JESIEŃ
Nie martwi się. Albo przynajmniej próbuje sobie wmówić, że wcale się nie martwi. Ani o Ricky'ego, ani o kogokolwiek innego, zresztą nikogo innego wartego martwienia się aktualnie nie ma w jej okolicy. Jest kompletnie niezależną dziewczyną i nie zwraca najmniejszej uwagi na to, że wreszcie ktoś interesuje się nią na tyle, żeby nawet zaprosić ją do (prawdopodobnie mającego efekt śmiertelny) skosztowania ugotowanego przez siebie dania (liczy się gest). W głowie czasem przypadkiem nazywała Ricky'ego „przyjacielem”, bo tak jakoś naturalnie przychodziło jej to na myśl. Z drugiej strony, chyba nie powinna mówić o przyjaźni w przypadku osoby, która:
a) wzięła ją na jakże przyjemny spacer w poszukiwaniu grzybów (tak zwane grzybobranie) tylko przez to, że bała się ciemności i potrzebowała kogoś, kto potrzyma ją za rękę, co i tak skończyło się na praktycznym pozbawieniu Kuźmy palców,
b) próbowała namówić ją do zjedzenia niekoniecznie jadalnego sosu, który wcześniej nie przeszedł żadnego zakończonego pozytywnie testu bezpieczeństwa.
Może pokusiłaby się o stwierdzenie, że Ricky po prostu ukazuje swoją przyjaźń i przywiązanie do ludzi w bardzo specyficzny sposób, a jako że zazwyczaj utrzymywała, że lubi ludzi oryginalnych, to chyba powinno jej się to podobać. Takie myślenie byłoby nader logiczne, bo przecież chłopiec jest osobą… Kuźma nie szczędziłaby w słowach i po prostu powiedziała, że jest dziwakiem i wariatem, a nie że jest oryginalny, i ona już nie wie, czemu w ogóle się z nim zadaje i po co spędza z nim czas (pomija to, że kiedyś, bardzo dawno temu i na pewno nie teraz, Ricky w jej imponował). Jej jedyną korzyścią znajomości z nim jest darmowy pobyt w ambulatorium oraz rola opiekunki przedszkolaka (będąc znacznie młodszą od owego przedszkolaka), którą piastuje już od dłuższego czasu, a tego raczej nie zalicza się do przyjemności.
– Musi boleć? – pyta Ricky żałosnym tonem, wpatrując się w Kuźmę tymi swoimi ogromnymi, pełnymi smutku oczami. Wolałaby dostrzec w nich więcej zafascynowania możliwością przeprowadzenia paru eksperymentów. Może nie przez niego, a na nim, ale każdemu czasem przyda się jakaś odmiana.
– Powinieneś się cieszyć – stwierdza, nie planując zmienić swojej niezłomnej postawy surowej nauczycielki od matematyki (ledwo powstrzymuje się od powiedzenia, że się doigrał i ma to, na co zasłużył). – W końcu to prawie jak bycie królikiem doświadczalnym jakiegoś naukowca. To pewnie też boli.
– Ale to JA jestem naukowcem! – kontrargumentuje Ricky, choć już trochę mniej zdeterminowanym tonem. Może argument o doświadczeniu, jak to jest, gdy przeprowadza się na nim eksperymenty, wpłynął na niego tak, jak Kuźma oczekiwała, że wpłynie. Jednak do niego trzeba mieć specyficzne podejście, które, ku swojemu zaskoczeniu, dziewczynka zaczyna powoli odnajdywać.
– Jesteś co najwyżej idiotą – mamrocze Kuźma, jakby jeszcze przed chwilą nie wypatrywała na jego ciele śladów fioletowych zmian skórnych lub zestresowana nie czekała na pojawienie się opuchlizny na jego szyi. W głowie miała już milion scenariuszy z rzucającym się z bólu Rikcym, z mdlejącym Rickym, z duszącym się Rickym… Chciałaby wyrzucić z głowy te wszystkie głupie emocje, które pojawiają się w jej głowie chyba po raz pierwszy i ani trochę się jej to nie podoba.
Ricky przenosi swój błagalny wzrok z Kuźmy na Cherry, która wydaje się również podejmować grę dziewczynki. Ledwo widoczny uśmiech błąka się na jej ustach, gdy krzyżuje ramiona na piersi i stwierdza, że, niestety, trzeba będzie przeprowadzić bolesne testy i możliwe, że będzie zmuszona do przeprowadzenia pełnej diagnostyki, pewnie też sięgnie po skalpel. Ricky chyba nawet nie wie, o co się tutaj rozchodzi, ale w miarę tłumaczenia przez Cherry kolejnych kroków swojego zakrawającego o tortury przedsięwzięcia, chłopiec okropnie blednie, a strach jest bardziej niż widoczne na jego twarzy — pewnie tak musiał wyglądać, gdy byli razem w tamtej ciemnej jaskini. Albo wtedy wyglądał jeszcze gorzej, ale Kuźma była zbyt zajęta tamtymi przeklętymi chmurkami, żeby skupiać się na tym, na jak przerażonego wygląda Ricky. Dziewczynka z trudem powstrzymuje się przed pogorszeniem jego stanu swoimi mocami, byłoby to coś w stylu złośliwego pstryczka w nos w jej wykonaniu.
– Potem możliwe, że trzeba będzie ci dać jakieś zastrzyki albo czopki… ale pewnie się z tego wykaraskasz jakoś – kończy Cherry i zapraszającym gestem pokazuje Ricky'emu pustą leżankę, która pewnie wygląda dla niego jak łoże tortur. Tak wygląda też dla Kuźmy, mimo że tylko słuchała o tym, co ma się stać jej koledze (i zresztą nie wierzy, że ostatatecznie Cherry posunie się do najdalszych i najstraszniejszych wymienionych środków, bez przesady).
Chłopiec się nie sprzeciwia, bo już chyba stracił całą nadzieję na wyjście z tej sytuacji w jednym kawałku. Mamrocze coś o tym, żeby jego organy przeznaczyć na cele naukowe w przypadku, jeśli ich zabiegi się nie powiodą, po czym zatrzymuje się, jakby sobie o czymś przypomniał. Podbiega do Kuźmy, która już chciała usiąść sobie w kącie ambulatorium, kładzie dłonie na jej ramionach i konspiracyjnym szeptem zaczyna mówić:
– Okej, tylko tobie w tym pomieszczeniu ufam na tyle, żeby ci to powiedzieć. Słuchaj uważnie, bo będziesz musiała to powtórzyć notariuszowi w przypadku najgorszego… najgorszego wypadku, rozumiesz przecież. Okej. To będzie mój testament i naprawdę musisz się skupić, bo nie chcę, żeby coś z mojego majątku zostało roztrwonione. Zaczynając od mojego sprzętu chemicznego, to chciałbym, żeby został przekazany—
– Ricky, proszę tu podejść! – woła Cherry, a jej głos jest trochę zniekształcony przez maseczkę, którą zdążyła już nałożyć na twarz. – Nie będę wiecznie na ciebie czekać!
– Dobra, dobra, już! – odwrzaskuje Ricky, zdecydowanie za głośno jak na przestrzeń, w której się znajdują. – Kuźma, ja cię proszę, ty mnie znasz dość dobrze, prawda? Gdzieś w notatkach chyba mam wersję 1.087 mojego testamentu, wprowadź tam tylko parę poprawek, nie wiem, dopisz tam siebie i swojego psa, nie wiem, czy masz psa, ale chciałem ci przekazać ostatnie zapasy grzybów, które zebraliśmy i jedną czwartą mojej kolekcji kart pokemonów, i jeden z moich układów okresowych, ten fioletowy magnetyczny, okej? Pamiętasz? Okej, dobra, to tyle, tak to powinno być okej, napisz na dole, że to będzie wersja 1.088 i będzie w porządku, potrafisz pewnie naśladować moje pismo, prawda?
Kuźma, która z całych sił stara nie zdradzić po sobie, jak bardzo jej ten monolog nie interesuje, kiwa głową z największym zainteresowaniem, jakie jest w stanie wyrazić zwykłym pokiwaniem głową. Ricky klepie ją po ramionach ze łzami w oczach. Prawie tak, jakby zaproponowała mu ostatniego papierosa przed pójściem na stryczek po zostaniu skazanym na śmierć. Pewnie poprosiłby o coś innego albo zapytałby, czy nie miałaby przy sobie innej firmy, która by mu bardziej odpowiadała, a potem zwymiotowałby fioletowymi grzybkami, które zjadł parę miesięcy temu i od tego czasu żerowały na jego układzie pokarmowym, rosnąc sobie tam w najlepsze.
Zalicza to do najmniej realnych rzeczy, które kiedykolwiek przyszły jej do głowy i zajmuje bardzo niewygodne miejsce na obrotowym taborecie w kącie ambulatorium, tuż przy biurku jednej z pielęgniarek. Panuje na nim tak zwany zorganizowany rozgardiasz i Kuźma wie, że jeżeli ruszy choćby jeden z dokumentów, to osoba, do której to wszystko należy nigdy niczego nie odnajdzie, bo tylko ona ma zakodowane w pamięci, gdzie co odłożyła. Na samym wierzchu widać książkę z zapisanymi osobami, które śmiały zabrać stąd jakieś leki i Kuźma pozwala sobie ją otworzyć. Co ciekawe, ciągle pojawiają się tam te same imiona. Albo ktoś nie zauważył, że mają w obozie parę osób uzależnionych od spożywania lekarstw, albo po prostu musiały zażywać jakieś leki regularnie (co wydawaje się bardziej prawdopodobną opcją). Tylko skąd Obóz w ogóle brał leki? Ktoś musiał co jakiś czas polecieć na pegazie do pobliskiej apteki („JA NIE CHCĘ IGŁY”), obrabować ją i przywieźć wszystko do ambulatorium („CHERRY PRZESTAŃ TO JEST ZIMNE”), żeby potem porozdawać wszystko nieświadomym tego przekrętu legionistom? („AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA”)
Zanurzona w swoich myślach, próbuje ignorować cierpiętnicze jęki Ricky'ego, któremu Cherry pewnie mierzy temperaturę najstraszniej wyglądającym termometrem, który udało jej się wygrzebać z pudeł na zapleczu. Z pewnością jest okropnie stary i to dlatego wygląda jak narzędzie tortur. Ewentualnie to taki mały termometr z żabką dla dzieci, żeby nie bały się włożyć sobie pod pachę czegoś, co jak rozbiją zatruje nie tylko ich rodzinę, ale też całe osiedle (o czym była przekonana Kuźma, gdy w wieku pięciu lat po raz pierwszy mogła zacisnąć swoje dłonie na termometrze rtęciowym i od razu została ostrzeżona o najbardziej prawdopodobny konsekwencjach tak nieodpowiedzialnej decyzji powierzenia jej tego przedmiotu).
Czeka na Ricky'ego tak długo, że zdążyła przejrzeć księgę wydanych leków aż do momentu, w którym próbowała wybłagać Elianne o jakieś leki nasenne, a ona dała jej tamto ziołowe gówno, które tak pomogło, że aż nic się nie zmieniło (oprócz całonocnego poczucia, że jej palce pachną psią karmą przez samo dotykanie tamtych tableteczek). Potem Kuźma unikała nie tylko ambulatorium, ale też samej Elianne, której sam widok niemiłosiernie ją irytował. Na całe szczęście, zanim zaczęła na nowo roztrząsać tamtą sytuację, zza zasłonek wyłania się Ricky, który wygląda, jakby doświadczył przed chwilą co najmniej czterech wojen światowych, ataku lwów morskich i wykąpania się w gorącym asfalcie. Zaraz za nim wychodzi Cherry, żeby wyrzucić gumowe rękawiczki i maseczkę do pobliskiego kosza na śmieci, po czym oznajmić wesoło:
– U kolegi wszystko w najlepszym porządku.
Kuźma niemal widzi, jak na końcu jej wypowiedzi widnieje: „:)”.
– Ja już… ja już nigdy więcej nawet… nawet już nie wiem co… – stwierdza Ricky i zarówno Kuźma, jak i Cherry wiedzą, że on jeszcze wiele razy nawet, a poza tym on totalnie wie, co.
– Teraz macie to stąd wziąć i jak najszybciej zutylizować. – Centurionka wskazuje na grzybowy sos, który powoli zaczyna przeżerać się na wskroś talerza. – Tak, żeby nam nie zanieczyścić obozowego ekosystemu. Wymyślicie coś, ja w to wierzę – dodaje na widok bardzo niechętnej i równie zdegustowanej miny Kuźmy.
– Ja się nie znam na ekologii – broni się dziewczynka, ale Ricky już pocieszająco klepie ją po ramieniu.
– Mam w baraku książkę o ochronie środowiska! – oznajmia radośnie.
– Przepraszam, daj mi chwilę na uderzenie się otwartą dłonią w czoło.
– Widzisz, kolega ci pomoże. – Uśmiech Cherry nagle wydaje się Kuźmie zadziwiająco nieprzyjazny.
– Mówiłam już, że cię nienawidzę? – zwraca się do Ricky'ego i wreszcie podnosi się ze swojego obrotowego taboretu. – A jeszcze bardziej nienawidzę tych twoich grzybów.
– Ej! Zranisz ich uczucia!
Kuźma chyba nie ma już na to wszystko siły.
────
[1638 słów: Kuźma otrzymuje 16 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz