LATO
Ulfert stał i wymachiwał flagą zrobioną naprędce z czyjejś białej koszulki, na której rano napisał kolorowymi markerami „OLIMPIJSKA ALFA” (a przynajmniej taki był zamysł, bo „F” mogło być równie dobrze „E” a „M”, „N”), podczas gdy Erin z Niketasem rozkładali pierwsze oficjalne stoisko, na którym można było nabyć ten boski napój. No i był jeszcze Ashton, któremu ku zdziwieniu dziewczyny Niketas powierzył bardzo odpowiedzialne zadanie, jakim było dostarczenie produktów na miejsce sprzedaży. Pewnie dlatego, że nikomu dobrowolnie nie chciałoby się dźwigać kartonów z puszkami, a że Ashton nie robi dobrowolnie nic, to nadawał się do tej roboty idealnie. Erin do tej pory zastanawiała się, gdzie w domku Hermesa dokonano hurtowej produkcji etykiet, ale nie zdziwiłaby się, jakby okazało się, że pod ziemią mają całą fabrykę i magazyn rzeczy ukradzionych. Takich jak to stoisko z tęczową markizą, które kiedyś miało koła, ale już ich nie miało, więc cała czwórka musiała pchać je na miejsce sprzedaży wybrane przez Niketasa, który podobno zebrał kiedyś dane o najbardziej uczęszczanych miejscach w Obozie w godzinach szczytu i poza nimi (zostawili za sobą długi łysy ślad na trawie, który zapewne za chwilę wywoła zawał u wszystkich dzieci Demeter). Dlatego teraz stali przed pawilonem jadalnym i czekali, aż reszta obozu zacznie schodzić się na śniadanie.
— Ej, a czemu ty tak machasz tą flagą, kiedy jest pusto? — zaciekawiła się Erin.
— Tak na wszelki wypadek, jakby zaraz ktoś przyszedł. Która godzina?
— 7:37 — odpowiedział Niketas, wyjmując z kieszeni zegarek. — Zwykle pierwsi ludzie są tu około 7:42, więc machaj dalej tą flagą. Mięśnie sobie zbudujesz, to będzie ci łatwiej jutro, pojutrze i tak dalej. A ty — wskazał na Ashtona, który właśnie się pojawił — ile jeszcze tych kartonów zostało?
— To… już… ostatni… — wysapał chłopak, brutalnie kładąc pudło na ziemi.
— Cudownie, poszło szybciej, niż zakładałem — Poklepał brata po głowie, jednak szybko cofnął rękę. — Fuj, kiedy ty ostatnio myłeś głowę?
— Z cztery dni temu?
— Czyli możemy dopisać wszy do receptury. Halo gdzie jest receptura????
— Jak to mawiają, receptura zmienną jest — odrzekła Erin, wykładając ostatnie puszki.
— Nikt tak nie mawia??? Ach, no tak, to pewnie powiedzonko dzieci Hekate.
— Dokładnie! Dlatego receptury nie ma i nie będzie, bo większość składników znalazła się tam przez przypadek. Ale nie szkodzi, różnorodność smaków jest teraz atrakcyjna.
Niketas zamyślił się na chwilę, wyjął stos karteczek samoprzylepnych z kieszeni i nabazgrał coś ołówkiem.
— To może mieć sens… — podparł podbródek ręką jak grecki filozof — Co produkcję będziemy zmieniać smak napoju, a co za tym idzie, będzie trzeba rysować nowe etykiety, ale da się zrobić — na te słowa Ulf na chwilę przestał machać flagą, westchnął, po czym wrócił do machania, mamrocąc coś pod nosem.
— Mówiłeś coś? — Niketas obrócił się do brata. — Zawsze mogę obciąć ci pensję, jak ci się coś nie podoba.
— Nie no, wszystko w porządku. Po prostu narysowanie rakiety kosmicznej trzymającej się na balonie z gumy to szczyt mojej kreatywności więc inne mogą nie być takie cool.
— Tym się będziemy zamartwiać później. Patrzcie, pierwsi klienci.
Rzeczywiście, w stronę kantyny zmierzała dwójka dzieci, chłopak i dziewczynka, na oko dwunastoletnich. Z tego, co kojarzyła Erin byli od Apolla. Zatrzymali się przed stoiskiem.
— A co tu rozdajecie? — zapytała dziewczynka.
— Nie rozdajemy, tylko sprzedajemy, a sprzedajemy coś tak zajebistego, że nie pożałujecie żadnych pieniędzy — syn Hermesa wziął na siebie rolę przekonywania klientów (bo pewnie jako jedyny miał do tego talent). — A jako że jesteście pierwszymi klientami, dostaniecie zniżkę wysokości całej jednej drachmy! Niepowtarzalna okazja, nie sądzicie?
— Dobra, a za ile takie?
— 4 dolary.
— ILE?!
— Cena relatywna do jakości — zapewniła Erin, wykładając im dwie puszki.
— To jak będzie? Wiecie, jak to jest, lepiej żałować, że się coś zrobiło, niż że się czegoś nie zrobiło…
— Dobra, już dobra — dzieci wyciągnęły monety z kieszeni. Niketas przeliczył je jeszcze dwa razy, by upewnić się, że wszystko się zgadza, i dopiero wtedy pozwolił na wydanie dzieciakom puszek.
Appollątka odeszły dalej w kierunku jadalni, usiedli przy stole i otworzyli puszki Olimpijskiej Alfy. Kiedy wzięli łyk, dało się słyszeć przeciągłe „WOOOOOOOOOOOOW”.
────
[651 słów: Erin otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz