piątek, 4 września 2026

Od Theodore'a CD Edel — „Goopya Peezda”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

Kłąb myśli i uczuć szamotał się po głowie Theodore'a, a on nie do końca był w stanie je rozdzielić. Smutek, bo w końcu ktoś przecież umarł. Strach, bo w ciągu ostatniej godziny po raz pierwszy w życiu zobaczył zwłoki i musiał spieprzać przed amfisbeną. Wstyd, bo nie udało im się zabrać stamtąd ciał ofiar. Złość, bo nie potrafił przejść nad tym, że dla herosów to było w pewnym sensie normalne. Może i część z nich dożywała dorosłości, ale przecież był świadomy tego, że niemal każdy z nich potwierdzi, że blisko zetknął się ze śmiercią. Nie spodziewał się jednak, że gdy w końcu padnie kolej na niego, aż tak bardzo nim to wstrząśnie. W końcu przecież ciągle oglądał umierających ludzi w telewizji. Czytał nekrologi. Jego matka pracowała w szpitalu, do cholery. Temat śmierci nigdy nie był mu obcy. A jednak gdy w końcu stanął z nią twarzą w twarz, niemal zmiotło go to z nóg.
Złość jednak miała do siebie to, że szybko się w nim wypalała. Wściekał się, a potem stwierdzał, że to wszystko było bez sensu. Poza tym, z jego wybuchów złości nigdy jeszcze nie wynikło nic dobrego. Naprawdę wiele wymagało od niego przypomnienie sobie, że przecież miał się już nie wściekać, że obiecywał coś mamie i że musi być mądrzejszy i nie powielać swoich gówniarskich wybryków. Nawet jeśli miał ochotę teraz wykłócać się z każdym, kto mu się napatoczy. Nawet jeśli to wszystko było tak kurewsko niesprawiedliwe.
— Theo?
Zamrugał kilka razy i uświadomił sobie, że już przez dłuższą chwilę wpatrywał się w skrawek ściany gdzieś za biurkiem Vergila, zaciskając dłonie w pięści. Przeniósł wzrok na Edel, bo to jej głos usłyszał. Razem z pretorem stała już przy drzwiach; najwyraźniej Theodore zawiesił się bardziej, niż podejrzewał. Patrzyła na niego z ostrożnym zmartwieniem, ale jednocześnie widział, że z trudem udaje jej się nie zamknąć oczu. Czasami w ferworze emocji zapominał, że im bardziej daje się porwać, tym mniej nad sobą panuje. Co oczywiście skutkowało tym, że wszyscy znajdujący się dookoła niego nagle zaczynali niemalże zasypiać na stojąco. Wypuścił powietrze przez nos i starał się nad tym zapanować, bo nie chciał, żeby na zwieńczenie tego wszystkiego Edel przywitała się twarzą z podłogą.
— Zostań w obozie, co? — wtrącił Vergil. — Sprawdź, czy nie trzeba pomóc dzieciakom na Polu Marsowym, a my to ogarniemy.
Jakaś niewielka cząstka Theo miała ochotę się kłócić, ale jej protest został bardzo szybko zduszony. W tym wszystkim nie chodziło o niego i chociaż wciąż nie rozumiał wielu rzeczy, nie miał zamiaru niczego dłużej utrudniać. Ciała tych obozowiczów musiały zostać zabrane z labiryntu i tak naprawdę to wcale nie chciał być jednym ze szczęśliwców, którym to zadanie przypadnie. Nie chciał znowu tego oglądać, a na pewno nie tego samego dnia. W pewnym sensie był wdzięczny Vergilowi, że go oddelegował.
W odpowiedzi skinął sztywno głową, ale po chwili się zreflektował i wymamrotał pod nosem coś, co brzmiało jak „dobrze, tak zrobię”.
— Przepraszam, że na ciebie naskoczyłem — mruknął do Edel, kiedy mijał ją w drzwiach, w ogóle na nią przy tym nie patrząc.
Była dla niego miła, a on jak zwykle zachował się jak gnojek. Klasyka gatunku.
Biorąc kolejny głęboki oddech, skręcił w stronę Pól Marsowych. Może przynajmniej tam uda mu się zrobić coś pożytecznego.


Koniec wątku Theodore'a i Edel.
────
[534 słowa: Theodore otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Artema CD Edgar — „I Want You To Know That I'm Awake”

Poprzednie opowiadanie

LATO

— Cześć — przywitał się, kiedy drzwi ledwo zdołały się uchylić.
W wejściu stanął Edgar, a spomiędzy jego nóg wystawał długi pyszczek pieska. Artem szczerze zdołał już zapomnieć o istnieniu tego zwierzaka.
Drzwi otworzyły się szerzej, zapraszająco, a Artem wsunął się do środka najszybciej jak mógł, żeby ciekawski jamnik nie wybiegł na korytarz. Zrzucił z nóg buty, które od razu stały się najciekawszą rzeczą na świecie dla psa i poszedł do kuchni tak, jakby był u siebie, żeby nalać sobie wody.
W tym czasie z drugiego pokoju wyłoniła się Oriana, która z niechęcią obrzuciła wzrokiem Artema.
— Nie chcę was słyszeć przez ścianę — powiedziała jedynie i wróciła do swojego pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi.
Edgar wzruszyło ramionami.
— Zły dzień.
— Spoko.
Nie interesowało go, co się działo z Orianą, bo widział ją tylko przez niecałą minutę. I przez tę minutę zdążyła go tylko oceniająco omiotać spojrzeniem.
Edgar zaprosiło przyjaciela do swojego pokoju, który wyglądał zadziwiająco dobrze. Wszystko było poukładane, nic nie walało się na ziemi, a łóżko było pościelone. Najprawdopodobniej spodziewał się, że w ciągu dwudziestu czterech godzin jego najbliższym gościem będzie Artem.
— Pomożesz mi z tą sprawą? — zapytał od razu, kiedy Edgar zamknął za nimi drzwi.
— A od czego chcesz zacząć? — Edgar rzucił się na łóżko. Ułożył się na plecach, a ręce wsunął pod kark. — Musimy od razu zaczynać?
Artem przewrócił zirytowany oczami.
— No tak, zapomniałem, że policja lubi się opierdalać zamiast pracować — rzucił zgryźliwie.
— Ej! — Edgar wyjął poduszkę spod głowy i rzucił nią w Artema. — Ja nie mam kiedy się opierdalać ostatnio!
Bez żadnego słowa oddał poduszką, trafiając nią centralnie w twarz Edgara. Nie miał ochoty nawet siadać, bo chciał wyjść i zająć się swoją sprawą, ale zostało mu użeranie się z leniwym Edgar, które akurat dzisiaj wybrało sobie dzień na nic nie robienie. Albo tylko udawało, że ma leniwy dzień.
— Pali się coś? — Edgar podniosło się do siadu. Poprawiło włosy, które się jejmu rozczochrały i schylił się, żeby wciągnąć jamnika z podłogi na łóżko. — Żartuję tylko.
Artemowi akurat w tej kwestii nie było do śmiechu, więc zbył to machnięciem dłoni. Do Edgar i tak czasem ciężko było dotrzeć.
 
Z mieszkania wyszli po niecałych dziesięciu minutach i kolejnych długich narzekaniach Edgar o tym, jak bardzo bolą jejgo nogi i że chciałby zostać. Artem ignorował każde kolejne słowo policjanta. Zgodził się mu pomóc, to teraz musi się wywiązać z obietnicy (chociaż tej jednej, bo wszystkie inne lubi łamać).
Podjechali metrem do dzielnicy, w której Artem kiedyś mieszkał i rozmawiał z poszukiwanymi przez nich mężczyznami.
— Brudno tutaj — skomentował Edgar, zauważając przepełnione śmietniki przy ścianach budynków, z których wypadały już przeróżne rzeczy. — Śmierdzi trochę też.
— Było tanio. — Wzruszył ramionami w odpowiedzi. — Wybrzydzałbyś gdyby było tanio?
— Szczerze to tak.
— Francuski piesek — rzucił zgryźliwie.
Przeszli dalej, mijając ludzi w różnych stanach upojenia alkoholowego, od pierwszych łyków piwa po totalne odcięcie na ulicy. Nie brakowało też ludzi po narkotykach i innych krętaczy, którzy chcieli opchnąć im jakieś śmierdzące badziewia za parę dolców.
— Nie bałeś się tutaj mieszkać? — spytał Edgar. Chyba dawno nie widział aż tak dziwnego środowiska.
— Nie, czemu?
Odpowiedź wydawała się na to prosta, ale Artem w rodzinnej wsi widział o wiele więcej gorszych pijaków niż tych tutaj. Oni wszyscy byli nieszkodliwi. Mogli ci tylko nawrzucać parę nieprzyjemnych słów, ale to wystarczyło nałożyć słuchawki i udawać, że się ich nie słyszy.
— Serio mnie pytasz?
Edgar z odrazą skrzywił się, kiedy wszedł w zgniłego banana. Ktoś nie trafił do śmietnika.
— Przynajmniej nie gówno — zaśmiał się pod nosem Artem, na co Edgar naburmuszył się jeszcze bardziej.
Gorsze byłoby wygrzebywanie z podeszwy banana czy psiego gówna?
Zatrzymali się na końcu ulicy, tuż przed przejściem dla pieszych. Samochodów jeździło tutaj bardzo mało, jak na to, że dalej znajdowali się w Nowym Jorku. Jakiś starszy pan w brudnych ubraniach przeszedł obok nich, rzucając im cały czas nieprzyjemne spojrzenie.
— Może powinieneś jednak to zgłosić? — Edgar spróbował jeszcze raz się upewnić, że Artem na pewno chce polegać tylko na nim. Było to przecież tak nierozsądne i głupie, że aż ciężkie do uwierzenia. Gość, który miał mózg matematyka wykalkulował, że najlepszym rozwiązaniem w takiej sytuacji będzie zatrudnić swojego przyjaciela policjanta, zamiast zgłosić to dla bezpieczeństwa na komisariacie.
Artem jednak zignorował te słowa, co nie było żadnym zaskoczeniem — zaskoczeniem byłoby, gdyby odpowiedział. Skręcił w boczną uliczkę, jeszcze straszniejszą, mroczniejsza i śmierdzącą dawno niewywożonymi śmieciami. Kręciło się tutaj jeszcze więcej dziwnych ludzi, a pod ścianami budynków siedziały grupki pijanych znajomych. Edgar przeszły dreszcze.
— Mam ogólnie plan — odezwał się Artem, chcąc przerwać nieprzyjemną ciszę. Chodzili w kółko od dobrej godziny. — Jak nas znajdą, to ty ich zaczarujesz.
— Co to ma znaczyć? — oburzyło się. — To jest twój cały plan?
— Wpadłem na to przed chwilą — odpowiedział dumnie.
— Czyli cały czas nie miałeś żadnego pomysłu, jak możemy to rozwiązać i jeszcze mnie poganiałaś?
— Tak, a co?
Edgar zmarszczyło brwi, ale postanowiło tego nie komentować.
— W jaki sposób oni cię w ogóle znajdą? Tutaj jest dużo dziwnych ludzi. — Rozejrzał się i momentalnie się skrzywił, kiedy jejgo wzrok skrzyżował się ze spojrzeniem jakiegoś obrzyganego pijaczka. — Co jak ich tutaj nawet nie ma?
Artem pokręcił głową.
— Oni zawsze tutaj są. — Skinął głową na zniszczony budynek przed nimi.
Ściany były obsmarowane graffiti, śmietnik był tak zapełniony śmieciami, że zaczęło z niego wszystko wypadać, a para naćpanych gości próbowała dobić się do środka, wściekle uderzając pięściami o metalowe drzwi.
— Wystarczy chwilę poczekać. — Sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął pudełko papierosów. — Chcesz? — Wyciągnął rękę z otwartym opakowaniem w stronę Edgar.
Jeśli musieli czekać, to przecież nie bezczynnie.

Troglodyta?
────
[900 słów: Artem otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 1 września 2026

Zion umiera


Zion McQueen


Czasem rodzinne tajemnice dotyczą tego, że twój kuzyn jest dzieckiem listonosza, czasem — że twoja rodzina jest w posiadaniu magicznych artefaktów, które ukradziono Amazonkom. Zion McQueen umarł, ujawniając tajemnicę swojej rodziny, o czym możecie przeczytać w tym wątku. Ale czy naprawdę było warto umierać za przepis na eliksir z dwóch łyżek miodu i krwi dziewicy?

Od Wintera CD Blanche — „Ostatni sen drzewa oliwnego”

Poprzednie opowiadanie

LATO

CW: ŚMIERĆ

Pierwsza rzecz, którą zrobił Winter, kiedy Amazonki zostawiły ich samych w pokoju, było wyciągnięcie ręki do Ziona. Nie był pewien, na co liczy — na poklepanie mężczyzny po ramieniu w raczej badziewnym geście wsparcia? Na to, że Zion złapie go za dłoń, ściśnie ją i zapewni, że wszystko będzie w porządku? Na to, że uda mu się otrzeć krew ze skóry syna Ateny? Przede wszystkim chciał upewnić się, że to dalej Zion, Zion, który jest wciąż żywy, więc jeszcze nic nie jest stracone. We trójkę byli silniejsi. Blanche i Zion zawsze potrafili wymyślić jakiś plan, a nawet jeśli Winter był za głupi, żeby go zrozumieć, nadal stanowił wsparcie.
Nie spodziewał się, że Zion odtrąci jego rękę. Zaskoczony Winter cofnął dłoń. W oczach mężczyzny dostrzegł ból, który błędnie powiązał z rozległymi ranami McQueena. Chciał pomóc w jakikolwiek sposób, więc zaczął zadawać pytania. W odpowiedzi dostawał półsłówka lub ciszę.
Winter miał ochotę krzyczeć w eter. Kiedy zostali sami, był pewien, że teraz wszystko się ułoży. Pół godziny było przecież wystarczającym czasem dla syna Ateny, żeby wymyślić jakiś plan. Mogli go obgadać i wprowadzić tak szybko, jak tylko Amazonki by wróciły, albo może nawet szybciej, zanim kobiety w ogóle zorientowałyby się, że już ich nie ma. Dlaczego nic nie mówili? Dlaczego Blanche go uciszyła? Stracili nadzieję? Winter czuł się bezużyteczny. Nie posiadał ścisłego umysłu Ziona ani analitycznej myśli Blanche, a Amazonki przewyższały go w sile i liczebności.
Kiedy Zion dyktował im przepis na tajemniczy eliksir, Blanche rozważała zaszyfrowaną wiadomość, a Amazonki komentowały zapiski jako brednie, Winter skupiał się na poszczególnych składnikach. Może i nie był synem Hekate, ale zdecydowanie znał się na gotowaniu. Większość tych składników nie była trudnodostępna, Winter posiadał je w domu lub wiedział, gdzie je znaleźć. Czy to znaczyło, że Zion poddał się i podał im odpowiedź na tacy, licząc, że Amazonki dadzą im spokój? Winter mógł im zaserwować najpyszniejszy wywar z krwi dziewicy, jakiego kiedykolwiek doświadczą te kobiety, jeśli tylko to zagwarantuje im wolność. Tylko skąd oni do cholery wezmą krew dziewicy?
Nie widział momentu, w którym Amazonka wbiła nóż w szyję Ziona. Wzrok znad listy podniósł dopiero, gdy krople krwi trysnęły i zbroczyły biały papier notatnika. Ujrzał dokładny moment, jak ostrze wysuwa się z ciała. Królowa Amazonek wytarła zakrwawiony nóż o udo, włożyła go z powrotem do pochwy przy pasie i zaczęła spokojnym głosem wydawać rozkazy swoim podwładnym.
Zion wydał z siebie bulgoczący odgłos, próbując zaczerpnąć dech. Ostatkiem sił próbował wyrwać się ze wciąż przytrzymujących go łańcuchów, ale życie zaczęło uchodzić z niego zbyt szybko. Kiedy zemdlał, głowa opadła mu na pierś, a z ust wciąż wydobywało się rzężenie.
Winter zaczął krzyczeć wbrew swojej woli. Reakcja Blanche nie była wystarczająca, żeby powstrzymać królową Amazonek przed zabiciem Ziona, ale za to udało jej się złapać Wintera za koszulkę, kiedy rzucił się do przodu. Bogowie jedni wiedzieli, co Amazonki mogły zrobić im teraz, kiedy tak naprawdę byli im niepotrzebni. Próbował się wyszarpać, ale kobieta chwyciła go pod ramiona i trzymała, dopóki nie ugięły się pod nim kolana i razem nie opadli na posadzkę magazynu.
Wcześniej myślał, że ogień spalił mu wszystkie struny głosowe, ale nieludzki wrzask, który z siebie wydawał, mówił coś zupełnie innego. Krzyczał, płakał i próbował się wyrwać, targany nieznaną siłą nawet pomimo tylu ran i osłabienia. Wybuchały w nim emocje tak silne, że przez chwilę irracjonalnie poczuł, że nienawidzi Blanche, za to, że go przytrzymywała, za to, że nie uciekli kilkanaście minut wcześniej i że żadna z jej magicznych mocy córki bogini szczęścia nie zadziałała.
W końcu go puściła. Być może sama opadła już z sił, może uznała, że i tak już nie mają nic do stracenia. Winter rzucił się do krzesła, na którym siedział bezwładny Zion. Drżącymi rękoma rozerwał strzępy przesączonej krwią koszulki, żeby lepiej zobaczyć ranę, ale na tym cała jego pomoc mogła się skończyć. Nie był na tyle mądry, żeby wymyślić plan ucieczki. Nie miał żadnych umiejętności, żeby zatamować krwawienie lub wyleczyć mężczyznę. Nie wiedział, co zrobić z dłońmi, próbował więc wcisnąć palce w ranę. Krew pulsowała słabo pod jego opuszkami. Drugą ręką podjął próbę uwolnienia ciała mężczyzny z łańcuchów, ale nie miał w sobie tyle siły.
— Zion. Zion. Zion — powtarzał jego imię jak mantrę, jak prośbę, licząc, że ktoś go usłyszy, może Zion, może jakaś siła wyższa. Ktoś musiał w końcu odpowiedzieć na jego wołania, ale nie mógł to być sam Zion, bo mężczyzna był już daleko stąd, na jednym brzegu Styksu.
Zion na jego oczach robił się bledszy i bledszy. Z jego ust wciąż wydobywały się ostatnie rzężenia. Winter umilkł, kiedy puls pod jego palcami zanikł. W milczeniu, wstrzymując oddech, żeby nie ominąć ani jednego odgłosu niknącego bicia serca, przesuwał dłońmi po każdym odsłoniętym skrawku szyi Ziona. Położył otwartą dłoń w miejscu, gdzie jeszcze kilka minut temu biło jego serce. Nic. Klęknął przy krześle i oparł czoło o klatkę piersiową mężczyzny, licząc, że jedynie zmysł czucia go zmylił, ale po drugiej stronie nie usłyszał odpowiedzi organu. Z rozchylonych ust syna Ateny wciąż dochodził warkot, kiedy powietrze uchodziło z jego płuc.
— Żadna ilość ambrozji już go nie uratuje — usłyszał za sobą głos młodej dziewczyny.
Zdążył zapomnieć, gdzie są i o tym, że zaraz mogą skończyć tak samo, jak Zion. Prawdopodobnie tak skończą. W tym stanie Winter wręcz marzył o tym, żeby skończyć tak samo, ale żadna Amazonka nie ruszyła się z miejsca. Gdyby Winter odważył się podnieść głowę, zauważyłby, że znowu zostali w pomieszczeniu prawie sami: tylko on, Blanche, Zion po drugiej stronie rzeki i jedna, jedyna strażniczka w kombinezonie Amazonu, która patrzyła na tę scenę tak, jakby oglądała naprawdę bardzo słaby mecz w telewizji. Nie byli już godni spotkania z królową Amazonek. Ostatnim aktem miłosierdzia z jej strony było pozwolenie na pożegnanie się z synem Ateny, kiedy brał swój ostatni oddech.
Winter załkał. Zacisnął pięści na rozerwanej koszulce mężczyzny i płakał, krzycząc w jego martwe, bezwładne ciało, dopóki znowu nie utracił głosu. Twarz miał wtuloną w resztki jego ubrania, ale nie czuł już znajomego zapachu Ziona, bo atmosfera w powietrzu była przesączona krwią. Winter mógłby już nigdy nie zmywać z siebie tej krwi, jeśli będzie to ostatnia rzecz, która zostanie mu po Zionie.


mamo bo zion pękł w salonie :^(
────
[1010 słów: Winter otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja CD Sony — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Mikołaj na początku nie odpowiedział. Wbił spojrzenie w swoje frytki, starając się za wszelką cenę unikać kontaktu wzrokowego z Adamem, który, jak na złość, siedział naprzeciwko niego. Czuł na sobie ciężki, niezadowolony wzrok księdza i zdecydowanie nie chciał go do tego widzieć. Wziął głęboki oddech, rozważając możliwe opcje, razem z ich potencjalnymi plusami i minusami.
— Poradzimy sobie sami — powiedział w końcu, zerkając z ukosa na Sony. — Nie mamy przecież pięciu lat.
Greg uniósł brew pytająco, a Sony spojrzała na chłopaka z nadzieją i oczekiwaniem na usłyszenie jego planu. Szkoda tylko, że żaden plan nie istniał. Mikołaj próbował jedynie podnieść Sony (i przede wszystkim siebie) na duchu. Nie miał pojęcia, jak zamierza tego dokonać, ale wiedział, że teraz nie ma opcji, aby się wycofali. Znajdą się w Minnesocie, choćby nie wiem co.
— I jak chcecie to zrobić? — zapytał Greg, widząc, że Mikołaj nie zamierza kontynuować. W jego głosie poza ogromnym sceptycyzmem dało się wyczuć nutkę zaciekawienia, którą mężczyzna starał się zakamuflować nieprzekonanym uśmiechem.
— Jeszcze nie wiem — wzruszył ramionami. — Ale jak już tam dotrzemy, to dostaniecie masę zdjęć i filmików, no i wtedy będziecie żałować, że was tam nie ma.
— I nie dostaniecie pamiątek — dodała Sony z satysfakcją.
— Bo was na nie nie stać.
Mikołaj przygryzł wargę, wybity z rytmu. Greg miał rację — nie było ich stać nie tylko na pamiątki. Jego rodzice tak bardzo przyzwyczaili się do jego pobytu w darmowym obozie, że nie przysyłali mu nawet kieszonkowego. Jedynie opłacali bilety na samolot do Europy raz, może dwa razy w roku. Teoretycznie mogliby pomóc im i teraz, ale chłopak nie zamierzał zdradzać im swojego planu. Zareagowaliby jeszcze gorzej niż Greg i Adam. Nie, rodzice nie mogli się dowiedzieć, że gdzieś jedzie.
— Możemy spróbować złapać stopa — powiedział pierwszą rzecz, która wpadła mu do głowy. — Sony chyba potrafi, nie?
— Nie ma opcji.
— Czemu nie? Przecież tak się poznaliśmy — zauważyła Sony.
— Drugi raz możecie nie trafić na przyjaznego księdza, tylko zboczeńca z bronią. Co wtedy?
— Albo miłego hipisa, nigdy nie wiesz — zaśmiała się.
— To zbyt niebezpieczne — zapierał się Greg.
— Buuu, znowu hipokryzja! — Mikołaj zamachnął się frytką, przystawiając ją do twarzy Grega, jakby mu nią groził. — Wyglądasz jak ktoś, kto na naszym miejscu by tak zrobił. I nie uwierzę, że tak nie jest.
— Prawda???
Greg uniknął frytki Mikołaja i kątem oka spojrzał na Adama, który widząc ożywienie, wyciągnął z ucha jedną słuchawkę. Przez chwilę patrzył na nich pytająco, ale nie słysząc nic ciekawego, włożył ją z powrotem. Greg westchnął głęboko.
— To były inne czasy. Byłem młody i głupi, a teraz—
— Czyli wtedy byłeś fajny, a teraz jesteś nudnym dorosłym? — Sony wypowiedziała na głos to, czego Mikołaj się nie odważył. Greg wyglądał na urażonego.
— Tego nie powiedziałem!
Mikołaj zjadł ostatnią frytkę i poczekał, aż Sony zrobi to samo. Kiedy to zrobiła, po prostu wstał od stolika.
— Oddajcie nam rzeczy z auta, pójdziemy na nogach — zarządził, zbierając śmieci ze stolika. — No co? To nie może być tak daleko, dzień marszu, góra dwa… — dodał, widząc zaskoczone spojrzenia pozostałych. Wyglądali tak, jakby chłopak właśnie oświadczył, że nie zamierza dojść do innego stanu, a co najmniej na Marsa.
— Na nogach? — Sony patrzyła na niego uważnie, czekając, aż ten zacznie się śmiać. Ze wszystkich jego głupich żartów, ten był najgłupszy. Mikołaj jednak wyglądał, jakby mówił poważnie. — Co? Jak?
— No, normalnie — odparł zdziwiony. — Chodnikiem, może jakimś polem… najwyżej prześpimy się pod mostem, albo w jakiejś kukurydzy… tylko musimy znaleźć mapę.
— Dzieciaku — Greg odezwał się takim tonem, jakby tłumaczył pięciolatkowi, czemu nie może dotknąć ogniska. Nie wiedział, od czego ma zacząć. — To jest najgłupszy pomysł, jaki usłyszałem od… od dawna.
— Dlaczego? Mnie się podoba — przyznała Sony.
— Siadaj, pokażę ci coś — polecił chłopakowi, a gdy ten posłuchał, wyjął z kieszeni telefon i odszukał aplikację z mapą.
Mikołaj niechętnie wykonał polecenie i znudzony podparł głowę ręką. Bez przekonania patrzył. jak Greg wyszukuje trasę z Nowego Jorku do Minneapolis, a w końcu odwraca telefon przodem do nastolatków.
— Patrzcie, jesteśmy tu, koło Harrisburga. A wy chcecie dojechać tu.
— Dalej, niż myślałam… — przyznała Sony niechętnie. — Pół kraju…
Mikołaj wzruszył ramionami.
— Pff, pół kraju to nie tak dużo. Odkąd miałem dziesięć lat, matka mnie wyciągała siłą na każdą pielgrzymkę. Przestała dopiero, jak zacząłem przyjeżdżać tu… Nie ważne, do Częstochowy też miałem pół kraju — machnął ręką. — Na spokojnie dojdziemy.
— Częstochowy…? — Adam od dłuższej chwili przysłuchiwał się ich rozmowie. — Jesteś z Ros—
— Polski — przerwał mu, nie pozwalając dokończyć przekleństwa.
Greg szybko odszukał na mapie Polskę. Parsknął śmiechem, widząc skalę porównywanych odległości. Trasa z Nowego Jorku do Minnesoty tak na oko była równa dwóm, może nawet trzem Polskom.
— No, kochany, to teraz patrz na to.
Mikołaj bez słowa spojrzał na ekran. Prychnął coś o zepsutych proporcjach mapy, założył ręce na piersi i zawiesił wzrok na wyjściu z McDonalda. Za przeszklonymi drzwiami widać było zachód słońca.
— Nie moja wina, że u was wszystko jest takie wielkie — odezwał się obrażony.
Po paru minutach, kiedy Adam i Greg dokończyli swoje burgery, cała czwórka wyszła na parking. Drogę do auta znowu przeszli w ciszy. Mikołaj nie potrafił znaleźć żadnego kontrargumentu do tego stopnia, że nawet nie protestował, wchodząc do pojazdu. Zdał sobie sprawę, że każdy z jego pomysłów był głupszy od poprzedniego. Zbliżająca się noc dodatkowo zniechęciła go do szukania transportu na własną rękę.
Widział jak Adam, znowu ze słuchawkami w uszach, wygodnie opiera się na położonej na szybie poduszce. Żałował, że w pośpiechu nie wziął z obozu nic miękkiego. No, może poza flanelową koszulą, która obecnie była ściśnięta w plecaku tak mocno, że strach było ją wyciągać. Zapowiada się długa noc.
Sony wychylała się zza siedzenia kierowcy, usiłując dostrzec twarz Adama. Jej nieudolne próby dostrzegł Greg.
— Śpi — powiedział, domyślając się, czego szuka.
— Greg… — odezwała się nieśmiało. Słysząc ciche „hm?” wzięła głęboki oddech i zadała pytanie. — A ta twoja sprawa w Pittsburgu… ona jest bardzo ważna?


Sony?
────
[950 słów: Mikołaj otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Blanche CD Wintera — „Ostatni sen drzewa oliwnego”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Rodziny się nie wybiera. To zdanie trafiało w punkt jeszcze dobitniej, kiedy było się półbogiem. Nikt o zdrowych zmysłach nie wybrałby boga czy bogini na swojego rodzica. Brak matki czy ojca w życiu był jednym. Z perspektywy czasu najbardziej męczący był ten wielki czerwony krzyżyk na środku czoła, przez cały czas oznaczający ich jako przekąska dla potworów lub marionetka dla kaprysów fatum.
Blanche miała już prawie czterdziestkę na karku. Była już zmęczona tą ciągłą gonitwą. Wiedziała, że przekroczyła już średnią długość życia dla herosów. Zion również. Mieli ciche porozumienie zrodzone z sympatii do tego rzepa na tyłku — chronić go wystarczająco długo, by mógł dożyć jeszcze bardziej sędziwego wieku. Pomimo tego, że ich relacja zrobiła się nieco skomplikowana, gdy zrozumieli, że nie powinni być parą, dbali również o siebie nawzajem.
Dlatego serce Blanche krajało się, gdy patrzyła, jak Zion spluwa własną krwią na posadzkę, i nie mogła nic z tym zrobić. Po raz kolejny tego dnia poczuła się przygnieciona swoją bezradnością. Była najstarsza z ich trójki. Powinna ich ochronić, powinna wymyślić jakiś cudowny plan, który pomoże im wszystkim wyjść z tego bez szwanku. Tymczasem Zion nie był zapewne nawet w stanie stanąć na nogi, a ciało Wintera pokrywały okropne poparzenia. To ona powinna nosić te ślady, to ona powinna odczuwać ten ból.
Te kilka miesięcy spędzone jako (nie do końca) partnerka Ziona i lata spędzone na swoistym wspólnym wychowywaniu Wintera przyniosły jednak coś więcej niż przywiązanie. W tym momencie to Winter znał lepiej syna Ateny, jego zachowania i najnowsze wiadomości z jego życia. Blanche wciąż potrafiła jednak wyczuć, kiedy Zion próbuje ukryć jakiś fragment prawdy. Zion nie miał w zwyczaju kłamać. Kiedy okoliczności tego wymagały, sprawnie naginał prawdę, nie odchodząc jednak od niej zbyt daleko. Tak jak teraz.
„Powiedziałem wam wszystko, co wiem o Thalestris i o mojej prababce”. Nie wspomniał jednak nic o artefakcie. Nie wspomniał o pozostałych członkach rodziny, którzy mogli mieć jakąś wiedzę na temat włóczni Thalestris i mu ją przekazać. „Nie przywrócę mojego ojca zza grobu, żeby zmusić go do gadania”. Blanche wiedziała, że Felix McQueen był kimś niezastąpionym w życiu Ziona. Nauczył go wszystkiego, co umiał, a po śmierci zostawił w życiu swojego syna wyrwę. Być może nauczył go jednak czegoś więcej niż gra na gitarze czy w szachy. Wspomnienie o nim zdawało się mieć w tym momencie jakiś większy sens. Ale jaki?
— Tak, tak, już to mówiłeś. Skoro nie chcesz nam wyznać prawdy, może twoi przyjaciele ją z ciebie wydobędą. Wrócimy tu za pół godziny i jeśli do tej pory żadne z was nie będzie gotowe do rozmowy, spotkają was konsekwencje. Może patrzenie, jak ucinam im palec po palcu, pobudzi twoje szare komórki, synu Ateny — zagroziła królowa Amazonek, niby od niechcenia muskając sztylet spoczywający u jej boku.
Blanche zdecydowanie wolałaby zachować wszystkie palce. Zion był jednak półprzytomny i raczej nie zdawał się rwać do zdradzania im swoich głęboko skrywanych sekretów, nawet wtedy, gdy ich trójka została w pomieszczeniu sama. Czy raczej, jak podejrzewali zapewne wszyscy, w towarzystwie podsłuchów oraz kamer…
Zegar na ścianie tykał złowrogo, odmierzając każdą mijającą sekundę. Ciszę od czasu do czasu wypełniały coraz bardziej absurdalne pytania lub próby sformułowania planu ucieczki przez Wintera. Zion odpowiadał mu jedynie pomrukami lub półsłówkami, stanowiącymi dla nich jedyny wyznacznik tego, że mężczyzna wciąż jest przytomny. Gdy chłopak wspomniał coś o swojej matce, Blanche odezwała się po raz pierwszy, odkąd drzwi zamknęły się za Amazonkami. O ile wysyczane „ćśś” uznać można za odezwanie się. Być może się myliła i Winter nie zdawał sobie sprawy z tego, że na pewno byli wciąż obserwowani i słuchani. Jeśli jednak miało im się coś stać, nie zamierzała wciągać w to jeszcze Keen. Miała dość zmartwień, próbując znaleźć sposób na to, by chociaż ich syn wyszedł z tego wszystkiego cało.
Kiedy zegar odmierzał już ostatnie kilka minut, Zion nagle wyprostował się na swoim krześle. Uczynił to z niemałym trudem i przypłacił za ten ruch kolejnym napadem kaszlu i splunięciem krwią na podłogę. Strużka krwi zmieszanej ze śliną wciąż spływała mu po kąciku ust, kiedy spojrzał poważnym wzrokiem na siedzących naprzeciwko niego Blanche i Wintera.
— U szczytu stołu są kartki papieru i długopis. Będziecie ich potrzebować.
— Zion… — zaczęła Blanche. Nie wiedziała, co planuje syn Ateny, jednak cichy głosik z tyłu jej głowy zwany intuicją szeptał, że to się źle skończy.
— Zaufaj mi, Blanche. Wiem, co robię. Nie mogę pozwolić, żeby przeze mnie stała się wam krzywda.
Zanim zdołała otworzyć znowu usta, Winter wstał ze swojego krzesła. Przez chwilę wstrzymała oddech, spodziewając się miotaczy ognia czy strzał pędzących prosto ku niemu. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Najwyraźniej wstawanie było dozwolonym posunięciem. Zwłaszcza jeśli zdaniem Amazonek miało je zaprowadzić ku zaginionemu reliktowi. Już chwilę później na blacie przed Blanche spoczął blok notatnikowy i długopis, oczywiście sygnowane logo Amazonu.
— Ty masz ładniejsze pismo — bąknął chłopak i powrócił na swoje miejsce.
Przez chwilę wyglądał tak, jak gdyby nie minął nawet rok od ich pierwszego spotkania. Jego mina przywodziła na myśl bardziej zagubionego chłopca niż młodego mężczyznę, którym się stał na przestrzeni lat. Po chwili jednak przybrał bardziej opanowaną minę i spojrzał na Ziona.
— No dobra, po co nam te kartki? Będziemy rysować mapkę? — spróbował zażartować. Żadne z nich się jednak nie zaśmiało.
— Mój ojciec opracował sposób na ukrycie włóczni Thalestris przed wszystkimi innymi. Odzyskanie jej wymaga między innymi przyrządzenia mikstury, na którą przepis mi przekazał — wyjaśnił Zion, a na rękach Blanche pojawiła się gęsia skórka.
Zion dyktował. Blanche notowała. Zegar tykaniem odmierzał kolejne sekundy. Nawet oddech Wintera zdawał się cichszy niż wcześniej. Kiedy córka Tyche skończyła zapisywać nazwę ostatniego składnika, drzwi pokoju znowu się otworzyły. Czas się skończył.
Królowa Amazonek nie zadawała pytań i nie czekała na wyjaśnienia. Stanęła za Blanche i zaczęła czytać nad jej ramieniem.

pięć nasion słonecznika
pięć liści eukaliptusa
dwie łyżki miodu
jeden kwiat hibiskusa
dwa korzenie mandragory
sześć jagód belladonny
trzy szklanki wody źródlanej
cztery mililitry naparu z pokrzywy
pięć kropli krwi dziewicy

— Co to za brednie? — wycedziła Amazonka.
Blanche najchętniej sama zadałaby to pytanie. Nie ważne ile razy przebiegała wzrokiem po ciągu liter przed sobą, nie potrafiła odnaleźć w nim sensu. Pierwsze lub ostatnie litery nie układały się w żadną ukrytą wiadomość. Może to ten ciąg cyfr tworzył jakiś kod?
— To nie brednie, tylko przepis przyjaciela mojego ojca. Syna Hekate. Jeśli zbierze się i odpowiednio odmierzy składniki, a w nów uwarzy się z nich eliksir, można będzie za jego pomocą odzyskać włócznię. Wystarczy polać tym grób mojej prababki. — Zion mówił z coraz większą trudnością. Patrzył jednak Amazonce prosto w oczy, pomimo bólu i wyczerpania trzymając głowę wysoko uniesioną.
Amazonka wyglądała na usatysfakcjonowaną jego wyjaśnieniem. Posłała nawet w jego kierunku uśmiech, którego błysk przywodził na myśl ostrze noża.
— Świetnie. Twoi przyjaciele na pewno wyrywają się do tego, by zdobyć dla mnie te składniki. Za to ty, drogi synu Ateny… Ty nie jesteś nam już potrzebny.
Nogi Blanche podniosły ją z krzesła, zanim mózg zdołał w pełni zarejestrować ten ruch. Nie zdążyła jednak uczynić niczego więcej, zanim ostrze sztyletu, który Amazonka wyciągnęła z pochwy wręcz błyskawicznym ruchem, zatopiło się w szyi Ziona.


Winter?
────
[1160 słów: Blanche otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Edel CD Doriana i Kurta — „Serve the servants”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA IV

Słuchanie o zwierzętach hodowalnych jest ekstremalnie inspirujące, szczególnie dla wyobraźni. Edel, jako lewicowa wegetarianka i przeciwniczka wszelkiej krzywdzie dziejącej się zwierzęciom musi prawie dosłownie ugryźć się w język, żeby nie skomentować zarówno pełnej brokatu i magii historyjki o cielęcim porodzie na pace ciężarówki, jak i o przewozie zwierząt na takie odległości w takich warunkach (mimo że jeszcze nawet nie rzuciła okiem na pakę ciężarówki), a także o karmieniu świń frytkami. Dziewczyna decyduje uśmiechać się miło i kiwać głową, bo rozpoczęcie dyskusji o prawach zwierząt oraz walki o ich dobrobyt mogłoby sprawić, że ich jedyny ratunek (cytując: „mieli tyle szczęścia!”) przestałby być czymkolwiek bliskim do ratunku i postanowiłby nie tylko odjechać sobie w siną dal, lecz także mógłby stać się agresywny wobec trójki biednych, porzuconych przez ich opiekunów dzieciaków.
– Wow, super – sucho rzuca Dorian, a wypowiedziane przez niego „super” równie dobrze mogłoby zostać uznane za „z zimną krwią zamorduję całą twoją rodzinę i pozwolę, żeby twoje pałaszujące fryteczki prosiaczki pożarły ich trupy, a podczas tego rytuału ty będziesz przywiązany do krzesła i musiał to wszystko oglądać”. Przynajmniej Edel tak to odbiera. Mężczyzna tylko miło się uśmiecha, najwyraźniej nie widząc w dziwnym niewidomym chłopaczku żadnego zagrożenia.
– Bardzo dziękujemy, panie…? – pyta Edel.
– John Johnson, miło poznać, panienko – John Johnson mruga do dziewczyny i pstryka w daszek swojej czapki. – Mamy taką tradycję w rodzinie, że każdy pierworodny ma na imię John. Mój ojciec to John, mój dziadek to John, mam kuzyna Johna i drugiego kuzyna Johna… wujka pewnie jakiegoś też! Ale mój brat to już jest Johnatan, a drugi brat Jean, a trzeci Juan. Czwartego nie mam, a trochę szkoda, bo może nazywałby się Tom – śmieje się, chyba myśląc, że zarzucił jakimś inteligentnym żartem. Edel trochę z wyczerpania, a trochę ze zwykłego bycia miłą, wymusza suchy chichot, co najwyraźniej jest ponad siły Kurta i Doriana. – Dobra, dzieciaki, to wskakujcie na pakę. Po drodze może złapiemy jakiegoś McDonalda, co?
– Byłoby cudownie – rzuca Edel, choć wcale tak nie myśli, podczas gdy bracia już wspinają się na ciężarówkę.
Na pace jest niemal równie gorąco, jak na środku pustyni. Obrzydliwości ich sytuacji dodaje fakt, że unosi się tu bardzo intensywny zapach nigdy niemytych zwierząt, ich paszy i ich odchodów i w ogóle wszystkiego, co związane jest z chlewem. Gorące cielska ocierają się o skórę i ubrania, świnie otaczają herosów ze wszystkich stron, a gdy Edel patrzy w oczy jednemu ze zwierząt, czuje, że ono byłoby w stanie zjeść ją na żywca. Nawet nie wie, dlaczego. Po prostu jest coś w tych małych, paciorkowatych oczkach i w pysku, który nie wyraża żadnej emocji. Świnie co jakiś czas trochę się kołyszą, suną po blasze albo próbują przespacerować się wśród swoich towarzyszek i Edel w ciagu pięciu minut skończyła całkowicie zastawiona czterema świniami, podobnie jak Kurt i Dorian. Pewnie się z tego cieszyli, że w końcu mają czas dla siebie. Najlepiej radził sobie Terminator, który troszkę sterroryzował prosiaki swoją wielkością i teraz wszystkie zerkają na niego z poważnym szacunkiem, zostawiając mu z dwa centymetry przestrzeni osobistej. Groteski dodaje ciągła gadanina Johna Johnsona, której żaden z półbogów nie jest w stanie usłyszeć przez ryk silnika i odgłosy wydawane przez zwierzęta.
Edel ma ogromną nadzieję, że jednak nie zatrzymają się w żadnym fastfoodzie, bo wtedy musiałaby wejść do przestrzeni publicznej, śmierdząc prosiakami. Gdyby miała na sobie ogrodniczki i słomiany kapelusz to mogłaby zbudować wrażenie osoby, która właśnie powinna tak pachnieć, ale zdecydowanie wygląda bardziej na kogoś, kto roznosi wokół siebie słodki zapach papai.
Gdy już nie muszą się do siebie odzywać, Kurt i Dorian z radością to wykorzystują. Ewentualnie wymieniają między sobą skrawki zdań, których Edel nie byłaby w stanie usłyszeć, nawet jeśli nie byłyby wypowiadane półgłosem. Tak czy siak prędzej zintegrowałaby się ze świniami, o które się opiera w poszukiwaniu półwygodnej pozycji, niż z dwójką nastolatków z kohorty, którą zarządza. Z westchnieniem (błąd, musi teraz nabrać w płuca więcej powietrza zakrapianego obrzydliwym swądem) zmienia pozycję i opiera swój notatnik na zgiętych nogach, dopiero teraz orientując się, że gdzieś musiała zgubić swój długopis. Zrezygnowana, wymienia zdesperowane spojrzenie z jedną ze świń, która pomaga jej w sposób ekskluzywny dla wszystkich delikatnie ohydnych zwierząt – parę kropli ciągnącej się, gęstej śliny spada na kartki z notatnika Edel. Bardzo niemetaforyczne krople przeważają szalę i dziewczyna z obrzydzeniem wyrywa kilka stron, żeby potem zgnieść je w kulkę i wepchnąć do kieszeni, bo nawet w takiej sytuacji nie wyobraża sobie zaśmiecić jakiejś tam pustyni.
– Jak daleko jest stąd do San Francisco? – woła na tyle głośno, że może chociaż Kurt i Dorian ją usłyszą, choć wątpi w to, że akurat od nich otrzyma miłą odpowiedź. Albo w ogóle jakąkolwiek odpowiedź.
– Centurionka nie powinna znać się na geografii? – cięta riposta Doriana trafia w Edel jeszcze przed tym, jak pytanie powisiało w powietrzu jakieś dwie sekundy. Jeszcze nawet nie dojrzało.
– Śmieszne – komentuje Kurt, wcale nie brzmiąc na rozbawionego.
– Osiem godzin, dzieciaki!!! – wrzeszczy John. – Co wy, nie uważaliście, jak wam opowiadali o planie wycieczki? Ci nauczyciele to serio muszą być jacyś nie ten tego. Brać tutaj dzieciaki, nie mówić im o nakryciach głowy, zostawiać je na pastwę losu i na przegrzanie! Co za czasy!! To wszystko przez tę nową politykę, mówię wam.
– Spałam, jak tu jechaliśmy – odpowiada Edel, choć nie jest pewna, czy ta odpowiedź jest w ogóle wymagana i czy tym razem John ją usłyszy. Jej poharatane struny głosowe powoli przestają jej słuchać, a język już jakiś czas temu postanowił zmienić się w suchego gluta, który tylko czasem trafia w dobre miejsce w ustach.
Edel najchętniej by się przespała, ale odnalezienie komfortowego miejsca wraz z pociesznymi świnkami w trzęsącej się na każdym, najmniejszym kamyczku przyczepie nie sprzyjało jakiejkolwiek formie relaksu. Wpatrywanie się w niebo też nie działa, bo jedyne, co Edel może zobaczyć, to oślepiające słońce. Pozostaje wpatrywanie się w prześliczne tyłki świń. Ewentualnie w ich jeszcze śliczniejsze oczy. Edel ma ochotę się zabić. Albo zabić kogoś. Nie świnie. Świnie na to nie zasługują. To one są ofiarami tej sytuacji.
Dziewczyna delikatnie próbuje przegonić parę prosiaków, żeby dostać się bliżej Kurta i Doriana, ale zwierzęta mają gdzieś jej próby. Edel przez chwilę patrzy na nie bezradnie, mamrocze jakieś przeprosiny i próbuje siłą przesunąć parę świnek, które w odpowiedzi żałośnie kwiczą, ale rzeczywiście przesuwają się o parę niewielkich przesunięć raciczek. Heroska przeciska się pomiędzy nimi i po paru minutach męczarni wreszcie stwierdza, że jest wystarczająco blisko braci, żeby z nimi normalnie porozmawiać.
– Kiedy Terminator będzie w stanie nas stąd zabrać? – pyta, patrząc raz na Kurta (który aktualnie wpatruje się w widoczny ponad grzbietami świń horyzont), a raz na Doriana (definitywnie najbardziej znudzonego z całej ich paczki, co jakiś czas odnajdującego rozrywkę w skubaniu sierści najbliższej świni).
– Terminator odpoczywa – odpowiada Dorian, jakby Edel wcale tego nie wiedziała.
– Chyba nie chcecie siedzieć tutaj osiem godzin?
– Może ty nie chcesz – prycha Kurt, wciąż nie obdarzając dziewczyny najkrótszym spojrzeniem.
– Nawet jeśli Terminator odpocznie, to zabierze tylko nas. Mnie i Kurta. Ewentualnie tylko mnie. Jeszcze się zastanowię.
Edel. Edel po prostu się poddaje. Kiwa głową, mówi: „aha okej” i chce wrócić do swojego odosobnionego świniowego kącika, ale zdaje sobie sprawę z tego, że ten kącik już nie istnieje, a przemieszczenie się gdzie indziej będzie wymagało ponownego grania świniami w bardzo nudnego tetrisa. Dlatego po prostu zostaje przy chłopakach, w głowie ustalając, co produktywnego może zrobić przez osiem godzin.
Szybko odpowiada sobie, że w sumie to nic.

Nuda zaczyna im doskwierać jakieś dwadzieścia minut od rozpoczęcia jazdy, a warto zaznaczyć, że czuli, jakby to dwadzieścia minut trwało co najmniej dwadzieścia godzin. Nie mają tutaj absolutnie żadnego zajęcia i w pewnym momencie Edel najzwyczajniej w świecie wyrwała kartkę ze swojego notesu, żeby metodą prób i błędów odkryć, jak składa się łabędzia z origami. Doznała wszystkich stanów od zniecierpliwienia do absolutnej furii, wykonała szybkie ćwiczenie oddechowe i aktualnie powtarza ten proces na kartce wymiętej bardziej, niż zdrowie psychiczne ich wszystkich razem wziętych. Dodatkowo blaszana podłoga z każdą kolejną sekundą staje się coraz bardziej niewygodna, a Edel zdaje się, że zamiast się ochładzać, jest tylko coraz bardziej gorąco. Gdy wyciera pot z czoła, to nie wie, czy na dłoni zostają resztki jej makijażu czy już złuszczający się naskórek. Każda z opcji jest równie nieprzyjemna do zaakceptowania.
– Może jednak ten telefon do Vergila nie był takim złym pomysłem – rzuca to stwierdzenie w przestrzeń, niekoniecznie oczekując jakiejkolwiek reakcji. – Mógłby wysłać tu kogoś, kto umie się teleportować.
Odpowiada jej cisza. Tylko Dorian po raz dziesiąty w ciągu ostatnich dwóch minut zmienia pozycję na trochę bardziej komfortową.
– To takie dość bezbolesne wyjście z sytuacji, wiecie? Albo, nie wiem, jak dojedziemy do jakiegoś miasta to możemy pożegnać się z Johnem i złapać normalnego stopa. Albo poruszać się normalnym transportem publicz…
– Mówisz o sobie. Ja polegam na Terminatorze – oznajmia niewzruszony Dorian.
Edel bierze głęboki wdech. Jeszcze siedem godzin i czterdzieści minut. Może w tym czasie jakiś bóg się nad nią zlituje i po prostu ją zabije. Dziewczyna w myślach zaczyna pisać pierwszy szkic rozmowy z Vergilem o tym, że kończy służbę. Nawet nie wie, czy to rozmowa, czy ma mu wysłać jakieś wypowiedzenie, bo raczej nie rozmawia się o takich rzeczach, ale ten moment, ta teleportacja, to poczucie bezsilności – to jest jej koniec i to jest moment, w którym ona nie zamierza dłużej pełnić jakiejkolwiek służby obok Kurta i Doriana. Nawet jeśli w tym momencie dopięli swego, to ona, kolokwialnie mówiąc, ma to gdzieś.

Wreszcie zatrzymują się w jakimś McDonaldzie. Wbrew oczekiwaniom Edel, jest to McDonald na kompletnym odludziu otoczony kompletnie niczym i to w ogóle nie jest podejrzane, że McDonald stoi sobie ot tak pośrodku niczego, to normalne dla fastfoodów. Są wszędzie. Nawet tam, gdzie nie ma niczego. Spoceni, zmęczeni i pragnący szybkiej śmierci, powoli wydostają się z pełnej świń przyczepy.
– Super, że go tu wybudowali, nie? – mówi John, stojąc obok ciężarówki z rękoma opartymi na biodrach. – Bo wiecie, ja tą trasą często jeżdżę i w ogóle. To jest takie optymalne miejsce, żeby był tu McDonald, idealnie się czasowo mieści w harmonogram posiłków, wiecie?
– Ciekawe – odpowiada Edel. Automatycznie kiwa głową, gdy John jeszcze kontynuuje, prowadząc ich dziwną grupkę do bardzo niepodejrzanego McDonalda. Jedyną myślą, jaka aktualnie pojawia się w głowie Edel, jest to, że może jakby zeszła do toalety w tej restauracji, to okazałoby się, że jest tal Labirynt Dedala. Naprawdę już wolałaby szybką rundkę po Labiryncie niż dalszą podróż w tej okropnej ciężarówce.
John uprzejmie otwiera im drzwi i z jakiegoś powodu Edel nawet nie jest zaskoczona tym, że w restauracji nikogo nie ma.


Dorian?
────
[1718 słów: Edel otrzymuje 17 Punktów Doświadczenia]