JESIEŃ
Ivy nie wie, co mu odwaliło, żeby się na to godzić. Może to zgonić na jedną z dwóch swoich największych słabości — empatię lub strach, jednak nie potrafi logicznie nawet za ich sprawką wytłumaczyć swego zachowania. W całej jego pracowniczej karierze nie zdarzyło mu się, aby tak postąpić. Przez to musi się otrząsnąć po nieplanowanym spotkaniu z Dante i wyjść na spacer, wśród dusznego powietrza, rozbrajającego chłodu zbliżającego się wieczoru i samotnym towarzystwie siebie samego. Zaczyna się bać, że sam powoli wariuje. Wariactwo zaczyna się, gdy przestajesz myśleć logicznie. W takim razie musiał zwariować już dawno temu.
Ma nadzieję, że poczynania Dante mają związek z jego stanem i gdy farmakologia zacznie działać (o ile się to wydarzy), zachowanie mężczyzny będzie stabilniejsze (a przynajmniej tak sobie wmawia). Może się utwierdzić jednak w przekonaniu, że rzeczywiście, z jego pacjentem jest coś nie tak, nie tak w tym sensie, że go prześladuje i nie jest to tylko wyobrażeniem Ivy. To nie jest żadna paranoja czy halucynacje. On, rzeczywiście, może być szkodliwy. Jest tego świadomy, ale mimo to, nic nie robi, bo wie, że Dante nie zaprzesta ich współpracy ot tak, na życzenie psychiatry. Ivy nie może zgłosić prześladowania, bo z obiektywnego punktu widzenia, mężczyzna nie robi nic szkodliwego. Nie ma na to aktualnie powodu — ale jednocześnie, przecież, Dante może to uczynić w każdej, najmniej przewidywalnej chwili.
A może jednak ma paranoję. Dante ma problemy także w sferze relacji interpersonalnych, więc możliwość, że naprawdę chce się tylko zaprzyjaźnić, brzmi nawet realistycznie. Widać też, że przejawia czyste zainteresowanie swojemu psychiatrze. Wiele osób podejmuje próby bliższych kontaktów ze swoimi psychologami i psychiatrami, bo najzwyczajniej w świecie się do nich przywiązują. W końcu relacja psychoterapeutyczna jest wyjątkowo specyficznym rodzajem bliskości, a jeśli dodać do tego niestabilną oraz lękową osobę, otrzymujemy połączenie przystosowane do istnej tragedii. Zadaniem Ivy jest to, by mu pomóc, a więc powinien go wesprzeć także w tym.
Znowu mu się śni. Na okrągło myśli o tym, że on wie, gdzie mieszka. Może przyjść w każej chwili z odwiedzinami, z kwiatami w ręku, czy wpaść na kawę. Nie widział jednak w swoim otoczeniu żadnych biało-różowo-pudrowych włosów. Niewyróżniający się niczym tłum utwierdzał go w spokoju.
A jednak, w końcu spotyka go jednego cichego, powolnego dnia. Wraca akurat z domu starego znajomego i przez krótką chwilę o niczym nie myśli, rozkoszując się spokojem ducha, dopóki nie dopada go poczucie, że ktoś go obserwuje. I nie jest to z pewnością żaden potwór, a człowiek, bo tylko człowiek potrafi w tak przeszywający sposób wywołać w drugiej osobie uczucie trwogi.
Ivy postanawia, że zmierzy się ze swoim obserwatorem. Nie dziwi go widok jego pacjenta, który bez pośpiechu, jakby napotkali się tylko przypadkowo, podchodzi do niego, teatralnie rozkładając szeroko ramiona — a raczej Ivy sądzi, że teatralnie, bo po chwili mężczyzna go przytula i klepie w plecy przyjacielsko. Psychiatra zastyga, nie odwzajemniając za żadne skarby uścisku, czekając, aż ten się zakończy. Jak ofiara mająca nadzieję, że jej napastnik za moment odpuści.
— Mam wrażenie, że każda droga prowadzi mnie do ciebie — stwierdza po odsunięciu się od Ivy, odsłaniając świecące bielą zęby.
— Nie powinieneś tak robić, Dante. — Kładzie nacisk na wymowę jego imienia, taktycznie zakładając ręce na piersi. — Chyba nie muszą ci dalej niczego tłumaczyć?
Chce coś jeszcze dodać, ale zamiast tego, zaciska zęby, bojąc się, że pójdzie za daleko i przekroczy granicę. Dante nie reaguje ani wrogością, ani przykrością, jakby specjalnie ignorował to, co do niego powiedziano. Jest ubrany dziś w czarne spodnie z cekinami, a pod rozpiętą kurtką z futrem ma założoną koszulę, a na niej siateczkowy top. Ivy przez moment chce spytać, czy nie jest mu za ciepło, bo temperatura jest nadal wysoka po minionym lecie. Oprócz tego wygląda na zmęczonego, a z jego tonu można wyczytać, że nie jest niesamowicie entuzjastyczny.
— Co za przypadek. — Ivy wysila się na delikatny uśmiech. — Skąd wracasz?
— Ja? Byłem w pracy i na zakupach. Przechodziłem akurat w tej okolicy.
Nawet nie kwestionuje jego słów. Ma ze sobą wypchaną, czarną torbę, na którą od razu zwraca uwagę — tak zafiksował się na swoje uczucie niepewności, że zwraca uwagę na każdy szczegół, byleby uratować się od myśli, że jest prześladowany. Wzdycha z ulgą.
— Taaa. Rozumiem.
— A ty?
— Wyprowadzałem psy znajomego.
— To ty masz przyjaciół?
Tak dosadne pytanie powala go z nóg i nie może znaleźć żadnej odpowiedniej frazy, aby mu odpowiedzieć, bo sam nie zna odpowiedzi — a nie chce siebie pogrążać.
— Powiedzmy — mówi po wielu sekundach. — Jak się czujesz?
— Okej. Powiedzmy.
— Cieszę si-
— Jesteś wolny?
— Powiedzmy.
Dante śmieje się krótko. Psychiatra nawet czuje, że w tym momencie go trochę lubi, gdy może z nim luźno porozmawiać, bez obawy, że przyłoży mu nóż do gardła i zacznie grozić, że jeśli nie poda mu numeru telefonu albo nie wyjdzie z nim do kawiarni, to zrobi mu krzywdę.
— Nie chcesz wyjść gdzieś?
— Wybacz, nie mam dziś ochoty na żadne wyjścia — odpowiada, uśmiechając się znowu. — Nie w humorze. Może następnym razem, co?
— Nalegam! Poczujesz się lepiej, obiecuję.
Jeszcze nigdy ktoś go tak nie naciskał na wyjście. Siedział całe życie w swoim pokoju, nie utrzymując z nikim bliższych kontaktów, przez co coraz bardziej zamykał się w sobie i coraz bardziej nie chciał interaktować z nowymi osobami. Nie nabrał też w ciągu życia tej chęci, aby się odzywać, uczestniczyć w społeczeństwie czy zawierać relacje romantyczne. Nie zależało mu nigdy na tym. Fakt, że Dante jest tak nim zainteresowany, wstrząsa nim wewnętrznie, dotyka jego najsłabszych punktów, których nawet lekkie zadrapanie powoduje krwotok.
Nic się nie stanie, jeśli raz zrobi wyjątek co do zasad relacji, jaką powinien utrzymywać z pacjentami. To nie tak, że z nim romansuje.
— Gdzie?
— Do baru.
Krzywi się. Myślał, że zaproponuje bardziej cywilizowane miejsce, a nie zbiór nieprzewidywalnych osób pod wpływem alkoholu. Woli samotnie delektować się winem w domu, niż upijać się piwem w pubie, gdzie przesiadują albo młodzi studenci, którzy chcą się jeszcze wyszaleć, albo starsi, uzależnieni panowie — nic pomiędzy. A on nie należy do żadnej z tych grup.
— To nie miejsce dla mnie.
— To miejsce dla każdego.
— Wiesz, jestem trochę… jakby to powiedzieć — mamrocze do siebie, odwracając wzrok od Dantego.
— Zaufaj mi. — Kładzie rękę na ramieniu Ivy, ponownie się do niego zbliżając, jak przy ich uścisku. — Jestem na co dzień w takich miejscach. Co ty, nie mów, że nie potrafisz się trochę zabawić.
Jest bardzo blisko. Zbyt blisko. Może dostrzec piegi na gładkich polikach mężczyzny, które mienią się w słońcu oraz pełne wargi, pomalowane różowawym błyszczykiem. Stykają się ciałami, a perfumy Dantego nieprzyjemnie łaskoczą go w nos. Nie da się ukryć, że Ivy przy nim będzie wyglądać okropnie dziwnie, jak starszy mężczyzna, który umówił się z urokliwym, pociągającym młodzieńcem, bo mężczyzna z powodu swojej prezencji wyglądał na młodszego, niż jest. Ponownie ogarnia go fala niepewności, mętlik w głowie, że to głupota, ale ugina się pod wpływem charyzmy białowłosego.
— Okej. Powiedzmy, że ci ufam.
Dante? ────
[1129 słów: Ivy otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]
Nie ufa mu pod żadnym pozorem.
[1129 słów: Ivy otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz