piątek, 16 grudnia 2022

Od Colina CD Wandy — „Grzybobranie? Grobowanie!”

Poprzednie opowiadanie

— Tak myślałem, Wando. Ciężko jest mi jednak przemawiać do pustego grobu. — Przełknął ślinę, kojąc Wandę swoją dłonią po jej rozproszonych na wszystkie strony, falowanych włosach. Jego ręka momentami bywała dosyć zimna, jednak skórę, jak twierdził jego kochanek, miał wyjątkowo gładką. Bywał chłopiec miły w dotyku i pozostawiał po sobie charakterystyczne dreszcze nie do końca przyjemne. Palce miał z lekka długie, a jeszcze dłuższe paznokcie, na których w nietypowe wzory układał się schodzący, czarny lakier. Ωραίος, Damien cenił sobie ten kolor. Bardzo wychwalał jego dłonie, traktując jak dar boski. On traktował go jak istotę nieziemską całego, całą duszą swoją.
— Jeśli jednak mówisz to mi, że Damien jest w naszych sercach, nie da mi to otuchy. Go już nie ma. Bo my jesteśmy materiałem, a on się stał czymś dla nas niewidocznych i nieoczywistym. Nie mogę go ni dotknąć, ni usłyszeć. Nie mogę go zobaczyć. Ja nie sądzę, że my możemy mówić, że jest z nami. Jego dusza jest w odległym miejscu, a ja nie wiem, czy ktoś był tak łaskawy, by wsunąć mu monetę pod język.
Wando, ja nie czuję się dobrze, mówiąc do głazu. Ja oszaleję, ty nie rozumiesz. Nawet nie wiem, czy wytrzymałbym widok jego twarzy. Nie zezwolono mi patrzeć.
Ty go widziałaś. Wando, jak cierpiał? Mówił coś o mnie, jeśli umierał długo? Choć jeśli była to śmierć szybka, ja będę trochę radosny, że nie musiał umierać w bólu tak długo. — odsunął swą dłoń i odepchnął swoje ciało do tyłu, zasiadając ze skrzyżowanymi nogami. Zgarnął włosy barwy mleka, tak miło przez rękę Ωραίος’a głaskane ze swojej twarzy, starając się brzydki grymas utrzymać w spokoju, wedle ulubienia Damiena. Odwrócił się do Wandy, pomarszczone usta układając kącikami lekko do góry, spoglądając ze zmęczeniem. Myśli i idee nie pozwalały mu przymknąć oka każdej nocy, albowiem śnił krótko i nieprzyjemnie.

﹀ ︿ ﹀

„Bo on był słońcem, a ja księżycem. Niczym księżyc blask sukcesu odbijam i pokazuje innym, a bez niego niczym jestem”.


WĄTEK ZAMKNIĘTY PRZEZ MG (JEDNA Z POSTACI PRZESZŁA DO NPC)
◇──◆──◇──◆
[318 słów: Colin otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

Od Andrew — „Retrospekcja”

Czytałem właśnie książkę o mitologii greckiej (zważywszy na okoliczności, w jakich się znalazłem, chciałem się jak najwięcej dowiedzieć o swym pochodzeniu), gdy usłyszałem odgłosy bólu, dobiegające ze strzelnicy, oraz poczułem zapach spalenizny. To może oznaczać tylko jedno.
Mój brat znów próbuje strzelać z łuku.
Z westchnieniem irytacji odłożyłem książkę na szafkę nocną, po czym wyszedłem na zewnątrz. Zgodnie ze swoimi przypuszczeniami, zastałem Aidena leżącego przed tarczą strzelniczą, ze strzałą wbitą w łokieć.
Nie pierwszy raz mu się już zdarzyło coś takiego i zawsze wracał później do siebie, więc jeśli mam być szczery, byłem w stosunku do niego bardziej rozbawiony, niż współczujący.
Stanąłem przed nim i położyłem rękę na tarczy strzeleckiej.
— Wiesz, że to tu miałeś strzelać, prawda? — Spytałem przyjaźnie.
— Ach, nie ciesz się już tak, z cudzego nieszczęścia, tylko mi pomóż — warknął na mnie Aiden, udręczonym głosem. Uśmiechnąłem się. Za dobrze go znałem, by nie być w stanie rozpoznać, kiedy mój brat naprawdę jest poważnie ranny, a kiedy tylko przesadza.
— Jasne, jasne, młody Apollo — dodałem jeszcze szyderczo, po czym pozwoliłem mu oprzeć się na moim ramieniu. — Zabiorę cię do Chejrona.
Odeszliśmy ledwie kilka kroków, gdy Aiden spojrzał na mnie z wdzięcznością.
— Dzięki za pomoc, bracie — powiedział.
Odwróciłem się do niego, uśmiechając promiennie.
— Nie ma za co. Ale postaraj się nie bawić strzałami przynajmniej przez najbliższy tydzień. Centaurowi może nie starczyć bandaży.
— Może na tym właśnie polega mój nikczemny plan. Najpierw zbiorę cały bandaż w Obozie Herosów, a później to już tylko zdobyć władzę nad światem i czas umierać.
Zaśmialiśmy się wspólnie z tej wizji. Otarłem z oka łzę radości. Jak dobrze jest mieć brata.


***


— No już, chłopcy — mówił chropowaty, głęboki głos, którego właściciel trzymał mnie za ramię. — Spodoba wam się moje stado. Już ja was wychowam, na prawdziwych mężczyzn. Już ja was nauczę, jak przetrwać. — Spojrzał w dół, napotykając moje spojrzenie. — Umiecie już czarować, prawda?
Pokręciłem przecząco głową, cały spięty. Chciałem, by ten mężczyzna nas puścił. Mnie i Aidena. To znaczy, wiedziałem, że jest on naszym ojcem, ale… bałem się go. Nie wyglądał jak ojciec, którego zawsze sobie wyobrażałem. Bardziej jak któryś z tych czarnych charakterów kina akcji, którzy chcą zabić część populacji, a pod koniec filmu giną z ręki głównego bohatera. Czułem, że dużo lepiej było mi u dziadka, niż kiedykolwiek będzie z nim.
Wstrzymałem oddech, by nie zacząć płakać, na myśl o dziadku. W pewnej chwili nasz ojciec zatrzymał się przed jakimiś drzwiami.
— Zaczekajcie tu, pójdę uprzedzić resztę, o waszym przybyciu. To idioci, więc jeśli się ich zawczasu nie poinformuje, będą strzelać do wszystkiego, czego nie znają.
Spojrzałem w kierunku brata z paniką w oczach. Znajdowaliśmy się w szemranej uliczce, wszędzie znajdowało się pełno zbirów ojca. Nie mieliśmy szans uciec.
Aiden skupił nagle na czymś wzrok, po czym poklepał mnie w ramię. Patrzył na wielkie, kartonowe pudło. Dość duże, by zmieściło się w nim dwoje dzieci.
Skinąłem głową, po czym obaj schowaliśmy się w pudle. Obserwowaliśmy, jak ojciec wychodzi ze swojej kryjówki i rozgląda się z niepokojem w oczach.
— Chłopcy? — zawołał, a gdy nie usłyszał odpowiedzi, jego wzrok się zmienił. Stał się nie tyle zaniepokojony, ile wściekły. — A to małe łobuzy. Jak ja was znajdę?! — Odwrócił się ponownie, wysuwając głowę za drzwi kryjówki. — Wyłazić, sfora. Młodzi gdzieś uciekli. Macie je znaleźć, inaczej, cała grupa będzie głodować przez tydzień.
Z budynku wybiegła grupa około siedmiu mężczyzn w grubych, czarnych marynarkach. Ruszyła śladami ojca. Poczułem dreszcze, a patrząc na Aidena, zdałem sobie sprawę z tego, że mój brat również się boi.
— Spokojnie — szepnąłem, przytulając go. — Uciekniemy im.


***


— Andrew, musisz o tym usłyszeć — krzyknął Aiden, biegnąc w moim kierunku. — Dostałem misję!
— To wspaniale! — Ucieszyłem się, ze szczęścia brata. — Na czym polega?
Aiden spuścił ze skruchą wzrok.
— Wiesz, to tajemnica, nie mogę ci powiedzieć — mruknął, a ja poklepałem go po ramieniu.
— Grunt, że idziesz wypełniać misję. Będziesz bohaterem — uśmiechnąłem się.
Ponownie spojrzałem w oczy brata i ujrzałem w nich coś, czego nie chciałem zobaczyć. Wątpliwości. Wzdrygnąłem się.
— Boisz się — zauważyłem.
— Nie, ja… — zaczął Aiden, ale ja mu przerwałem.
— Sam bałbym się przed swoją pierwszą misją. Każdy się boi — spojrzałem mu w oczy. — Prawdziwą odwagą nie jest apatia wobec strachu. Niewiele się to różni od głupoty. Prawdziwą odwagą jest dążenie do celu, mimo strachu.
Aiden uniósł wzrok, uśmiechając się.
— Dzięki Andrew. Już mi lepiej — spojrzał w kierunku naszego domku. — Lepiej zacznę się pakować. Zobaczę, co może być mi potrzebne. Wyruszam już jutro.
Patrzyłem, jak biegnie do domku, czując zarówno dumę, jak i strach, jaki los czeka mojego brata.
— Powodzenia Aiden — powiedziałem, mimo że chłopak już mnie nie słyszał.


◇──◆──◇──◆
[745 słów: Andrew otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 15 grudnia 2022

Od Wandy do Colina "Grzybobranie? Grobowanie!"

Był dzień niby taki jak zazwyczaj. Wiosenny poranek. Ptaszki ćwierkały, słoneczko świeciło, było czuć piękny zapach lasu i czego więcej chcieć? Aż się chce wychodzić na dwór i spacerować. Tym razem chyba jednak było lepiej zostać w domku. Czemu? Wanda za nic w świecie nie chciała o tym pamiętać. Już starczyły jej koszmary, które to odwiedzały ją każdej nocy, przez które woli przeleżeć, wpatrując się w sufit, lub grzebiąc w swoich szafkach, doszukując się rzeczy, które wywołują u niej dobre wspomnienia, ale mimo tego wszystkiego, okrutna i krwawa śmierć jej przyrodniego brata utknęła w pamięci młodej Polki.
Pamiętała ten dzień. Ona, wraz ze swoim przyrodnim braciszkiem, siedzieli na jednym z rozwalonych łóżek w domku piątym, patrząc przez okno. Rozmawiali ze sobą.
Aż nagle on wypowiedział to zdanie:
– Idę się przejść, jakby Collin się o mnie pytał, powiedz, że za niedługo wrócę.
Oczywiste jest to, że Wanda się niczego nie spodziewała. Skąd miała wiedzieć, jak to się skończy? Na tę informację jedynie przytaknęła.
– Może pójdę z tobą się przejść, co ty na to? – zaproponowała dziewczyna.
– Raczej wolałbym sam, ale dzięki za propozycje, kiedy indziej – odpowiedział chłopak, wychodząc z domku. Gdy przekraczał próg, uśmiechnął się delikatnie do Wandy. Trudno nie było się powstrzymać od uśmiechu, widząc uroczą minę Polki, którą to miała prawie zawsze.
Już nie pamiętała, ile godzin minęło od wyjścia Damiena. Na pewno podejrzanie za długo, ponieważ opuścił domek 5, gdzieś tak z rana, a od tej porannej godziny, sporo czasu minęło. Doszły ją słuchy, że nie tylko ona się martwi o niego. Inni obozowicze podobnie.
Kilka osób wyruszyło na poszukiwania zaginionych herosów, w tym Wanda. Nawet w takiej chwili, starała się myśleć, chociaż odrobinę pozytywniej. Może jeszcze nie wrócili? Może zgubili drogę, ale ona ich odnajdzie o zostanie bohaterką? Może są gdzieś ranni, ale żyją? Nieważne, czy są w jaskini, czy chuj wie gdzie. Najważniejsze by obaj przeżyli.
Gdy razem, ze swoją ‘’ratowniczą grupką’’, weszli do ów jaskini, zauważyli syna Aresa i nowego. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że młodszy obozowicz, który niedawno co tu trafił, był dość poważnie ranny. Wszyscy oczywiście zajęli się nim, bo wiadomo, potrzebował pomocy.
I wtedy Polka zaproponowała coś, czego proponować nie powinna.
– Chodź Damien. My wrócimy, a oni się nim zajmą.
Chłopak na nieszczęście się zgodził. Wymknęli się, idąc w stronę wyjścia, aż nagle usłyszeli, jak nad nimi coś się trzęsie. To były dość sporego rozmiaru głazy, dlatego też przyspieszyli do biegu, jednak nie wiedzieli, że to jeszcze bardziej zwiększy ryzyko niebezpieczeństwa.
Będąc już lada chwila na powierzchni, biegła ile sił w nogach, nie patrząc z tyłu na Damiena, jednak niespodziewanie usłyszała coś strasznego. Spadanie głazów i krzyk. Krzyk pełen bólu. Zatrzymała się. Serce biło jej szybko, puls rósł, a dłonie się trzęsły. Bała się spojrzeć za siebie, jednak zrobiła to. Ujrzała przygniecionego brata, przez jakby jeszcze na przekór, wyjątkowo olbrzymie głazy
Podeszła do niego. Przykucnęła przy zmiażdżonym ciele chłopaka, obejmując jego głowę (która nie została uszkodzona przez głazy). Nie mogła powstrzymać się od płaczu. Łzy napłynęły do jej zielonych oczu. Gdy pozostali obozowicze odnaleźli ją i nieżywego herosa, próbowali jako tako uspokoić Polkę, ale na nic. Może jej ojczym miał rację, nazywając ją morderczynią? Wcześniej przez nią zginęła Irminka, teraz on. Kto będzie kolejny?
Wanda nie chciała dłużej na to patrzeć. Bez żadnego słowa, pobiegła do swojego domku. Położyła się na łóżku, przykryła się kołdrą i zaczęła płakać, szlochać. Oczywiście nie wiadomo co by było, gdyby zostali tam dłużej. Może te głazy, tak czy siak, by ich dopadły? Wtedy ona również by została zabita. Leżałaby teraz także zmiażdżona przez duże kamienie. To wyobrażenie przerażało ją jeszcze bardziej niż widok zmarłego Damiena.

***

Aktualnie zielonooka siedziała przy nagrobku swego brata. Był to średniej wielkości kamień, postawiony wokół leśnych drzew, a na nim pisał wierszyk napisany przez jego ukochanego:

Oglądawszy twarze przechodzących nadzieję miałem na coś, co przywróci Mi cząstkę Ciebie.
Moje serce będzie zawsze bolało za tobą a moje myśli będą twoją historią,
Bo gdy Cię nie ma dopiero nas doceniam.
W sposób niezrozumiały gwiazdy podniebne straciły swój blask, ponieważ
kiedy wołam do nich twe imię
Nie zastaję odpowiedzi.

Czytając to, wzruszyła się, jak zawsze. Poprawiła naszyjnik z serduszkiem, który zostawiła na jego nagrobku.
–Cieszę się, że spotkałeś kogoś, komu mogłeś zaufać. Kto po twojej śmierci cię docenił. Kogoś, kto kochał cię swoim całym sercem – powiedziała, jedną dłonią wycierając łzy, a drugą kładąc czerwony kwiatuszek na kamień. Jej uśmiech był spokojny, inny niż ma zazwyczaj. Oczy też. Nie było w nich widać entuzjazmu. Zamiast tego, tak jakby chciała powiedzieć "może umarłeś młodo, ale miałeś dla kogo żyć".
Nagle usłyszała czyjeś kroki. Wiedziała czyje. Collina. Tylko on i ona wiedzieli o tym miejscu, więc nie spodziewała się nikogo innego. Chłopak bez słowa usiadł koło niej. W oczach pojawiły się łzy. Wanda podała mu chusteczkę, którą miała przy sobie, przytulając się do niego przy okazji. Nie wiedziała, jak zareaguje na to syn Posejdona. Miała to gdzieś. Chciała mu pokazać, że go wspiera. W końcu był on ważny dla nich obu.
–Damien jest w naszych sercach i będzie tam na zawsze.


Colin?
◇──◆──◇──◆
[853 słowa: Wanda otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

środa, 14 grudnia 2022

Od Khai do Wandy — „Fretkomania”

Nadchodzący dzień z pewnością nie miał należeć do tych dobrych. Zdarzały się właśnie takie, kiedy to jej dwóm nadpobudliwym fretkom wyrastały istne rogi i nijak nie dało się zatrzymać tych szatańskich kulek futra. Jakby doskonale wiedziały, w jaki sposób zrobić na złość swojej właścicielce, która przecież zawsze chciała dla nich jak najlepiej. One odwdzięczały się po swojemu, pojęcie życzliwości zdawało się im obce. W końcu to były przecież tylko zwierzaki.
A jednak potrafiły dać w kość. Najpierw Khai obudziła się z kłakami w ustach i naprawdę wolała nie wiedzieć, jakim cudem się tam znalazły, ani z której części ciała pochodziły. Siedziały jeszcze w klatce, jak to było w ogóle możliwe? Białowłosa podniosła się do siadu, plując futrem i marszcząc z niezadowoleniem brwi. Popatrzyła nienawistnym wzrokiem w stronę swoich pupili, które już biegały jak szalone po całej powierzchni ich lokum. Dobra, mimo wszystko wdzięczna była, że nie obudziły jej wcześniej, tak hałasując. Na to się chyba już uodporniła.
Czym prędzej wstała, aby uchylić ze skrzypnięciem ich drzwiczki, co brzmiało niczym wesołe zawołanie „wolność!”. Uznała, że nie wytrzymają w zamknięciu do popołudnia, kiedy to zwykle był czas na ich zabawę, musiała już teraz pozbyć się choć części ich energii.
Prędko tego pożałowała, bo ledwie zdążyła się przekręcić, a już wdepnęła w siki jednej z nich. Zakładała, że Nemo.
— Dosłownie macie klatkę zaraz obok — jęknęła, zrezygnowana.
Dobrze, że nikt tego nie widział. Nie zastanawiała się, gdzie się podziało jej półboskie rodzeństwo, ale dla niej tak było zdecydowanie lepiej. Wdech, wydech. Czym prędzej wytarła przemiły prezent i poszła szukać czystych skarpet. Ku jej niezadowoleniu (znowu), nie mogła znaleźć żadnych ładnych. Zostały same te jedno, góra dwukolorowe, a ich nie znosiła, bo były dla niej zwyczajnie za nudne. Do pełni szczęścia potrzebowała jakichś wesołych wzorków, truskawek, czy innych bananowych piesków. Odpowiadając na pytania, tak, posiadała parę skarpetek w bananowe pieski. Westchnęła, ostatecznie zakładając jakieś niebieskie.
Zorientowała się, że straciła już sporo czasu. Zaczęła się spieszyć, bo bała się, że spóźni się na śniadanie. Z domku numer trzy wychodziła zaledwie siedem minut później, przyjmując ekspresowe tempo. Szkoda tylko, że zapomniała o jednym.
— Fretki! — gdy się zorientowała, było już pozamiatane.
Dwa długie ciałka przemknęły się między jej nogami, radośnie wybiegając w podskokach przed siebie. Dziewczyna, w osłupieniu, mogła tylko patrzeć, jak znikają jej z pola widzenia, niezdolna do wykonania ruchu. Otrząsnęła się dopiero po jakiejś chwili.
— Zafajdane gryzonie — jeśli przezywała je od gryzoni, to naprawdę było już źle.
Pomógłby ktoś? Ktoś był w pobliżu, widział je? Ktokolwiek? Nie? Świetnie. Jednak niedobrze było burzyć rutynę. Następnym razem nie wypuści tych diabłów od rana.
Rozpoczęły się mozolne poszukiwania. Który to już był raz, kiedy jej uciekały? Przestała liczyć. Przynajmniej tyle dobrego, że za każdym razem się znajdowały. Biedna Rokke łaziła po całym obozie, zaglądała w zakamarki, które wydawały jej się atrakcyjnie dla fretek, pytała o nie przechodzących dzieciaków, ale to wszystko było na nic. Powoli do jej emocji wkradał się stres, traciła cierpliwość.
Nagle, kątem oka, dostrzegła Dory w rękach jakiejś klęczącej dziewczyny. Nie skupiła się na jej twarzy, tylko na zwierzątku. Poczuła się, jakby bogowie w końcu się nad nią zlitowali, pozwoliła sobie nawet na małe uczucie ulgi, choć sukces był połowiczny. Aż serce jej skoczyło. Natychmiast podbiegła, wręcz padając przed półboginią na kolana.
— Błagam, powiedz, że widziałaś też drugą.
Zrobiła minę zbitego szczeniaczka.

WĄTEK ZAMNIĘTY PRZEZ MG (jedna z postaci przeszła do NPC)
◇──◆──◇──◆
[546 słów: Khai otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Eleanor CD Lucasa — „A kim ty jesteś?”

Poprzednie opowiadanie

Idąc za Panem Przewodnikiem, z którego obecności w sumie ostatecznie była wdzięczna (bo jak inaczej zorientowałaby się, gdzie co jest?), rozglądała się dookoła. Zarówno dlatego, że wzięła sobie do serca przestrogę Lucasa o możliwym zgubieniu się w tym miejscu, jak i dlatego, że chciała chłonąć tę cudną przyrodę całą sobą. Kochała takie klimaty. Kochała lasy, kochała drzewa, kochała też mech. Tak więc, gdy przechodzili obok okazałej brzozy, nie mogła się powstrzymać, aby nie przejechać palcami po jej gładkim, czarno-białym pniu. Wiatr szumiał wśród liści, mówiąc dwójce herosów, że wiosna już dawno przyszła, a teraz będzie tylko cieplej. I lepiej. Truskawki urosną większe… Właśnie. Eleanor nie do końca rozumiała, o co chodziło z tymi owocami. Tak więc jej myśl szybko przekształciła się w mimowolnie zadane pytanie:
– Dlaczego akurat truskawki? – mogło się to wydawać dla chłopaka trochę wyjęte z kontekstu…
Takie też chyba było, bo jego odpowiedź opatrzona była na końcu małym, niewerbalnym znakiem zapytania, który dziewczyna albo tam usłyszała, albo go sobie bezwiednie dorobiła.
– Dlaczego akurat ten owoc czy dlaczego w ogóle hodowla? – spytał Lucas, nie wiedząc, o co dokładniej chodzi Hiszpance.
– Wszystko – rzekła krótko – opowiedz mi wszystko.
Zatrzymali się na chwilę przy wiekowym już na pewno, rozłożystym dębie, którego dwa główne konary utworzyły coś w rodzaju półkolistej ławeczki. Dziewczyna, zachwycona tym naturalnym tworem, zaproponowała chwilę odpoczynku.
Nie, nie była zmęczona, po prostu przyroda tego miejsca, choć wciąż nie umiała poczuć się w Obozie Herosów jak w domu, zachwycała ją. Po chwili więc siedzieli obok siebie na drzewie. Eleanor radośnie majtała nogami. Dbała jednak przy tym oto, aby nie uderzać ani w pień, ani w nogi Lucasa. Nie chciała sprawiać bólu towarzyszowi, a nie miała również w zamiarze niszczenia drzewa... Wzięła głęboki oddech, wciągając łapczywie świeże, wiosenne powietrze, nie tak zimne, jak zimowe, ale też nie tak duszne, jak letnie. Według niej — idealne. Rzuciła Lucasowi pełne żądzy wiedzy spojrzenie. Ten uśmiechnął się, widząc jej ciekawość.
– Truskawki – odchrząknął teatralnie i zaczął od sprawy, o którą Eleanor się pytała z największym zaintrygowaniem – hodujemy je. Nie wiem czemu akurat tak — odkąd tu trafiłem, a było to parę ładnych lat temu, sprzedajemy je, jak wyrosną. Nawet zimą.
– A-ale jak…? – w to właśnie Hiszpanka nie mogła uwierzyć najbardziej. Jak zimą? Jak w tym mrozie? Jak w tych niekorzystnych warunkach, wśród zawiei i wszechobecnego chłodu?
– Nie wszystko jest tu takie jak na zewnątrz… – odpowiedź chłopaka była krótka i nie tłumaczyła za wiele. Dziewczyna uznała jednak, że musi na razie przyjąć to do wiadomości, że będzie musiała odzwyczaić się od normalnych, ludzkich zasad świata, zanim zacznie uczyć się świata na nowo.
– Wiesz… – Eleanor zabrała głos, nie chcąc, aby rozmowę zastąpiła głucha cisza – Obóz Herosów to takie dziwne miejsce… Nie wiem, czy kiedykolwiek poczuję się tu normalnie… – westchnęła, unosząc wzrok ku bezchmurnemu niebu. Wydawałoby się, że powiedziała już wszystko, co miała, po chwili dodała jednak pospiesznie – Nie zrozum źle, po prostu dopiero co dowiedziałam się, że to wszystko, czego uczyłam się na historii, to prawda.
– Rozumiem – o dziwo, co ucieszyło dziewczynę, Lucas wcale nie odebrał jej słów jako dziwne czy obrażające obóz – na pewno w końcu przywykniesz – starał się ją pocieszyć – a ja ci w tym pomogę.
W tym momencie oboje się zaśmiali. Trwało to aż do momentu, gdy Hiszpanka niespodziewanie kichnęła. Równocześnie czarny punkcik przeleciał z niewiarygodną prędkością z jej nosa w kierunku podłoża. Cóż, sprawcą całego zamieszania była mała muszka, która nie wiadomo czemu wleciała tam, a nie gdzie indziej. Eleanor posłała chłopakowi zakłopotane spojrzenie.
– Wybacz…
– Nic nie szkodzi – uśmiechnął się łagodnie – zdarza się.
Dziewczynie wydawało się w pewnych momentach, że pokazywała się jako nietaktowna i niezbyt obeznana, ale najwidoczniej Szwedowi to nie przeszkadzało. Jak dobrze, że trafiła akurat na tak dobrą duszę… W Obozie Herosów znajdowały się pewnie jeszcze różne inne, bardziej mroczne i niebezpieczne typy, z którymi ona najpewniej nie chciałaby mieć do czynienia. Ciekawe czy Lucas odziedziczył wrodzoną dobroć i empatię po boskim rodzicu… Tak ją to intrygowało, że aż musiała zapytać:
– Ty… Hm… Jesteś już uznany, prawda? – spytała dla bezpieczeństwa – czyim synem jesteś?
Spojrzała na niego wzrokiem tak ciekawym, ale jednocześnie pełnym uwagi, że chłopak nie miał wyjścia — musiał odpowiedzieć.
– No… Hm… – miała wrażenie, że lekko się krępuje – Ateny… Może tego po mnie nie widać, ale… – zaczął się pospiesznie usprawiedliwiać, lecz Eleanor łagodnie go uciszyła.
– Widać, nie martw się o to. Po prostu każdemu czasem odbija. Jest to wręcz konieczne, abyśmy nie stali się nudnymi posągami.
Hiszpance rozmawiało się z nim bardzo przyjemnie. Nie spodziewała się, że nawiąże z Lucasem aż tak dobry kontakt przez tak krótki czas. Widocznie oboje mieli tę umiejętność zjednywania sobie ludzi…
– Wiesz… – odezwała się w pewnym momencie nieco poważniejszym tonem niż dotychczas – w domku Hermesiaków jest nawet przyjemnie. Gdybym miała okazać się córką jakiegoś boga w stylu „och i ach”, wolałabym w ogóle nie zostać uznana…
Słowa te wypowiedziała cicho, a końcówkę dodała niemal szeptem… Nie wyobrażała sobie, jak byłaby w stanie żyć, jeśli jej boskim rodzicem byłby ktoś, kogo natura jest sprzeczna z jej ideałami. Hiszpanka czuła wolność w swoich skrzydłach i obawiała się, że nagły przypadek — zwany uznaniem — mógłby jej to odebrać.
– Moją matką jest jakaś bogini. A mało która „normalna kobieta” nie lubi — jak ja — błyskotek, paznokci, makijażu i innych takich dupereli. Podejrzewam, że wśród Olimpijczyków jest podobnie…


Lucas?
◇──◆──◇──◆
[865 słów: Eleanor otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

sobota, 10 grudnia 2022

Od Louise CD Lucasa — „Kamyk towarzysz”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Pieski nie dawały im spać, oczywiście, dzięki czemu Ateniątka mogły się poczuć jak rodzice trzech niemowląt — z tą różnicą, że niemowląt nie trzeba było wyprowadzać na siku. Louise bardzo wczuła się w rolę i pieczołowicie głaskała puchate kulki, opowiadała im bajki i tuliła. Z worka i szala umościła im wygodne posłanko, ale pieski i tak większość nocy spędziły albo na podłodze, albo swetrach rodzeństwa. Było świetnie — choć trochę męcząco. Wyprawy po siku i szczeniaki, które nie mogły usiedzieć długo w miejscu, skutecznie uniemożliwiały sen. Stara szopa wcale w tym nie pomagała — nie była w końcu przeznaczona do pomieszkiwania, chociażby chwilowego, i każdy podmuch zimowego powietrza muskał piątkę nieszczęśliwców. Szwed rankiem wyraził to słowami:
— Najgorsza noc mojego życia.
— Najgorsza? Raczej najlepsza.
Louise jak zwykle, pałała energią i szczęścia. Trzeba było przynajmniej dwóch czy trzech zarwanych nocy, żeby zmazać jej uśmiech z twarzy. Hej, jest poranek! I są pieski! Należy zignorować bolący kręgosłup i przekrwione oczy!
— Pieseczki! — pisnęła.
— Pieseczki, szczeniaczki przepiękne. Piesunie kochane!
Pieseczki kochane, przeukochane z błogością poddały się mizianiu pod bródką.
— Czyż nie są przesłodkie? Lucas, patrz, ten dał mi łapkę! — potrząsnęła ramieniem brata.
— No, są słodkie — przyznał Szwed. — Ale...
— Co ale?
— Ale co z nimi zrobimy?
Louise zamyśliła się, biorąc jednego pieska na ręce. Zetknęła swój nos z jego i puszczała mu jakieś dziwne spojrzenia.
— No kto jest małym, pięknym szczeniaczkiem, no kto jest pieseczkiem mamusi — rozczulała się.
— Louise — chrząknął Lucas.
— A, tak. Zatrzymajmy je.
— Nie damy rady.
— To jak nie damy rady, to je rozdamy. Znam takiego jednego...
— Dobra, to ma już większy sens — westchnął syn Ateny. — Ale i tak będzie trudne.
— W końcu zwierzęta w obozie to bardzo rzadko spotykane zjawisko — dokończyła Louise.
Piesek wyrwał się z jej objęć i skoczył do rodzeństwa. Warknął piskliwie i zatoczył się groźnie na chwiejnych, szczenięcych nóżkach. W odpowiedzi drugi piesek szczeknął wysoko i skoczył, lądując mniej więcej na zadku trzeciego. Wszyscy się przewrócili. Próbując wstać, pierwszy machnął ogonem po nosie drugiego, przez co ten kichnął. Rozgorzała zacięta walka.
— Są przesłodkie — powtórzyła kolejny raz Louise.
Lucas westchnął kolejny raz.


Lucas?
◇──◆──◇──◆
[338 słów: Louise otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

wtorek, 6 grudnia 2022

Od Blanche — zlecenie #5 — część 5

Poprzednie opowiadanie

LATO

Oprócz niepokojącej Blanche naiwności, Grace Pullson cechowała również najwyraźniej niezwykła inteligencja. No bo, umówmy się, jaki przeciętniak ot tak wymyśliłby w niecałą minutę całą opowieść szyfrującą swój numer telefonu? Być może młoda była dzieckiem Ateny? Chociaż, jeśli podejrzenia Blanche co do tożsamości wspomnianej przez dziewczynkę wilczycy miały okazać się prawidłowe, cała teoria szła się hajtać.
Jak powszechnie wiadomo, wielcy geniusze często pozostawali niezrozumiani. I tak prawdopodobnie było teraz z tą biedną dziewczyną. Po minie panny Lemieux prawdopodobnie dało się w tym momencie odczytać to, że, jeśli tylko ludzkie mózgi były maszynami, koła zębate w jej głowie kręciłyby się w szaleńczym tempie, próbując rozszyfrować wiadomość. O ile niektóre z cyfr podane były jak na tacy, co do pozostałych miała pewne zastrzeżenia.
„Patrzę chyba z pięć razy”, czyli 5. „Ubrałam się raz dwa” wskazywało na to, że kolejne były 1 i 2. „W pierwszym odruchu” to 1, a „cztery skrzydła” — 4. Jako że skrzydła były podwójne, po czwórce następowało 2. Ale to dawało przecież tylko sześć cyfr, a potrzebowała siedmiu!
Może to „pięć razy” nie oznaczało samej piątki, ale i następującą za nią cyfrę 1? A może fakt, że dziwne stwory „zniknęły” sugerować miał 0?
Gdyby nie przebywała w towarzystwie osoby nieletniej, jasnowłosa kobieta przeklęłaby teraz siarczyście. Czasu na proste dopytanie się dziewczyny oczywiście nie było, bo chwilę później powrócił do nich jej ojciec. Blanche została więc sama ze swoim mętlikiem w głowie, kilkoma cyframi zakreślonymi z tyłu notatnika, w którym wcześniej spisywała opowiedziane przez dwuosobową rodzinę bzdury o kosmitach i otaczającymi ich przynajmniej dziesięcioma znakami zapytania. Wyglądało na to, że w momencie próby kontaktu z dziewczyną będzie musiała bawić się w wyliczankę i modlić o to, że któreś z jej podejrzeń okaże się prawidłową kombinacją cyfr.
— Bardzo dziękuję za rozmowę i za kawę — powiedziała w końcu, gdy dopiła ciepły napój i wysłuchała przynajmniej pięciu kolejnych opowieści o kosmitach, udając, że wcale nie przeżywa cholernego kryzysu i to wcale nie tak, że już tylko jedna kolejna historia dzieliła ją od odpięcia przypinki, którą tego dnia nosiła przy koszuli.
Komórkę wyciągnęła tuż po przekroczeniu progu domostwa rodziny Pullson. Po chwili odszukała kolejny z numerów, który w jej kontaktach pozostawał wciąż jedynie z powodu tego, że „tak wypadało”. To, jak wiele starych znajomości odkurzała w rzeczywistości czy w swej pamięci przez jedną dziewczynę, mogłoby być nawet śmieszne, gdyby nie to, ile złych wspomnień niosły za sobą te podróże w przeszłość.
Lana Wilson nie była złym człowiekiem. Prawdopodobnie poznały się po prostu w złym momencie. Nie wiedziały jednak, że już niecały miesiąc po tym spotkaniu w obskurnym barze, który zainicjował ich krótki, namiętny i dość burzliwy związek, miało stać się coś, co było kolejnym ciosem prosto w serce Blanche. Śmierć Wendy przyszła nagle i zadziałała na jej przyjaciółkę mocniej, niż powinna. To zaś oczywiście zauważyła Lana. Zauważyła też, jakimi uczuciami przez te wszystkie lata jej dziewczyna darzyła tę kobietę, która zawsze gdzieś czaiła się w jej opowieściach. Gdy spróbowała zainicjować rozmowę na ten temat, została nazwana bezduszną suką. „I co, może nie mam prawa cierpieć? Bo nie jestem jej pierdolonym mężulkiem? Bo ja sama próbowałam sobie jakkolwiek ułożyć życie bez niej na miejscu, na którym chciałabym, żeby była? Tak, kocham ją, zawsze kochałam, ale sama odsunęłam się na bok, by nie przeszkadzać jej szczęściu. A ty jeszcze teraz masz do mnie jakieś pretensje!”, krzyczała jej w twarz panna Lemieux, a w jej oddechu wyczuwalny zapach alkoholu, którego tego wieczora wypiła zdecydowanie zbyt dużo.
Lana wyszła wtedy z jej mieszkania, by później powrócić tam tylko raz, po swoje rzeczy. Jakiś czas później udało im się spotkać ponownie i, choć teoretycznie przegadały wtedy wszystko, a Blanche z całego serca przeprosiła ją za swoje zachowanie, ich relacja nigdy nie wróciła na poziom wyższy niż „tolerujące się znajome, które są również swoimi eks”. Teraz jednak jej opinia, jako córki Somnusa, rzymskiego alter-ego Hypnosa, i jedynej znanej Blanche osoby, która należała do społeczności Obozu Jupiter, była potrzebna od zaraz.
„Od zaraz” nastąpiło dopiero kilka tygodni później. Przez ten czas panna Lemieux prowadziła swój własny research i kilkukrotnie rozważała próbę kontaktu z Grace. Uznała jednak, że nie chce kusić losu, gdyby telefon dziewczyny znajdował się pod mniejszym lub większym nadzorem jej ojca. To los bowiem chciał, że w momencie, w którym do niej zadzwoniła, Lana była w trakcie podróży dookoła świata, bez stałego zasięgu czy łącza internetowego. (Tak, to brzmiało jak coś, co ta kobieta już od dawna chciałaby zrobić). Dlatego też sprawa ta poczekać musiała aż do momentu jej powrotu.
Spotkały się na neutralnym gruncie, przytulnej kawiarence gdzieś pośrodku drogi pomiędzy ich obecnymi miejscami zamieszkania. Obie sączyły swoje ciepłe napoje, Blanche czarną, niesłodzoną kawę, a Lana zieloną herbatę, która najwyraźniej wciąż, pomimo upływu lat, pozostawała jej faworytem.
— I co uważasz? Myślisz, że to mogła być Lupa? — spytała Blanche, zakończywszy swoją opowieść, mimo iż wiedziała, że chociażby brak dokładniejszego opisu wilka, mógł stać się źródłem pewnych problemów.
„Bądź Lupą, bądź Lupą, błagam”, powtarzała w myślach, czekając na odpowiedź. Ona sama nie miała sił na kolejne tygodnie poszukiwań, a sama Grace mogła prawdopodobnie nawet nie mieć przed sobą tyle czasu. Bycie półbogiem to w końcu cholernie niebezpieczna sprawa.

◇──◆──◇──◆
[847 słów: Blanche otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia, +10 za zlecenie]