wtorek, 27 stycznia 2026

Od Niketasa do Erin — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Nowe lato, nowy Niketas. Albo: nowe lato, nowa banda gówniarzy, która plącze mu się pod nogami i próbuje przeszkodzić w utrudnionym przez nawał obowiązków istnieniu. Już zdążył przyłapać młodociany gang swojego rodzeństwa, buntowniczą latorośl w domku jedenastym, która próbowała podwędzić coś z jego PRYWATNYCH rzeczy (podczas gdy on nadzorował trening, biegając pomiędzy walczącymi i opowiadając im żarty o homoseksualnych wynalazcach gier komputerowych, tak długo, aż przez nieuwagę nie dostaną po żebrach). Gdy, bardzo podekscytowane swoim wyskokiem, jedenastolatki już prawie położyły swoje lepkie łapy na nieodpieczętowanej talii kard, jak spod ziemi pod stopami wyrósł im grupowy. Niemal tak, jakby na karku zainstalowany miał alarm przeciwkradzieżowy, i gdy ktoś tylko spróbuje zabrać cokolwiek, co należy do niego, kręgosłup wybucha mu znośnym, ale dokuczliwym bólem i dodatkowo nawiguje go do miejsca kradzieży. Małe oczka niskich pseudozłodziei wpatrują się w bezkresną czerń szkieł okularów przeciwsłonecznych, gdy grupowy pochyla się nad nimi jak ojciec, który wraca w piątkowy wieczór do domu, a mama „mu powiedziała”.
Ze wszystkich kar, jakie można otrzymać w Obozie Herosów, każda wydaje się Niketasowi zbyt lekka (najchętniej wrzuciłby dzieciaki do jeziora i sprawdził, które potrafi pływać). Pod okularami drga mu powieka i zdaje sobie z tego sprawę tylko Ulfert, który bardzo chaotycznie próbuje załagodzić sytuację, rzucając frazesami typu: „To tylko dzieci” i „Nie wiedziały, że akurat te karty są dla ciebie w jakiś bardzo specyficzny sposób ważne” oraz „Daj spokój, przecież widać, że już nigdy nie zrobią czegoś takiego, haha”.
– Ulf. – Po zbyt długiej mowie wściekłego rodzica, która jest niewarta zapisywania, Niketas wreszcie zamiast do dzieciaków zwraca się do swojego brata (nazywanego również „pomocnikiem”, „zastępcą wielebnego grupowego” oraz „ej, zrób to”). – Zaprowadzisz ich gdzieś, gdzie jest jakaś długa ściana. – Teraz Ulfert spodziewa się co najmniej polecenia rozstrzelania jedenastolatków. – I każesz robić im przysiady. Nie takie zwykłe. Opierasz się o ścianę plecami, nogi uginasz w kolanach, rozumiesz? – Chłopiec niepewnie kiwa głową. – Ten, który wytrzyma najdłużej – zwraca się z powrotem do dzieciaków, które już dawno przestały słuchać jego wyrzutów – nie będzie musiał, dajmy na to, wypastować tej podłogi. – Ostentacyjnym gestem wskazuje na panele w domku, do których, żeby je wypastować, trzeba byłoby się najpierw dostać, a tego zadania już dawno nikt się nie podjął. – Ulf, ty ich będziesz pilnować. Jeżeli poddadzą się za szybko i dadzą wygrać jednemu, to oprócz tej podłogi, każ im odkurzyć lampę i zeskrobać wszystkie gumy do żucia z framugi tamtego łóżka.
– Tam są jakieś…
– Tak – odpowiada Niketas tonem, który aż krzyczy, że Ulf nie chce wiedzieć, ile dokładnie jest tam gum.
Grupowy wychodzi z domku ze świadomością swojej porażki jako człowieka, którego mają bać się wszyscy w Obozie. Albo nie tyle ze świadomością porażki na całej linii podczas prowadzonej przez samego siebie wojny ze światem (albo raczej przeprowadzania ciągłych akcji dywersyjnych), ale akurat na szczeblu wychowywania najmłodszych, którzy jeszcze nie wiedzą, gdzie dokładnie się znaleźli i jak źle będzie im podpaść grupowym, których traktują jak jeszcze gorszych przewodniczących klasy. Dzisiejsza młodzież robi się coraz bardziej pewna siebie, podczas gdy Niketas, zarobiony bardziej niż przez ostatnie parę lat (głupie potwory, głupie wzmożone środki ostrożności), nie ma nawet czasu rano ułożyć włosów i umyć twarzy, a co dopiero zająć się tym, co lubi najbardziej — niszczeniem czyichś żyć, ale głównie to zatruwaniem pozornego szczęścia Ulferta oraz handlem nielegalnymi substancjami i przedmiotami.
Odgarnia rozproszone kosmyki z czoła, przemierzając krzywe drogi Obozu i przepychając się pomiędzy spoconymi nastolatkami. Przy okazji, mijając radosne i bose dziecko Apolla, rzuca z miłym uśmieszkiem, że jeden z nowych rekrutów domku jedenastego bardzo, naprawdę bardzo, chce posłuchać o sposobie zakładania strun w gitarze, pod każdym technicznym i metaforycznym względem. Ogólnie chciałby być gitarzystą. I właśnie znajduje się pod jakąś długą ścianą, razem ze znajomymi odgrywając performens siedzenia na niewidzialnych krzesłach. Dzieciak cieszy się niemiłosiernie, bo w całym Obozie słynie z możliwości wyrzucania z siebie nieprzerwanego potoku słów przez co najmniej parę godzin, gdzięki czemu przyda się jako irytujący dodatek do kary złodziejaszków.
Niketas na szybko poprawia zmiętą koszulkę, zanim bez pukania wchodzi do domku dwudziestego. Spotyka znany mu już układ mebli, choć pozbawiony paru istotnych rzeczy, które zapamiętał z ostatnich wizyt. Gdzieś zniknęła kolekcja kapeluszy z ogromnymi rondami, fioletowy młynek do kawy w zestawie z równie fioletową kawiarką i nigdzie w zasięgu wzroku nie ma żadnej charakterystycznej, zdobionej skrzyneczki, w której przechowywali swoje zyski.
Ostatnie fiolki z Boskim Fullem™ (a.k.a. Strawberry Punchem™) Niketas zostawił sobie właśnie na początek lata, ale półboski energetyk kończył się szybciej, niż przewidział. Od ostatniego, smutnego rozliczenia z Violet, która porzuciła ich biznes na rzecz podrywania lesbijek w Nowym Jorku, minęło już ładne parę miesięcy, a w tym czasie kieszenie chłopaka zdążyły stać się tak puste, jak miejsce w jego sercu, gdzie powinny znajdować się wyrzuty sumienia.
– Rose? – woła ktoś z głębi domku, zaraz po tym, jak Hermesiak przekracza próg.
– Niestety nie, paniusiu – odpowiada Niketas z uśmiechem przyklejonym do twarzy.
– ??? – jedna z pozostałych córek Hekate, jeśli grupowy się nie myli, Erin lub jakaś inna Emmeranne, wpatruje się w niego z zaskoczonym gniewem. – Pukać nie potrafisz?
Zanim dziewczynie udaje się go zatrzymać, Niketas starym zwyczajem zajmuje sobą prawie całą kanapę i chwyta najbliższy wyrób książkopodobny, który wpada mu w dłonie. Przeczesuje włosy palcami i poprawia okulary, nic nie robiąc sobie z niezbyt przyjaznego powitania.
– Przyszedłem w sprawie interesów – informuje ją w taki sposób, jakby się z nią witał. Chyba w całym swoim życiu nie powiedział niczego normalniejszego (przynajmniej dla niego robienie interesów równa się z codziennością). – Kojarzysz Violet, nie? Twoja urocza siostrzyczka. No, więc mieliśmy układ. Korzystny dla obu stron, ogólnie dla całego Obozu i takie tam, rozumiesz. Ale ona się zmyła, więc, co raczej jest już oczywiste, szukam nowego partnera. Lub partnerki – tłumaczy pobieżnie, a podczas tych paru zdań poprawia sobie fryzurę jakieś pięć razy i ani na moment nie przestaje się uśmiechać.
Niketas, będąc zupełnie szczerym, nie przygotował się na wypadek, w którym Erin mu z marszu odmawia, każe mu się wynosić i nigdy więcej nie pokazywać się jej nie oczy. Swoją porażkę w planach rozpisywanych w notatnikach traktował co najwyżej pobieżnie, o ile w ogóle dopuszczał jej zajście. Tym razem jest podobnie — jeśli nie wygra jego krętactwo i miły uśmiech, dopiski do swojej mapy myśli naskrobie późną nocą, i przy słabym świetle latarki poświęci na to swoje cenne godziny snu, byle tylko sprawdzić, czy Aresiaki wciąż są tak impulsywne, jak tydzień temu, a dzieciaki Afrodyty nadal lubią dostawać listy od anonimowych obozowiczów, z których potem wyciągają najohydniejsze plotki do rozsiania po całym Long Island.
Przypomina sobie, że wciąż musi się odwdzięczyć tamtej lasce od Aresa. Postanawia uwzględnić to w jednym ze swoich najnowszych przedsięwzięć, a część obowiązków grupowego oddać Ulfowi. Wciąż nie do końca potrafi pojąć, skąd Arnar miał tyle czasu na romansowanie z jakimiś alkoholikami (powód jest prosty: najzwyczajniej w świecie zaniedbywał obowiązki grupowego albo udawał, że ich nie ma i w najlepsze grał z innymi w bingo po nocach, na co Niketas nigdy się nie zdobędzie, bo ma zbyt sztywny kodeks moralny oraz ogromne poczucie odpowiedzialności za swoich podwładnych/pracowników).


Erin?
────
[1152 słów: Niketas otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz