niedziela, 26 kwietnia 2026

Od Havu CD Judasa — „Take me to church”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Havu poruszył się niespokojnie na siedzeniu. Oparty o jego ramię Vincent mlasnął, nie ruszając się nawet o centymetr. Dzieciak trochę zaczynał mu przeszkadzać, ale to tylko dlatego, bo znaleźli się w naprawdę niekorzystnej — i chyba też niebezpiecznej — sytuacji. Judas normalnie nie sikał aż tak długo (co za dziwne spostrzeżenie), a na dodatek siedzący przed kierownicą starzec też wyszedł z pojazdu.
— Cholera, Vincent. — Havu próbował delikatnie obudzić nastolatka szturchnięciami. Chłopak zapadł jednak w bardzo głęboki sen i dobudzenie go chyba nie było w tej sytuacji możliwe. Havu musiał podjąć próbę przełożenia jego głowy tak, by opierał się o siedzenie.
Havu najpierw złapał za klamkę drzwi, pchnął je i uchylił. Wyciągnął z trudem jedną nogę na zewnątrz i — w tym samym czasie starając się ześlizgnąć z Vincenta — wyszedł z samochodu. Typowe amerykańskie auta były ogromne, a w tych ciemnościach za dobrze nie widział. Jeden zły krok dzielił go od skręconej kostki.
Zamknął za sobą drzwi i zaczął się rozglądać. Jedynym źródłem światła był włączony samochód, który oświetlał niewielką część drogi przed sobą i trochę pobocza, na którym nie rosło nic oprócz paru małych drzewek. Miał nadzieję, że dalej znajdowali się w Kalifornii. Zmiana stanu utrudniałby im powrót do domu dziesięciokrotnie.
Okrążył pojazd, krzywiąc się przy każdym kroku, a następnie poszedł w stronę niskich drzew, gdzie — jak miał nadzieję — znajdzie Judasa. Wchodząc gołymi stopami w piach i pierwsze kępki trawy usłyszał tylko szeleszczenie, jakby spłoszył dziką zwierzynę. Zaraz jednak po tym usłyszał ryk małego silnika.
— Judas? — zawołał w ciemność. — Halo?
Odpowiedziała mu cisza, która zaraz została przerwana znowu tym dziwnym odgłosem silnika. Samochód stojący na poboczu nie burczał w taki sposób. Właściwie to tego samochodu nie było prawie słychać.
Havu poszedł dalej, starając się nie wdepnąć w coś, co mogłoby być zwierzęcym gównem albo ostrym kamieniem.
— Judas?
Minął jedno drzewo, a potem kolejne. Odgłos silnika zrobił się głośniejszy i przypominał już piłę mechaniczną. Nikt nie ścinał przecież drzew o tej godzinie.
Zaginiony ksiądz znalazł się niedługo później. Biegł bardzo szybko, potykając się o własne nogi i rozdzierając przy okazji materiał spodni na ostrych gałęziach drzew. Za nim biegł starzec z piłą mechaniczną, którą Havu wcześniej usłyszał.
— Co jest kurwa?
Judas jednak nie chciał marnować czasu na wyjaśnienia, złapał Havu za rękę i pociągnął za sobą.
— On chyba chce nas zabić!
— Co ty pierdolisz w ogóle, człowieku?!
Pozwolił się prowadzić. Ze strachu nawet nie chciał się oglądać za siebie. Wszystko to, co do tej pory zjadł, powędrowało do jego ust, a sam żołądek zacisnął się w ciasno upakowaną kulę. Musiał walczyć cały czas z mdłościami, pilnować swoich nóg, by się nie potknąć i myśleć o tym, żeby jak najszybciej, kolokwialnie mówiąc, stąd spierdolić.
Razem z Judasem dopadli do samochodu pierwsi. Havu dobiegł do drzwi od strony kierowcy i wpakował się przed kierownicę, a Judas usiadł na miejscu pasażera. Obydwoje trzęśli się jak zziębnięte kurczaki, które lada moment miały zostać zmienione w pałeczki Kentucky w KFC.
— Pospiesz się! — krzyczał Judas, a Havu próbował ogarnąć jak ruszyć tym cholerstwem.
— Zamknij mordę — odpyskował mu.
Samochodem szarpnęło dwa razy, a zaraz potem wystrzelił jak z procy do przodu. Mężczyzna nie potrafił zapanować nad takim wielkim i nieprzewidywalnym pojazdem i pierwsze metry przejechał slalomem, walcząc, żeby nie wypaść z drogi.
Ostrze piły mechanicznej trzasnęło w tylne drzwi. Starzec z jakiegoś powodu zdołał ich dogonić i nie chciał odpuścić. To był jakiś horror, z którego Havu miał nadzieję się niedługo obudzić.
— Czemu on jest, kurwa, taki szybki?! — wrzasnął, zaciskając ręce na kierownicy.
Judas zaciskał zęby i wyglądał przez okno. Nieznajomy ich gonił. Biegł z prędkością pięćdziesięciu kilometrów na godzinę.
— Otwórz okno! — krzyknął, a kiedy Judas za pierwszym razem nie wykonał polecenia, uderzył mężczyznę w tył głowy. — Otwórz okno i rzuć w niego czymś ciężkim! Trzeba się go pozbyć.
— Czym mam rzucić?! — Otworzył skrytkę i zaczął wyrzucać z niej stos dokumentów, puste butelki po piwie i niedopałki papierosów.
— Wyrzucaj po kolei!
Judas opuścił szybę i wyrzucił pierwszą salwę dokumentów. Kilka kartek przykleiło się do starca, a inne zostały rozcięte na pół przez pracujące ostrze piły. Trochę spowolniło to napastnika, ale zdecydowanie nie pomogło im się go pozbyć.
— Co się dzieje?
Vincent, który do tej pory spał twardym snem odchrząknął i słabym głosem dał o sobie znać.
— Nie przejmuj się. To element naszej wycieczki! — Havu gwałtownie skręcił w jedną z uliczek, mając nadzieję, że w końcu uda im się zgubić starca. Nie mógł przecież biec bez końca. Nie z ciężką, działającą piłą mechaniczną.
Vincent w ostatnim momencie złapał się za siedzenie i tylko dzięki temu nie wylądował na brudnej podłodze pick-upa.
— Gdzie tamten pan?! — krzyknął, zbyt zdezorientowany, żeby połapać się w całej sytuacji. Dwójka półbogów, która za niego nijako odpowiadała, nie chciała się odezwać. Havu unikał odpowiedzi, a Judas siłą woli próbował zapanować nad swoimi emocjami, żeby być tutaj jedyną trzeźwo myślącą osobą.
— Mam pewne podejrzenia — zaczął, kiedy udało mu się już zapanować nad własnym strachem. — Ten dziadek nie może być człowiekiem.
— Co ty, kurwa, nie powiesz!
— Chcę powiedzieć, że nie jest potworem. Chyba. Wydaje mi się, że to jakiś półbóg.
Havu wolał myśleć o staruszku, jak o okropnym potworze, który chce dorwać czternastoletniego Vincenta. Myśl o tym, że ktoś może być tak psychicznie spaczony, żeby biegać za ludźmi z piłą mechaniczną, chyba zbyt go przytłaczała. Z drugiej strony również go ta sytuacja bawiła, bo czuł się, jakby wylądował w residencie evil.
— To co teraz?
Judas nie odpowiedział od razu. Myślał nad rozwiązaniem tego problemu, zanim wjadą do miasta. O wiele trudniej byłoby sobie poradzić z wariatem w miejscu publicznym.
W ciemnościach minęli ogrodzone pola oraz pojedyncze domy, w których albo nikogo nie było, albo ludzie w nich spali i nie obchodził ich pędzący przez ich niewielką miejscowość samochód. Ostre światło przeszyło mały zielony znak z napisem Adelaida Rd.
Jadąc dalej na północ, Havu zaczął zwalniać.
— Co robisz? — Judas zastanawiał się, czy powinien znowu otworzyć okno, żeby rzucić w napastnika metalowymi butelkami po piwie.
— Tutaj jest cmentarz.
Ani Judas, ani Vincent nie byli zachwyceni tym spostrzeżeniem. Cmentarzy było pełno. W każdej małej i większej miejscowości. Czasem można było znaleźć opuszczone nagrobki, których nikt nie odwiedzał od dekad, więc zarosły chwastami.
Cmentarz, o którym wspomniał Havu, był właśnie takim opuszczonym cmentarzem. Nie dało się go zobaczyć, ale on doskonale wiedział, że gdzieś w pobliżu czekają na niego niespokojne dusze, które z jakiegoś powodu nie mogły wrócić do świata umarłych. Nie zaznały spokoju, więc krążyły po okolicach, czekając na dzień, w którym ktoś by w końcu je zauważył; a nie było tak łatwo znaleźć półboga na bezludziu.
— Poczekaj. — Judas złapał Havu za nadgarstek, zanim ten nie zjechał całkowicie na pobocze. — Co ty planujesz?
— Chyba chcemy się go pozbyć, prawda?
— Dlatego stajesz na jakimś bezludziu?
— Jeśli mamy do czynienia z jakimś pierdolniętym półbogiem, to nie zgubimy go jak zwykłego człowieka. — Uśmiechnął się przebiegle. Havu miał tendencje do ukrywania swoich prawdziwych intencji, a Judasa zawsze to niesamowicie wkurwiało.
Wyszedł pierwszy z samochodu i zniknął gdzieś w wysokich trawach. Vincent chciał pójść za rudowłosym, ale został siłą powstrzymany i zamknięty w pojeździe. Judas nie chciał, żeby coś mu się stało.
— Zatrzymać może go tylko coś, co nie żyje — mówił, schylając się pod gałęziami i uważając na nierówną powierzchnię. W tych trawach mogły być jakieś dziury. — Mam tutaj z kimś do pogadania.
— Przerażasz mnie człowieku.
— Zawsze możesz wrócić do samochodu. — Wzruszył ramionami. — Podobno tak super panujesz nad emocjami.
— Zrób to, co musisz, a nie się na mnie wyżywaj, okej? — Judas skrzyżował ręce i przycisnął je do klatki piersiowej. Byli zmęczeni i zziębnięci. Nie mogli dłużej biegać na zewnątrz, jeszcze w krzakach przy porzuconych nagrobkach.
Havu poszedł głębiej, zostawiając Judasa gdzieś pod jakimś drzewem, bo przez ciemność nie mógł nawet dokładnie ocenić odległości. Wiedział, że mężczyzna tam czeka tylko po tym, jak bardzo hałasował, starając się nie wpaść w żadne zarośla.
Oprócz dwóch dusz spotkał jeszcze jeden samotny szkielet. Nie spodziewał się go w tym miejscu, ale uznał, że może mu się bardzo przydać.
— Długo tutaj jesteś? — przywitał się. Musiał bardzo wysilić swój wzrok, żeby w ogóle dostrzec kupkę kości czającą się przy jednym z nagrobków. Szkielet siedział i opierał się o kamień z wyrytymi imionami zmarłych.
— Długo.
Głos miał bardzo chrapliwy. Pewnie odezwał się pierwszy raz po wielu latach.
— Jesteś mi potrzebny.
— Dawno nie było tutaj żadnego półboga.
Szkielet się poruszył. Odgłos kości uderzającej o inne kości był jednocześnie nieprzyjemny i intrygujący. Te stwory zawsze wywoływały w Havu ambiwalentne uczucia. Z jednej strony sam zajmował się komplementowaniem szkieletów zmarłych zwierząt, a z drugiej trochę ciężko patrzyło mu się na coś, co miało przypominać człowieka, trochę żyło, ale jednak nie do końca i jeszcze zawsze próbowało nawiązać kontakt wzrokowy. Szkoda, że tylko oczu nie miały, więc patrzyło im się w te puste oczodoły.
— A już na pewno dawno nie widziałem dziecka boga śmierci.
— Taka niespodzianka. — Wzruszył ramionami.
— A twój kolega? — zapytał niespodziewanie. Podniósł się już na dwie nogi i podszedł bliżej. — Może wyjść?
Judas wcale nie stał tak daleko, żeby tego nie usłyszeć. Wyszedł z krzaków, w których się ukrywał i, potykając się o przykryte trawą przewrócone nagrobki, podszedł do Havu.
— On gada?
Szkielet zaszczękał kośćmi. Musiał poczuć się urażony.
— Lepiej nic więcej nie mów.
Judas, nawet jeśli nie chciał, to musiał się posłuchać. W końcu to nie był jego plan. On nawet w razie czego nie mógłby unicestwić tego Szkieleta, który okazał się niebezpieczny dla ich dwójki.
— Czego ode mnie potrzebujecie? — Szkielet mówił bardziej do Havu, niż do Judasa, który chwilę wcześniej przez przypadek go obraził.
— Bronisz tego cmentarza, prawda? — odpowiedział pytaniem na pytanie i zanim Szkielet zdążył odpowiedzieć, mówił dalej: — Zaraz dogoni nas pewien szaleniec. Jest też półbogiem, ale chyba trochę niespełna rozumu. Zniszczy ten cmentarz, rozumiesz? Potrzebuję cię, żebyś go zatrzymał.
— Zabiję każdego, kto spróbuje zniszczyć ten cmentarz.
— Dobrze! Cudownie! W takim razie poczekajmy. On jest bardzo szybki.
Nie minęły nawet dwie minuty, kiedy do lasu wszedł starzec z piłą mechaniczną. Szedł wolno, ostrożnie stawiał kroki. W drugiej ręce trzymał latarkę, bo w tych ciemnościach nawet nie wypatrzyłby swoich ofiar.
— Uważaj — mruknął do siebie Havu. — Zaraz nas znajdzie.
Odgłos pracującej piły mechanicznej stawał się coraz gorszy. Urządzenie chyba przestawało już powoli działać, ale znajdowało w sobie resztki siły, by napędzać ostrze.
— Zakończmy to! — krzyknął. — Jest już was za dużo na tym świecie!
Brzmiało to, jak mowa schizofrenika. Skąd wiedział, czy ma do czynienia ze zwykłymi ludźmi, czy półbogami? Obserwował ich? Widział, jak Judas pozbywa się policji?
— Te wszystkie bóstwa… to bajka! — krzyczał dalej. Havu miał wrażenie, że czuje jego oddech na karku. — Świat powinien być normalny! Złożony tylko z ludzi! Prawdziwych ludzi!
Zamachnął się i uderzył o jeden nagrobek. Ciężki kamień pękł na jednym brzegu. To wystarczyło, żeby siedzący z nimi Szkielet złapał za swój miecz, który służył mu w celach obronnych.
Z klekotem ruszył w stronę starszego półboga. W tej poświacie, rzucanej przez latarkę wyglądał jeszcze bardziej przerażająco. Za dnia pewnie wyglądał jak jeden z modeli w szkołach, którym dzieci się bawiły.
— Cholera! — usłyszeli warknięcie staruszka. — Jeszcze mi ciebie tutaj brakowało! Przepadnij!
Wycelował w Szkielet. Trafił idealnie w kręgosłup, przecinając go na pół. Myślał przez chwilę, że udało mu się zwalczyć zagrożenie. Że pokonał coś, co należy do świata boskiego. Zdziwił się, kiedy dolna część Szkieletu przysunęła się do górnej, łącząc się ze sobą jak dwa pasujące puzzle. Zaraz po tym Szkielet się podniósł i rzucił na napastnika. Był niepokonany. Pokonać przecież mógł go tylko dzieciak boga śmierci.
Havu złapał Judasa za skrawek rozciągniętej już koszulki od piżamy i pociągnął w stronę drogi, gdzie zostawił samochód. Z jakiegoś powodu umówili się telepatycznie, że to rudowłosy będzie bawił się z tym ciężkim i nieprzewidywalnym pojazdem.
— Co tam, Vincent? — zapytali obydwoje, kiedy weszli już do środka.
Chłopak siedział pośrodku i wpatrywał się w nich przerażonym spojrzeniem. Musiał zauważyć szalonego starucha z piłą mechaniczną.
— Nie przejmuj się. — Havu się uśmiechnął. — To była atrapa.
Cała ich trójka wiedziała, że to nie była atrapa i gdyby nie ten Szkielet, zostawiony na opuszczonym cmentarzu, to zostaliby w niedługim czasie zmienieni w mielonkę; a na dodatek żaden z nich nie wiedział, dlaczego starzec był tak bardzo wściekły z powodu ich istnienia.
Wracali trzy godziny. Trzy najdłuższe godziny w ich życiu. Vincent nie mógł wytrzymać i ze zmęczenia padł na siedzenia, Judas dzielnie walczył z opadającymi powiekami, a Havu skazany na taką długą jazdę śpiewał pod nosem głupie piosenki.
— Co robimy z tym samochodem? — zapytał, kiedy dojechali pod dom Judasa. Ten cholerny pick-up stanowił niemały problem.
— Zabiorę go gdzieś później.
— Skasujesz go? Weź, nie rób tego, nawet go polubiłem. — Pogłaskał czule kierownicę. — Zostaw go na jakimś uboczu. Albo w jakiejś dzielnicy z ćpunami. Myślę, że się nim zaopiekują.
Judas pokręcił głową. Ze zmęczenia bolały ich wszystkie mięśnie, zaczynając od najmniejszego palca u stopy, a kończąc na uszach.
— Wysiadaj. Musimy Vincenta stąd zabrać.
To właściwie wystarczyło, żeby wykorzystali pozostałą im energię do wyciągnięcia czternastolatka z samochodu. Przenieśli go tak, jak rodzice przenosili swoje śpiące dzieci, do domu i położyli na kanapie. Ucieszona banda psów od razu otoczyła chłopaka, dołączając do niego.
— Poczekajmy, aż się obudzi. Może wtedy da radę wrócić.
— Ty w tym czasie zmień spodnie — zauważył Havu. — Podarłeś je sobie na dupie.

KONIEC WĄTKU, BĘDZIE NASTĘPNY ELO
a judas podarl se spodnie na dupie beka
────
[2160 słów: Havu otrzymuje 21 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz