poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Od Caroline CD Mikołaja — „A Ty jesteś z Chin czy co?”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA, ROK TEMU

Caroline naprawdę włożyła całą siłę swojej woli w to, żeby nie zacząć krzyczeć. Tego tylko brakowało, żeby coś tu przylazło i chciało ich zeżreć. Biorąc głęboki oddech, skupiła się na tym, co czuła: pieczenie na lewym przedramieniu, gdzie otarła się o korę drzewa i zdarła sobie skórę, bolesne pulsowanie kostki, na którą krzywo upadła i ból podrapanych dłoni. Krzywiąc się, otrzepała je o i tak przybrudzone już spodnie i spróbowała sprawdzić, czy jej kostka jest na pewno tylko obita. Ignorowała przy tym Mikołaja, który wydawał się zdecydowanie zbyt rozbawiony, jak na jej gust. Na jego miejscu sama pewnie by się śmiała, ale teraz, znajdując się na pozycji ofiary, w ogóle nie było jej do śmiechu.
Kostka bolała, ale wydawało się, że wszystko jest na swoim miejscu. Całe szczęście. W końcu niby nie spadła z dużej wysokości, ale skręcić kostkę można i na prostej drodze. Prędzej by się doczołgała do obozu, niż pozwoliła się tam zaprowadzić Mikołajowi. Zresztą, chłopak pewnie z chęcią by ją tu zostawił. Szkoda, że sam na pewno nie trafi z powrotem na skraj lasu.
Sięgnęła po krzaczek jemioły, który wcześniej zrzuciła z drzewa. Podczas upadku większość białych owoców odpadła i pewnie leżała gdzieś w trawie, ale na gałązkach wciąż dało się kilka znaleźć. Dając sobie jeszcze chwilę na odpoczynek (i pozbieranie własnej dumy), wciąż na siedząco zaczęła je odrywać i ostrożnie wrzucać do zawiniętej chusteczki, którą wygrzebała z kieszeni.
— Teraz będziesz tu tak siedzieć? Zaraz będzie ciemno — ponaglił ją Mikołaj, krzyżując ramiona na piersi.
— To co? Mam nadzieję, że szybko biegasz — mruknęła Caroline, rzucając mu jedynie przelotne spojrzenie. Starała się nie rozduszać drobnych owocków między palcami.
Chłopak prychnął i przewrócił oczami.
— Mózg też sobie uszkodziłaś, spadając? Rusz dupę.
Caroline nie spieszyła się chyba tylko po to, żeby zrobić mu na złość. W ciągu jednak powoli wsadziła chusteczkę z powrotem do luźnej kieszeni bluzy i podpierając się o pień nieszczęsnego drzewa, wstała. Oprócz lekkiego grymasu wykrzywiającego jej twarz raczej nie wyglądała na to, że cokolwiek ją boli, ale okazało się, że nieco utyka. Pewnie mogłaby tego nie robić, ale wolała nie obciążać celowo i tak obolałej już kostki. Trochę żałowała, że spowolniła powrót do obozu z przekory; im było ciemniej, tym las wyglądał inaczej i trudniej jej było wypatrzeć znaki rozpoznawcze, dzięki którym zwykle się po nim poruszała.
— Zdążymy wrócić na kolację? Zanim zaczną nas szukać — zapytał Mikołaj, wciskając dłonie do kieszeni.
Bez słońca prześwitującego przez korony drzew w lesie zrobiło się chłodno. Caroline nie miała zegarka, ale próbowała mniej więcej określić godzinę na podstawie tego, jak ciemno już było.
— Jeśli się nie zgubimy, to będziemy przed czasem — powiedziała jedynie.
Zdobyła to, co chciała, spadła z drzewa i była zmęczona, a poza tym musiała skupić się na tym, żeby trzymać się swojej ścieżki, więc straciła ochotę na ich durne przekomarzanki. W ciszy lepiej szło się po lesie; miała nadzieję, że usłyszą, jeśli cokolwiek się nimi zainteresuje. Nie do końca się bała, ale niestety była świadoma tego, że są w niezbyt ciekawej sytuacji. Raczej nie powinno im się nim stać, ale szanse na to, że coś złego się wydarzy, również były obecne. Większe niż za dnia.
— Masz w ogóle ze sobą jakąś broń? — zapytała, zerkając w bok na Mikołaja.
— A skąd do cholery miałem wiedzieć, że ciągniesz mnie do lasu? — burknął w odpowiedzi chłopak.
Miało to jakiś sens, choć Caroline zwykle miała przy sobie chociaż sztylet, nawet jeśli szła tylko zbierać truskawki. Nie od dziś wiadomo, że dzieci Aresa są dziwne.
— Taka beztroska cię kiedyś ugryzie w dupę — powiedziała, krzywiąc się, kiedy z rozpędu oparła cały ciężar swojego ciała na uszkodzonej kostce.
— Boże, po co mam popierdalać wszędzie z meczem? Obóz jest chroniony, co nie?
Caroline rzuciła mu jedno pobłażliwe spojrzenie.
— Obyś się nigdy nie przekonał.
Szli w ciszy, podczas gdy w ciemności drzewa coraz bardziej zlewały się ze sobą. Caroline już dawno klęłaby pod nosem, ale tym razem wolała nie kusić losu. Nie, kiedy Mikołaj był nieuzbrojony, a ona sama była spowolniona przez tę cholerną nogę. Próbowała przyspieszyć, ale bez większego skutku.
— Nie możesz iść, nie wiem, chociaż trochę szybciej? — syknął Mikołaj, pochylając się bardziej w jej stronę.
— Gdybym kurwa mogła, to bylibyśmy w obozie dziesięć minut temu — mruknęła, ale zacisnęła zęby, minimalnie zwiększając tempo.
Po zaledwie dwóch minutach zatrzymała się nagle, ciągnąc Mikołaja za rękaw, żeby również stanął w miejscu. Zmarszczyła brwi.
— Nie szliśmy tędy wcześniej. Nie było rozwidlenia — powiedziała, obrzucając wzrokiem rozchodzącą się na dwie strony ścieżkę.
Mikołaj spojrzał na nią mniej więcej tak, jakby zakomunikowała mu, że ziemia jest płaska.
— To gdzie niby jesteśmy? — parsknął.
— Nie wiem. Trzeba się cofnąć — burknęła sfrustrowana, już odwracając się na pięcie.
Była pewna, że uważnie wybierała ścieżkę, ale najwidoczniej musiała się pomylić i skręcić gdzieś w lewo albo w prawo. Zmrok zapadł już niemal całkowicie, a ciemność wcale nie miała ułatwić jej znalezienia odpowiedniej drogi. Pierdolone drzewa, lasy i brak latarek.


Mikołaj?
────
[802 słowa: Caroline otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz