Isobel stała na środku pomieszczenia, w którym mocno zalatywało desperacją i tanim izotonikiem. Nie umiała tylko stwierdzić, którym bardziej. Nie była też do końca pewna, co właściwie tutaj robi — nie narzekała na dużą ilość wolnego czasu. Godziny, które spędzała poza uczelnią i nie w pracy, poświęcała zwykle albo na naukę, albo na bieganie po sklepach w poszukiwaniu promocji. Pieniądze, które udało jej się zaoszczędzić jeszcze w rodzinnym mieście, szybko się skończyły, jej pensja nie była zbyt duża, a opłaty za wynajem mieszkania były obciążające. Niewiele miała środków na zbyciu.
A jednak tego dnia miała wolne. Barry i Barny musieli wyjechać w sprawie, której jej nie objaśnili, a Is nie była na tyle kompetentna, żeby zostać w barze sama. Musiałaby wyhodować sobie minimum dwie dodatkowe ręce, by temu podołać, albo w ogóle się sklonować. Ku niezadowoleniu stałych bywalców, lokal musiał zostać zamknięty. I chociaż po powrocie z uczelni miała ochotę przespać następne dwanaście godzin, postanowiła zrobić z tym czasem coś bardziej produktywnego.
Nie miała bladego pojęcia, dlaczego wybrała akurat siłownię — jej zesztywniałe mięśnie raczej nie płakały z radości na wieść treningu, ale Isobel zdawała sobie sprawę z tego, że trochę się zaniedbała. Dużo chodziła, ale to była tak naprawdę jej jedyna regularna aktywność fizyczna. Odpuściła sobie wieczorne bieganie zaraz po przeprowadzce do San Francisco, kiedy stwierdziła, że chyba jest to zbyt niebezpieczne. Nie, żeby była bezbronna, ale raczej wolała dmuchać na zimne. Jeden trening niewiele zmieni, ale może chociaż doda jej odrobinę zapału. Wejściówka na siłownię nie kosztowała fortuny i jeśli zdecydowałaby się na częstszy trening, może by nie zbankrutowała, choć na karnet zdecydowanie nie było jej stać. W ten sposób, przebrana w improwizowany sportowy strój, znalazła się na sali ze sprzętami do ćwiczeń. I nie za bardzo wiedziała, co powinna ze sobą zrobić.
Po sesji standardowego rozciągania (ponaciągane mięśnie nie wchodziły w grę), musiała na chwilę stanąć i rozejrzeć się. Zbyt wiele było tu wymyślnych sprzętów, których nie umiała obsłużyć. Obie bieżnie były zajęte, więc odpadały. W ogóle panował tu większy ruch, niż spodziewałaby się w przypadkowy czwartek o godzinie siedemnastej. Niestety, Isobel nie uznawała porażki tak łatwo. Z promiennym uśmiechem i rudym kucykiem kiwającym się na boki podeszła do pierwszej osoby, na którą padł jej wzrok.
— Hej, przepraszam bardzo, wiesz może, jak się używa tego cholerstwa? — zapytała całkiem uprzejmie, pokazując palcem na wypatrzoną maszynę i spojrzała na swoją nieszczęsną ofiarę.
Kobieta miała ciemną skórę, tatuaże i wyglądała, jakby mogła poskładać Isobel jedną ręką, ale to jej nie zniechęciło. Grzecznie poczekała, aż „rozmówczyni” zwróci na nią swoją pełną uwagę.
— Wiesz, rzadko chodzę na siłownię, a za każdym razem, jak się w jakiejś pojawiam, to dodają inne wymyślne badziewie. Zupełnie jakby chcieli celowo uprzykrzyć człowiekowi życie — zaśmiała się. — Zajmę ci tylko chwilę.
— Jasne — odpowiedziała kobieta, kiedy w końcu została dopuszczona do głosu.
Może i się nie uśmiechnęła, ale najwidoczniej nie miała problemów z udzieleniem pomocy. Zeszła z niskiego podestu, na którym stała i wytarła dłonie o spodnie, po czym wyminęła Is i przeszła do sprzętu, który wywołał cały ten raban.
— To wcale nie jest takie skomplikowane — dodała, siadając plecami do metalowego słupka.
— Serio? Bo wygląda jak diabelskie nasienie. Ale i tak nienajgorzej w porównaniu do reszty. — Isobel wzruszyła ramionami, obserwując, jak kobieta z wprawą łapie za uchwyty przy górze i zapiera się stopami o podłogę.
— Musisz powoli przyciągnąć uchwyty do siebie. Możesz też usiąść tyłem, ale wtedy jest trudniej — powiedziała, powoli pokazując poprawne wykonanie ćwiczenia. — Lepiej zmniejsz sobie ciężary.
Odsunęła uchwyty na ich poprzednie miejsce i wstała. Is zaczęła gmerać przy ciężarkach.
— Dziękuję ślicznie, życie mi ratujesz. Tamtych byczków bym się raczej nie spytała — parsknęła śmiechem, skinając głową w stronę dwóch dość napakowanych mężczyzn ćwiczących najbliżej.
Zostawiła sobie dość niewielkie obciążenie, żeby nie wrzucać się na głęboką wodę. Z mięśni jej ramion raczej nie było co zbierać, a naprawdę chciała wyjść stąd cała i zdrowa. To był jej główny cel na najbliższe dwie godziny. Usadowiła się na twardym siedzeniu i złapała za uchwyty, ale nie wyglądała, jakby silnie śpieszyła się do ćwiczeń.
— Jestem Isobel, tak w ogóle — powiedziała, spoglądając w stronę kobiety, która zdążyła już wrócić do własnego treningu.
Niestety, znajdowała się wciąż w zasięgu jej głosu.
— Dahlia.
— Fajne imię. Raczej rzadkie, co nie? Chyba wcześniej nie znałam nikogo, kto by miał na imię Dahlia. Mylą cię z Dalią? Bo mnie ciągle ktoś nazywa Isabelle, co jest strasznie wkurwiające — paplała, postukując palcami o gumowe otoczki na metalowych uchwytach.
Na (nie)szczęście Dahlii, niewiele czynności umiała wykonywać w ciszy. I chociaż zaczęła w końcu wykonywać swoje ćwiczenie, jadaczka dalej jej się nie zamykała.
— Często tu przychodzisz? Ja w sumie pierwszy raz. Jak już się mogłaś domyślić. Jutro pewnie będę musiała się doczołgać na wykłady. Ale czy komuś kiedyś zaszkodziła maleńka dawka sportu? Jeśli nie, to ja mogę być pierwsza.
Z zapałem godnym dzieciaka, który właśnie dostał kolorowankę i nowe kredki, walczyła z maszyną. Ta odrobina dumy, którą jeszcze miała, nie pozwoliła jej jeszcze bardziej zmniejszyć obciążenia, choć byłoby jej zdecydowanie łatwiej.
— Całkiem tu ładnie. Jak na siłownię — dodała jeszcze, zanim Dahlia zdążyła jej odpowiedzieć.
Najwidoczniej ćwiczenie strun głosowych szło jej dużo lepiej niż mięśni.
────
[841 słów: Isobel otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz