piątek, 9 stycznia 2026

Od Kurta CD Doriana i Edel — „Serve the servants”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA, ROK TEMU

Nie dało się nie zauważyć, że całą trójką (czwórką) byli w dupie. Głębokiej, piaszczystej dupie, porośniętej suchymi, spieczonymi krzewami. Częściowo na własne życzenie, Kurt musiał to przyznać. Tylko częściowo — pozostałą, lwią część winy, w myślach postanowił zrzucić na Edel Fischer.
Co za skończona idiotka postanowiłaby zadzwonić iryfonem do pretora, zgłaszając, że trafili na środek pustyni? Właśnie ich centurionka. Kurt naturalnie we wszystkim widział zemstę i w pierwszym odruchu pomyślał, że Edel się na nich mści za te kilka ostatnich dni głupich prześladowań. Każde wytłumaczenie było w głowie Kurta rozsądniejsze niż to, że dziewczyna chciała po prostu zadzwonić po pomoc, bez żadnego drugiego dna.
A może to właśnie najbardziej go irytowało. Pod rudą kopułą nie mieściła się myśl, że można było tak po prostu schować dumę do kieszeni i kogoś poprosić o pomoc. Jeszcze, o zgrozo, samego pretora; na co ona, do cholery, liczyła? Że pretor wyśle ekspedycję ratunkową? Pretor miał ważniejsze sprawy na głowie. Dokładanie się do nich było wręcz czymś żałosnym.
Sami się w to wpakowali, miał tyle zdrowego rozsądku, żeby stwierdzić to sam. On i Dorian planowali trochę postraszyć Edel, fakt faktem, nie było to najinteligentniejsze posunięcie z ich strony, ale przeniesienie ich kichnięciem psa na odległą pustynię było właśnie wredną konsekwencją głupoty, z którą musieli stanąć twarzą w twarz. Nie mogli tak po prostu zadzwonić po kogoś, żeby ktoś rozwiązał problem, który sami sobie stworzyli. Zwłaszcza centurionka powinna to wszystko wiedzieć.
Nie, żeby którekolwiek z nich w ogóle wiedziało, gdzie jest. Na pustyni, to Kurt mógł stwierdzić doskonale. Otaczała ich sucha, popękana ziemia, puste kotliny i samotne krzaki. Słońce rumieniło mu skórę, a jedynym źródłem cienia był wielki pies. Cholernie chciało mu się pić i czuł, jak mokry podkoszulek przylepia mu się do wilgotnej skóry, przez co miał ochotę zedrzeć go z siebie żywcem. Przy okazji może skorzystać z papajowych perfum Edel, bo pewnie śmierdział niemiłosiernie potem, psem i brudem od leżenia na piachu. Wszystko sprowadzało się jednak do tego, że mogli być, no, gdziekolwiek. Kurt nie znał dokładnego zasięgu podróży cieniem piekielnych ogarów i nie sądził, żeby Dorian znał. Pustynia wyglądała jak każda inna, a mieszkali przecież w pieprzonej Kalifornii.
Nie czuł tego samego entuzjazmu co Dorian, kiedy dał się odciągnąć bratu na bok. Szczerze mówiąc, był wściekły. I prędzej czy później miało się to odbić rykoszetem albo na Dorianie, albo na Edel.
— Wyglądałeś, jakbyś doskonale wiedział, co robisz — prychnął. — Czy my w ogóle wiemy, gdzie jesteśmy?
— Na pustyni.
— Naprawdę, geniuszu?
Dorian gniewnie zmarszczył brwi. Kurt założył ramiona na piersi jak obrażone dziecko. Kilka metrów dalej Terminator usiadł, wywieszając język prawie do ziemi.
Pies nie wyglądał nawet w połowie tak dobrze, jak przedstawiał to Dorian. Jego oczy niemal całkowicie chowały się pod tłustymi fałdami zmęczonych powiek. Co jakiś czas ziewał przeciągle, równocześnie zostawiając na ubraniach stojącej nieopodal Edel resztki śliny. Absolutnie nie wyglądał jak potencjalny środek transportu dla dwójki legionistów, a co dopiero trójki.
— Nawet twój pies nie wie, gdzie jesteśmy — mruknął Kurt. — I nie przeniesie naszej trójki. Nie przeniesie nawet dwójki.
— Trójki? Czyli jednak chcesz ją zabrać?
„Chcesz” to było zdecydowanie za dużo powiedziane. Nie, dla własnej przyjemności mógłby zostawić Edel na środku pustyni i obserwować, czy doczołga się na wzgórze Oakley. Czy to była jej pierwsza próba jako centurionka? Kto stwierdził, że jest na tyle kompetentną osobą, żeby podejmować decyzje za legion?
Problem Kurta nie leżał w chceniu czy niechceniu. Leżał w jego wcześniej wspomnianej moralności, która mówiła o tym, że nie mógł dokładać pretorowi problemów. Jak by to wyglądało, gdyby on i Dorian wrócili do Obozu Jupiter sami? Jak wytłumaczyliby, że zostawili innego legionistę na środku pustyni? Kurt, w przeciwieństwie do reszty obozu, nie był szczególnie sentymentalny, ale zostawienie kogoś na pastwę losu brzmiało wręcz jak dezercja. Całkowicie przeczyło wszystkim zasadom legionu, które wpajano im od kilku lat.
Wcisnął pięści w oczy i bardzo się postarał, żeby nie krzyknąć we własne przedramiona.
— To nie zależy od tego, czego ja chcę, czy czego kurwa nie chcę — jęknął zamiast tego.
— O, to teraz ty tu podejmujesz decyzje? — syknięcie Doriana było nieco zbyt ostre.
Kurt spuścił ramiona wzdłuż ciała. Rzucił ostrzegawcze spojrzenie, najpierw Dorianowi, potem siedzącej za plecami brata Edel, która odwróciła wzrok tak szybko, jak tylko napotkała Kurta. Musiała przysłuchiwać się ich rozmowie. Musiała słyszeć, że zaczęli się sprzeczać, a przecież mieli zachować przed nią zimną krew, pokazać, że są bardziej kompetentni od jakiejś obślinionej centurionki, która płacze do pretora na środku pustyni.
Nie sprzeczaliby się, gdyby Dorian nie był kretynem. Kurt pociągnął go za rękaw fioletowej koszulki Obozu Jupiter, może trochę zbyt mocno, bo materiał rozciągnął się pod jego palcami. Dorian warknął pod nosem i capnął go po łapach. Odwrócili się do Edel bardziej plecami.
— Czy ty nie widzisz, że ten pies jest, kurwa, zmęczony? — ponaglił go Kurt ostrym szeptem.
To był błąd. Przekroczył granicę ze złości i zdał sobie z tego sprawę dopiero po chwili.
— Bo co, bo niby jestem ŚLEPY?!
Skończyła się przyciszona kłótnia wymieniana szeptami. Dorian wyglądał, jakby zaraz miał wybuchnąć. Wrzucić jadowitego, pustynnego skorpiona Kurtowi prosto do majtek. Terminator podniósł łeb i obnażył zęby, nagle zapominając, że Kurt codziennie rzuca mu część swojego śniadania pod stołem, zdrajca. Edel przestała udawać, że nie przysłuchuje się rozmowie, i faktycznie zaczęła jej się przysłuchiwać.
— Chuj mnie obchodzi, że jesteś ślepy! — odkrzyknął. Nie było już sensu nawet udawać. Dorian odwrócił się wściekle i wrócił do swojego psa, kompletnie ignorując Edel, podczas gdy Kurt poszedł za nim z rozłożonymi rękoma. — Choćbyś nawet chciał, ten pies nie ruszy swojego tłustego dupska nawet o centymetr!
— Terminator, wstawaj! — syknął Dorian. Pies mruknął coś po psiemu i podniósł się ciężko na łapy, wzburzającym tym samym chmurę kurzu. Edel wyglądała, jakby chciała interweniować między braćmi, ale żaden z nich nie uraczył jej ani jednym spojrzeniem.
— Obraź się jak bachor — skwitował Kurt, ociekając jadem. — Do niczego innego nie jesteś zdolny.
Spodziewał się, że Dorian rzuci wszystko i zawróci, żeby mu przypierdolić, ale chłopak wgramolił się na grzbiet psa, poklepał go karku i… zniknął. Zostawiając Kurta i Edel samych na pustyni.
— Och — szepnęła Edel.
Och. Kurtowi zrzedła mina. Może jednak nie docenił tego cholernego psa. Był przekonany, że Terminatorowi się nawet nie uda teleportować własnej pchły, ale minęło kilka sekund, a Kurt i Edel nadal byli na pustyni całkiem sami.
Miał ochotę krzyczeć. Był wkurwiony, czuł się jak tykająca bomba. Zataczał kółka wokół Edel, jak sęp krążący nad padliną, ale myślami był bardzo daleko. W swojej głowie próbował równocześnie wymyślić plan jak się stąd bezpiecznie wynieść, ale szumiało mu w uszach ze złości i jedno słowo wypowiedziane na głos wystarczyłoby, żeby Kurt wybuchnął.
— Kurt…? — zaczęła Edel.
Kurt posłał jej spojrzenie, które mogło zamieniać ludzi w kamień. Otworzył usta, żeby jej coś odpyskować, jakby to wszystko była jej wina, ale w tym właśnie momencie usłyszeli głuchy świst. Wzniosła się chmura piasku i oboje zaczęli kaszleć. Kurt musiał zasłonić oczy ramieniem.
Dopiero po chwili kurz opadł i ich oczom ukazał się żałosny widok. Kilkanaście metrów dalej, pod nędznym, wysuszonym krzaczkiem, głęboko spał (znowu) zmęczony piekielny ogar. Chrapanie psa zagłuszało naglące prośby jego pana, który nadal siedział na grzbiecie i próbował go obudzić.
Kurt mógł mu powiedzieć tyle rzeczy. Wyśmiać go, na przykład. Radośnie skomentować: „daleko się teleportowałeś, debilu”, w końcu miał rację. Żadna z tych rzeczy nie dawała mu jednak poczucia satysfakcji. Wycelował palec wskazujący w stronę Edel i zmarszczył gniewnie brwi.
— Jak tylko pies się obudzi, pójdziemy jak najbliżej ulicy i złapiemy autostopa z powrotem do San Francisco — rozkazał dziewczynie, całkowicie ignorując, że już wcześniej mówiła o tutejszych drogach. — Jeśli ty przekonasz tego pierdolonego debila, żeby zaczął współpracować. Ja nie będę z nim rozmawiać.
Odwrócił się na pięcie, przeszedł kilka kroków i usiadł ciężko na piachu, plecami do pozostałej dwójki (i Terminatora). Nie miał nawet jak ukryć się przed niepożądanym wzrokiem. Wpatrywanie się w horyzont, technika głębokich wdechów i nadzieja, że jeśli on nie widzi Edel i Doriana, to oni też go nie widzą, musiała mu wystarczyć.


Edel?
────
[1304 słowa: Kurt otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz