sobota, 24 stycznia 2026

Od Vex CD Inez — „To nie wandalizm tylko kameralna posiadówka!!!”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Inez wygląda na zrozpaczoną. Na szczęście, Vex się tym kompletnie nie przejmuje. Znudzone patrzy na dziewczynę, a ona patrzy na nieno z dziwną desperacją, jakby naprawdę chciała teraz wziąć no za rękę i zaprowadzić na piknik z różowymi ciasteczkami w kształcie serduszek. Po tym pewnie zaczęłaby z niem rozmawiać na temat demoralizacji młodzieży oraz szkodliwości popełaniania takiego przestępstwa, jakim jest wandalizm. Opowiedziałaby nu historię o jej koledze, który kiedyś psiknął farbą na blok mieszkalny, został złapany przez policję i potem siedział w izbie wytrzeźwień, bo przy okazji był naćpany (pewnie założyłaby też, że podobna sytuacja nigdy nie przydarzyła się Vex co byłoby całkiem odważnym założeniem).
– Ja stąd wychodzę – stwierdza Vex i jeszcze raz wstrząsa puszką z farbą. Jeno koleżanka chyba nie do końca rozumie, skąd dokładnie wychodzi, więc dodaje: – W sensie z obozu. Nie chce mi się myć cudzego gówna.
– Rodzice ci pozwolą? – naiwnie pyta Inez, na co ono nie znajduje innej odpowiedzi niż prychnięcie suchym, nieradosnym śmiechem. Skonsternowana dziewczyna marszczy brwi, a farba prawie wypada jej z rąk, bo tak bardzo skupia się na zrozumieniu reakcji Vex, że aż zapomina, że coś trzyma.
– Moi rodzice to sobie mogą gadać. – Wzrusza ramionami z kpiącym uśmieszkiem na ustach. – Mam osiemnaście lat, więc-
– O, naprawdę?
Vex patrzy na nią spod byka, co dla niej pewnie wygląda nieco zabawnie, bo legioniszcze jest od niej o pół głowy niższe. Dzięki temu może dokładnie podziwiać brązowy odrost na czubku jeno głowy, a oczy zasłania jej gęsta grzywka. Gdzieś spod niej wystaje czubek nosa. Tylko w wyobrażeniu Vex wygląda w ten sposób groźnie, ale ile by się nie prężyło i jak nie stawałoby na palcach, to nie jest w stanie dorównać Inez. Frustuje no to jeszcze bardziej, niż cokolwiek, co mówi dziewczyna tym radosnym, beztroskim tonem, aż ociekającym dziecięcą naiwnością.
– Myślałam, że jesteś bardziej w moim wieku. – Vex nie pokazuje po sobie zaskoczenia, bo szczerze myślało, że Inez albo jest od nieno starsza, albo są rówieśnikami. Gdyby było kimś innym, może niezręcznie by się uśmiechnęło i zapytało, ile w takim razie ona ma lat, ale jest sobą, więc udaje, że no to kompletnie nie interesuje.
Na tym ich nieszczególnie miła konwersacja umiera. Przynajmniej na moment, podczas którego stoją naprzeciwko siebie, oboje z puszkami farby w rękach i oboje równie zdezorientowani w tym, co teraz mają robić. Vex z chęcią zaczęłoby po prostu bazgrać po ścianach latryn, które na całe szczęście nie są w tym momencie wybuchane przez jakieś dzieci Kloacyny albo obozowych chemików i piromanów, ale Inez za to… chyba najchętniej poszłaby do jakiegoś centuriona (Vex w myślach błaga, żeby to nie była Cherry, tak to może sobie iść skarżyć) albo od razu do pretora, bo czemu nie, i tam powiedziałaby, że mają w Obozie wandalcze. Co nie jest szczególnie dziwne, bo prawie każdego obozowicza można w ten sposób określić. Oprócz tych rzeczywiście grzecznych i przymilających się centurionom (oraz samych centurionów).
Vex postanawia nie przebierać w środkach, które posiada jako mały, fioletowowłosy kurdupel.
– Słuchaj, kurwa. – Przeklina dla lepszego efektu. – Jeśli powiesz komuś o tym wszystkim – trochę niewyraźnie wskazuje na swoje otoczenie, w tym siebie – to ci tak wpierdolę, że się od tego nie pozbierasz i mnie zapa-
– Ej, bez takich, proszę – przerywa nu Inez z miną małego, przestraszonego szczeniaczka. Nie wie, czy dobrze widzi, ale w jej oczach chyba zbierają się łzy i ten żałosny widok sprawia, że jednak jest nu trochę głupio (tylko trocę). – Nie naskarżyłabym, słowo.
– Myślisz, że ja ci teraz uwierzę? – kpiąco pyta Vex, choć zupełnie szczerze trochę nu ulżyło. Miało zdecydowanie za dużo problemów z władzami obozowymi przez ostatnie parę lat.
– No… wiesz. Nie musisz? – mamrocze żałośnie. NAPRAWDĘ ma łzy w oczach. – Ale wciąż możemy iść coś zjeść i pogadać…
„Weź już po prostu spierdalaj” – chciałoby powiedzieć Vex, ale coś no powstrzymuje. W takich momentach myśli sobie, że jednak coś jest w tym byciu półbogiem. Gdyby było bogiem, mogłoby być okrutne do woli.
– Dobra, idź sobie po prostu. Nie chcę niczego jeść ani rozmawiać – mamrocze zamiast tego, żeby zabrzmieć na trochę mniej… ostre. Choć, tak zupełnie szczerze, to by coś zjadło. Może jak wreszcie narysuje na ścianie jakiegoś kutasa i napisze obok: „ma to w dupie Izan King” to poczuje się na tyle spełnione, że aż pójdzie zjeść jakieś… cokolwiek będzie się dało znaleźć w Obozie. A to znaczy, że zje coś przepełnionego wszystkimi składnikami odżywczymi, jakie istnieją i oczywiście wszystkich będzie w tej abominacji prawie po równo. Trzeba budować mięśnie i zdrowo się odżywiać, motto kuchni Obozu Jupiter.
Inez jednak się no nie słucha. Dalej stoi z tą przeklętą puszką, którą trzyma tak, jakby po raz pierwszy w życiu widziała walcowaty przedmiot. Vex szybkim ruchem wyrywa ją z jej rąk i intensywnym spojrzeniem jeszcze raz każe jej sobie pójść.
– Wiem, graffitti to też forma sztuki, ale możemy znaleźć lepsze miejsce? Potem ktoś to będzie musiał znowu pomalować i tak dalej… dołożysz innym obowiązków…
– Nic mnie to nie obchodzi.
Dziewczynie zaczynają się kończyć argumenty. Vex patrzy na jej zrezygnowaną minę i gdzieś w środku nie budzą się w niem dziwne pokłady czułości albo litości — po prostu wie, że dopóki ona będzie tutaj stała, to nie da rady namalować na ścianie nawet najmniejszego kutasa w całym San Francisco, co powiedziałoby, że jest co najmniej irytujące. Dlatego wysila wszystkie swoje zdolności aktorskie, które zostały nu z nagrywania filmików dla Almy (oby nigdy więcej nie musiało mówić przy kimkolwiek „uwu”, nawet jeśli to miało na celu zdenerwowanie drugiej osoby) i wzdycha bardzo głęboko i bardzo zrezygnowane.
– Dobra. Wiesz co, masz rację – mówi jak najbardziej przekonująco, mając trochę nadzieję, że Inez albo jest głupia, albo bardzo głęboko wierzy w dobro tkwiące w każdym człowieku, jakieś tam magie przyjaźni i magiczne kucyki. – To nie jest dobry pomysł. Opuszczony szpital psychiatryczny brzmi lepiej – mamrocze dalej, bardzo nieentuzjastycznie chowając cały sprzęt z powrotem do torby. Nie pokazując po sobie najmniejszego wysiłku czy żalu, zarzuca ją na ramię i nawet udaje nu się nie załamać pod jej ciężarem.
– To idziemy na frytki? – Z radością pyta Inez, a po łzach nie ma śladu. Nawet jeśli nie uwierzyła w szczere intencje Vex dotyczące zejścia z drogi zdeprawowanego nastolatka, to przynajmniej widzi, że rzeczywiście wszystko ładnie spakowało i pewnie stwierdziła, że dopóki przy niem jest, to nie będzie próbowało jakichś dziwnych wyskoków. Vex bardzo gorąco chce myśleć, że jednak uwierzyła w to głupie kłamstwo i się do nieno, łagodnie mówiąc, odklei.
– Nie – odpowiada, tym razem zupełnie szczerze. – I polecam ci się ode mnie odpierdolić.
– Nie musisz być takie niemiłe.
– Jest to mój świadomy wybór.
Po tych słowach odchodzi… bardzo chciałoby odejść, ale Inez idzie u jeno boku. Jest… zdecydowanie uparta.
– Postawię ci te frytki.
To jak kuszenie diabła.
– Okej – zgadza się wreszcie, bo darmowe frytki w tej chwili są dla nieno ważniejsze niż honor i duma. – Tylko to odłożę.
Próbuje zignorować to, jak Inez cieszy się morda. Powinno bardziej zastanawiać się nad tym, kogo próbuje wciągnąć w swoje głupie i ryzykowne plany (zdecydowanie powinien być to ktoś, kogo ono już zna, inaczej, jak widać, kończy się to niezbyt dobrze).


Inez?
────
[1156 słów: Vex otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz