— No, parę rzeczy może pasować. — Odpowiedziała Dahlia ze sztucznym uśmiechem.
Wewnętrznie dopowiedziała „ja pierdolę”.
Dlatego nie znosiła tarotów. Za bardzo kojarzyły się jej z przepowiedniami, które w sposób dosyć ogólny i enigmatyczny informowały o niebezpieczeństwie, co ich spotka i zawsze to nie było to, czego normalny człowiek czy półbóg mógłby się spodziewać. Już nie mówiąc o ludziach, którzy w te bzdury wierzyli. Inaczej, nie żeby negowała istnienie magicznych mocy, bo to by było dziwne, ale negowała ich dobroczynność. Summa summarum: uważała, że świat nie staje po twojej stronie i nie obdarza cię dobrodziejstwem, tylko maluje ci łeb na szaro. I głównie sypie ci pieprzem w oczy.
Ćpun podszywający się pod wróżkę nie tylko sypał pieprzem w oczy, ale też mocnymi środkami do butelek z alkoholem. Chciałaby o tym zapomnieć, ale czasem obrazy wracają i są żywe.
— Widzę, że zgrabnie ci poszło. Chyba jednak masz jakieś doświadczenie. Albo instynkt. — Skomentowała, uważając, żeby nie być zbyt zamyśloną.
— Może mam w sobie coś z Hekate? — Odbiorczyni komentarza się rozpromieniła.
— U was też się mówi Hekate?
— No, tak.
Grecka heroska przypomniała sobie, jak pewnego pięknego poranka w domu rodzinnym przyłapała dziewczynę swojego brata na przeglądaniu horoskopów. Na tarasie, przy kawie. Oczywiście, że wtedy zapytała ją, czy wierzy w przesądy.
— Tyle, ile trzeba.
— To znaczy?
— No nie jakoś przesadnie, ale wierzę w to, że jakaś przepowiednia może się spełnić. U nas się spełniło.
Była to całkiem sympatyczna dziewczyna, zdaniem Dahlii jedna z fajniejszych osób, która umawiała się z jej bratem. Nie obrażała się, jak dostawała multum pytań. Jak już przyjeżdżała, to pomagała przy obiadach czy śniadaniach.
Dziewczyna wzięła szczodrego łyka kawy, po czym zwróciła uwagę na konsternację na twarzy wtedy szwagierki.
— No, wróżka powiedziała raz mojemu wujkowi, że zginie od żywiołu wody, jakoś tak. Wujek się przeraził śmiertelnie i od tej pory unikał mórz, oceanów, jezior, czegokolwiek co mogło być związane z wodą. Chcieliśmy pojechać nad morze to niee, koniecznie góry. O żadnych statkach nie było mowy. A, był wtedy zapalonym wędkarzem, ale odkąd usłyszał wróżbę, przestał łowić. Tak silny był ten jego strach.
— Aha. Co dalej?
— Z braku laku został farmerem. Pomagał ojcu, wiadomo. Pewnego dnia znaleźli go w chlewiku. Utonął w baniaku dla świń. Dlatego wierzę w przepowiednie, nieważne jak dziwne.
— A. Aha.
Dahlia otrząsnęła się. Anegdota była głupia jak but, ale było w niej coś. Wtedy stała na tym tarasie i wpatrywała się w dal, procesując powieść. Teraz nie będzie zaprzątać sobie głowę tymi kartami. Każdy jest w stanie mówić takie błahostki, które dotyczą prawdopodobnie większości społeczeństwa.
— Jak się w ogóle nazywasz? — Zagaiła.
Nastolatka wyprostowała się jak struna.
— O. Oh, no tak, wybacz. Zapomniałam i się skupiłam na tych kartach! Inez. Inez Velez, legionistka Czwartej Kohorty!
Dahlia tak bardzo starała się nie unosić brwi.
— Jestem Dahlia. Domek numer cztery. W sumie tak jak ta twoja kohorta.
„Czymkolwiek ta kohorta jest”.
Inez klasnęła w ręce z zadowoleniem.
— To co teraz robimy?
— Może obchód po lunaparku? Skoro zebrali nas tutaj, to znaczy, że coś z tym miejscem jest nie tak. Tak zakładam. Nie mamy żadnych innych wskazówek.
— To prawda. Kolejka górska?
— Kolejka?
Dahlia spojrzała na nią z nieukrywanym zdziwieniem. Właśnie mają jakąś misję, Fata nie bez powodu stawiają mnóstwo niespodzianek na drogach mięsa armatniego, znaczy się, półbogów, a ta chce na kolejkę? Inez zauważyła zmianę na twarzy i się speszyła nieco.
— Po prostu… Ileż można wykonywać obowiązków w Jupiterze? Ciągle jakieś treningi, czyszczenie kibli, inspekcja akweduktu, mycie okien. Jak skończymy misję, to ja chętnie bym poszła na kolejkę.
— Ciekawie tam macie. W tym Jupiterze. — Odparła, przewracając oczami.
Obie wstały, sprawdziły swój dobytek, szczególnie broń i wyruszyły na główną arterię parku zabaw. Snuły się tak trochę niemrawo, zwracając uwagę na każdy szczegół. Nie rozmawiały, było za głośno.
W pewnym momencie Dahlia się zatrzymała przy stoisku z watą.
— Poproszę jedną.
Obserwowały, jak nitki cukru zwijały się w puszystą chmurkę, przetykaną różnymi kolorami. Inez zachwycona wpatrywała się, jak fioletowy powoli przechodził w różowy. Za to jej towarzyszka rozglądała się dalej. Czy ze znudzenia, czy poczucia obowiązku, ciężko było stwierdzić.
— Proszę. — Sprzedawca wyciągnął patyk z bombą kaloryczną, gotową na usmarowanie twarzy cukrem.
— Dziękuję. — Odpowiedziała Dahlia, po czym podała legionistce watę.
Jej oczy przybrały wielkość dolara.
— Naprawdę? Mogę?
— Tak. Weź. Nagroda za mycie kibli.
— Rany, dziękuję!
Gdy się wgryzła w smakołyk, nagle wysoka heroska pochyliła się nieco i obserwowała ją. Rzymska obozowiczka nieco się speszyła.
— Eee. Wszystko… W porządku?
— Daj znać, czy czujesz jakąś truciznę. Albo czy ci zdrętwieją kończyny. No wiesz, potwory lubią tworzyć toksyczne rzeczy, co wyglądają jak smaczne jedzonko i nim częstować bezbronnych półbogów. Taka Meduza na przykład.
Dahlia uśmiechnęła się pod nosem, widząc przerażenie gówniarza. Może było to trochę złośliwe, ale jej skrycie ukrywana, znudzona dusza chochlika wymagała ofiary.
────
[774 słowa: Dahlia otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz