LATO, rok temu
Kelner wciąż nad nimi stał, czekając, aż któryś z nich zdecyduję się wyciągnąć portfel. Trwali w takiej niezręcznej ciszy przez dobrą minutę.
— Chwileczkę. — Judas niewinnie się uśmiechnął. Jak na takiego chłopa ten uśmiech wyszedł mu naprawdę dobrze. Zazwyczaj wyglądał gorzej, próbując wyglądać na miłego. — Podejdę do samochodu. Zostawiłem w nim portfel.
Kelner był młody, a więc też niedoświadczony i głupi. Pozwolił im tak po prostu wyjść, razem z dzieciakiem. Nie przyszło mu do głowy, że coś może być bardzo nie tak, a dzieciak przebywający w towarzystwie dwójki facetów ubranych w piżamy może być w niebezpieczeństwie (aktualnie to oni byli w tarapatach tylko z winy rzeczonego dzieciaka).
Chłopak powiedział, że będzie na nich czekał przy ladzie, a Judas posłał mu swój wymuszony, uroczy uśmiech. Havu by się bardzo zaśmiał, gdyby nie to, że musiał walczyć z mieszającym mu w głowie alkoholem. Obydwoje zachowali się do granic możliwości nieodpowiedzialnie, najpierw zamawiając po kilka dań, a potem jeszcze pijąc w towarzystwie smarkacza, który polegał tylko i wyłącznie na nich.
W pierwszej chwili, kiedy bose stopy Havu spotkały się z wychłodzonym już piaskiem, pomyślał, że zaraz złapie ich kierownik tego baru i będą skończeni. W drugiej zaś chwili przyszło mu na myśl, że przecież są półbogami i mogą zrobić małe „czary-mary”. Wiadomo, bycie półbogiem od razu stawiało ich w lepszej sytuacji, prawda?
Judas rozejrzał się na wszystkie strony, złapał najpierw Vincenta za rękę, a potem Havu, który walczył z utrzymaniem równowagi i szybkim krokiem zaczął się oddalać. Szli najpierw plażą, totalnie na widoku, ale przynajmniej oszczędzili sobie chodzenie po obrzydliwym chodniku.
— Vincent, posłuchaj — zaczął, sprawdzając, czy nikt ich jeszcze nie zaczął śledzić. To była tak naprawdę kwestia czasu. Jeszcze nie zeszli z plaży, więc trudno byłoby ich nie zauważyć. — Musimy wrócić do domu. Stopem.
— Okej. — Pokiwał głową. — To może chodźmy na ulicę?
Kolana Havu zaczynały się pod nim uginać. Nierówna powierzchnia, zapadający wieczór i chłodne powietrze tylko pogarszały stan, w którym się znajdował. Jeszcze chwila, a będzie ciągnięty przez Judasa i Vincenta. Zostawią wtedy po sobie wzór na piasku, wyglądający prawie tak, jakby ciągnęli trupa.
— Jeszcze nie — zaprzeczył.
Havu prawie nie rozumiał, o czym rozmawiają, ale ze wszystkim się zgadzał, potakując głową. Co mu innego zostało? Jeśli za chwilę nie doprowadzi się do porządku, to będzie tym, który odpowie za kradzież, bo nie zdąży, mówiąc prosto, spierdolić.
— Przejdźmy się jeszcze kawałek.
— Czy to przez niego? — Vincent wskazał na Havu. — Jest chory?
— Ja nie choruję! — Rudowłosy podniósł głowę i zgromił ostrzegawczym spojrzeniem Vincenta. — Wiesz, kiedy ostatni raz chorowałem? Nie pamiętam.
— To co ci jest?
— Choroba morska.
— Choroby morskiej przypadkiem nie dostaje się, gdy płynie się statkiem?
Im więcej pytań Vincent zadawał, tym było gorzej. Judas musiał to wszystko znosić, starając się zapanować nad sytuacją, nad którą wcale nie panował, ale przynajmniej mógł sprawiać takie pozory.
Z plaży zeszli chwilę później. Chodników w Ameryce za bardzo nieb było, więc też musieli iść kamienistym poboczem. W ich bose stopy wbijały się drobne kamyczki i wyschnięte źdźbła traw. Havu chyba to pomogło na jego niedyspozycje, bo nagle z umierającego, stał się pełen życia.
— Mówi się, że chodzenie boso jest zdrowe.
Judas nie był w humorze na żarciki mężczyzny i zareagował na to głośnym, wręcz przesadzonym, westchnięciem. Vincent za to pokazał swoje zainteresowanie, bo interesowało go wszystko i nic jednocześnie.
— To w sumie relaksujące. — Uśmiechnął się i dumnie szedł dalej, ukrywając dyskomfort i ból pod płaszczykiem szczęśliwego dziecka. — To jakby chodzić po klockach lego, ale trochę lepszych.
Po dwudziestu minutach chodzenia poboczem, jak trójka uciekinierów z zakładu zamkniętego, zatrzymała ich policja. Mogli się tego spodziewać — w końcu okradli mały barek na plaży.
Vincent schował się z Judasem, a Havu głośno westchnął, zastanawiając się, czy powinni teraz uciekać, czy może udawać przed stróżami prawa, że są niepoczytalni i nie wiedzą, skąd się tutaj wzięli ani dlaczego okradli tamtą restaurację.
— Zgubiliście się? — Facet po stronie kierowcy opuścił szybę i omiótł wzrokiem Judasa, jakby to on wyglądał najciekawiej z ich trójki. — Gdzie macie buty?
— Jesteśmy hippisami — wtrącił się Havu. — Koczujemy i chodzimy boso, bo tak jest nam wygodniej. Taki styl życia, rozumie pan?
Policjant odwrócił się do swojego towarzysza, z którym jechał i zaraz wrócił wzrokiem na ich dwójkę.
— Rozumiem, że nie macie też pieniędzy i musicie okradać restauracje z jedzenia? Wyglądacie zbyt charakterystycznie, panowie, żebym sobie teraz tak pojechał.
— Jaka restauracja? — Havu z całych sił próbował udawać zdziwionego. — My jemy tylko w lasach. Polujemy.
Judasowi drgnęła powieka.
— Pojedziecie stąd. Teraz.
Głos mężczyzny zabrzmiał o wiele groźniej, niż zazwyczaj. W bardzo nieprzyjemny sposób zadrżał w głowach Havu i Vincenta. Policjanci wykrzywili usta. Chcieli się zaśmiać, ale coś weszło im do umysłów. Strach. Poczuli się mali, wystraszeni do granic możliwości, jakby właśnie przeżywali typową scenę z horroru. Zamiast drwiącego uśmiechu na ich twarz wkradło się przerażenie.
— Nic nie widzieliście. Nie wiecie, gdzie jesteśmy i nigdzie tego nie zgłosicie.
— D-dobrze. — Policjant zaczął zasuwać szybę, a Judas nie odwracał od niego wzroku. — M-miłego wieczoru.
Odjechali z piskiem opon. Tak szybko odjeżdżającego radiowozu Havu jeszcze w życiu nie widział.
— Jezu — skomentował tylko. On sam poczuł się niesamowicie niekomfortowo przez to, co Judas przed chwilą zrobił. Jakby sam stał się przypadkową ofiarą, tak jak dzieci stają się biernymi palaczami w towarzystwie palących rodziców.
— Idziemy.
Judas chyba bardzo nie lubił korzystać ze swoich mocy, bo przez dobre dziesięć minut się nie odzywał. Nie reagował nawet na Vincenta, którego przecież tak bardzo lubił.
Zmęczyli się. Szli już bardzo długo po drodze usianej kamieniami, starą trawą i przejechanymi zwierzętami. Ich stopy były bardziej zmęczone niż reszta ciała, a kolejne kilometry posłałyby ich do szpitala na amputację kończyn.
Usiedli gdzieś przy drodze, trochę dalej od pobocza, żeby przypadkiem ich coś nie przyjechało. Ubrania, które na sobie mieli, zaczynały przypominać stare szmaty i tak też pachniały. Śmierdzieli całą trójką przepotwornie.
— Ej, a może dasz radę nas teraz teleportować?
— Jest za ciemno. — Wzruszył ramionami. — Umiem w dzień stworzyć tęczę, ale w nocy już nie.
Warto było spróbować. Sprawdzić, czy może jest dla nich jakieś wyjście.
— Byłeś kiedyś w harcerstwie? — Havu uśmiechnął się głupkowato. — Możemy sobie zrobić ognisko i żyć na dziko. Pomyśl, Vincent, jakie to byłoby zajebiste.
— To znajdę rozpałkę! — Poniósł się z miejsca. Bardzo go pobudziła myśl o rozpalaniu ogniska. — Musi być sucha, co nie?
— No, najlepiej.
Vicent zniknął wśród niskich krzewów i traw. Dobrze, że nie był starszy, bo wtedy nie dałby się wysłać po coś tak głupiego, jak suche patyki na ognisko.
— Jakiś plan? — zwrócił się do Judasa, który siedział z podkulonymi kolanami pod brodę. Wyglądał dziwnie w tej pozycji. Bardzo nienaturalnie. Może, dlatego że miał cholernie długie te nogi? — Musimy jakoś wrócić, no nie?
— Najwyraźniej nie wrócimy. A tak swoją drogą, to strasznie chce mi się jarać.
— Zapytaj Vincenta, może ukręci ci szluga z suchej trawy.
— Bardzo zabawne.
Havu wzruszył ramionami. Jego to rozbawiło.
— W końcu ktoś się zatrzyma.
— Jak dotąd nikt się nie zatrzymał. Pomijając tych wkurwiających policjantów.
Był to fakt, ale również trzeba było wziąć pod uwagę, że szli poboczem w samych piżamach bez butów i ludzie mogli brać ich za grupkę wariatów. Nikt o zdrowym zmyśle nie zatrzymałby się i nie wziął takich podejrzanych typów do swojego samochodu. Jeszcze się okaże, że siedzą tak naprawdę gdzieś na Florydzie, a dojechać muszą do San Francisco w Kalifornii. Kto by się tego podjął?
Ich krótką rozmowę przerwał ryk silnika samochodowego. Ktoś zatrzymał się na poboczu, gdzie siedzieli. Dosyć duży pick-up strzelił im ostrymi światłami po oczach.
— Co tutaj robicie?!
Nic nie mogli zobaczyć przez rażące światła. Havu usłyszał tylko trzask zamykanych drzwi i czyjeś kroki.
— Wstawajcie. Podwiozę was.
Starszy facet, wyglądający jak farmer z pobliskiej wsi, wyciągnął do nich rękę. Był niski, strasznie siwy i wciąż nosił kaburę z nożem myśliwskim przy spodniach. Mógł być jednocześnie skończonym wariatem, bo znowu — kto chciałby brać do siebie trójkę śmierdzących przybłędów? Mógł być też zwyczajnie miłym dziadkiem, któremu brakowało towarzystwa po śmierci swojej żony. Ewentualnie mógł być jednym i drugim, ale to było znacznie gorszym scenariuszem.
kalifornijska masakra z dziadkiem?
────
[1305 słów: Havu otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz