Lotus przez kilka tygodni chodziła bardziej rozkojarzona niż zwykle. Mniej jadła, więcej spała, dwa razy podpaliła sobie końcówki włosów i niemal wybiła sobie oko gałęzią, której nie zobaczyła. Zamartwiała się. Jak mogła skupiać się na treningach, kiedy jej matka potrzebowała pomocy? Odwiedzała ją niemal co weekend. Wolałaby częściej. Wolałaby wrócić na jakiś czas do domu. Co ją obchodził obóz, poradziliby sobie bez niej równie świetnie, jak z nią. Wiedziała jednak, że musi zająć się obiema sytuacjami równocześnie, co przysporzyło jej jedynie kłopotów i ciemnych worków pod oczami. Nie była w szczytowej formie.
Po tym, jak Anina straciła pracę, nie miała zbyt wiele do roboty. Ot, butelka piwa i głupawy serial w telewizji. Nie miała ochoty podnosić się z kanapy, dopóki naprawdę nie musiała. Lotus zdawała sobie z tego sprawę, ale niewiele mogła z tym zrobić - załatwienie matce nowej pracy nie było czymś, co umiałaby zrobić, chociaż bardzo by chciała. Skupiła się raczej na tym, żeby bywać w mieście częściej i wyciągać ją z domu. Na spacer, do sklepu po zakupy, na jarmark. Gdziekolwiek, byleby do oczu kobiety wrócił blask. Lotus była wystarczająco zdesperowana, żeby Anina poczuła się z tym źle. To jednak nie zdołało narobić jej tylu wyrzutów sumienia, żeby w końcu wzięła się w garść. Wrośnięcie w plusz kanapy wydawało się o wiele łatwiejsze.
Lotus z duszą na ramieniu szła do domu w wigilijny poranek. Nie miała pojęcia, czego się spodziewać. W torbie miała upchnięty prezent dla Aniny i niemal równie mocno martwiła się o to, czy matka na jego widok się chociaż uśmiechnie. Święta w ich domu miały raczej nostalgiczny nastrój. Lotus nie była nawet pewna, dlaczego; po prostu od zawsze tak było. Śmiech przy stole nie był w stanie rozproszyć smutku, który zalą gł się tam zbyt dawno temu.
Weszła na klatkę, wdrapała się po schodach na drugie piętro i otworzyła drzwi do mieszkania własnym kluczem. O dziwo, owiał ją zapach cytrynowego płynu do szyb i czegoś do jedzenia, chociaż nie mogła zidentyfikować, co to takiego. Z szybciej bijącym sercem zdjęła buty i weszła do środka. Anina, choć nie wyglądała lepiej niż ostatnio, stała przy stole i rozwałkowywała pachnące wanilią ciasto. Na usta Lotus wpłynął promienny uśmiech, a całą ją zalała ulga.
— Cześć, mamo. Co robisz? — zapytała.
Zrzuciła torbę na podłogę i podeszła do stołu, zerkając na to, co leżało na nim.
— Ciastka.
Anina posłała jej uśmiech nieco szerszy, niż w ostatnich tygodniach. Lotus już otwierała buzię, żeby dodać coś jeszcze, kiedy kobieta dodała:
— Dostałam pracę. Tu obok, w warzywniaku. Nic wielkiego, ale…
Lotus niemal przeskoczyła przez stojące na jej drodze krzesło i mocno uścisnęła matkę. Kobieta, w jednej dłoni wciąż trzymając wałek, drugą niepewnie poklepała córkę po plecach. Lotus postanowiła udać, że tak powinno być. Miała na głowie ważniejsze problemu.
— Boże, jak się cieszę! Cudownie — powiedziała, wypuszczając Aninę z niezręcznego uścisku. — Kiedy zaczynasz?
— Pierwszego stycznia. Za kilka dni idę podpisać umowę.
Drewno zaskrzypiało o płytki, kiedy Lotus usiadła na wcześniej odtrąconym przez nią krześle, zdmuchując sobie grzywkę z oczu. Zmęczenie jakoś przestało jej przeszkadzać. Mogła zignorować naprawdę wiele rzeczy, teraz, kiedy wiedziała już, że wszystko się ułoży.
Poranek Bożego Narodzenia nie był przyprószony śniegiem, na trawie był co najwyżej szron, ale nawet to nie było takie złe. Lotus ledwo co otworzyła oczy, a już pędziła do salonu, żeby sprawdzić, czy Anina wstała. Właśnie włączała telewizor. Odwróciła się, kiedy usłyszała trzaśnięcie drzwi do pokoju córki.
— Co cię tak goni? — zapytała, zarzucając sobie koc na ramiona.
— Mam coś dla ciebie! — powiedziała radośnie Lotus, trzymając w dłoniach nieco nieporadnie zapakowane pudełko.
Srebrny papier w gwiazdki był pomięty i w jednym miejscu lekko naderwany. Kiepsko radziła sobie z taśmą klejącą. To jednak ani trochę nie ostudziło jej entuzjazmu.
— Och. — Anina przejęła podarek z rąk córki. — Dla mnie?
Lotus jedynie ponagliła ją ruchem ręki. Ekscytowała się tym bardziej, niż gdyby sama miała otwierać prezenty. Kobieta rozerwała cienki papier i wydobyła ze środka niewielkie, kartonowe pudełeczko.
— No, otwórz! — zachęciła ją córka z uśmiechem.
Kiedy Anina uchyliła wieczko pudełka, wewnątrz znalazła naszyjnik zwinięty na rąbku tkaniny. To był łańcuszek, skrzętnie zrobiony z opiłowanych i wyciętych zawleczek od puszek, tu i ówdzie ozdobiony kilkoma maleńkimi kryształkami. Zawieszony był na nim niewielki medialon, który Lotus dorwała na pchlim targu na grosze. Był srebrny i zdobiony. Może nawet kiedyś się otwierał, ale teraz był tylko zwykłą ozdobą.
— Jest piękny — powiedziała łagodnie Anina, opuszkami palców wodząc po misternym łańcuszku. Powoli odłożyła go z powrotem do pudełka. — Lotus, ale ja… Nie mam nic dla ciebie. Wiesz, przez te ostatnie tygodnie nie myślałam zbyt wiele o prezentach — bąknęła, nie chcąc spojrzeć córce w oczu.
Uśmiech na ustach Lotus zadrżał, ale postarała się, żeby nie zniknął.
— To nic. Ważne, że ci się podoba. Zrobię nam kawy.
Z uśmiechem wciąż przyklejonym do twarzy, wstała i przeszła do kuchni. Dopiero stojąc plecami do matki i męcząc się z odpaleniem kuchenki, pozwoliła sobie na szybką serię mruugnięć. Nie mogła widzieć palnika jako rozmazanej plamy, jeśli nie chciała się oparzyć.
Poza tym, przecież w święta nie wolno płakać.
────
[825 słów: Lotus otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz