Dziki Zachód AU
Stali tak przez chwilę nad nim, to jest zmasakrowanymi zwłokami. A raczej Dahlia stała, Arnar chodziło w kółko i porządkowało rzeczy, które wypadły z drezyny.
— Chyba go kojarzę.
Arnar zamarło i otworzyło usta.
— Wygląda jak właściciel saloonu.
— Ty jesteś w stanie coś rozpoznać pośród tej galarety?!
Narrator litościwie pominie opis jatki na torach, precyzując wyłącznie to, że ciało było ciężkie do identyfikacji. Najbardziej uszkodzona była głowa. Arnar starało się nawet nie patrzeć na miejsce zdarzenia, próbowało przekierować poczucie winy w jakieś działanie. Składania puzzli z drezyny.
— Spójrz na pas.
— Nie będę patrzeć na pas, mam tutaj inne rzeczy do roboty i wcale nie próbuję zasłonić sobie myśli, że kogoś przejechałom i nawet nie wiem, czy ten typ żył, czy nie. Znaczy, zanim przejechałom.
Kobieta przewróciła oczami.
— Wydaje mi się, że tylko jedna osoba nosiła taki pas. Tak mi się wydaje, że właściciel saloonu „Latająca Świnia” nosiłby pasek z klamrą, na której jest wygrawerowana ta świnia. W sumie Colin był też tego wzrostu…
— Wspaniale, pięknie, może się stąd zwiniemy? Nie mam ochoty oglądać zwłok, które moja drezyna przejechała.
— Racja. Jeszcze by nas oskarżyli o zabójstwo.
— Mieliby podstawy.
— Jak stoisz z tobołkami?
Gdy już udało się zebrać do kupy środek lokomocji Arnar, wyruszyli zgodnie wzdłuż torów.
— Dobra, co z tym zarobkiem? Już bez opowieści o kartach. I piwie. I tych czerwonych majtach zwisających z lady. I czymkolwiek innym. Złoto. Pieniądze. Dla mnie.
— Czyli zgadzasz się na bycie wspólnikiem? — Rozpromieniło się radośnie.
— Tylko jak coś z tego dostanę. Nie mam pomysłu na pracę na ten moment.
Arnar klasnęło w ręce z zadowoleniem.
— Saloon.
— Co?
Wyciągnęło z jednego z wielu worków pas Colina.
— Powiemy, że skoro mamy pas, to jesteśmy właścic—
— Skąd masz ten cholerny pas?! — Obruszyła się.
Odwróciła się w stronę, z której przyszli. Nie było szans już na zidentyfikowanie czegokolwiek na ciele, a tym bardziej czy brakowało tam pasa.
— Wyglądał na cennego i pomyślałom, że może się przydać! Jak widzisz, przyda się.
— Boże, trzymaj mnie.
— Czemu chcesz, żeby Bóg cię trzymał, Dahlia? Czujesz się źle? Zemdlejesz zaraz? Mogę cię o coś podeprzeć.
— Co? To tylko… Ach, nieistotne. Chcesz pokazać pas i namówić ludzi, żeby przekazali ci nieruchomość?
— Tak.
— Że oddadzą ci tak o.
— Aha. Dokładnie.
Zatkało ją. Przestała już o cokolwiek pytać. Niech się dzieje co chce, jak wejdzie do miasta, to może gdzieś zostawi tego czuba. Czy to miasteczko miało szpital? Raczej polowy. Gdyby to był taki porządny szpital, w którym mogliby go zamknąć na kłódkę w jakimś pokoju, to by było jej pierwszym wyborem. Westchnęła ciężko, a Arnar już gadało jak najęte, chociaż z pewną dozą stresu. Oraz niepokoju.
Gdy w końcu na horyzoncie zamajaczyły budynki, ucieszyła się. Kilka dni temu wybrała się w długą podróż do Saint Denis, rozmyślając o tym, co zrobi, kiedy wjedzie do miasta. A teraz była wyprana z emocji, śmierdząca i pełna obawy. Marzyła tylko o balii wody, która nie byłaby lodowata. Na gorącą, z mydłem, pewnie nie było ją stać.
Arnar zmuszone było zdjąć drezynę z torów. Okazało się, że stacja kolejowa była położona na uboczu miasta i opłacało się bardziej ciągnąć tą mizerną, poskładaną na taśmę, gwoździe, oraz dobre słowo drezynę. W duchu liczyli na to, że nie rozpadnie się na środku miasta i Dahlia będzie zmuszona wymyślić jakąś dobrą wymówkę. Że się nie znają, ono tylko się do niej przylepiło, bo potrzebowało się wygadać. Albo, że prowadzi go do szeryfa, za zabicie człowieka na torach. Było parę opcji.
Najprostsza zakładała, że po prostu opuści jeno towarzystwo jak najszybciej i uda jej uciec w inną stronę. Może miasto jest na tyle duże, że nie natrafiliby na siebie. Chociaż ciężko było ją przeoczyć. Przeklinała w duchu na to.
Gdy przeszli przez granicę, wytyczoną przez solidny płot, już miała rzucić jakąś wymówką. „Zostawiłam bydło na prerii, zapomniałam. Muszę iść”. czy coś w tym stylu. Zapomniała o innej rzeczy.
Saloon Latająca Świnia był dokładnie ulokowany tuż przy wejściu do miasta. Arnar od razu skorzystało z okazji i wyciągnęło pas.
— Mam pas! Czyni mnie to prawowitym właścicielem tego miejsca! Poprzedni właściciel mi go przekazał!
Kilka osób znajdujących się na ulicy odwróciło głowy. Arnar zdecydowanie przyciągało swoim wyglądem, to samo można było powiedzieć o Dahlii, która już nie mogła wydostać się z tej sytuacji. Zrezygnowana postanowiła zobaczyć, jak będzie wyglądał przebieg akcji. Może się jej uda zobaczyć, jak wykopują ziutka za płot?
Jeden ze staruszków, bujających się na krześle na werandzie jednego z domów, wyjął fajkę z ust.
— Aaa, ten pas ze świniakiem! Jak tak, to weź sobie ten przybytek!
Po raz drugi tego dnia ją zatkało. Nikt nie kwestionował przekazania budynku, nikt nie prosił o papiery. Niektórzy tylko mruczeli pod nosem powodzenia. Ktoś prawdopodobnie podbiegł po szeryfa, bowiem zobaczyła w oddali, jak jeden ze stróżów prawa z innym facetem zbliżają się do nich. Miastowi mogli mówić, co chcieli, ale teraz się okaże, czy to był jakiś nieśmieszny żart.
Stróż prawa, mężczyzna w średnim wieku z dorodnym wąsem, przedstawił się jako Lenny. Przedstawił również towarzysza Franklina, który okazał się jakimś gościem od papierków. Pierwszy raz w życiu słyszała słowo notariusz. Arnar za to było niewzruszone.
— Proszę podpisać tutaj i tutaj, żeby na pewno załatwić wszystkie formalności.
— Widzisz, wspólniku? — Arnar puściło oczko do Dahlii. — Gdzie się nie pojawiam, tam łapię okazje.
Wykonało zamaszysty podpis, a notariusz się uśmiechnął szeroko.
— Powodzenia życzę.
Nowy właściciel saloonu tylko podziękował i pobiegł od razu znosić rzeczy do środka. Dahlia była nieco sceptyczna.
— Dlaczego powodzenia?
— Przyda się w prowadzeniu… biznesu. — Odpowiedział enigmatycznie chłoptaś od papierów.
Miała już od jakiegoś czasu złe przeczucia. Nikt normalnie nie daje tak za byle darmo cholernego saloonu.
Po wejściu do środka zarejestrowała otoczenie. Nie był to w ogóle bar najwyższych lotów, ale był przestronny. Wnętrze było surowe, mało zachęcające, a za ladą praktycznie nic nie było. Tak, jakby ktoś opróżnił pieczołowicie wszystko, co cenne i zostawił szkielet.
— Arnar, mam złe przeczucia…
— Ta? A ja mam dobre.
Do saloonu wszedł staruszek, palący dalej fajkę. Arnar podało mu rękę, witając go jako pierwszego gościa Latającej Świnii. Chyba będzie musiała zaproponować zmianę nazwy saloonu, bo była zbyt absurdalna. Staruszek, nazywający się Jim, rozsiadł się przy jednym ze stolików i patrzył na nich z rozbawieniem.
— Odważne. Tak przejąć ten saloon.
— Czemu odważne? — Najeżyła się kobieta.
— Bo na nim ciążą gigantyczne długi. Ludzie, którzy je egzekwują, nie są najmilszymi typami na świecie i dosyć skutecznie dostają to, czego chcą.
Już nawet nie chciało się jej przeklinać w duchu.
— Jak dużo? — Arnar przełknęło gulę, sprowadzone na ziemię.
— Na tyle dużo, że poprzedni właściciel zapowiedział, że idzie popełnić samobójstwo na torach, bo nigdzie nie ucieknie przed tą mafią dłużniczą.
Spojrzeli na siebie wymownie. To wiele by wyjaśniało, czemu leżał i się nie poruszał.
— A konkretnie?
— Osiem tysięcy dolarów.
Dahlia nerwowo się zaśmiała. Umiała liczyć, ale tysiąc wydawał się dla niej całkiem potężnym konceptem. Jak ktoś miał tysiąc dolarów, był bogaty. Jak ktoś miał tysiąc sztuk bydła, był bogaty. Osiem tysięcy dolarów w czasach, w których broń kosztowała około 25 dolarów, czyli miesięczną pensję?
Arnar zbladło jak ściana. Chyba teraz zaczął docierać do nieno fakt, że przejebało. I to ostro.
— Co do kurwy? Skąd mam wziąć te pieniądze?
— Nie wiem smyku. Mam nadzieję, że czytałeś również warunki umowy podpisanej u Franklina?
— No… Nie.
To był wyjątkowy początek ich przygody.
────
[1192 słowa: Dahlia otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz