ZIMA
Lucien przyłożył kartę do czytnika. Drzwi z cichym strzyknięciem dały znak, że można je otworzyć. Z niechęcią pchnął je i wszedł do środka, spoglądając kątem oka na Dahlię, która z zaciekawieniem próbowała zajrzeć do niewielkiego pokoju i na Arnar, który z całych sił próbował ukryć swoje przerażenie.
Lucien potarł dłonie o siebie i pstryknął włącznik światła, bo nie chciał dodatkowo straszyć partnera siedzeniem po ciemku w pomieszczeniu, które uważał za nawiedzone.
— To zaczyna się nocą — powiedział, usiadłszy na dużym łóżku. Drewniane belki zaskrzypiały, kiedy obok dosiadła się Dahlia. Była na tyle wysoka, że w porównaniu do syna Dionizosa wyglądała jak mutant. — Nie wiem, czy teraz coś… usłyszymy.
Arnar stał pod ścianą, nerwowo wyłamując palce.
— Tak, nocą — powiedział, chcąc potwierdzić słowa partnera. — Wtedy słyszę konie. Jakby tutaj kiedyś była stajnia, rozumiecie?
Lucien przewrócił oczami.
— Arnar, już ci mówiłem, że to hotel. Myślisz, że ktoś w środku miasta stawiałby stajnię?
— A czemu nie? — obruszył się. Palce miał już prawie sine od ciągłego strzelania stawami. — Może te… nie wiem ile lat temu, nie uważałem za bardzo na historii, tutaj mieściła się jakaś wioska. I w tej wiosce mieli dużo koni.
Dahlia wstała i podeszła do małego okna. Poprawiła zasłony i wyjrzała na zewnątrz.
— Jesteś pewne, że dobrze sypiasz? — zapytała, nie patrząc na Arnar. Nie chciała go dodatkowo stresować. Jeszcze chwila, a się połamie, bo wciąż nie potrafił się odkleić od własnych palców. — Czasem jest tak, że ze zmęczenia zaczynasz słyszeć i widzieć dziwne rzeczy.
— Dahlia — przerwał jej. — Wiesz, że duchy istnieją, prawda?
— No, mitologicznie…
— To nie mów, że to wina mojego niewyspania!
Westchnęła. Lucien westchnął zaraz po niej i przetarł twarz dłonią. Był chyba znacznie bardziej niewyspany, niż Arnar, bo to on budził się przez nerwowo rzucającego się po łóżku partnera.
— Powinniśmy wrócić tutaj nocą — mruknął. — Możemy w tym czasie… pozwiedzać?
Patrzył z nadzieją na Dahlię, wręcz prosząc tym spojrzeniem o to, by ich stąd zabrała. Im dłużej tutaj przebywali, nawet w dzień, tym bardziej Arnar czuł się paranoicznie.
— Mogę wam pokazać parę ładnych rzeczy, jeśli to pomoże.
Lucien chciałby ją wyściskać, ale chyba sobie to daruje, bo nawet nie sięgnąłby do jej ramion. Mógłby co najwyżej wyprzytulać nogi kobiety.
Dahlia wyprowadziła ich do centrum. Wysokie budynki były identyczne, jak te w Nowym Jorku, więc Lucien nie wiedział, co dokładnie ma podziwiać i co jest warte uwagi. Arnar za to zachowywał się jak dzieciak na wycieczce szkolnej; zadawał masę pytań, zaczepiał Dahlię właściwie non stop i zwracał uwagę na mało interesujące budowle. Dla Luciena było to urocze.
Dahlia zatrzymała się przed budką z goframi. Spojrzała na swoich przybłędów i zanim zdążyła otworzyć usta, Arnar z zachwytem wypalił:
— Jezu, gofry! Jak ja dawno nie jadłem gofrów!
— W sumie, też bym zjadł.
Nie czekając na Dahlię, ich osobistą przewodniczkę, podeszli zamówić sobie po słodyczy. Lucien wybrał coś z owocami, bo nie miał ochoty na czekoladę, a Arnar… wziął najnudniejszego gofra, jakiego można było sobie wyobrazić. Nie zdecydował się nawet na cukier puder.
— Nie chciałeś jakiegoś sosu?
— Co? Nie. — Pokręcił głową. — Wolę takie.
Lucien odpuścił sobie dyskusję i wgryzł się w swojego gofra z masą truskawek.
— Jak skończycie jeść, to chciałabym was zabrać muzeum.
— Muzeum? Dlaczego akurat tam? — Syn Dionizosa spojrzał na Dahlię zza swojego wielkiego gofra.
Arnar wytarł ubrudzony bitą śmietaną nos Luciena.
— Nie chcę mi się was zabierać do tego słynnego parku. Trzeba tam dojechać, a muzeum jest bliżej. Możemy się na to umówić jutro.
Miała rację. Nikomu z nich nie chciałoby się jechać na drugi koniec miasta tylko dla tego parku. Na dodatek zaraz miałoby się zrobić ciemno. Do pokoju musieli wrócić jeszcze dzisiaj i to o takiej godzinie, kiedy zaczynały się końskie odgłosy, o których tak zawzięcie opowiadał Arnar.
— Lubisz sztukę, Dahlia?
Kobieta zerknęła na Luciena. Stali przed jednym z większych obrazów, bez słowa wpatrując się w coś, co miało przedstawiać bitwę końską (wszędzie te konie).
— Jest odprężająca — przyznała. — Czasem fajnie jest popatrzeć na czyjeś dzieła i zastanowić się, co mogły przedstawiać.
— Prawda — zgodził się z heroską.
Znów zamilkli, dalej patrząc na ten sam obraz. Na szaleńczo gnające konie. Wyglądały, jakby zostały zamrożone. Zamknięte w czasie, którego nie można wznowić. Było w tym coś przerażającego, może niepojącego i im dłużej Lucien wbijał wzrok w ich kopyta albo zęby, tym bardziej sam zaczynał się obawiać tych stworzeń. Może Arnar miał trochę racji?
— Zaraz będzie się robiło ciemno.
Poskoczył przestraszony nagłym przerwaniem ciszy. Dahlia uśmiechnęła się kącikiem ust, rozbawiona tą reakcją, chociaż nie miała w planach straszyć młodszego od siebie chłopaka.
— Gdzie jest Arnar?
— Tutaj! — Przyszedł jak na wezwanie z wielkim uśmiechem na twarzy. — Patrzyłem na inne obrazy. — Wzruszył ramionami. Rozbawienie zniknęło z jeno twarzy w momencie, kiedy spojrzał na dzieło, przy którym stała Dahlia z Lucienem. — Czemu wszędzie widzę konie?
— Och, to… to przypadek. — Lucien złapał Arnar za dłoń. Mocno ją ścisnął i odciągnął w inną stronę. — Wracamy do domu. Znaczy pokoju.
Arnar skrzywiło się jeszcze bardziej. Właściwie skrzywiło się tak bardzo, że momentalnie postarzał się o czterdzieści lat.
— Nie, nie, spokojnie. — Pogładził jeno dłoń Lucien. — Dahlia nam pomoże, pamiętasz? Konie znikną. Nie skrzywdzą cię.
Ale Arnar w to nie wierzyło. Konie nie dawały mu spać. To przerażające rżenie i stukot kopyt odbijało się echem w jeno głowie.
Całą drogę powrotną trząsł się jak galareta. Nogi miało jak z waty. Uśmiech nawet na sekundę nie chciał wrócić na twarz byłego grupowego. Tak przestraszony nie był… chyba właściwie nigdy. Lucien też jeszcze nie widział jejgo w takim stanie i szczerze się martwił o jeno dobrostan.
— Czuję konia — powiedział jeszcze przed drzwiami. — Czuję dużo koni.
Nie chciał wejść do środka, kiedy Lucien znowu odblokował wejście.
— Ja na was poczekam.
— Chcesz spać na korytarzu?
— Nie chcę słyszeć tego konia po prostu, okej?
Cofnął się o dwa kroki. Skrzyżował ręce na piersi i tak stał, patrząc na Dahlię i Luciena.
— A co jeśli to się uaktywnia na twój widok, hm? Chodź tu! — Próbował złapać Arnar za rękę, ale ten zaczął uciekać. Po prostu.
Pobiegł na drugi koniec korytarza, a Lucien rzucił się za nim, krzycząc, żeby się uspokoił i przestał wydzierać, bo ludzie w sąsiednich pokojach chcą spać.
— Jak tu nie wrócisz, to przebiorę się za konia!
— Przestań!
— To się zatrzymaj!
— Nie!!!
arnar stuj
────
[1016 słów: Lucien otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz