Wampiry AU
Przyjazd do Stanów nie miał zamiaru sprawiać mu żadnej przyjemności. Ponure chmury, wprawiające w błogą senność, także nie zachęcały do odwiedzin dalekich mu rejonów, z dala od rodzinnego, przytulnego zakątku, którego nie chciał opuszczać, zarówno z przywiązania, jak i przyzwyczajenia. Musiał zostawić za sobą — i nie tylko na moment, bo całe parę miesięcy — swoje mieszkanie, swoich przyjaciół oraz swoje książki. Tak wiecznie zabiegany, ciągle odchodził od swej codzienności, czując się, jakby zdradzał samego siebie i uciekał w kąty, których sam nie chciał odwiedzać.
W pociągu przeszkadzał mu tłum niewychowanych, hałasujących pasażerów i zapach skórzanych walizek, walających się pod siedzeniami i w korytarzach, przez co nie było żadnego przejścia. Parę godzin podróży wprawiło go w otumanienie i pozbawiło nawet chęci rozmów z innymi (których naprawdę, i to bardzo, potrzebował), a było to godnym uznania osiągnięciem. Skupił się na drodze, obserwując mijaną drogę z taką uwagą, jakby oglądał najpiękniejsze krajobrazy istniejące na planecie Ziemii. W rzeczywistości próbował nie zwracać uwagi na tych wszystkich ludzi, żeby nie oszaleć, próbować nie dopuszczać do siebie myśli, że chętnie by się ich wszystkich pozbył, co do jednego, z zimną — nie, lodowatą — krwią.
Z trudem wydostał się spośród spieszącego się gdzieś natłoku osób, niosąc wielką walizę, przez którą zaczynał pobolewać go bark — i tak nie była wyjątkowo pojemna, nie zdał ze sobą zabrać wszystkich paru rzeczy i na miejscu zapewne wyda więcej pieniędzy, niż powinien (nie, żeby było to dla niego jakimkolwiek problemem).
Zatrzymał się w gościnach u swojej bardzo, ale to bardzo dalekiej rodziny. Rozejrzał się po swoim nowym pokoju, zapewne na co dzień pustym, który miał niewielkie, jedynacze łóżko, biurko przy ścianie i jedną, wielką szafę. Widać było po starych, zdartych tapetach na ścianach, że mieszkanie nie doczekało się nigdy odświeżenia, bo po co? Musiał otworzyć od razu okno, by pozbyć się zapachu kurzu, od którego zapiekł go nos. Już wiedział, że będzie unikać spędzania dużo czasu w tym obskurnym miejscu.
W mieszkaniu był kot. Na wejściu na niego zasyczał, ale gdy wyszedł do salonu, przyszedł otrzeć się o jego nogi i wydał z siebie pomruk. Judas schylił się i podrapał delikatnie zwierzę po małej główce, które, spragnione pieszczot, jeszcze bardziej przytuliło się do mężczyzny. Zaraz po tym powitała go starsza ciotka, z którą miał kontakt raz w życiu, wyjątkowo dawno i do której tak daleko było mu więzami krwi, że mógłby się z nią nawet ożenić bez ryzyka krzywych spojrzeń z zewnątrz.
— Duży z ciebie człowiek wyrósł.
Często to słyszał. Uśmiechnął się nieśmiało, gdy niespodziewanie objęła jego szyję ramionami. Zaprosiła go, aby wypił z nią kawę przy stole w kuchni. Była przestrzenna, przytulna i ozdobiona w ormanenty na kafelkach, a kawa była dobra, ale gorzka.
— Zostań, na ile chcesz i korzystaj z mieszkania tyle, ile potrzebujesz — powiedziała mu. — Nie krępuj się, czuj się jak u siebie.
Postanowił więc korzystać nie tylko z mieszkania, ale i miasta, skoro już musiał tu być dla interesów — czyli obowiązków, nieprzyjemnych, nudnych formalności. Zaszedł do różnych miejsc, czy to sklepów, czy do pobliskiego, znanego kościoła i zwiedzał okolice. Wieczory mijały mu spokojnie, z książką w ręku oraz kotem, który wpraszał się nieustannie na jego kolana. Polubił nawet przebywanie w nowym, zacisznym kącie, nawet jeśli gościnny pokój nie był z początku zachęcający i powiew świeżości, jaką dało mu miasto, nawet jeśli przesiąknięte było zapachem papierosów.
Po już paru dniach miał umówione spotkanie biznesowe. Udał się do wielkiego domu, który równie dobrze możnaby nazwać willą, ubrany w elegancką koszulę i garnitur. Taras był ogromny, ozdobiony zielenią i białymi stolikami, na których umiejscowione były nieopróżnione — zapewne od bardzo dawna — popielniczki. Było na nim pusto, za to z okien domu wydobywało się światło. Zapukał, a otworzył mu wysoki, poważnie wyglądający mężczyzna, który jednak szybko się uśmiechnął na widok Judasa i zaprosił go do środka.
Przedstawił go paru osobom, poczęstował drogim winem i ekskluzywnymi przekąskami, zagadując o wszystko, co możliwe, czy to o wrażenia na temat miasta, czy to o prywatne, rodzinne sprawy. Judas szybko zaczynał czuć się znużony i jego delikatny uśmiech stawał się wymuszony, fałszywy. Odbił się od mężczyzny, poszedł rozmawiać z grupką kobiet, które nieśmiało spoglądały na niego z dołu i chichotały na jego żarty. Posiadówka raczej wyglądała jak domówka, niżeli spotkanie bogaczy, którzy chcą nawiązać kontakty i interesy. Judasa jednak interesowała tylko jedna osoba, której nie mógł dostrzec nigdzie w tłumie. W końcu został sam, wypijając już piątą lampkę wina, od którego głosy docierały do niego z przytłumieniem, raz za razem zagadywany przez kogoś mówiącego, że ,,słyszał o nim dużo”, a gdy powiedziano to mężczyźnie już któryś raz, zaprzestał ochoty na dalsze uśmiechanie się i nabrał ochoty, by uciec na taras.
W końcu udało mi się napotkać na osobę, której szukał — choć z trudem ją rozpoznał. Zachłysnął się powietrzem na jego widok i odłożył resztkę wina na stojący obok stół, po czym podszedł do mężczyzny, gibiąc się na długich nogach i o mało nie potykając o żółtą suknię niskiej, za to zgrabnej kobiety.
— Czekałem na ciebie — powiedział. — Tak długo czekałem, że już wątpiłem, że się spotkamy.
O tak, to była ta pora. Mógł wykazać się swoim nonszalanckim tonem, ułożoną starannie fryzurą i pewnym siebie chodem, zachowując jednocześnie przy tym pozory skromności. Za tym sposobem potrafił owinąć sobie każdego wokół palca i miał nadzieję, że osiągnie to, po co tu przyszedł. Drugi mężczyzna nie wyglądał jednak, jakby Judas mu zaimponował. Z widoczną niechęcią, z wyrazem twarzy, jakby wolał na niego splunąć, ścisnął jego dłoń. Przez twarz Judasa natychmiastowo przeszedł cień grozy, gdy wyczuł tę odpychającą energię.
— Czyli jeszcze pamiętasz, jak wyglądam. To dobrze, że się w ogóle nie zmieniłem — stwierdził. — To co, może usiądziemy w bardziej zacisznym miejscu i porozmawiamy?
Skinął głową. Starszy facet zaprowadził go na taras i pierwszy usiadł, zapalając od razu papierosa. Nawet go nie zaproponował Judasowi, więc ten wyjął własną paczkę fajek. Oprócz nich parę osób też wpadło na pomysł, by porozmawiać przy stolikach na świeżym powietrzu, ale nie wydawali się na tyle ważni, aby przeszkadzać ich dwójce.
— Przejdźmy od razu do rzeczy. Zgadzam się od razu na zawarcie współpracy, tylko jest jeden problem.
Nie odpowiedział, unosząc brwi.
— Havu ma przejąć firmę i nie do końca dobrze się sprawuje. Próbuję go do tego zmusić, ale on się cały czas buntuje. Niby już dorosły, a zachowuje się, jakby miał bunt nastolatka. Nie wiem, co z nim robić i szczerze liczę na to, że przemówisz mu do rozsądku.
Słysząc to imię, mocniej zaciągnął się papierosem. Dawno go nie słyszał. Wypuścił dym z ust, odwracając wzrok od przenikliwych oczu mężczyzny, zasiewając na moment między nimi ciszę. Miał nadzieję, że uwolni się od jego widma, które miało w zwyczaju odwiedzać go w snach, w tym w koszmarach. Chciał zapomnieć o nim, o wszystkich myślach i uczuciach, jakie z nim wiązał. Zawsze, gdy myślał, że ma to już za sobą, jakaś rzecz niespodziewanie mu go przypominała — czy to zapach bukietu kwiatów, czy wschodzące słońce, czy szelest powiewających na wietrze liści.
— Ale czemu akurat on ma to zrobić?
— Bo ja nie mogę się już tym zajmować — odparł, ale nie odpowiadało to na pytanie Judasa. — Szczegóły musisz przedyskutować z nim.
— Jest tutaj?
Mężczyzna przytaknął.
— Dał siebie, o dziwo, tu zaciągnąć. Jest w jadalni.
— Trochę dziwne, że mam przejmować obowiązki ojca — prychnął Judas. — Mam go wychować za ciebie, czy co? Nie chce ci się go przekonywać i zwalasz to na mnie.
— Nie mówię o wychowywaniu. — Zacisnął zęby, widząc, że mężczyzna odgadnął wszystkie jego zamiary. — To tobie zależy, aby zwiększyć swoje wpływy, nie mi. — Zgasił papierosa. — Proszę bardzo, zajmij się tym bachorem.
Odsunął gwałtownie krzesło i wrócił do środka, pozostawiając go w amoku. Niestrzepnięty popiół sam ulotnił się z rozżarzonej końcówki papierosa. Judas odchylił się do tyłu i skupił wzrok na ciemnym niebie. Tkwił w tej pozycji, az nie ścierpł i postanowił poszukać owego ,,bachora”.
W środku było jeszcze gęściej niż parę chwil temu. Pokierowany do jadalni, udał się do niej i pierwsze, co zwróciło jego uwagę, to ogniste, rude włosy, wyróżniające się spośród tych wszystkich, nudnych, blond i brązowych odcieni. W powietrzu zapachniało przyprawami, wiodącymi go do mężczyzny mimo swej cierpkości. Nieświadomy tego, że jest zawzięcie obserwowany, rozmawiał swobodnie z kobietą w swoim wieku. W tym czasie Judas odczytywał słowa z ruchu jego warg, widząc, jak jasne oczy przyciągają światło lamp. Czerwony krawat ze złotą broszką zwisał niechlujnie z szyi, spod kołnierza niezapiętej na wszystkie guziki koszuli, odkrywającej chude, blade obojczyki, na których widok Judas przełknął ślinę. Zapamiętał go dokładnie takiego samego, ale nieco młodszego. Jednakże obraz złotych jak słońce, kręconych włosów nie uległ zniekształceniu nawet po paru latach. O mało co nie powstrzymał się od podejścia do niego, ale zebrał się w sobie, po drodze nalewając sobie kolejny kieliszek wina.
— Havu.
Skonsternowany mężczyzna odwrócił się w jego stronę. Brwi uniosły się, a zielone oczy otworzyły szerzej.
— To ja — mruknął cicho, przewracając oczami, gdy go rozpoznał. — Potrzebujesz ode mnie czegoś?
— Rozmowy.
Nie ukrył zgorączkowanego westchnienia. Przeprosił kobietę i odszedł z Judasem.
— O co chodzi?
— Teraz ty jesteś odpowiedzialny za biznes.
— Kto tak powiedział?
— Twój ojciec.
— Mój ojciec nie ma prawa głosu — syknął ze sztucznym uśmiechem.
Wpatrujący się bez przerwy w jego oczy mężczyzna wywoływał w Havu dyskomfort.
— Nie będę z tobą o tym rozmawiać.
Nim odszedł, złapał go za łokieć.
— A o czymś innym?
— Niby czym? — Pokręcił głową. — Nie mamy nic wspólnego.
Musiał przyznać mu tu rację, przez co zachłysnął się własną śliną, gdy chciał mimowolnie zaprzeczyć. Jednak zależało mu na współpracy z firmą jego rodziny i nie miał zamiaru odpuścić przez to, jakie emocje dopadały go w obecności Havu. To, że go tak otwarcie odrzucał, uprzykrzał go dodatkowo — jeszcze kiedyś mieli pozytywne, możnaby rzec, stosunki, o których jakby obydwoje zapomnieli, gdy się od siebie zdystansowali. Obojętność mężczyzny porażała Judasa bardziej, niż gdyby biła od niego zawiść.
— Mogę ci pomóc się uwolnić od ojca.
— Co? — Wyrwał się z jego uścisku, marszcząc brwi. — Co ty gadasz?
— Możesz się od niego uniezależnić. Mam wpływy, w tym na niego.
Havu jeszcze bardziej się skrzywił.
— Skąd w ogóle myśl, że ci uwierzę? I zaufam?
— Mi też to będzie na rękę.
W rzeczywistości miał do Havu jeszcze inne zamiary niż zdobycie korzyści majątkowych. I tymi zamiarami nie była żadna pomoc.
Przez następne dni spotykali się w domu Havu parokrotnie, także w obecności jego ojca, który uwierzył, że Judas sprowadza mężczyznę na dobrą stronę. Starał się jednak, aby głównie przebywali w swoim towarzystwie, bez osób trzecich. Zabrał go raz do restauracji, pod pretekstem opowiedzenia mu więcej o formalnościach — temat szybko jednak zszedł na jego życie i opowiadanie, co się u niego działo tę parę lat, gdy siebie nie widzieli. Havu jednak nieustannie wędrował swoim spojrzeniem po pomieszczeniu. Zgadzał się na spotkania, ale sam nie mówił prawie nic o sobie. Judas dopytywał, ale nie uzyskiwał wiele informacji, przez co prowadził egocentryczny monolog. Po czasie zaczynało przez to zasychać mu gardło i czuł nagłe spięcia mięśni, ale szybko się opamiętywał, nie chcąc swoimi nagłymi, burzliwymi reakcjami zepsuć swojej szansy. Chodzili na spotkania do kasyn z bogaczami, a Judas przejmował inicjatywę i robił interesy z innymi, podczas gdy Havu siedział obok, pozwalając siebie zwodzić. Patrzył kątem oka na mężczyznę, na gestykulujące żywo dłonie, wsłuchując się w jego chichot.
Szansy. Miał wiele tych szans w przeszłości, ale wyznaczył niewidzialną dla nich granicę, jakby zawarli między sobą niepisaną i niewypowiedzianą nigdy umowę.
Havu pozostał taki, jaki był, nie tylko pod względem wyglądu. Nie zmienił się jego cięty język, prowokacyjny ton. Spojrzenie szmaragdowych oczu wciąż przebijało się przez serce każdego, kto w nie zaglądał. Jego chód i postawa były takie same, pozostał mu nawyk kręcenia loków wokół palca, gdy był znudzony.
Nie nazwaliby się nigdy przyjaciółmi ani nikim bliskim. Nie nazwaliby się jednak też wrogami, choć między nimi można było wyczuć tylko jednostronną niechęć i dwustronny żal, gdy Judas wybrał inną drogę, której Havu nie rozumiał i nie miał zamiaru zrozumieć. Judas zawsze miał do niego ciągotę, poczucie uwiedzenia przez jego oczy o kolorze bluszczu, ale Havu został mu odgórnie zakazany.
— Czemu ci tak właściwie na tym zależy?
— Dlatemu, że każdy dąży do jednego, czyli sławy i bogactwa.
Czerwonowłosy skrzywił się, nie podzielając owej postawy.
— Patrzysz na świat przez swoje oczy i myślisz, że każdy chce tego, co ty?
— W takim razie, czemu nie wziąłeś przykładu ze swojego rodzeństwa i nie wyjechałeś, zostając z ojcem?
Nie chciał odpowiadać mu na to pytanie.
— Co zrobisz, jak wszystko pozałatwiamy? Pozwolisz mi odejść, czy będziemy udawać, że biorę udział w tym cyrku?
— Twój wybór. — Uśmiechnął się. — Ale bierz pod uwagę to, że odejść ci nie pozwolę.
Odwrócił od niego wzrok.
— To dziwne. A już raz pozwoliłeś.
Judas pokręcił głową. Usiadł obok niego na murku, przy którym płynęła swobodnie rzeka. Z tego miejsca mieli dobry widok na wciąż żyjące miasto, na oświetlone kamienice, mogąc przysłuchiwać się harmidrowi nocy. Nie byli jedynymi, którzy wybrali się nad rzekę o tej porze. Niedaleko nich spacerowała rozmawiająca para, a w okolicy krzątał się bezdomny, głodny kot.
— Czemu spotykamy się tylko, gdy jest ciemno?
— Tak jest lepiej — powiedział, zbliżając się do niego. — Nie widać nas.
Ich nosy niemal zetknęły się ze sobą. Mężczyzna nawet nie drgnął, patrząc w oczy Judasa z takim samym niewzruszeniem, jak chwilę temu. Powietrze zrobiło się gęstsze.
— Nie kłamałeś z tym że nie pozwolisz mi odejść — stwierdził.
— Nie popełnię drugi raz tego błędu.
— Zostawiłbyś wszystko dla mnie? Wszystko, co masz, za sobą? Tylko aby nie pozwolić mi odejść?
— Cieszę się, że teraz rozumiesz. — Uśmiechnął się, dotykając czule jego zimnego policzka. — Uwierz mi. Nie pozwolę ci odejść.
Miał zamiar trzymać go przy sobie tak długo, jak będzie w stanie. Rósł w nim płomień, rozpowszechniający się po wszystkich kościach, którego nie chciał gasić, z obawy, jakie zniszczenia po sobie pozostawi. Palcami zaczesał rude włosy za ucho. Chciał w tamtym momencie dotknąć go bardziej, mocniej, poczuć, że ma do tego prawo. Miał sposób na to, by go posiąść. Doszło do niego, jak bardzo nie pogodziłby się ze stratą Havu, nawet jeśli ten pozostawiłby po sobie ślady wyryte głęboko w jego sercu. I musiał coś zrobić, żeby nie musieć znowu przez kilka lat cierpieć z tęsknoty.
Ale na razie musiał zwolnić. Odsunął się od mężczyzny, starając się odgadnąć jego wyraz twarzy, spodziewając się drgnięcia warg czy przełknięcia śliny, ale mężczyzna wciąż, bezdusznie i okrutnie, nie odwracał od niego wzroku, jakby był nad nim i nie miał zamiaru dać sobą rządzić. Dawał ledwo widoczne znaki mężczyźnie, aby się od niego oddalił, lecz musiał wiedzieć, że ten nie będzie długo się powstrzymywał. I przestanie to robić w najmniej oczekiwanym momencie, dlatego Havu mógł zrobić tylko jedno — uciec od niego, nieważne jakim kosztem, nieważne jak daleko.
Havu? ────
[2422 słowa: Judas otrzymuje 24 Punkty Doświadczenia]
Judas jednak się o to nie obawiał, nawet gdy Havu znikał w odmętach nocy, pozostawiając go w głuchej ciszy, jakby go nigdy z nim nie było.
[2422 słowa: Judas otrzymuje 24 Punkty Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz