niedziela, 18 stycznia 2026

Od Ishy — „Zestaw #76968"

Wielka, żółta torba z ostentacyjnym czerwonym logiem, które swoją drogą raziło po oczach niczym najjaśniejsza żarówka, łupnęła na ziemię wypchana po brzegi. Obok mniej upadła kolejna, mniejsza, później jeszcze jedna i kolejna a na samą górę Isha postawiła najmniejszy, wsadzony w papierową torebkę przedmiot.
Parasolka, która dotąd opierała się niepewnie o framugę drzwi, poddała się grawitacji i zsunęła na ziemię, uderzając o panele cichym stuknięciem.
Dźwięk odstawianych toreb był dla niej czymś cudownym, wspaniałym. Nie tylko jej ramiona za to podziękowały, ale i szelest klocków w kartonach zwiastował to, co będzie ją czekało.
Isha oparła się plecami o drzwi, wypuszczając powietrze z płuc w przeciągłym, lekko dramatycznym westchnieniu. To chyba oczywiste, że była zmęczona, a jej ramiona paliły żywym ogniem. Na jej piekących od ciężaru dłoniach widać było czerwone ślady po wrzynających się w skórę uchwytach. Miała wrażenie, że sapie niczym parowóz czy maratończyk, który chujowo przygotował się do biegu.
Mimo wszystko — duma rozpierała ją od środka. Tym razem jej chora zawziętość na coś się przydała, wtaszczyła te wszystkie torby na szóste piętro za pierwszym razem. I to bez widny, która oczywiście, znowu odmówiła posłuszeństwa. Nie, żeby kiedykolwiek działała dłużej, aniżeli miesiąc bez jakichś usterek.
Aż wróciły do niej słodkie wspomnienia, gdy utknęła w tej żelaznej klitce na paręnaście godzin, bo ta zatrzymała się między piętrami. Przez chwilę naprawdę rozważała napisanie skargi, ale wizja kolejnego formularza i bezsensownej rozmowy z administracją skutecznie odebrała jej motywację.
Zamiast tego zerknęła na stertę zakupów rozrzuconych przy wejściu i parsknęła pod nosem, zaś na jej twarzy pojawił się pierwszy od dawna, zupełnie szczery uśmiech.
— A mówią, że pieniądze szczęścia nie dają — mruknęła do siebie, jakby roztrwonienie gotówki w ekspresowym tempie było czymś godnym nagrody. Przeciągnęła się, ignorując parszywy ból w krzyżu, przez który zapewne następnego dnia nie będzie w stanie wstać z łóżka.
Nie mając zamiaru czekać ani chwili dłużej największą torbę przetargała ciągnąc po ziemi, w bardziej dogodne miejsce by następnie z nabożną ostrożnością, jakby w środku miała jakiegoś świętego Grala (w pewnym sensie tak było), wyciągnąć stamtąd wielki, czarny karton z narysowanym szkieletem tyranozaura.
Cena na paragonie bolała zarówno portfel, jak i duszę, wiedziała też, że będzie chyba musiała zjeść ten paragon, żeby nie dostać po łbie za wydawanie swoich ciężko zbieranych napiwków oraz resztek z każdej wypłaty, które zostawały jej pod koniec miesiąca.
Cudowny, wspaniały T-rex w skali 1:12 właśnie stał przed nią w swojej pięknej okazałości, wręcz proszący się o złożenie. Kosztował… no, sporo, ale był wart każdych pieniędzy. Zaraz po nim wyciągnęła zestaw z creatora, z którego planowała złożyć triceratopsa, zaraz za nim również czaszka trójrogiego dinozaura, kolejny zestaw lego z czaszką do złożenia, tym razem trexa. No i jej ukochane cudowne, muzeum historii naturalnej, które swoją ceną wywołało u niej mini palpitacje serca.
Przedostatnia torba zawierała dwa zestawy — jeden ze Spinozaurem a drugi z Mozazaurem. Ten pierwszy nie miał co prawda dinozaura do złożenia, jednak Isha była na tyle zapatrzona w sam fakt, że ten zestaw ma Spinozaura, że tyle jej wystarczyło.
— Już wróciłaś?
Głos dobiegający z sypialni sprawił, że włoski na karku Ishy momentalnie stanęły dęba. Zamarła w pół ruchu, trzymając w dłoniach kolejne pudełko lego, jakby liczyła, że jeśli się nie poruszy, to stanie się niewidzialna. Coś jak z tym stereotypem z parku jurajskiego — jak się nie ruszysz, to tyranozaur cię nie widzi. Spojrzała w dół na kolorowe ilustracje dinozaurów rozłożone na podłodze… i w duchu pożegnała się ze swoim marnym życiem.
— Taaak… No, wróciłam — odparła przeciągle, próbując udać niewiniątko, które właśnie NIE wydało swoich wszystkich oszczędności na zdecydowanie zbyt drogie kawałki plastiku — Właśnie weszłam.
W sypialni coś łupnęło, a zaraz za tym poleciało siarczyste przekleństwo. Może znowu ten cholerny obraz spadł ze ściany? Już dawno powinna przyczepić go na gwoździe, a nie taśmę dwustronną i odrobinę nadziei. Kobieta pojawiła się zaraz w drzwiach oparta o framugę, lodowatymi, niebieskimi oczami przeszywając ją na wskroś. Chyba nie miała zbyt dobrego humoru, jej dłonie były skrzyżowane na klatce piersiowej a mina? Zdecydowanie jedna z tych, które ostrzegały przed rychłym zgonem, jeśli coś będzie nie tak, jak powinno.
Jej wzrok wędrował to od Ishy, to po rozrzucone na podłodze pudełka, to na puste torby.
— Isha… — no tak, miło było pożyć te paręnaście lat. Żegnaj okrutny świecie. — Co to jest?
— Lego — odparła machinalnie, jakby właśnie o to została zapytana. Co prawda dobrze wiedziała, że kobiecie nie o to chodzi, jednak warto było spróbować. Może ugłaska bestie i zobaczy kolejny wschód słońca? — Z dinozaurami! Zobacz, jakie zajebiste! — mówiąc to, złapała zestaw z Mozazaurem.
Grobowa cisza, którą dostała w twarz, była ciężka niż te kartony, które wtargała do mieszkania. Ciemnowłosa zrobiła krok w przód, mrużąc przy tym oczy. Z każdym krokiem jej mina z zaciekawienia powoli zmieniała się i pojawiało się na niej wymowne „Ja pierdole” w połączeniu z żyłką pulsującą na czole.
— Ile?
Włoszka otworzyła usta, jednak wstrzymała się. Zamknęła je, próbując wyczuć podstęp. Jakby jedna zła odpowiedź dzieliła ją od być albo nie być.
— Ile czego?
Kobieta uniosła brew.
— Isha.
— No co! Mogłabyś się określić.
— Więc?
— Dużo.
— Jak dużo?
Umrze. Zginie. Zabiją ją. W myślach już odmówiła modlitwę do przodków.
— Okej! Słuchaj, dobra? — odstawiła kartonik, unosząc dłonie w geście kapitulacji. — Dużo, okej? Tak no… w chuj. Ale zasłużyłam! — niosła się, gotowa do obrony swojego dobytku. — …no i była promocja — dodała już ciszej, ledwie słyszalnym głosem.
— Wydaliśmy w tym miesiącu kupę hajsu — przypomniała Anastazja chłodno, choć w jej głosie czaiło się więcej zmęczenia i rezygnacji, aniżeli złości. Chyba najgorsze minęło — A ty wracasz do domu z armią plastikowych dinozaurów.
Isha spuściła wzrok, kopiąc czubkiem buta w jeden z kartonów.
— Mozazaur nie był dinozaurem a morskim gadem… — wymamrotała na bezdechu, nie kryjąc pretensji w głosie.
Anastazja prychnęła, mimo woli.
— Jesteś niemożliwa.
— Wiem! Ale! Kupiłam ci prezent.
Mówiąc to, niewiele myśląc, wcisnęła jej w dłoń ostatnią, tym razem papierową, żółtą torbę z pretensjonalnym czerwonym logiem. W środku zapakowany był mały, w porównaniu do tych, które leżały już wyciągnięte, karton w odcieniach błękitu z wielkim napisem „DISNEY” w rogu.
— Naprawdę kupiłaś mi tego upośledzonego kurczaka? — kobieta uśmiechnęła się lekko, trzymając prezent w dłoniach. Choć starała się wyglądać na niezadowoloną, niczym wkurzony rodzic, Isha jednak wiedziała, że trafiła w jej czuły punkt.
— I tego brzydkiego chomika, którego ostatnio oglądałaś w sklepie — zniżyła głos do szeptu, robiąc dwa kroki w przód. Najwyżej oberwie w potylicę. Pochyliła się lekko w przód, nadstawiając z wymownym wyrazem twarzy; dobrze wiedziała, czego chce i miała zamiar to dostać, nawet jeśli musiała trochę przyaktorzyć.
Tym razem jednak poszło wyjątkowo szybko. Kobieta odgarnęła z jej czoła niesforne kosmyki włosów. Gest ten był im dobrze znany, pełen czułości i troski, która na co dzień nie potrzebowała słów.
Pocałunek był krótki, ledwie można go było tak nazwać, przypominał bardziej cmoknięcie w kącik ust, jednak Ishy to wystarczyło.
Chwilowo.

────
[1116 słów: Isha otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz