LATO, ROK TEMU
Trójka mężczyzn oraz nastolatek pierwszą godzinę jechali w ciszy. W samochodzie śpiewał cicho David Bowie. Człowiek kultury. Czuć było silny zapach papierosów, jakby dym wchłonął już na wieki w skórzane, sztywne fotele. Vincent patrzył przez okno na mijające ich tereny, Havu przed siebie, Judas na swoje nogi. Potarł zaczynające go boleć oczy. Poczuł się senny i zapewne uciąłby sobie drzemkę, gdyby znajdowali się w samochodzie kogoś innego, bo musiał pozostać nieustannie w gotowości. Starszy facet budził w nich większy niepokój, niż ksiądz jest w stanie u kogoś wywołać, nawet jeśli wyglądał niewinnie. Jakby to można powiedzieć, ,,z oczu źle mu patrzyło”. Najwyżej mogliby go pokonać, jednak najbardziej prawdopodobną możliwością było, że uprowadza ich potwór, bo Vincent z jakiegoś powodu został ulubiony przez ich wrogów. I nawet nie chodziło o to, że jest nadal dzieciakiem. Bo nie dość, że był nadal dzieciakiem, to po prostu przyciągał kłopoty.
— Gdzie zmierzacie?
Nie wiedział, że ma w aucie właśnie dwóch zbiegów, którzy dokonali tak karygodnej zbrodni, jak okradnięcie pubu. Z zapewne kilkuset złotych. Oni natomiast lubili sprawiać kłopoty.
— San Francisco.
— Rany. Czemu was aż tutaj wywiało? Jesteście koczownikami, czy co? — zaśmiał się z własnego żartu.
Nie mogli być szczerzy, bo nie powiedzą mu, że przypadkiem się tu teleportowali. Pozostało im wymyślić jakąś godną wiary wymówkę, żeby zapobiec niezręcznej podróży. Judas poczuł na sobie wzrok Havu, który nadal siedział cicho — najwyraźniej pozwolił drugiemu mężczyźnie, aby przejął inicjatywę.
— Macie szczęście, bo jadę w tym kierunku — dodał jednak mężczyzna, zanim zdążył coś wymyśleć.
Judas miał ochotę zakwestionować ten szczęśliwy przypadek. Gdzie on mógł jechać? Chociaż, oni sami tam zmierzali, więc kim jest, aby go oceniać? Uśmiechnął się za jego plecami. Nie może go wypytywać.
— To prawda.
Mijali puste pola i nieliczne osoby, które zmierzały w nieznane o tej późnej porze. Opanowała ich ciemnota, przez którą cała trójka miała ochotę iść spać — Vincent zdecydował się na to jako jedyny z nich, usypiając na ramieniu Havu, a rudowłosy dołączył do niego. Ksiądz uznał, że nie będzie im przeszkadzać. W środku było duszno, natomiast okna były nieuchylone. Judas może i nie miał choroby lokomocyjnej, ale w takich warunkach zaczynało mu robić się źle. Czuć było spaleniznę, charakterystyczny aromat tapicerki i skóry, a klimatyzacja nie działała. Na dodatek, aby stworzyć idealne warunki do porzygu, mężczyzna wywiesił sobie perfumowaną zawieszkę o waniliowym, mocnym zapachu.
— Czym się Pan zajmuje? — spytał, starając się odwrócić swoją uwagę.
— Uprowadzam znalezionych przy ulicy przybłędów, a co?
Półbóg udał, że się śmieje. Miał ochotę otworzyć drzwi i wyskoczyć z jadącego samochodu.
Mężczyzna wyciągnął papierosa. A raczej cygaretę.
— Palisz?
— Ej, może nie przy dziecku.
— Nie jest aż takim dzieckiem. Pewnie ma, ile, szesnaście lat? W tym wieku nastolatki już palą.
Zapalił, mimo oczywistego niezadowolenia Judasa. Strzepywał popiół do samochodowej popielniczki. W półbogu zapłonął ogień ogień i zapragnął, aby złapać za kierownicę, po czym skręcić z ulicy, aby wyrżnąć w najbliższe drzewo. Opanował się, zagryzł wargi, wsłuchując się w lecące Depeche Mode, zadziwiając się, że ten facet nie słucha muzyki z pokroju country.
— Niedługo będę musiał was porzucić. Wpadniecie do naszego domu, zanim wyruszycie dalej — to nie było pytanie — żona może wam zrobić kolację.
— Uh… Raczej podziękujemy.
— Musicie być głodni. Pański kolega i tak wygląda, jakby przydał mu się porządny odpoczynek. I wytrzeźwienie.
— Nie możemy. To okropnie uprzejme z Pana strony, ale… to byłoby z naszej strony złe, gdybyśmy tak zrobili. — Judas zaczął gubić się we własnych słowach.
Spojrzał na śpiącą dwójkę, na lekko uchylone usta Havu. Zapewne wszyscy woleli jak najszybciej wrócić do domu, ale dalsza droga i tak zajęłaby im dłuższy czas (o ile znajdą kolejną podwózkę). Nie będą prosić mężczyzny o pieniądze, aby złapać taksówkę. Na kolejnego chętnego mogliby czekać w nieskończoność. Głodni oczywiście nie byli, ale mogliby potraktować tę propozycję jako najzwyklejszą w świecie uprzejmość, która chętnie spotkałaby się z akceptacją. W pewnych warunkach, które w tej sytuacji nie były spełnione.
Szturchnął półboga w ramię, aby uzyskać jakieś wsparcie, a za trzecią próbą przebudził się i ledwo przytomny spojrzał na Judasa. Chciał się wyprostować, ale poczuł Vincenta na swoim ramieniu i pozostał w prawie-leżącej pozycji. Ksiądz wbił w niego ponaglające, niemalże złe spojrzenie, że zostawił go samego w jego towarzystwie.
— Nasz nowy przyjaciel zaprasza nas na kolację.
Potrzebował paru sekund, aby powrócić do rzeczywistości i zrozumieć, co do niego powiedział.
— Eee… — Zmarszczył brwi. — Nie wiem, trochę się spieszyliśmy, już nie pamiętasz?
— Oj, ludzie nie są zbyt chętni na podwożenie autostopowiczów — rzucił zadziwiająco ostro starzec. — Możecie się spieszyć, ale nigdy nie dotrzecie na czas.
Gromiące słowa wytrąciły ich z równowagi, potwierdzając, że powinni opuścić pojazd. Gdyby tylko ten cholerny Vincent mógł ich teleportować bez problemów. Gdyby tylko Havu pozostał tym cholernym dzieckiem Plutona, tak jak sobie kiedyś wymyślił. Gdyby tylko którekolwiek z nich miało magiczne moce, pozwalające im wrócić do domu.
Havu potajemnie ścisnął Judasa za dłoń, jak telepatycznie przekazując mu nieme słowa ,,nie podoba mi się to”. Odwzajemnił gest, mówiąc ,,,może nie uwierzysz, ale mi też się to nie podoba. Mimo to nie byli w stanie nic począć, zastygając po prostu w miejscu. Mężczyzna działał na nich w niepokojący sposób, jak gdyby miał zdolność panowania nad innymi.
— Przyjdziecie do mnie na kolację i zostaniecie na noc, dobra?
— Nie, my— naprawdę, ale to naprawdę, nie możemy, bo— no, czas nas jednak nagli i każda sekunda się liczy.
Mężczyzna wymamrotał pod nosem coś, czego nie byli w stanie dosłyszeć. Przeszły ich dreszcze. Vincent obudził się przez głośne głosy.
— A co takiego ważnego was czeka? Skoro was podwożę, to powinniście być wdzięczni — fuknął.
— Spotkanie rodzinne.
— Aha. Jasne. I kim dla siebie jesteście? Z pewnością nie wyglądacie jak bracia. A tego dzieciaka to co, uprowadziliście?
— Muszę się KONIECZNIE odlać. — Dał radę wydusić z siebie Judas, choć bardziej adekwatne byłoby powiedzenie, że chce mu się rzygać.
Prowadzący westchnął głośno na jego słowa i stanął po przemierzeniu paru metrów. Znaleźli się w miejscu, gdzie wokół nich nie było absolutnie niczego. Żadnych mieszkań, lasów, znaków drogowych. Żadnych ludzi. Nie wiedzieli, gdzie są i właściwie nie mieli pewności, że zmierzają do San Francisco. Wysiadanie na tym odludziu było równie złym pomysłem, co jechanie z osobą, która stała się wyjątkowo podejrzana.
Judas wysiadł z samochodu, trzasnął drzwiami, odszedł kawałek, stając pod drzewem, odwrócił się tyłem i udawał, że właśnie sika, zastanawiając się, co zrobić. Czuł się zbyt wystraszony, jak nie mający sił do tego, aby się bronić, gdyby coś się wydarzyło. Wstrząsał nim niepokój. Próbował znaleźć jakieś rozwiązanie, ale w głowie miał mętlik. Coś przejęło kontrolę nad jego myślami.
────
[1114 słowa: Judas otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]
Gdy się odwrócił, mężczyzna stał przed nim. Nie słyszał, aby do niego wychodził i tak blisko podchodził. Nie wyczuł jego obecności. To jednak nie było najstraszniejsze, bo starzec miał w ręce pieprzoną piłę łańcuchową, na której widok Judas już na serio posikał się w gacie. A raczej w piżamę.
Havu?
[1114 słowa: Judas otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz