ZIMA
– Fajnie.
– No, fajnie – przytakuje mu Edel, podczas gdy jej twarz, ba, ona cała, znajduje się tak blisko Silasa, jak typowa bohaterka komedii romantycznej po nakręconym z siedmiu kątów upadku na swojego ukochanego podczas jazdy na łyżwach. Jej plecy przygniata czyjś bardzo twardy i bardzo kanciasty plecak, którego właściciel chyba nadal nie jest w stanie odzyskać równowagi. Nogi kobiety plączą się w długich spódnicach, rajstopy zahaczają o poszarpany plastik siedzenia i jeżeli jeszcze nie są dziurawe, to gdy tylko spróbuje się przesunąć będą. Próbuje jak najmniej inwazyjnie wysunąć się spod turysty z plecakiem, ale zadanie skutecznie utrudniają jej śliczne, kobiece ciuchy, które nierozważnie, w ten jeden dzień w roku, postanowiła na siebie włożyć. Kątem oka widzi nieco złośliwy uśmiech Silasa, który nawet nie kiwa palcem, żeby jej pomóc, jedynie wodzi za nią wzrokiem. – Wiesz, zawsze doceniałam twoją przyjaźń – stwierdza Edel, gdy wreszcie, ani na moment nie tracąc determinacji, udaje jej się stanąć nad Silasem (pan z plecakiem bardzo przeprasza).
– Przecież wiem. – Uśmiecha się heros, podczas gdy Del próbuje strzepać z jego koszulki drobiny swojego podkładu. – Ale nie musiałaś wstawać. Trochę tak sobie postoimy.
– Nie dziwne to?
– Co, dziwne? Awaria metra? – Ku dziwnemu zdezorientowaniu Edel, Silas nie udaje zdziwionego — jest naprawdę, w stu procentach, zaskoczony.
– No, bo widzisz. Może to coś związanego, wiesz, z potworami i tak dalej…? – tłumaczy niepewnie, ale mężczyzna nie wydaje się przekonany. I raczej nie ma w planach przekonać się do uwierzenia w nagły zamach potworów na ten konkretny pociąg, w którym znalazła się ich konkretna dwójka, w ten konkretny dzień.
– Jakbym każde niepowodzenie zwalał na potwory, to byłbym niesomowicie beztroskim i szczęśliwym człowiekiem, wiesz – wreszcie mówi Silas, kompletnie pomijając fakt, że byłby również niesamowitym paranoikiem, gdyby rzeczywiście tak myślał. – Ktoś ze mną zerwał? To potwór go do tego namówił. Wypiłem mleko z laktozą? Potwór mi je podłożył. Nie mam zasięgu? To znowu te cholerne potwory, które robią sobie małpi gaj z wieży telekomunikacyjnej…
– Lassie.
– Co?
– A co jeśli… – Heros unosi dłoń, żeby ją uciszyć. Edel posłusznie zamyka usta, ale Silas nic nie mówi. I… i nic nie mówi. Dlatego ponawia próbę: – A jeś-
– Ciiiiiiiiiiiiiiiii.
– ?
– Nie ma potwora. Jakby był, to by się nam pokazał, prawda? Więc go nie ma – przedstawia jej swoje bardzo logiczne rozumowanie, wygodnie rozwalony na półtorej siedzenia. Z jakiegoś powodu nikt nie zajmuje pozostałej połowy bardzo wygodnego krzesełka, ale nie ma czasu na zastanawianie się, dlaczego.
Edel jest zdeterminowana. Nie dość, że wykorzystuje dodatkowe centymetry, które dają jej buty na platformie (i tak nie jest w stanie dojrzeć niczego ciekawego nad głowami ludzi), to również wykorzystuje swój niesłychanie dobry słuch, żeby przysłuchać się ogólnemu gwarowi. Chyba udaje jej się dosłyszeć więcej niemieckich przekleństw, niż sądziła, że zna, ale to wszystko. Niespokojnie bawi się swoim zegarkiem kieszonkowym, tak jakby z sufitu miał na nią spaść Minotaur. Aktuanie nie uznaje tego za jakoś bardzo nieprawdopodobne.
– Słuchaj, ja wiem, że Obóz jest traumatyczny, ale na stanie nie mamy kozetki – informuje ją Silas, wyrywając ją z zamyślenia. Patrzy na niego spod zmarszczonych brwi, ale jej oczy szybko, prawie jak same z siebie, przenoszą się za szybę okna pociągu. Jeszcze bardziej marszczy brwi, trochę w nadziei, że to wyostrzy jej wzrok, a trochę dlatego, że już naprawdę ma dość. – Co, przyszli jacyś mechanicy? – pyta Silas i też się odwraca, choć za oknem widać tylko absolutną ciemność.
Edel mogłaby przysiąc, że jeszcze przed chwilą coś tam było.
Nic nie widzą, ale słyszą uderzenie w drzwi. Metal ociera się o siebie, gwar spleciony z wiązanek przekleństw i podenerwowanych prób uspokojenia płaczących dzieci nagle ucicha, wszystkie oczy skupiają się na wgnieceniu w drzwiach. Gdy następuje drugie uderzenie, wszyscy, oprócz Edel i Silasa, gwałtownie się odsuwają. Naciskają przyciski otwierające drzwi do innych wagonów, przepychają się między sobą, depczą wszystkim po stopach. Edel uchyla się przed tłumem, Silas szybko przyciąga ją do siebie, zmuszając ją do skulenia się na siedzeniu obok niego.
– Mówiłam?!
– No, mówiłaś, rzeczywiście. – Brzmi tak, jakby wciąż się uśmiechał, ale gdy Edel unosi głowę, nie odnajduje znajomo uniesionych w górę kącików ust, spomiędzy których często dodatkowo wystaje w połowie wypalony papieros. – Wiesz, zawsze mogę… spalić cały wagon i tak dalej. Zrobić wielkie bum i po sprawie. – Jakiś próbujący przepchnąć się przez spanikowany tłum facet patrzy na niego jak na terrorystę, a Silas tylko puszcza do niego oczko.
– Tak, twój grecki ogień na pewno nam się tutaj przyda – mamrocze Edel, poprawiając chwyt na swoim zegarku. Nie ma tu tyle miejsca, żeby mogła zmienić go w pilum. Przebiłaby kogoś na wylot.
– Wiesz, teoretycznie to coś wciąż nie dostało się do środka, więc może ruszymy, zanim-
Kolejne, głośniejsze niż wcześniej, uderzenie w drzwi przerywa mu w pół zdania. Tym razem metal postanawia się poddać i, ku nieszczęściu wszystkim, którzy wciąż znajdują się w wagonie (Silas, Edel, parę przerażonych ludzi, może szczury), spomiędzy szpary wyłania się głowa człekokształtnego stwora, a wszystko coraz bardziej zaczyna przypominać scenę z horroru średniej klasy. Edel wreszcie otwiera swój zegarek, w jej dłoni pojawia się pilum mniejsze i naszczęście tylko jedna kobieta dostała jego drzewcem w bok. Zanim Edel wymamrotała przeprosiny, poszkodowana zniknęła pomiędzy ludźmi, którzy zgromadzili się przy końcu wagonu. A Silas… wreszcie podnosi się z siedzenia, żeby dalej udawać, że niczym się nie przejmuje (przejmuje się, bo nawet Del widzi, że aż wstrzymał oddech ze stresu). Rozgląda się wokół siebie, pewnie w poszukiwaniu jakiejś zastępczej broni, bo rzucanie granatami greckiego ognia w wagonie berlińskiego metra mogłoby być dobrym pomysłem tylko w chorym śnie piromana.
Długie, zdecydowanie za długie uszy ciągną się za przeciskającą się przez wykrzywione drzwi kreaturą, a z nich wystają przeraźliwie wielkie piankowe zatyczki. Potwór musi jeszcze tylko przeciągnąć przez szparę gruby, wypchany po brzegi strzałami kołczan, żeby móc w pełni stanąć wewnątrz wagonu, otrzepać szarawe futro z pyłu i się przeciągnąć. Edel na moment zastyga, zanim przypomina sobie, że powinna to ośmiopalczaste stworzenie zaatakować, zanim on zrobi to pierwszy.
Rzecz w tym, że ten długouszny człowieczek wcale nie wygląda na groźnego i spragnionego krwi potwora. Wygląda na marnego cosplayera Słonika Dumbo, który nie trafił na konwent albo na halloweenową imprezę. Heroska próbuje sobie przypomnieć, co to, na bogów, jest i czemu wygląda na bardzo cywilizowanego obywatela dzierżącego łuk z wycelowaną prosto w jej serce strzałą.
Zdecydowanie łatwiej walczy się z czymś, co nie przypomina człowieka.
Półbogowie odskakują, każde w swoją stronę. Edel czuje ukłucie bólu, a jej wyszperana w lokalnym lumpeksie koronkowa bluzka staje się podłą dziurawą narzutką. Potwór szczerzy się do nich jak najszczęśliwszy Słonik Dumbo na świecie i żadnemu z herosów się to nie podoba. Za straszydłem do wagonu próbuje przecisnąć się jego pobratymiec, który zamiast zatyczek ma wciśnięte na łeb spore słuchawki, które wyglądają, jakby perfekcyjnie odcinały go od jakichkolwiek dźwięków otoczenia. Silas posyła Edel zdezorientowane spojrzenie, które ona zupełnie ignoruje — skupia się bardziej na walką pilum bez rzucenia nim w cywili, którzy w panice ukrywają się przed… dla nich to pewnie zwykli terroryści albo obdarci bandyci i dwójka głupich dzieciaków, które próbują z nimi walczyć. Niezłe widowisko.
Strategia, do rozumnych potworów potrzebna jest dobra strategia. Której ona nie ma, bo nawet nie pamięta, czym są te stworzenia.
– Ej, Decybel, masz może… nóż jakiś? – rzuca jeden ze stworów do drugiego. Ten marszczy brwi, tylko po to, żeby pokręcić głową. – Na święte głośniki. Dobra. Łuki są okej.
Podczas gdy on rozmawia ze swoim towarzyszem, Edel postanawia zaatakować. W parę susów jest już przy kreaturze, która, z dość znudzonym wyrazem twarzy, po prostu wzlatuje na swoich ogromnych skrzydłach pod sufit wagonu. Tam kończy swoją wypowiedź i znowu strzela do Edel, zmuszając ją tym do przetoczenia się po brudnej podłodze metra i zaplątania się w swoje własne ubrania. Siłuje się ze spódnicami (ma ich na sobie aż trzy), podczas gdy potworek nie marnuje czasu i zmusza ją do znacznie szybszych reakcji, niż ona jest w stanie wykonać. Ze zniszczonym makijażem oraz z krwią cieknącą po ramionach i boku brzucha, ukrywa się za siedzeniami. Gdy zza nich wychodzi, dumnie dzierży broń i prezentuje swoje piękne czarne kolarki, które przezornie założyła pod spódnice.
Prawie wpada na jednego ze stworów, który gotowy jest wbić jej strzałę w gardło (przeklęty, próbował się do niej zakraść) i przez chwilę się siłują: on strzałą, ona pilum. Silas w tym czasie używa swoich cudownych mocy do rzucania w drugiego potwora tłustymi opakowaniami po jedzeniu z McDonalda i chyba jest bliski oddania się zupełnej rozpaczy.
Kreatura odskakuje od Edel, szybkim ruchem poprawia swoje słuchawki. Już bez zbędnego przedłużania połączonego z etycznymi rozważaniami na temat zabijania człekokształtnych i obdarzonych zdolnością mowy potworów, Edel rzuca się na uszate stworzenie, próbując wbić pilum gdziekolwiek w jego ciało.
– KOŃCZĄ MI SIĘ OPAKOWANIA – wrzeszczy Silas, uderzając potwora ostatnim pudełkiem po nuggetsach w zasięgu jego wzroku. Przy okazji przeszkadza stworom podmuchami nagłego wiatru, których nie powinno być w zamkniętym wagonie. Strzały ze smutkiem odbijają się od okien i wbijają się w fotele, podczas gdy herosom udaje się przetrwać z płytkimi draśnięciami.
– Akord, a mówiłem, żeby wziąć khandy! – woła potwór wcześniej określony Decybelem do swojego partnera z zatyczkami wcisniętymi do uszu. Ten tylko wzrusza ramionami i uchyla się przed strumieniem coca-coli, którą próbuje zaatakować go Silas.
– Silas! – woła Edel z niemal drugiego końca wagonu. Mężczyzna odwraca głowę w jej stronę i z jego spojrzenia heroska wyczytuje wystarczająco dużo, żeby stwierdzić, że jest on bardzo bliski podpalenia całego wagonu (przy czym Del zgodzi się z nim, że to zdecydowanie najłatwiejsza droga ucieczki, ale szkoda, że tak destrukcyjna). – To są te takie, które od dźwięków… tego! Wiesz!
Heros posyła jej najpierw zdezorientowane spojrzenie, a potem radośnie kiwa głową i chyba rozumie już, o co jej chodzi.
Nie pamięta nazwy wrażliwych na dźwięk potworów, a uświadomienie sobie ich słabości nie zajęło Edel aż tak długo. Zważając na ich imiona, zatyczki i słuchawki, było to naprawdę trudnym zadaniem, któremu pewnie nie podołałby niejeden heros, zwłaszcza w stresie!!!
Del stwierdza, że na żałowanie swoich błędów przyjdzie jeszcze pora.
Bez słów ustala z Silasem plan (albo to ona ustala plan, do którego on będzie musiał się dostosować) — najpierw ona spróbuje zrzucić jednemu słuchawki, a drugiemu wygrzebać zatyczki z uszu, a wtedy on wreszcie użyje swoich mocy do czegoś lepszego niż uczynienia prowizorycznej broni z fast foodów. O ile w międzyczasie nie umrą od świszczących w wagonie strzał.
────
[1681 słów: Edel otrzymuje 16 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz