Dziki Zachód AU
Arnar, podobnie jak drezynę, tytuł kowboja zdobyło na wspaniałej przecenie typu „znalazłom, to biorę”. Jakiekolwiek zasady, które obowiązywały na Dzikim Zachodzie ono stosowało na czuja, najprawdopodobniej w ogóle nie zdając sobie sprawy, ze jakieś istnieją. W życiu kierowało się wyczuwalnymi tylko dla niego wibracjami w powietrzu, a sfatygowany kapelusz i buty z ostrogami po prostu wyglądały tak czadersko, że nie mogło sobie odpuścić stania się kowbojem, którego największym postrachem jest jego trzeci atrybut: konie. Złamało tym samym jedną z niepisanych zasad kodeksu, a dzisiaj złamało również kolejną – z marszu zaufało dopiero co spotkanej kobiecie, zaprosiło ją na swój jedyny wóz i miejsce przechowywania całego majątku oraz podzieliło się z nią drogocenną informacją o złocie. Szanse na zostanie oszukanym w tej sytuacji wzrosły do ekstremalnie wysokich wartości (prawdopodobieństwo wyniosło prawdopodobnie jedną całość, a chciałoby więcej, ale niestety w ten sposób złamałoby fundamentalne zasady kombinatoryki i rachunku statystycznego). Czy Arnar się tym przejmowało? Tylko głupi i naiwny pomyślałby, że tak. A ono zdecydowanie było trochę głupie i trochę lekkomyślne, bo naiwnym to by się nigdy nie określiło.
Jeszcze zanim Dahlia z powrotem złapała swojego obrzydliwego, śmierdzącego i nieparzystokopytnego towarzysza doli, Arnar było bliskie zasłonięcia oczu poszarpanym rondem swojego kapelusza i zaśnięcia podczas leniwego puszczania bąków na ławeczce drezyny. Przed ostatecznym odpłynięciem powstrzymywał go wyłącznie dźwięk jego własnego głosu, gdy donośnie mówiło cokolwiek, co mu ślina na język przyniosła.
– No i wtedy mu mówię, HOLA HOLA, to moje karty i moje piwo, co mi pan… DAHLIA?????? – przerwało swoja wspaniałą i ekscytującą historię, gdy kowbojka nagle wyskoczyła z wciąż toczącej się po torach drezyny. Arnar w mgnieniu oka poderwało się z ławeczki, prawie przewróciło i przejęło dźwignię, po czym wreszcie dostrzegło, dlaczego Dahlia bez słowa opuściła jego pojazd.
W oddali (całkiem blisko) dostrzegło swojego naturalnego i odwiecznego wroga (może nie odwiecznego, ale nie pamiętało, czemu bało się koni; może to jakaś dawno zapomniana trauma z dziecińśtwa, którego niestety nie pamięta). Przełknęło ślinę, będąc w tej czynności nader dramatyczne. Palce go świerzbiły, żerby chwycić za swój wysłużony rewolwer i strzelić prosto w umięśnione cielsko potwora. Orientowało się, że mniej więcej tak kowboje rozprawiają się ze strachem: paroma celnymi strzałami uwalniają się z jego zaciskających się na płucach szponów.
Z czystego szacunku do niedawno spotkanej kobiety, Arnar zacisnęło palce na dźwigni swojej ukochanej drezyny i mimo łaskoczącego jego kark niepokoju, wzięło głęboki wdech i, teoretycznie, wzięło się też w garść. Gdy Dahlia z powrotem zasiadła na końskim grzbiecie, Arnar udało się wydać z siebie tylko żałosny półpisk zamiast pełnego krzyku strachu. Dla niego było to akurat spore osiągnięcie.
– Tylko nie patatajuj mi tu za blisko! – krzyknęło dziwnie drżącym głosem.
– Zaraz ci odpatatajuję na drugi koniec kraju – mruknęła w odpowiedzi i najwyraźniej nie miała nawet zamiaru uchylić ronda kapelusza w tym smutnym pożegnaniu.
– Czekaj! Czekajczekajczekajczekaj! – natychmiast wrzasnęło Arnar. – Ale żeby tak od razu ode mnie uciekać? Tak się zostawia przyjaciół?
– Przyjaciół? – spytała Dahlia z bardzo dobrze słyszalną kpiną. Arnar zaśmiało się w odpowiedzi, co zabrzmiało co najmniej niepewnie, ale żadne z nich tego nie zaadresowało.
– Taktak. Albo lepiej: kogoś, kto ci może załatwić szansę na niezły zarobek. – Dla potwierdzenia swoich słów, trąciło czubkiem buta jedną ze zgromadzonych na drezynie sakiew. W środku zdecydowanie coś zadzwoniło, ale ani Arnar, ani Dahlia, ani sam Bóg nie mógł mieć pewności, że akurat były to monety. Żeby dodać sobie wiarygodności, Arnar dodatkowo poruszyło brwiami w geście, który prawdopodobnie miał sugerować, że wiedziało, co robiło.
– Znaczy się, że co? – zadała bardzo ważne w tej sytuacji pytanie, które skłoniło Arnar do szybkiego zastanowienia się nad sobą.
– Przecież mówiłom – odpowiedziało tylko po paru sekundach, podczas których na szybko przewinęło w pamięci ostatnie kilkanaście, w porywach do kilkudziesięciu, minut, gdy rzeczywiście mówiło bardzo dużo bardzo różnych rzeczy. – Każdy potrzebuje pieniędzy i tak dalej. A ja mam dobre przeczucie. I umowa już przecież między nami jest, więc nie wiem, czemu ty w ogóle próbujesz sobie odjechać.
– Ano. Było coś. – Wzruszyła ramionami.
– Ano. Ano to w drogę! – zakrzyknęło Arnar i ruszyło… Dahlia ruszyła z kopyta, ono z dźwigni?? I jechali tak sobie, doborowe towarzystwo: kowbojka na koniu i osoba kowbojska na drezynie. Wspaniały duet. Idealny na okładkę książki o Dzikim Zachodzie, z dwiema ciemnymi sylwetkami na ognistym tle zachodzącego słońca.
Podczas operowania drezyną, słowa mniej cisnęły mu się na język, bo w pewnym momencie niestety dostawało zadyszki. Mimo tego, wciąż z całych sił starało się utrzymać rozmowę, przy okazji ciągle patrząc na Dahlię. Wychodziło z założenia, że jak się jedzie po torach, to zboczenie z kursu nie jest czymś szczególnie możliwym, więc trzeba poświęcać swojemu rozmówcy dziewięćdziesiąt dziewięć procent uwagi. Ostatni jeden procent wykorzystywało na poruszanie dźwignią i toczenie się do przodu z zawrotną szybkością. Chociaż, tym razem, było zmuszone poświęcić Dahlii tylko jakieś siedemdziesiąt pięć procent swojej uwagi, bo oprócz procenta przeznaczonego na monotonną pracę mięśni, to musiało skupić się na niepatrzeniu na konia. Ani w ogóle niedostrzeganiu tego, że istnieje. Co równało się z tym, że musiało skupiać się na niesłyszeniu go oraz nieczuciu go swoim niezawodnym zmysłem węchu, którego w tym momencie wolałoby nie mieć. W którymś ze swoich tobołków pewnie miało jakąś chustkę, ale problemem było to, ze musiałoby najpierw ją znaleźć, a to nie było zdarzenie gwarantowane.
– Tak jak mówiłom, chodziło wtedy głównie o tamto piwo, bo karty to były całkiem zniszczone i w ogóle do niczego, no to ja cię proszę, na co to komu niby, nie? Więc…
– Ej, chłopie! – Dahlia znowu przerwała Arnar tę samą historię i już miało jej to wytknąć, gdy zdało sobie sprawę, że jej okrzyk wcale nie był skierowany do niego. – Z torów zejdź!
Głowa Arnar momentalnie odwróciła się od Dahlii, a ramiona zamarły, bo, niestety, o hamulcu jego drezynka mogła sobie co najwyżej pomarzyć. Uśmiech szybko zszedł mu z twarzy, a zamiast kolejnej śmiesznej historyjki lub śmiechu, z ust wydostał się spanikowany wrzask.
Na torach był człowiek. Bardzo blisko. I cały czas się zbliżał. Chyba ich dostrzegł, albo usłyszał krzyk Dahlii, ale NIE SCHODZIŁ Z TORÓW i było za późno, żeby Arnar zauważyło, czmeu. Zajęło się machaniem głową na wszystkie strony, próbując odnaleźć ratunek w swoich sakwach, niebie, nawet w tym głupim koniu. który przestał wywoływać w nim aż taki lęk, jak wcześniej.
– KURWAIDIOTOPIERDOLONY!!! – rozeszło się echem po równinie. Zaraz przed tym, jak echem rozszedł się dźwięk uderzenia.
Drezyna wypadła z torów, a razem z nią wszystkie sakwy i Arnar, które potoczyło się po suchej ziemi. Poobcierało sobie przy tym wszystkie części ciała, zgubiło kapelusz i coś ciężkiego go przygniotło. Dopiero po kilkukrotnym odkasłaniu piachu, który dostał mu się do ust, zdało sobie sprawę, że w plecy wbija mu się ławeczka drezyny.
– Ja cię nie mogę – wymamrotało. Językiem sprawdziło, czy ma wszystkie zęby i inteligentnie zignorowało ból promieniujący od lewego nadgarsta aż po bark oraz krew spływającą po skroni. Czołgając się jak ledwo narodzony żółw, wytoczyło się spod ławeczki i chwiejnie podniosło się na nogi. – Czemu on się, psiakrew, nie przesunął? – rzuciło do Dahlii, która, tak mu się zdawało, stała gdzieś niedaleko.
– Coś mi się wydaje, że się chyba nigdy nie dowiemy.
────
[1157 słów: Arnar otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz