piątek, 4 lipca 2025

Od Keitha — ,,Kłopoty piszą się same"

Przedwakacyjny timing

Powolne tykanie zegara, którego wskazówki nie chciały wskazywać oczekiwanej przez niego godziny, wprawiało go w zdenerwowanie. W nagromadzającym się nadmiarze emocji nie pomagał fakt, iż właśnie został zmuszony do bezczynnego siedzenia w kozie po lekcjach. Siłą woli powstrzymywał ochotę, aby wstać z ławki i obejść kilka dobrych okrążeń wokół salki katechetycznej. Miał w głowie monolog, który wygłosiłby, nie zwracając uwagi na kilku innych znudzonych uczniów (z pewnością byli tak wynudzeni, że spodobałby im się ten skromny teatrzyk ze strony Keitha) i nauczyciela, wyglądającego, jakby jego samego dotknęła ta sama kara, co skazańców pod jego opieką.
No właśnie, to był jedyny powód, dla którego ta tykająca bomba jeszcze nie wybuchnęła i z zewnątrz pozostał cichym chłopakiem oglądającym swoje siniaki i czasem zaglądającym przez okno.
To w wielkim skrócie: Według szarej, nudnej rzeczywistości należącej do śmiertelników, Keith pobił się z jednym z młodszych uczniów. Postarali się chociaż, aby pokłócić się w ustronniejszym miejscu, dzięki czemu nikt ze świadków nie usłyszał, o co właściwie poszło tej dwójce. Wiedzieli tylko tyle, że blondyn ruszył pierwszy.
Natomiast pod Mgłą wyglądało to tak — jakiś poniższy potwór przebrał się za dzieciaka, aby przyjść i zwyzywać jego ojca i obiecać zemstę, za coś, co zrobił mu jakieś tam stulecia temu. Keith zaczął tłumaczyć, że ma gdzieś, co kiedyś tam robił Apollo i totalnie nie ma nic z nim wspólnego, oprócz krwi w żyłach. Ale prowokacja trwała, jakby mityczny stwór stojący przed nim założył się z kumplami o to, czy wkurzy choć jednego półboga, czy nie, więc kiedy tylko padło złe słowo o jego matce… ruszył. Dał się sprowokować. Siłowali się przez chwilę, po czym dzieciak nawiał. Może nawet lepiej, bo heros nie chciał sobie wyobrażać, co by było, gdyby go zabił.
Z racji tego, iż to był pierwszy taki numer, skończyło się na pogadance z matką oraz właśnie posiedzeniu w kozie. O młodym nikt nic nie słyszał. Co lepsze, nie było kontaktu, ani z nim, ani z jego rodzicami.
Cóż, skoro śmiertelni nie wiedzieli o jego prawdziwej naturze, mogło to oznaczać kłopoty dla Keitha. Wiedział tylko, że tym razem przyspieszy sobie wakacje i nie ruszy się z Obozu Jupiter, dopóki sprawa nie ucichnie.
Wreszcie zabrzmiał dzwonek. Mógł wyjść, a nawet musiał. Jak najszybciej.
Musiał porozmawiać z Apollem. W jakikolwiek sposób mógłby go wezwać…

 
────
[375 słów: Keith otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

Od Violet CD Niketasa — ,,Ten Redbull naprawdę dodaje skrzydeł"

Poprzednie opowiadanie 

WIOSNA

Znacie to uczucie, kiedy doskonale wiecie, że coś jest nie tak, ale i tak w to brniecie, bo nie macie sposobności, aby zweryfikować patowość sytuacji? Kiedy intuicja wie, że nieprzyjemny zapach błędu do popełnienia roznosi się po pokoju, lecz nie idzie zweryfikować źródła, z którego owy smrodek pochodzi? I zostaje wam iść dalej, dopóki zabawa w ,,zimno, ciepło i gorąco” się nie skończy?
U Violet to przeczucie zrobiło się intensywniejsze, kiedy Niketas powiedział o tym, iż sprzedawał ,,Mocnego Fulla” (ah, co za głupia nazwa!)... Nie ,,Mocnego Fulla”! ,,Strawberry Punch”... Tak, to powinna być prawidłowa nazwa. Wracając — kiedy Niketas powiedział, że sprzedawał ,,Strawberry Puncha” po różnych cenach. Jakby, skąd ona miała wiedzieć, ile forsy miało być prawidłowo w tej szkatułce? Tyle dobrego, iż pieniądze zostają z nią na jakiś czas.
Podobnie nie podobało jej się mieszanie w to osoby postronnej. Z jednej strony, było to niepotrzebne, jednak sama poprosiła własnego brata o pomoc z załatwieniem proszku z kości sowy, zatem wydaje się, że w tej kwestii są kwita.
W każdym razie, co mogła zrobić? Nic nie zrobi. Najważniejsze, że wyciągnęła stamtąd odpowiednią kwotę, aby opłacić składniki, które wystarczą na jeszcze mnóstwo partii jej magicznego napoju. Musiała tylko poczekać, aż Andrew dostarczy, co było potrzebne. Na razie wszystko przebiegało bez problemu… póki co. ***
— Tak drogie? — Violet uniosła brew, wbijając spojrzenie w kilka małych saszetek z jasnym proszkiem, który śmiertelnikowi skojarzyłby się z czymś nielegalnym, natomiast dla takich Hekaciątek jest potężnym gamechangerem do tworzenia mocnych mikstur.
— Taa… — Andrew wzruszył ramionami. — Zacznijmy od tego, że nie jest to składnik łatwy do zdobycia. Natknąć się na kości sowy graniczy z cudem. Nie ma ich tak wiele w okolicy, jak saren, jeleni i tak dalej. Natomiast polowanie na sowy grozi gniewem Ateny, a zgaduję, że nie chcesz skończyć jak Arachne albo gorzej, prawda? A powiem, że to wszystko znalazłem na bazarze w Nowym Rzymie. Cały zapas, który skosiliśmy potomkom Trivii, czy jak u nich matka się nazywa.
— Ja pier… — Violet starała się nie przeklinać, ale tym razem powiedziała to, zawiedziona i załamana. Nie potrafiła inaczej. — Masz racje, nie warto.
Sięgnęła do skrzynki z forsą. Wcisnęła bratu należne pieniądze do rąk i zaczęła przeliczać, to co zostało w środku. Chociaż, właściwie nie było czego przeliczać? Trzydzieści dolców? Poważnie? Ledwo stać ją na waciki
— Powinnaś zamienić kości sowy na coś łatwiej dostępnego i tańszego — poradził rudzielec. — Może na ashwagande? Albo głupią melisse? Ten wasz napój nie będzie taki mocny, ale efekt powinien być ten sam.
— Dosyć mam zielska w tej miksturze.
— To może jabłko? Będzie dobrze smakować z truskawką. Nie wspominając o tym, że nie musisz ich szukać zbyt długo.
— Podejrzewam, że efekt będzie trwał krócej. — Musiała ustąpić bratu. — Ale będzie do przeżycia.
— No, widzisz. Tak się robi biznes, młoda. — Andrew uśmiechnął się szyderczo. — Możesz powiedzieć swojemu koledze, żeby się bujał ze swoimi pomysłami.
— Kiedyś powiem. Ale jeszcze nie teraz.
***

Czarodziejka zakręciła właśnie ostatnią butelkę. Również jako ostatnia pozostała do opisania. Jej pismo nie należało do najpiękniejszych dzieł kaligrafii, jednak opisywanie czterdziestu czterech (Andrew zgarnął jedną za fatygę, a i tak wyszło z tego więcej, niż planowała!) wystarczająco ją wymęczyło i przestała zwracać uwagę na staranność.
Zaś jej szanowny partner w zbrodni, Niketas potrafił złożyć wizytę idealnie na czas. Tym razem nie zapukał, a wszedł jak do siebie (do obory) tanecznym krokiem, trzaskając drzwiami jakby były drzwiami od syrenki lub innego bardzo starego samochodu.
— Witam serdecznie. — Chłopak podniósł na sekundę okulary, zdaje się, że w geście powitalnym. Oczywiście, natychmiast rozwalił się na kanapie, gdzie do szczęścia brakowało mu tylko oranżady. Albo dietetycznej coli.
— Nie mam dla ciebie dobrych wieści — powiedziała z kamienną twarzą, jednak wciąż skupiona na krzywej kaligrafii na nalepce. — Musisz opchnąć jak najwięcej tego cudu i zarobić na tym o wiele więcej. Niestety, ten konkretny składnik nie był tak tani, jak myślałam i ze szkatułki ubyło… no, dość sporo. Na szczęście na następny raz mam o wiele tańszy zamiennik. Po prostu musisz wiedzieć, skąd te braki. I tyle.
Niketas?
───
[653 słowa: Violet otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Violet CD Terry'ego — ,,Nostradamusie zlituj się"

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Tak, Violet znała język migowy. Pokrótce. Rosalie uczyła jej parę chwytów, kiedy od czasu do czasu musiała powiedzieć coś innemu głuchemu chłopaczkowi, który czasem zapominał o założeniu aparatu słuchowego. Poznała, kiedy Terry ułożył słowo kojarzące się z zaprzeczeniem, a potem było to albo ,,rozmawiać” albo ,,mówić”.
Patrzyła na jego zawiedzioną minę, co zdecydowanie utrzymało ją w przekonaniu, co młody chciał przekazać.
— Dobrze — powiedziała stanowczo, unosząc głowę. — Nie będę cię do niczego zmuszać, ale wiesz, że jeśli nie chcesz przyjąć mojej pomocy, moja rola na tym się kończy?
Terry przymknął oczy i spuścił brązową łepetynę na dół. Jego policzki zaczerwieniły się w mig, a wielkie oczęta zaszkliły, lecz nie wypłynęła z nich ani jedna łza.
— Przepraszam… zawiodłem… — wymamrotał, dukając te dwa, niełatwe dla niego słowa.
Na początku była wściekła, że chłopak milczy, ani nie daje sobie pomóc, ale ten widok zmiótł ją z planszy, jak marnego pionka.
Serce Violet zmiękło, a potem rozkruszyło się niczym zmiażdżona babeczka. Pospiesznie chwyciła Terry’ego za obie dłonie, ściskając je w geście troski.
— Nikogo nie zawiodłeś, młody. Dopóki nie stchórzysz, zawiedziesz tylko samego siebie.
Nagle czarodziejce wpadł do głowy jeden pomysł. Owszem, mogła mu pomóc również i bez wiedzy, co tak naprawdę się dzieje. Wystarczyło, aby Terry miał odwagę stawić czoła temu, cokolwiek go przerasta.
Swego czasu naszyjnik z małym odłamkiem cytrynu pomagał nabrać jej sił, aby mówić o swoich uczuciach. Kupiony został w lokalnym sklepie ezoterycznym przez babcie Gwen, jako prezent na pocieszenie małej Violet, która zaczęła rozumieć, jak mocno ojciec ją zawodzi. Jak po raz pierwszy zaczynała czuć się przykro z tego powodu, a potem jak świat powariował wraz z odkryciem swojej tożsamości i śmiercią babci. Cytryn o mocy pewności siebie pozwalał jej o tym rozmawiać. Liczyła na to, że tym razem pomoże Terry'emu — niekoniecznie miała na myśli, żeby się wygadał, lecz aby nabytą odwagą mógł zrobić, co do niego należy. Musiała jedynie oczyścić kamień ze swojej energii, jednak dało się to zrobić po drodze z pomocą jednego słowa wypowiedzianego w myślach.
Kiedy znalazła ową biżuterię, zawiesiła ją na szyi syna Demeter, jeszcze bardziej wprawiając chłopca w dezorientacje. Odłamek kryształu słonecznego odcienia na srebrnym łańcuszku schował się za jego kołnierz.
— Miej go przy sobie, kiedy będziesz z nią rozmawiać, zgoda?

Terry? 
─── 
 [366 słów: Violet otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

Od Violet CD Ezry — ,,Kawa z półboga"

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA, rok temu

Violet podeszła do zlewu, aby pozbyć się mrówek z fusów na swoich dłoniach, choć nie spuszczała wzroku z harpii, która przed chwilą u nich zagościła. Normalnie, nad takimi potworami jak ona wisi aura złowrogości, wyglądająca jak krwistoczerwona snóżka dymu nad głową. Jednakże tym razem nie potrafiła jej dostrzec, a zamiast tego wiła się nad nią ledwo widoczna, biała para.
Takie przypadki interpretowane są jako neutralność, a szerzej: chwilowe zawieszenie broni, stan spoczynku czy też pierwsze myśli o poddaniu się (pełne ,,poddaję się” następuje, kiedy dym jest gęsty jak na wybór papieża) - a przynajmniej takie wnioski wyciągnęła na widok wrogiej istoty spotykającej się twarzą w twarz z półbogami, których zazwyczaj chce się zabić. To tak, jakby zwykłemu śmiertelnikowi nie chciało się pacnąć komara, który bzyczy mu nad uchem, kiedy podejmuje próbę zaśnięcia. Albo kot, któremu nie chce się upolować myszy — chociaż nie, bo większa część populacji kotów jest po prostu na to zbyt leniwa.
Przez chwilę pomyślała, czy możliwe jest ukrycie własnej aury. Przede wszystkim po to, aby uśpić czyjąś czujność, ale… nie. Wiedziałaby o tym. A może i nie?
Ezra było widocznie zestresowane ową sytuacją. Może ono coś wyczuwało? Strach i śmierć to jeno specjalność. Nie musiał nawet pokazywać z zewnątrz, że jest niespokojny — Violet widziała to od środka, że coś go dręczyło, choć nie miała pojęcia co.
W każdym razie, dopóki nie byli sami w kawiarni, wszelka agresja nie miała sensu. Nawet jeśli Violet potrafi manipulować Mgłą, wspomnieniami i w ogóle mogłaby ukryć walkę z harpią, to jednak nie ćwiczyła tego na skalę tak wielkiego terenu (nie wierzyła, że wystarczy, iż obejmie iluzją całą knajpę, a lepiej nie przyciągnąć uwagi ludzi z zewnątrz — stąd się wzięła ta ,,skala”). To co im zostaje? Przyjąć gościnnie panią harpię i poczekać na rozwój wydarzeń.
Ku niezadowoleniu osoby koleżeńskiej, Violet wzięła się za obsługę gościa, co zresztą leżało w jej obowiązku. Dotąd ignorowała go, a po przyjęciu zamówienia wzięła przeźroczysty kubek i czarny mazak do ręki.
— To jak pani ma na imię? — zapytała żwawo.
Skrzydlata dama zmrużyła oczy, ukazując dziwny spokój ducha.
— Zaraz… jak to będzie po ludzku? Estera, chyba — Jej spojrzenie powędrowało ku Ezrie. Zaśmiała się cicho. — A koleżka nie musi się denerwować. Harpie również zasługują na wakacje. Wczoraj zjadłam półboga we Francji, najadłam się po wsze czasy. Oczekuję po was, że również nie będziecie kombinować.
Van Asperen prychnął z politowaniem. Tym samym dał znać, że nie ma zamiaru robić tej kawy. A mimo to, Violet wcisnęła plastik w jego ręce i pchnęła w kierunku półki z paletą syropów do wyboru. Widząc, że Estera oddaliła się od kasy i usiadła przy stoliku, Violet wreszcie mogła im przedstawić sytuacje z jej strony.
— Prawdopodobnie ma rację — powiedziała, choć bardzo starała się, aby usłyszało to jedynie Ezra. — Nigdy nie spotkałam potwora w stanie spoczynku, ale nie jest to niezwykłe, prawda? Na przykład, wuefistka mojego brata była empuzą, choć nigdy nie zaatakowała żadnego dzieciaka w jego szkole. Wyczuł w niej istotę magiczną, lecz aura była zbyt neutralna, aby podejrzewać ją o złe zamiary.
— No tak — syknął syn Tanatosa. — Te skurwysyństwa są pośród nas. Ale nigdy nie wiesz, czy odechce jej się tych ,,wakacji”. Zaciągnijmy ją do toalety, stwórzmy iluzję dla śmiertelników albo nie wiem… w każdym razie, zabijmy ją, dopóki nie jest za późno.
— J-Ja… nie potrafię stworzyć tak wielkiej iluzji. Jeszcze nie. A nie wiem, jak mogę sprawić, że zachce jej się skorzystać z toalety. Poczekajmy, proszę.
— Niech ci będzie — westchnął niechętnie. — Ale wiedz, że przy najbliżej okazji rozszarpię tę sukę, aż jej w Hadesie nie poznają.
Ezra skończyło walczyć ze spieniaczem mleka i wlało je do kubka podpisanego imieniem Estera. Wręczyło je koleżance ostentacyjnie, zaś Violet przewróciła oczami. Będąc już przy ladzie, zawołała panią harpię po imieniu, a ta z uśmiechem przyjęła napój.
— Mam nadzieje, że już się nie spotkamy, młodzi herosi. — Wyjątkowo, nie brzmiało to, jak złorzeczenie. Wręcz przeciwnie. Odeszła w kierunku drzwi i wyszła, skrzypiąc nimi niemiłosiernie. Przez futrynę okien widziała jedynie, jak wzlatuje wysoko z kawą w ręce. I daleko, oby jak najdalej.

 ***

Połboszcze przekręciło klucz, który dostało od Steph w ramach zaufania i jeszcze pięć razy sprawdziło, czy wrota piekielnej kawiarni zostały zamknięte. W międzyczasie Violet szeptała do siebie manifestacje, aby poranna zmiana nie znalazła ani jednego powodu do czepiania się porządku. Przerwał jej, kiedy wreszcie upewnił się, że nikt nie włamie się im do miejsca pracy.
— Jakbyś chciała, możemy razem wrócić do obozu. We dwójkę będziemy mieli większe szanse z kolejną hapią.
— Oh, a ty nadal to przeżywasz? — Czarodziejka machnęła ręką.
— No cóż, nienawidzę harpii — odpowiedziało wymijająco. Pewnie chciało to mieć za sobą.
— Pamiętasz, jak mówiłam ci o założeniu tajnej kawiarni tylko dla półbogów i satyrów i... w ogóle bardziej przyjaznych istot? Może teraz będziesz bardziej chętny, co?
Ezra przewróciło oczyma.
— Mówisz, jakbyś nie miała dosyć pracy w tym kołchozie, a co dopiero w swoim własnym. Przecież sama słyszysz, jak Steph narzeka na nawał obowiązków.
— Dobra, słuchaj, jeśli po drodze wskoczymy do Maka, wynagrodzę ci przykre wspomnienia z harpiami. Zgoda? 

  Ezra? 
─── 
 [822 słów: Violet otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Caroline — „Take me back to Eden” — część 3

Poprzednie opowiadanie

LATO

Caroline miała ochotę rzucać bluzgami.
Nikt jej nie wierzył, kiedy mówiła, że można jej już zdjąć ten głupi gips. Siniaki i zadrapania się wygoiły, szwy jej zdjęto i przeszkadzała jej już tylko ręka w gipsie. Naprawdę chciała się go pozbyć, ale najwidoczniej nikt inny nie podzielał jej zdania, przez co w samolocie siedziała w niewygodnym opatrunku.
Długo kłóciła się z rodzicami, żeby po prostu wypuścili ją z domu. Wypadki chodzą po ludziach! Te samochodowe też. Przejmowali się tym bardziej niż ona. W końcu przecież nic jej się nie stało. To nie była najniebezpieczniejsza sytuacja w jej życiu, ale mogła się założyć, że przeżyła już kilka gorszych. Wrzaskami i stawaniem kantem w końcu stanęła na swoim, ale na gips już nic nie udało jej się zaradzić. Najwidoczniej nie mogła mieć wszystkiego.
Czekało ją jeszcze tylko jakieś osiem godzin w samolocie, a potem dwa miesiące ekscytującej walki na miecze, przeszkolenia bojowego nowych nabytków i prześwietnej zabawy. No i w końcu ktoś jej zdejmie ten cholerny gips.

 
Long Island było całkiem ładne, nie mogła zaprzeczyć. Nie lubiła morza, ale widok znajomych budynków i pól truskawek sprawiał, że jednak uważała to miejsce za drugi dom. A domu przecież nie mogła uważać za brzydki.
Domek piąty powitał ją tym, co zawsze. Na wejściu niemal nawarczała na jakiegoś dzieciaka, którego jeszcze nie znała, bo szykował się do zajęcia jej łóżka. Rzuciła torbę na materac i od razu poszła szukać mieszkańców domku siódmego. Może i nigdy szczególnie nie przepadała za dziećmi Apollo, ale była gotowa zrobić wiele rzeczy, byle tylko pozbyć się upierdliwego usztywnienia ze swojej ręki.
Nawet nie musiała szczególnie prosić. Odrobina ambrozji, chwila grozy (bo nikt nie miał narzędzia do przecinania gipsu) i w końcu była wolna. Z satysfakcją patrzyła na całkowicie sprawną rękę i podziękowała, po czym z niecodziennym entuzjazmem postanowiła zrobić sobie krótki spacer po obozie. Teraz miała już naprawdę dobry humor i widząc znajome twarze, uśmiechała się.
Tutaj ani wypadek samochodowy, ani ostatnie kłótnie z rodzicami, ani nawet jej szkoła nie wydawały się zbyt istotne. Nie mogła się doczekać, aż znowu popadnie w obozową rutynę i jej mięśnie odtają po długiej rozłące z bronią. I tylko kiedy przechodząc obok pawilonu, zorientowała się, że jakieś sporo młodsze dziecko wpatruje się w nią okrągłymi oczami, pozwoliła sobie na posłanie w jego stronę złośliwego uśmiechu.
— I na co się gapisz?
Chłopiec się speszył i odszedł, a ona westchnęła z ulgą. Tak, była w domu. 

 ──── 
[400 słów: Caroline otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]