Izan chciał uciec, ale przez krzyki kobiety trochę go zmroziło. Trochę bardzo. Nigdy nie lubił gadać z kobietami, a już szczególnie z takimi, które się zdenerwowały i podnosiły głos. Z chłopami za to radził sobie w inny sposób — zazwyczaj używał do tego siły — i nigdy nie pozwalał po sobie deptać.
Izanowi wydawało się, że Cherry cała drży z nerwów. Był zbyt przerażony, żeby od niej uciec. Co, jeśli wstąpi w nią jakiś potwór i go rozszarpie w drzwiach?
— Zaraz się tym zajmę — wybąkał pod nosem, jak dzieciak, który przyznawał się do swojej winy dyrektorce na dywaniku. — Nie martw się.
Cherry jednak nie chciała puszczać Izana wolno — skąd pewność, że rzeczywiście się tym zajmie i naprawi to, co zniszczył? Takim jak on nie można było ufać, więc bardzo szybko podeszła do wystraszonego jak osaczane przez drapieżnika zwierzę Izana i uniosła podbródek, by zastraszyć ambasadora Marsa jeszcze bardziej. Izan spiął ramiona, od razu przyjmując pozycję obronną.
— Posłuchaj mnie, ptasi móżdżku — nie użyła nawet wygórowanych, obraźliwych słów, a Izan i tak opuścił zawstydzony głowę — nie puszczę cię samego. Nie ma nawet takiej mowy.
Izan pokiwał głową. Cherry pewnie się nie spodziewała, że Izan okaże się takim uległym przegrywem.
— Pójdziemy tam razem. Na moich oczach będziesz zrywać te plakaty.
— Dobrze. — Brakowało jeszcze, żeby dodał na koniec „proszę pani”.
Cherry nie odezwała się do Izana ani słowem, kiedy szli w stronę Nowego Rzymu. Ambasador Marsa dziękował w duchu, że nie musi z nią rozmawiać — uważał kobietę za naprawdę przerażającą.
Przed samym wejściem do miasta Cherry wskazała Izanowi słup, na którym wisiał jeden z brokatowych plakatów. Vergil wyglądał jak bardzo brzydki patyczak (mężczyzna nie dość, że był przegrywem, to jeszcze nie potrafił narysować kółka i prostych linii) i raczej nie dałoby się go rozpoznać, gdyby nie dorysowana korona oraz pretorska peleryna.
— Ściągaj to — poleciła Cherry, a Izan posłusznie podszedł do słupa i oderwał kawałek papieru. Nie był nawet taki mądry, żeby włożyć plakat w plastikową koszulkę.
Mężczyzna podał Cherry swoje naprawdę brzydkie dzieło, a ta od razu, jak wzięła w swoje ręce plakat, podarła go. Strzępki kartki stworzyły wokół kobiety okrąg.
— Gdzieś jeszcze tutaj coś powiesiłeś?
— Tylko ten jeden. — Uśmiechnął się niezręcznie. Nie skłamał. Nie mógłby przed nią.
Cherry chwilę mierzyła mężczyznę wzrokiem, aż w końcu się poddała i pociągnęła go za sobą. Izan, jak się okazało, obwiesił plakatami cały Nowy Rzym; a mówiąc cały, chodzi nawet o najdalsze zakątki, w które zapuszczają się tylko nieliczni.
— Nie mogłeś zrobić czegoś ładniejszego? — naśmiewała się Cherry, kiedy Izan ściągał kolejny plakat zawieszony na ścianie budynku. Kobieta trzymała w rękach jeszcze dwa takie twory. Każdy kolejny był brzydszy od poprzedniego. Izan nawet nie umiał odtworzyć tak prostego rysunku więcej niż trzy razy.
— To plakat… on miał… tak jakby… — zająknął się, nie wiedząc, czy jak wytłumaczy Cherry swój zamysł, to czy nie zarobi kopa w jaja. — Ośmieszyć Vergila miał.
— Domyślam się.
— Tak, ha-ha — zaśmiał się niezręcznie. Czuł, jak pierwsze kropelki potu zaczynają oblepiać mu plecy i klatkę piersiową.
— Idziemy dalej.
Pierwsza poszła dalej, a Izan podbiegł do niej niczym wierny pies. Brakowało mu tylko obroży i przyczepionej do niej smyczy.
Przy jednym ze sklepików — a raczej małego rozstawionego stoiska z owocami — sprzedawca przyglądał się właśnie rysunkowi, który wcześniej zawiesił tam Izan.
— Niech pan tego nie czyta. — Cherry zasłoniła mężczyźnie kartkę swoją dłonią. — Jakiś czubek chodził i to przyczepiał.
— Tak, wiem nawet który. — Podrapał się po głowie, próbując sobie przypomnieć. — Chodził tutaj taki jeden. Strasznie od niego śmierdziało potem.
Izan stał za nimi i to wszystko słyszał. Na samą wzmiankę o tym, że śmierdziało od niego, potem gdy rozwieszał plakaty, musiał powąchać się pod pachami. Rzeczywiście. Śmierdział.
— Chodź tutaj.
Cherry wołała Izana jak swojego podwładnego, a Izan tak też się zachowywał. Podszedł do kobiety od razu. Normalnie pewnie by zignorował taki ton i dalej wąchał swoją spoconą, śmierdzącą koszulkę.
— Zabierz to — rozkazała, a Izan bez sprzeciwu zabrał się do ściągania kartki.
Sprzedawca odsunął się na bezpieczną odległość, zapewne czując nieprzyjemny zapach od Izana. Nie ma nic gorszego, niż zapach potu. Szczególnie wtedy, kiedy było ciepło.
Izan miał już podać Cherry zdjęty plakat, kiedy uprzedził go ktoś inny. Vergil. Musiał zbierać te kartki w pobliżu. Wyrwał amabsadorowi Marsa rysunek i dokładnie mu się przyjrzał (jakby nie widział ich wcześniej), po czym spojrzał na Cherry.
— Co tutaj robisz?
— Nie widzisz? Ten przygłup rozwieszał te plakaty, to teraz będzie je ściągał.
Vergil uniósł brwi. Izan od razu spróbował przybrać groźną postawę ciała, ale obecność Cherry trochę mu to uniemożliwiała. Kobieta działała na niego w jakiś… niezbadany dotąd sposób. Może to przez to, że z kobietami nie rozmawia? Zawsze, jak jakąś widział, to uciekał.
— Jest gorzej, Cherry. — Obejrzał się za siebie. — Jakieś dzieciaki też je zaczęły zbierać.
— To źle? — zdziwiła się. — Chyba dobrze, że ściągają to badziewie.
Vergil pokręcił głową. Przestał zwracać uwagę na Izana, co trochę zabolało mężczyznę. Zawsze spierał się z — niestety — bratem, a teraz Vergil nie poświęcił mu chwili. Nie powiedział niczego obraźliwego, nie wyciągnął z kieszeni swojej obrzydliwej fasolki. Nawet na niego nie patrzył! Izan nie mógł tego przeżyć.
— Te dzieci chcą urządzić jakąś krucjatę na mnie.
— W końcu! — zarechotał Izan. — Wiedziałem, że mnie ktoś posłucha!
Wystarczyło jedno groźne spojrzenie Cherry, by się uspokoił. Nieznośny uśmieszek natychmiast zszedł mu z twarzy.
— Zaczęły się zbierać. Wiesz, jak wyglądają protesty, prawda?
Cherry się zmartwiła. Dlaczego banda dzieciaków obrała sobie Vergila za cel? Plakat był tak okropnie wykonany, że nie powinien przekonać nawet mrówki.
— Widziałem, że rozdają sobie drewniane miecze.
— Co można ci zrobić drewnianym mieczem? — prychnął Izan. — Jak chcą protestu, to powinni mieć prawdziwe miecze i pochodnie, żeby na końcu cię spalić. Jak palili kiedyś wiedźmy.
— Prawdziwa broń jest zakaza…
— Nie powinna być! — wrzasnął. — Dlatego właśnie jesteś beznadziejnym pretorem! Powinieneś zmienić to głupie prawo!
Cherry zacisnęła rękę na nadgarstku Izana. Bardzo nie chciała go dotykać, ale miała wrażenie, że nic innego nie zamknie mężczyźnie mordy.
— P-przepraszam…
— Przepraszam, co?
— P-proszę pa-pani… — wydukał Izan.
— I? — naciskała dalej Cherry.
— Przepraszam… Vergil….p-pretorze mój najlepszy. — Wbił wzrok w podłogę, nie mogąc patrzeć w takiej chwili pretorowi prosto w oczy. Już i tak został poniżony.
997 ten numer to kłopoty
────
[997 słów: Izan otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz