Mieszkanie było ciemne i zdecydowanie małe. I okropnie zagracone. Arisu musiała przesunąć ciężką, ogromną torbę podróżną, żeby w ogóle wydostać się spod drzwi. Ominęła jeszcze jedną walizkę, by w końcu dostać się do okna i podnieść rolety. Jesienne światło wpadło do pomieszczenia, które chociaż trochę przestało przypominać kryptę.
Wyjrzała przez okno, krytycznym okiem oceniając okolicę. Nie podobało jej się, że zatrzymał się akurat tutaj, ale nie była pewna, czy podobałoby jej się jakiekolwiek inne miejsce w mieście. Wydawało jej się, że zwyczajnie nienawidzi samego faktu, że zatrzymał się tak blisko.
Za chwilę przecież i tak wyjedzie.
– Specyficzna okolica – odezwała się w końcu, odwracając głowę.
Shayel spojrzał na nią, zaraz przenosząc wzrok na obraz za oknem.
– Cena mi odpowiadała – odpowiedział tylko.
Przyjrzała mu się. Nie widywali się, więc wszystkie zmiany w jego wyglądzie wydawały jej się ogromne. Powinna się tego spodziewać, ale i tak czuła się dziwnie. W beznadziejnie oświetlonym mieszkaniu jego zmarszczki wydawały się głębsze, a wory pod oczami jeszcze ciemniejsze.
Skoro on wyglądał tak staro, to nie chciała nawet myśleć o tym, jak musi wyglądać jej ojciec. Jego nie widziała jeszcze dłużej i chyba nawet nie chciała tego zmieniać.
– Nie musisz patrzeć na mnie z taką niechęcią – mruknął Shayel, przecierając twarz dłonią i odgarniając zbłąkany kosmyk włosów. – Zaraz je zetnę.
To, że jego włosy były zdecydowanie zbyt długie, jeszcze przed chwilą nie wydawało się Arisu aż tak istotne. Dopiero teraz zwróciła uwagę na splątanego kucyka i sięgający za ramię warkoczyk.
Zastanawiała się, czy zawiązał go tylko na spotkanie z nią, czy faktycznie robił to cały czas. W rzeczywistości nie miało to absolutnie żadnego znaczenia – sama uważała to tylko za głupie przyzwyczajenie.
Wydostała się spod okna, przeciskając się między niskim stolikiem a szorstką w dotyku kanapą. Usiadła na samym jej skraju, zastanawiając się, kto w ogóle kupuje meble z tak paskudnie nieprzyjemnym obiciem. Może zastanawiałaby się też, kto z własnej woli zgadza się mieszkać w miejscu z takim umeblowaniem, ale przykład kogoś takiego stał przed nią i sama z siebie nazywała go bratem, więc nie miała prawa głosu.
Obserwowała, jak kręci się, przerzucając z miejsca na miejsce swój bagaż i przez chwilę żadne z nich się nie odzywało.
Nigdy nie czuła się niekomfortowo w ciszy, którą dzieliła z Shayelem, ale na usta cisnęło jej się tysiąc pytań. Jak podróż? Ile miejsc odwiedziłeś? Udało ci się znaleźć coś ciekawego? Czy teraz w końcu zabierzesz mnie ze sobą?
Duma nie pozwalała jej ich zadać, a szczególnie tego ostatniego. Od pięciu lat była na niego zła, że nie może podróżować. Z nim, z ojcem, sama – obojętne. Nie mogła tak po prostu wykazać zainteresowania jego podróżami.
– Co u ojca? – zapytała zamiast tego, udając niesamowite zainteresowanie wystrojem.
Nie dostrzegła wielu rzeczy, którymi mogłaby być zainteresowana. Zawiesiła na chwilę wzrok na pojedynczym, kompletnie nijakim obrazie, który samotnie wisiał na środku ściany, potem na małym, starym telewizorze stojącym na jeszcze starszej komodzie. Pilota nie było nigdzie w zasięgu jej wzroku i nawet nie spodziewała się go znaleźć.
Shayel byłby idealnym półbogiem, z całą jego niechęcią do współczesnej formy rozrywki. Nie znała nikogo, kto z takim zainteresowaniem czytał gazety. Nawet ich ojciec nie był aż tak dziwny.
Spojrzała jeszcze w stronę kuchni, oddzielonej od pokoju tylko cienką półścianką. Wyglądała na starą. Gotowanie w tym mieszkaniu nie mogło być przyjemne, ale gotowanie nigdy nie było przyjemne.
– Szczerze… nie wiem.
To zmusiło Arisu do spojrzenia na brata. Kucał przy jeszcze innej torbie, grzebiąc w niej zawzięcie.
– Jak to nie wiesz?
Wzruszył ramionami, w końcu wyjmując parę nożyczek i stary grzebień.
– Nie podróżujemy razem od kilku lat. – Odwrócił się w jej stronę, marszcząc brwi. – Pisałem ci o tym.
Och.
To prawda, że Shayel w ciągu tych kilku lat wysyłał jej listy. Nie było ich dużo, a ona nie przeczytała żadnego z nich. Nawet ich nie otworzyła.
Od razu zrozumiał. Wiedziała to, chociaż jego twarz nawet nie drgnęła, i doszła do wniosku, że musiał już wcześniej się tego spodziewać. Nie wyglądał na urażonego czy zranionego. Z drugiej strony, nigdy nie potrafiła określić, czy naprawdę jest mu przykro. Był dużo lepszy od niej w zachowaniu grobowej miny i też dużo lepiej mordował ludzi wzrokiem.
Zawsze powtarzała, że uczyła się tego od najlepszych.
– Ale zakładam, że wszystko u niego dobrze – kontynuował. Stanął przed drzwiami łazienki, z dłonią na klamce i odwrócił się do niej jeszcze na chwilę. – W torbie obok ciebie są dzienniki i jakieś drobne rzeczy z podróży.
Drzwi zatrzeszczały, kiedy je otwierał. Nie zamknął ich za sobą, więc przez chwilę jeszcze patrzyła, jak próbuje rozczesać skołtunione włosy.
Rozpoznała torbę, o której mówił. Miał ją już, kiedy podróżowali razem, ale wtedy wyglądała dużo lepiej. Materiał sprał się, klapa miała zaszyte rozdarcie, a pasek wyraźne ślady po skracaniu. Arisu zawahała się, zanim sięgnęła po nią tym trochę zbyt szybkim, zbyt nerwowym gestem. Cieszyła się, że Shayel nie mógł tego zobaczyć.
– Od kiedy wozisz ze sobą pamiątki? – zapytała, chociaż spodziewała się odpowiedzi.
– To nie pamiątki – musiał podnieść głos, żeby na pewno go usłyszała. – Pewnie nie znajdziesz tam nic naprawdę ciekawego. Wiesz, że zbieram głównie papier.
Wiedziała. Nie zdziwiłaby się, gdyby większość walającego się po mieszkaniu bagażu była wypełniona po prostu książkami, gazetami i czymkolwiek innym, co akurat wydało mu się interesujące.
Musiała chwilę szarpać się z zamkiem, zanim w końcu udało jej się otworzyć torbę. Wyjęła z niej niesamowicie gruby, zniszczony dziennik, nagle zdając sobie sprawę, że jej poleganie na Shayelu nigdy nie było jednostronne. Dziennik był przewiązany sznurkiem, żeby sam się nie otwierał i nie rozpadał w rękach. Grzbiet był powyginany, okładka zniszczona, część kartek pomarszczona. Wiele było włożonych dodatkowo, a niektóre trzymały się tylko dzięki głupiemu szczęściu.
Shayelowi zdecydowanie brakowało kogoś, kto przypominałby mu, że musi dbać nie tylko o przewożone zbiory.
– Rzuciłeś tym dziennikiem do oceanu? – rzuciła pytająco, ostrożnie odkładając przedmiot na stolik. Nie odpowiedział jej.
Nie zakładała, że się tym przejmie.
Drugi był w dużo lepszej kondycji. Miał tylko kilka śladów po podrapaniach. Jakby jakiś kot próbował użyć go jako drapaka. Zastanawiała się, gdzie Shayel zatrzymywał się przez te pięć lat, bo żadne z nich nie było typem kociarza.
W jednej z bocznych kieszonek znalazła gałązkę oliwną, zamkniętą między dwiema warstwami ochronnej folii. W małym, sztywnym woreczku schowane były suche liście i kwiaty wawrzynu.
Znowu spojrzała w stronę łazienki, powstrzymując się od bardzo wymownego wywrócenia oczami. To byłoby dziecinne.
– Od kiedy zbierasz rośliny? – zapytała tylko, delikatnie układając je obok dzienników.
– Tak jakoś wyszło.
Tak jakoś wyszło, że miał przy sobie akurat to. Prychnęła pod nosem.
Wyjęła małą ilustrację w ramce, przedstawiającą nieznane jej molo i kilka wizytówek i starych biletów do muzeów, komunikacji miejskiej w różnych krajach. Na podłogę spadło kilka niewyraźnych paragonów. Nie wysiliła się, by je podnieść.
Między jakimiś opakowanymi w papier przedmiotami dostrzegła inny, skórzany woreczek. Wygrzebała go z dna torby. Był duży i znacznie cięższy od tego z wawrzynem. Jego zawartość zabrzęczała.
– Kto w tych czasach nosi trzos? – nie ukryła rozbawienia i sama była o to na siebie zirytowana. Miała przecież być na niego zła.
– Kto w tych czasach używa słowa trzos? – odpowiedział i przez chwilę Arisu wydawało się, że też jest rozbawiony.
Rozsupłała woreczek i wysypała jego zawartość na kanapę, marszcząc nos na wydawany przez zderzające się monety dźwięk.
Dłonią rozgarnęła je na boki, dodatkowo się krzywiąc. Może było to dziwne – Shayel zawsze patrzył na nią, jakby było to dziwne – ale nienawidziła dotykać monet. Czuła, jak bardzo są brudne i jak nieprzyjemne są w dotyku.
Nie pozwoliłaby sobie na taką reakcję gdziekolwiek poza tym mieszkaniem.
Od razu rozpoznała kilka rubli, pojedyncze euro z kilku państw. Odsunęła na bok brytyjskie funty i pensy, próbując sobie na szybko przypomnieć ich aktualny kurs.
– Po co ty to wszystko trzymasz?
Musiała chwilę się zastanowić, zanim rozpoznała leje. Nie pamiętała, by kiedykolwiek odwiedzili Rumunię i znowu poczuła złość.
– Tak jakoś wyszło. – Zirytowała się jeszcze bardziej, słysząc tak obojętną odpowiedź. – Zawsze o tym zapominam, a jechanie tylko po wymianę to więcej roboty niż korzyści.
Niechętnie, ale musiała przyznać mu rację.
– Byłeś w Japonii? – Chwyciła między palce kilka charakterystycznych monet.
– Niestety. Matka ojca mnie zaprosiła.
Wydawało jej się, że nigdy nie nazwał jej po prostu babcią. Sama też nigdy tego nie zrobiła.
– I niby od kiedy się do ciebie odzywa?
Znowu przez chwilę jej nie odpowiadał.
– Zrobiła to tylko raz. Zmieniłem dla niej plan podróży, a ostatecznie i tak odwołała spotkanie w ostatniej chwili – wyjaśnił w końcu. Usłyszała, jak odkłada nożyczki do umywalki, ale nie spojrzała w jego stronę. – Wysłała kogoś w swoim imieniu.
Arisu nie była zdziwiona. Już bardziej zastanawiało ją, czemu Shayel w ogóle zgodził się na to spotkanie. Nigdy nie mieli dobrych relacji z rodzicami ojca. Zresztą, Shayel nie miał nawet dobrej relacji z własną matką i jej rodzicami. Podejrzewała, że to jednak z ich dwójką jest coś nie tak.
Ewentualnie z ich ojcem. Wtedy mieli to po nim.
– Czemu w ogóle przyjechałeś? – zadała w końcu jedno z najważniejszych pytań, którego zadanie przeciągała od początku spotkania. Odłożyła jeny na kanapę, próbując rozpoznać pozostałe z porozrzucanych monet. Czuła, że powinno jej to przychodzić z dużo mniejszym wysiłkiem.
– Bo dawno mnie tu nie było.
Spojrzała krytycznie w stronę łazienki, ale teraz stał schowany głębiej i widziała tylko jego cień.
– To nie w twoim stylu.
– Wiem.
Zapanowała trochę zbyt długa chwila pełnej wyczekiwania ciszy, zanim odezwał się znowu. Arisu zdążyła rozpoznać kolejne monety: po kilka sztuk korony czeskiej i polskich złotówek.
– Znajomy archiwista ma mi podobno coś ciekawego do pokazania.
Wiedziała, że musiał mieć jakiś prawdziwy powód. Przyjrzała się bliżej kilku pozostałym monetom, których dalej nie potrafiła rozpoznać i stwierdziła, że jednak się poddaje. Oparła się wygodniej o kanapę, sięgnęła po ten mniej zniszczony dziennik i przekartkowała go powoli. Shayel dalej miał tak samo paskudny charakter pisma. Odłożyła dziennik z powrotem, zaciskając zęby.
Miała jeszcze jedno pytanie, które musiała mu zadać.
– Na jak długo zostajesz? – zapytała, z powrotem sięgając po woreczek i powoli sortując wszystkie monety przed wrzuceniem ich do środka. Kiedy Shayel nie odpowiadał jej dłużej, niż zazwyczaj, podniosła wzrok i zmarszczyła brwi.
Stał oparty o framugę, z włosami krótszymi o dobre dwa lata zapuszczania. Patrzył prosto na nią i wyglądał, jakby walczył sam ze sobą. W końcu podszedł bliżej, w nerwowym, obronnym geście krzyżując ręce na torsie. Arisu sama nagle się zestresowała.
– O co ci znowu cho—
– Myślałem, czy nie zostać na stałe.
Jedna z monet wyślizgnęła jej się z rąk.
[1700 słów: Arisu otrzymuje 17 Punktów Doświadczenia +13 za event]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz