca piłką albo robi inną niegroźną rzecz. Kiedy kostek o tym myślał, jego głowa właśnie zlatywała po schodach po raz czwarty i...zdał sobie sprawę, że przecież mógł po prostu wejść tymi metalowymi schodami pożarowymi, a nie jak debil...ahhh, pomińmy to.
Zamaskowany szkielet złapał swoją głowę, włożył na jej miejsce i poszedł do metalowej konstrukcji.
— Cholera, drabina podniesiona. — powiedział do siebie szkielet.
Chwilę pomyślał, dosłownie chwilę. Gdy szkielet skończył myśleć, podszedł on do jednego z tych dużych, zielonych śmietników przysunął go pod drabinę, wziął kij i następnie zaczął podskakiwać, próbując wcelować kijem w szparę między szczeblami drabiny, była zwinięta, ale całe szczęście konstrukcja nadal była wystarczająco blisko ziemi. Po paru nieudanych próbach i po jednej, która prawie się udała i zakończyła się upadkiem, kostek nareszcie trafił kijem w przestrzeń między szczeblami tak, że kij był na tyle stabilny, by po nim przejść na drabinę. Szkielet po chwili znalazł mieszkanie Abasola, wyglądało jak każde typowe mieszkanie w tego typu blokowiskach w Nowym Yorku, wnętrze było głównie w kolorach pochodnych od brązowego, ciemnobrązowe ściany, brązowa sofa itd. Kostek wgramolił się pod sofę tak, by był, jak najmniej zauważalny. „Tak, teraz tylko poczekam, aż wróci” pomyślał, tak, to było długie leżenie pod sofą.


***


Abasol wręcz skakał po schodach ze szczęścia, bo obłowił się jak karaluch, który znalazł na śmietniku całą paczkę zużytych baterii. Postawił w pokerze wszystko, co miał i miał już dwa tysiące trzysta dolarów! Ohh, będzie mógł z takimi rzeczami pomóc mamie opłacić podatki albo kupić jej coś ładnego… oj, będzie mógł.
Gdy był już przy drzwiach i szukał kluczy, rozwiązał muszkę. Wszedł do mieszkania, które znał już od lat.
— Mamo! Wróciłem! — krzyknął, ale nikt nie odpowiedział.
Abasol wydedukował, że mama pewnie znowu pracuje do późna, więc udał się do salonu, by rozpakować się ze swoich dzisiejszych łupów. Deski w podłodze salonu skrzypią, a pod sofą kryje się pewien niespodziewany gość…



◇──◆──◇──◆
[853 słów: Abasol Fate otrzymuje 8 punktów doświadczenia]

Od Louise — drabble „Drzwi”

Louise zastała półbożę na podłodze Domku Ateny, lampiące się na futrynę drzwi.
— Czytałom o tym w tej twojej książce o... artechurze — wykrztusiło z siebie stworzenie. — Widzę tu motywy, um...
— Mama by mnie pewnie wydziedziczyła, ale to tylko futryna. Może i jest wybitnym przykładem czegoś tam, ale to przedmiot użytkowy. A takie małe dzieci jak ty się tym nie przejmują. Wiesz co? Mam pomysł.
Córka Ateny chwyciła półbożątko za ręce, postawiła pod futryną. Cofnęła się po pisak i zbezcześciła arcydzieło architektury.
Warto jednak było, zwłaszcza że zbezczeszczenie się powtórzyło. A cały zestaw kresek, powiększający się co chwilę był miłym oku widokiem.


◇──◆──◇──◆
[Louise otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Arnara — drabble „Drzwi”

Czasem mieszkanie razem z dziećmi Hermesa to bardzo zły pomysł (albo bardzo dobry żart).
Gdy Arnar weszło do domku, na środku podłogi leżały drzwi. Szczerze? Ono już nie powinno być zaskoczone tym widokiem...
Szklane, wyrwane z zawiasów drzwi. Całe popękane, a kawałki szkła zostały sklejone… czymś w rodzaju kleju na gorąco.
Arnar stanęło w progu. Nawet się nie odezwało.
W domku był tylko Envy, który siedział na łóżku bez koszulki, a prawe ramię miał zabandażowane. I nie wyglądał na zadowolonego.
— Nigdy nie trzaskaj szklanymi drzwiami — odparł po chwili. — To nigdy nie skończy się dobrze. I Chejron kazał mi je naprawić.


◇──◆──◇──◆
[Arnar otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]