Gdy potok słów zalewał uszy Dahlii i wypełniał przestrzenie w jej mózgu, nie oponowała.
Nie było to jej pierwsze rodeo, już w pracy natrafiała na sporą liczbę osób, które wylewały z siebie informacje, jak wartki potok. Zanim weźmie pierwszy wdech, żeby rzucić wyzwanie i przerwać ciąg wodny, zawsze ją porwą w strumień. Albo wyminą zręcznie, zostawiając z pytaniem zwisającym w powietrzu, którego odpowiedź pływa gdzieś w gąszczu 5 minut dalej. Albo nawet nie zaczęła się formować w źródle.
Jakby ktoś postawił Dahlii wybór: osoba, która bez przerwy papla albo milczek, wybrałaby to pierwsze.
Przy uparcie milczących osobach sprawa wygląda zazwyczaj tak, że musisz siłą wykopywać informacje tam, gdzie Ci wskazują. Przy odrobinie szczęścia pierwsze uderzenia spowodują jakieś wycieki, na tym może jako tako pracować. Gorzej, jak trafia na kogoś, kto absolutnie się niczym nie chce dzielić, tak, jakby te informacje były na wagę złota. A często chodziło się o tak błahe sytuacje, jak „co się stało w tym Starbucksie, był pan świadkiem walki dwóch kobiet?”. Dni z takimi wywiadami zaliczała do gorszych.
Przez głowę przemknęła jej myśl, czy tak właśnie się czują pozostali, którzy puszczali sobie muzykę czy podcasty przez słuchawki.
W tym momencie robiła przysiady ze sztangą.
Przysiad.
…jak miałam te pięć lat, to wskoczyłam na podobną maszynę, bo odkryłam, że siłownia nie była zamykana…
Przysiad.
…potem jakaś babcia się na mnie wydarła, bo stanęłam w butach na ławce, ale skąd miałam wiedzieć…
Przysiad.
…cały czas tego typu ludzie przychodzą do baru i rozlewają piwo, ja oczywiście odpowiadam, że nie szkodzi, ale…
W którymś momencie Dahlia przestała liczyć. Machinalnie opuszczała ciężar, podnosiła, w głowie meandrowała pomiędzy wątkami… Zdążyła już zapomnieć imienia, padło zdecydowanie za dużo nazw. Wątkami rudowłosej istoty, która próbowała ukryć zmęczenie. Przecież nie dostosowywała ciężaru, tylko od razu ruszyła na głęboką wodę.
— Ch-chciałam wtedy kupić nowy mop…
— Zmień sobie maszynę — Dahlia przerwała dobitnie, nawet nie odwracając się w stronę nowo poznanej dziewczyny. — Zrobiłaś wystarczającą liczbę powtórzeń, ćwicz na inne mięśnie.
Mówiąc to, odłożyła sztangę i wyciągała ciężary. Sama nie policzyła, ile przysiadów zrobiła, za to poczuła mocne napięcie w udach. Jako stały bywalec siłowni była do tego przyzwyczajona, ale chwilę później poczuła ból. Przesadziła.
Tamta dziewczyna nawet nie dała się zaskoczyć. No tak, prawdopodobnie w życiu była przerywana cały czas, można było się tego spodziewać. Nie wyglądała na obruszoną w żaden sposób.
— No tak, tak dawno nie byłam na siłowni, a przecież trzeba utrzymywać jakąś aktywność fizyczną. Nie tylko spacerami czy ruszaniem się w barze. Samo się nie wyrobi!
Po krótkiej przerwie wstała, wybierając jakąś równie skomplikowaną maszynę. Posiadała jakąkolwiek instrukcję, a przynajmniej tyle Dahlia wywnioskowała z okrzyku zadowolenia i stwierdzenia „tutaj to już dam sobie sama radę!”. Ta osoba kojarzyła się jej z tymi dzieciakami, których nie przerażała masywna postura oraz tatuaże, albo chociaż zbierały dużo odwagi, żeby to zignorować. Zawsze rezolutne, lubiące rozmawiać, chłonące wiedzę jak gąbka. Co prawda, bywały często problematyczne, ale nie wszystko można mieć. Była to miła odmiana po tych wszystkich ludziach, którzy się wzdrygali mimowolnie na widok blizny na twarzy córki Demeter. Po nabieraniu dystansu na ulicy, bo kojarzyła się z jakimś przestępczym światkiem. Nie zliczyła już, ile razy policja ją zatrzymywała i ile razy musiała prezentować dokumenty świadczące o tym, ze się urodziła legalnie w Ameryce.
— W ogóle, to czym się zajmujesz? Wyglądasz, jakbyś zarabiała na życie jeżdżąc na igrzyska olimpijskie. Albo łapiąc przestępców na codzień. Wiesz, jak w książkach akcji, tajemniczy glina z blizną na twarzy rozwiązuje zagadki niebezpiecznego miasta. — Świeżak zagadnął, tym razem zostawiając ciszę i przestrzeń do odpowiedzi.
Dahlia przewróciła oczami z uśmiechem. Nie liczyła też, ile razy ludzie myśleli, że pracuje fizycznie, na przykład na budowie.
— Jestem dziennikarką. Przeprowadzam wywiady, opisuję zdarzenia. I to nie są jakieś ekscytujące, kryminalne sprawy. Proza życia. — Ubiegła potencjalne pytania, już odruchowo.
Teraz podnosiła hantle, siedząc na ławce. Ignorowała zrywy bólu przy gwałtownym poruszeniu nogami, zerkając co jakiś czas na nowo poznaną osobę. Przynajmniej wagę obciążenia ustawiła już normalną, bez potrzeby udowadniania czegoś.
Dziewczyna zaczęła kolejny potok słów, tym razem nieco bardziej spowolniony. Tak, jakby zwracała nieco większą uwagę na to, co do Dahlii dociera. Rozprawiała o wypadkach czy zdarzeniach, jakie się działy w drodze do domu, na uczelnię, w pracy. Ktoś rozlał napój, bo padło niespodziewane zerwanie. Stały bywalec baru chciał sprzedawać kalesony i wszyscy go wyśmiali. Barny poślizgnął się na oleju do frytkownicy, bo w beczce na odpady była dziura. Po czym zadała pytanie, czy Dahlii nie przeszkadza, że tyle opowiada.
Odbiorczyni tej wypowiedzi zajęło parę chwil, zanim zorientowała się, że to było pytanie do niej.
— Nie, nie przeszkadza mi to. — Skwitowała. — Jaki byłby ze mnie dziennikarz, gdybym nie umiała wysłuchać?
Rzeczywiście jej to nie przeszkadzało. Specjalnie wychodziła do siłowni, do jakichś hobbystycznych klubów czy na plażę po to, żeby patrzeć na te okruchy życia. Wystarczająco czuła się odizolowana przez nadmierną elektronikę dookoła, która przyciągała te cholerne potwory, że doceniała każdą próbę przybliżenia jej świata, który funkcjonuje swoim torem. Nawet, jak ludzie byli przylepieni do komórek, to wciąż zdarzały się small talki, zdarzały się rozmowy czy gesty, które doprowadzały do jakichś znajomości, przyjaźni, czy nawet i ślubów. Wtedy miewała nadzieje, że może ten świat nie jest tak spierdolony i może kiedyś się uwolni od ciążącego nad nią widma półboskiej bezradności.
Rozmówczyni tylko się uśmiechnęła szerzej i z nowymi siłami trenowała mięśnie, wplatając jakieś drobne opowieści.
— Wielu osobom, szczególnie rówieśnikom, to przeszkadzało. A ja często tylko opowiadałam, co rano zauważyłam, kto z kim do lasu poszedł, kto na treningu oszukiwał… — Zawahała się, po raz pierwszy tego dnia. — W obozie. Matka wysyłała mnie na całe wakacje na obóz, żebym z innymi dzieciakami nabywała potrzebnych umiejętności survivalowych. Rozpalanie ognisk, strzelanie z łuku, jakieś ścianki wspinaczkowe. Wszystko bez telefonów, żebyśmy się nie uzależnili, a także uczyli się rozmawiać z innymi.
Dahlia zmarszczyła czoło, ale tak, żeby rudowłosa jej nie zauważyła. To raczej przypadek, prawda?
— O, kolejna osoba, która siedziała w obozie? Mam wrażenie, że połowa San Francisco wysyła swoje dzieciaki na obozy. Nie ma to, jak nauka bycia skautem i zdobywanie odznak. — Zaśmiała się. „Proszę, powiedz, ze siedziałaś w skautach. Oby nie ten Saturn, czy tam Jupiter, jak zwał tak zwał.” Pomyślała prędko.
— Niee, nie skauci. Po prostu… No obóz dla dzieciaków z problemami w szkole. To było przy Nowym Jorku, nie w San Francisco. Ale coś jest z tymi obozami, dużo rodziców wysyła swoje pociechy, prawda?
Mruknęła, że rzeczywiście coś z tym jest. Spojrzała na zegar i przywitała z ulgą fakt, że za 10 minut kończył się jej czas. Wystarczająco, żeby wyjść i nie czuć, że zmarnowała czas. Nie miała pojęcia, ile może być obozów dla problematycznych dzieci w okolicach Nowego Jorku, ale nie będzie ryzykować odkrycia kolejnego półboga. Wystarczy, że w tym mieście odkryła Arnar i teraz do tej pory buja się z głupimi sytuacjami, w jakie wpadają. Nie, żeby narzekała na uzyskanie relacji, którą by mogła nazwać w jakiś sposób… przyjacielską? Ale przez to trafili już na zirytowane latające lochy, meduzy wyrabiające czas pracy przy pączkach i na cholerne duchy. Jest też szansa, że następnego dnia tą trzpiotkę rozjadą blemmejowie w monster truckach i się już nie spotkają więcej, a już wystarczająco ją bolały kolejne notki o zaginięciach herosów.
— Oh, czas mi się już kończy, muszę się zbierać. — Wtrąciła się, wskazując ruchem głowy na zegar. Rozglądała się w poszukiwaniu plecaka, ale o dziwo, nie mogła go znaleźć.
„Co jest, do cholery?” pomyślała Dahlia.
────
[1214 słowa: Dahlia otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz