czwartek, 6 sierpnia 2026

Od Elianne — „Wherever you are you will always be in my heart”

Eli nie miała pojęcia, co w nią wstąpiło, ale zapewne składała się na to cała seria niefortunnych zdarzeń. Bolał ją brzuch, pakując się przegapiła śniadanie, jej włosy wyglądały jak bocianie gniazdo, a poprzedniego wieczora posprzeczała się z Kalem. Może i się pogodzili, ale coś nadal ściskało ją w brzuchu. Poza tym była zmęczona i marzyła o tym, żeby dwa najbliższe dni przeleżeć w łóżku.
Wszystko złożyło się na to, że kiedy w niedzielę rano zadzwoniła dzwonkiem do domu rodzinnego, a drzwi otworzyła jej rozpromieniona Camille, Eli najzwyczajniej w świecie się rozpłakała. Po prostu poczuła, jak jej gardło nieznośnie się zaciska, a oczy wezbrały jej łzami. Wciąż ściskając w dłoniach swoją torbę, stojąc w progu, pozwoliła im popłynąć.
Szeroki uśmiech Camille szybko zamienił się w zmarszczone z troską brwi.
— Jezu, kochanie, co się stało? — zapytała, wychodząc na ganek, żeby przytulić Elianne.
— Nic — mruknęła Eli, z ulgą chowając się w objęciach kobiety. — Po prostu… — próbowała wyjaśnić, ale głos jej się załamał. — Nie wiem.
Sweter Camille pachniał tymi samymi perfumami, których używała, odkąd tylko Eli pamiętała. Zapach ten kojarzył się jej z domem i to sprawiło, że jeszcze bardziej zadrżała.
— No już, już — wymamrotała uspokajająco kobieta, ostrożnie przeczesując palcami splątane loki dziewczynki.
Odsunęła się odrobinę, żeby móc odgarnąć jej włosy z czoła.
— Wejdźmy do domu, co? Porozmawiamy.

Elianne szybko została posadzona na kanapie, z kocem narzuconym na ramiona i pudełkiem chusteczek. Wciąż pociągała nosem, ale policzki miała już względnie suche i zaczynało jej być głupio przez ten niczym nie spowodowany wybuch. Zwykle umiała nad sobą panować, ale może robiła to już zbyt długo. Cam krzątała się po kuchni, robiąc herbatę, jednak co chwilę zerkała na Eli kątem oka.
— Tata poszedł na spacer i do piekarni, myślał że będziesz później — wyjaśniła, szukając cukierniczki. — Chłopcy jeszcze śpią.
— To dobrze — mruknęła Eli, bawiąc się nadprutym rogiem koca.
Camille w końcu przeszła do salonu i postawiła dwa kubki na stoliku, po czym usiadła obok dziewczynki. Uśmiechnęła się do niej.
— Teraz opowiadaj, co w obozie? Ktoś ci dokucza? — zagaiła, nie chcąc ponownie pytać wprost, co doprowadziło Eli do płaczu.
— Nie. Centurionom się nie dokucza — westchnęła, a Camille tylko pokiwała głową, bo wciąż nie do końca rozumiała, na czym polega ta rola. — Po prostu miałam kiepską noc i poranek.
Sięgnęła po swoją herbatę i złapała ciepły kubek w obie dłonie, po czym oparła głowę na ramieniu kobiety. Dawno nie miała ku temu okazji, a czasami tęskniła za nią tak bardzo, że aż coś kuło ją w piersi.
— Chcesz o tym porozmawiać? — zapytała łagodnie Cam, ponownie przeplatając między palcami jej włosy.
— Nie ma o czym. Tylko wstałam w złym humorze — mruknęła, przymykając oczy.
Poczuła, jak Camille opiera policzek o czubek jej głowy.
— Wiesz, że możesz zawsze wszystko mi powiedzieć? Jestem po twojej stronie, nieważne w jakiej sprawie — powiedziała cicho, a Elianne poczuła, jak łzy na powrót napływają jej do oczu.
Milczała przez chwilę.
— Wiem. Dziękuję. Kocham cię — szepnęła tylko, mocniej zaciskając palce na ceramicznym kubku.
— Ja ciebie też. — Camille pocałowała czubek jej zmierzwionej głowy. — Na poprawę humoru, mam dla ciebie niespodziankę. Musisz jeszcze poczekać, ale będzie warto — dodała z uśmiechem, krótko ściskając dziewczynkę.
Żyjąc z trójką braci Eli już dawno nauczyła się, że niespodzianka nie zawsze oznacza coś dobrego, ale ufała Camille, że nie chciałaby jej akurat tego dnia dobić jeszcze bardziej. Tylko skinęła głową, w końcu biorąc się za picie swojej herbaty.
— Jesteś głodna? My jeszcze nie jedliśmy, bo twój tata jak zwykle ma na wszystko czas i nie ma go już z pół godziny — powiedziała Cam, z rozbawieniem przewracając oczami.
Elianne uniosła kąciki ust w małym uśmiechu. Tak, to brzmiało jak jej tata. W końcu ostatni raz pociągnęła nosem i podniosła głowę z ramienia Camille. Zanim zdążyła zakomunikować, że już czuje się lepiej, usłyszała skrzypienie schodów i znajomy głos.
— Mamo? Robiłaś kawę?
Poczuła, jak resztka ciężaru opada z jej ramion. Nie widziała się z najstarszym bratem od czerwca, kiedy to wpadł do domu na tydzień, bo znalazł sobie pracę w pobliżu uczelni na całe wakacje. To było ponad pięć miesięcy temu i Eli boleśnie odczuwała jego nieobecność podczas każdej wizyty w domu.
Camille roześmiała się, widząc jak dziewczyna pospiesznie odstawia herbatę na stolik.
— To właśnie twoja niespodzianka. Wstała szybciej, niż podejrzewałam.
Eli już słuchała jej tylko jednym uchem, bo Chris zdążył już podejść od tyłu do kanapy i posłać siostrze jeden ze swoich mistrzowskich, krzywych uśmiechów.
— Cześć, El. Wyglądasz, jakby ktoś nasikał ci do herbaty.
— Dupek — mruknęła pod nosem Elianne, ale wcale nie przeszkodziło jej to w wdrapaniu się na oparcie kanapy, żeby przytulić brata.
— Od kiedy przeklinasz przy mamie?
— Dupek to nie jest przekleństwo.
— Jak na ciebie? Jest.
— Żebym zaraz nie musiała-
Chłopak wykorzystał okazję, i wbił jej palce w żebra. Eli zaśmiała się i zaczęła wyrywać się z jego uścisku.
— Mamo! — poskarżyła się piskliwie, kiedy Chris za żadne skarby nie chciał jej uwolnić z tej męczarni.
Im była starsza, tym rzadziej zwracała się do Camille w ten sposób, ale to wciąż było coś, co mówiła instynktownie. Nie umiała pozbyć się dziwnego zmieszania, które zawsze wtedy odczuwała, jakby Juwentas miała zaraz pojawić się na środku ich salonu i ją za to ukarać. A jednak od zawsze wiedziała, że chociaż Camille nie jest z nią w żaden sposób spokrewniona, wciąż jest jedyną matką, którą Elianne kiedykolwiek uznawała. Była zbyt zajęta wyrywaniem się z ramion brata, żeby zauważyć, że uśmiech Cam złagodniał.
— Christopher, odstaw siostrę. Nie macie już po pięć lat — zganiła go, ale po jej głosie słychać było, że powstrzymywała się od śmiechu.
Eli w końcu wylądowała z powrotem na kanapie, oddychając ciężko i rozmasowując obolałe żebra.
— Zdrajca — fuknęła w stronę brata, ale nie potrafiła ukryć uśmiechu.
To, co dręczyło ją rano, szybko zniknęło z jej głowy. Dawno nie czuła się, jakby była w domu, choć przecież regularnie w nim bywała.
Trzasnęły drzwi frontowe.
— Czy ktoś jest głodny? — zawołał z korytarza ojciec Eli.
Pozwoliła sobie opaść na miękkie, kanapowe poduszki. Chciałaby zatrzymać czas.



────
[975 słów: Elianne otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Niketasa CD Weroniki — „Pluszowe misie słuchają Highway to Hell”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

– Co jest nie tak z tą kobietą? – szepcze do siebie Niketas, wciśnięty w szczelinę między swoim łóżkiem a wspólną szafą, o którą opiera nogi. Na udach rozłożoną ma zapisaną przeróżnymi bazgrołami kartkę, a obok leży kostka Rubika, od której powoli zaczynają odpadać poszczególne sześciany. Wyjątkowo, chłopak nie ma na nosie okularów przeciwsłonecznych, które aktualnie zwiedzają zakamarki jego pościeli. Włosy ma nieułożone, nie wpadają mu do oczu wyłącznie dzięki gumce recepturce, która mniej więcej spina je w jednym miejscu, tworząc palemkę na czubku jego głowy. Ze zmrużonymi oczami i zmarszczonymi brwiami przechyla głowę, wpatrując się w swoją kartkę, jakby miał tam dostrzec Zeusa. – Może ona miała na myśli „F”, gdy pisała „H”. Nie. Bliżej temu do „R”. Kurwa, to jest „M”. Jak nic to jest „M”. Pojebały jej się wielkości liter, idiotka.
Po wymamrotaniu tych paru zdań chwyta swoją kostkę Rubika, którą kwadrans wcześniej ułożył, żeby mieć czysty start. Przystępuje do bardzo wymagającej pracy, już po raz dziesiąty tego wieczora. Tym razem naprawdę usilnie próbuje trzymać się wymykającej się z rąk nadziei, że coś mu wyjdzie. Coś ułoży. Jakiś inny kod złożony z kolorów, który potem będzie musiał rozszyfrować. Ale to przynajmniej będzie już COŚ.
Najpierw. Obrót poziomej ścianki środkowej zgodnie z ruchem wskazówek zegara o trzysta sześćdziesiąt stopni. To jest, kurwa, bez sensu. Obrót dolnej ścianki o czterysta pięćdziesiąt stopni. Obrót poziomej ścianki środkowej o dziewięćdziesiąt stopni i odwrócenie całej kostki wokół osi x. Znowu obrót dolnej o czterysta pięćdziesiąt stopni. Pionowa środkowa o dziewięćdziesiąt stopni. Cała kostka wokół osi x. Znowu dolna ścianka o czterysta pięćdziesiąt stopni.
Po przyjrzeniu się wynikowi swoich działań Niketas stwierdza, że powinien popełnić brutalne morderstwo na pewnej galaktycznowłosej Rosjance. Jedna strona kostki przypomina flagę Armenii, ale chłopak wątpi, że to o to chodziło Weronice. Czy Rosja kiedykolwiek była zaangażowana w konflikt polityczny z Armenią?? Żeby to wiedzieć, musiałby uważać na lekcjach historii, a podczas nich wolał robić matmę.
Bardzo niedelikatnie odkłada kostkę gdzieś w kąt. Możliwe, że wpada pod łóżko, ale Niketasa mało to obchodzi. Patrzy na swoje pozostałe opcje i zatrzymuje się na połączeniu Cezara z Gematrią. Dzięki niemu otrzymał taką oto cudowną wiadomość, która była jedną z przyczyn tego, że potargał całą poprzednią stronę nieprawidłowych prób rozszyfrowania kodu Werci:

„1. hd ge
2. hage jage”

W drugim punkcie już myślał, że do czegoś dochodził, mimo że pierwszy w ogóle na to nie wskazywał. Teraz korektuje ten drugi punk, po zdaniu sobie sprawy, że użył H, a nie M i ostatecznie otrzymuje: „2. hage page”. Stwierdza, że znowu ma ochotę coś zniszczyć. Po paru wdechach i wydechach po prostu gapi się na kartkę przekrwionymi oczami, prawie uśmiechając się na widok narysowanych na dole strony tańczących ludzików. Było to jego poddańczym gestem, zanim wpadł na to, że Weronika może po prostu nie umie pisać i jej H wygląda jak M. Ostatecznie nie doprowadza go to do niczego, ale ludziki go pocieszają. Jakąś godzinę temu dzięki nim zakodował wiadomość: „PIERDOL SIE WERONICZKA” i jakoś tak dobrze mu się na nie patrzy.
– Mogę kostkę? – pyta Ulfert i bardzo ostentacyjnie wskazuje na ściankę z flagą Armenii, jakby Niketas był w stanie kompletnego odklejenia od rzeczywistości i nie rozumiał prostych słów.
– Weź mi to sprzed oczu – mamrocze w dłonie, którymi właśnie próbuje rozmasować sobie powieki.
– A może ona chciała cię po prostu rozkojarzyć? – delikatnie sugeruje Ulf. – Wiesz, odwrócić twoją uwagę od sprawy i się ciebie pozbyć.
– Nawet sobie tak nie żartuj.
– No ale udało ci się do czegoś dojść? – pyta Ulf i gdyby był choćby odrobinę bardziej bezczelny, to pewnie zabrałby Niketasowi jego notatki i dokładnie przyjrzałby się tym bazgrołom wariata. Na szczęście widzi je tylko z daleka (już i tak może stwierdzić, że jego brat niebezpiecznie szybko zbliża się do załamania nerwowego). – Może powinieneś ją po prostu skonfrontować i…
– I co jej powiedzieć? „Hage jage”?
– Co kurwa.
– Nieważne – ucina Niketas i macha ręką na brata. – Weź sprawdź, czy cię nie ma nad jeziorem, git?
Ulfert coś tam jeszcze mamrocze pod nosem, ale posłusznie opuszcza domek. Niketas jeszcze przez chwilę gryzie ołówek, siedząc sobie w swojej wnęce, aż wreszcie zbiera się w sobie, odnajduje zagubione okulary i rozplątuje niedbały kucyczek, żeby nasmarować włosy żelem. Przegląda się w niemytym od lat lusterku, które wygląda bardziej jak spory kawałek szkła i jest gotowy do wyjścia z jaskini. Jakby rodzice wiedzieli, to byliby z niego bardzo dumni.

– Siemka, Werrrrrciu – wita ją szerokim uśmiechem i próbuje szybkim, niespodziewanym atakiem wyrwać z jej rąk notes. Na jego nieszczęście, ma go przywiązanego do nadgarstka i jedyne, co zostaje w palcach Niketasa to kawałek wyrwanej strony, na której jeszcze niczego nie napisała. Jego zasoby szczęścia ostatnio postanowiły przypominać wyschniętą studnię i skłamałby, gdyby powiedział, że go to nie obchodzi. Maskuje niepowodzenie nonszalanckim uśmiechem i ostentacyjnie daje karteczce odlecieć z wiatrem.
– Jak śmiesz zaśmiecać Obóz – prycha Weronika, przy okazji dodając swojej wypowiedzi zjawiskowego efektu „wow” poprzez sprawne i głośne zatrzaśnięcie notatnika.
– Jak ci idzie sprawa pluszaczkowa, laleczko? – odpowiada pytaniem, może tylko trochę chcąc ją tym zirytować.
– Och, czyżbyś aż tak bardzo chciał się sztachnąć tym, co znalazłam w misiach? – szybko go kontruje. – Шутки в сторону, przestań się ośmieszać. Wydaje ci się, że nie jestem w stanie cię przejrzeć?
Niketas ma tylko chwilę na przepracowanie informacji, którymi właśnie zalała go dziewczyna. Że co było w tych pluszaczkach? Tym to nawet on się nie zajmował, będąc jednym z najbardziej znanych osobistości na półboskim czarnym rynku. Właśnie to różniło półboskie podziemie od śmiertelniczego. Niketas handlował energetykami i elektroniką, nie narkotykami i kradzionymi organami.
– Ha, ha. Bardzo śmieszne, paniusiu – mówi bez cienia radości w głosie. – Werrrrrrciu, zastanów się przez momencik, taką o króciutką chwileczkę – zbliżając do siebie palec wskazujący i kciuk pokazuje jej, o jak krótką chwilę mu chodzi. – Możesz mnie podejrzewać, ile chcesz. Ale co zrobisz, gdy ktoś przyłapie ciebie, grzebiącą w zmieszanych z pluszem proszkach? Bez cudownego partnera, który mógłby rzeczywiście dać ci niezłe alibi? Kogoś obcykanego w tych sprawach, z niesamowitą charyzmą i znajomościami?
– Nie bratam się z oszustami i złodziejami – dumnie rzecze Weronika, zadzierając podbródek.
– Oszust, to może. Ale i tak naciągane. A złodziej? Nigdy w życiu. Nigdy nawet kondoma z Walmartu nie zwędziłem.
– Ty już dobrze wiesz, co ukradłeś – prycha dziewczyna.
– Jak się zostawia ważne rzeczy bez opieki, to łatwo się je gubi. – Niketas wzrusza ramionami. – Bo wiesz. Wtedy niczego nie kradnę. Znajduję. – Uśmiecha się szeroko, po czym dodaje, żeby wrócić do tematu: – Cukiereczku, nie bądź taka. Stworzymy lepszy zespół śledczy niż cała policja w stanach razem wzięta. Przecież nie odmówisz dobremu ziomkowi, co?


Werrrrcia?
────
[1069 słów: Niketas otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Havu CD Judasa — „Mary On A Cross”

Poprzednie opowiadanie

Najrozsądniej byłoby odmówić i nie pchać się gdzieś, gdzie nie jest się mile widzianym (przynajmniej tak mu się wydawało), ale z jakiegoś powodu przez myśl przeszło mu, że to rzeczywiście może być trochę zabawne, jeśli pominiemy ewentualną niezręczność. Na dodatek Judas przez cały czas zaciskał usta, odwracał wzrok i nerwowo poprawiał się na siedzeniu, jakby naprawdę bardzo mu zależało na tej „imprezie” rodzinnej.
— Zapłacisz mi za to? — zapytał co prawda żartobliwie, ale mężczyzna w tej sytuacji nie wyczuł żartu i pokiwał głową.
— Jeśli tego chcesz.
— Żartowałem — poprawił się od razu. — Mogę z tobą tam pojechać.
Judas chwilę nic nie mówił, a Havu się trochę zmartwił.
— Okej.
Spodziewał się trochę większej… ekscytacji, ale najwyraźniej dla Judasa też było to trochę niekomfortowe. Nie chciał nawet więc pytać o szczegóły tego całego spotkania rodzinnego, bo zrobiłoby się jeszcze bardziej niezręcznie. O wiele lepiej piło się szejka w luźniejszej atmosferze.
 
Nawet nie wiedział, jak powinien się ubrać, bo Judas dał mu tylko wskazówkę, że powinien wyglądać „ładnie”. Może był trochę zbyt ograniczony, bo wyglądać ładnie, to było dla niego narzucenie na siebie koszulki z ulubionym zespołem albo założenie zwykłej czarnej koszuli. Ewentualnie też dobranie jakichś czarnych eleganckich spodni, żeby nie wyglądać jak skończony wieśniak.
Dopiero jakieś dwie godziny przed wyjściem Judas postanowił sprecyzować swoje słowa i wspomnieć coś o graniturze, czego Havu nie posiadał w swojej szafie. Koszule miał, spodnie miał, krawat też miał, ale jakaś ładna marynarka? Może kiedyś takie coś trzymał w domu, ale musiał się tego pozbyć.
Ostatecznie ubrał się tak, jak uważał, że wygląda dobrze, uznając, że ma to trochę w dupie. Nie, że miał w dupie Judasa. Miał w dupie standardy ubierania się na imprezy rodzinne w garnitury. Kto to w ogóle wymyślił? Ustanowiono jakieś prawo zakazujące ubierać się inaczej?
— A gdzie my w ogóle jedziemy? — zapytał od razu, kiedy się zobaczyli. To było dosyć kluczowe pytanie, którego wcześniej nie zadał. Zaraz się okaże, że spędzi w samochodzie milion godzin i zdąży zniszczyć sobie fryzurę, którą układał w domu dobre dwadzieścia minut.
— Do San Diego.
— Czemu ty mi nie mówisz takich rzeczy? — jęknął, rozłożywszy ręce. — Mam z tobą siedzieć przez jakieś dziesięć godzin?
— Przeszkadza ci to? — Trochę zmarniał na twarzy. Dorosły chłop, a zachowywał się czasami jak skrzywdzony przez życie nastolatek. — Pomyślałem, że przynajmniej będziemy mieć trochę czasu dla siebie.
— Zdajesz sobie sprawę, że widziałem cię wczoraj i jeszcze przedwczoraj?
Zechciał się z nim trochę podroczyć, ale Judas nie miał humoru. W ogóle. Był cały zmarnowany na twarzy i wyglądał tak, jakby nie chciał tam jechać za żadne skarby.
— Czy ty w ogóle lubisz swoją rodzinę? — zapytał, opamiętując się na moment. Postanowił spoważnieć na pięć minut.
— Nie. — Wzruszył ramionami.
— To musisz tam jechać?
— Jadę pierwszy raz od chyba dziesięciu lat, a co?
Ze zdziwienia aż nie wiedział, co odpowiedzieć. Skoro nie jeździł od lat na te imprezy, to dlaczego postanowił pojechać teraz?
— To jakieś specjalne święto?
— Powiedzmy — mruknął pod nosem. Zazwyczaj był bardziej rozmowny, ale kiedy temat schodził na jego rodziców, to się w sobie zamykał i odpowiadał zdawkowo. — W każdym razie dobrze, że jedziesz ze mną.
Havu w odpowiedzi uśmiechnął się delikatnie, po czym znowu — chyba setny raz — poprawił włosy. Całą drogę przesiedział, patrząc w okno i zastanawiając się, co teraz robi Vincent, bo nie widział chłopaka od dłuższego czasu. Potem, im bliżej San Diego byli, zaczął się martwić tym rzekomym spotkaniem rodzinnym. Judas również widocznie się spinał. W ostatniej chwili chciał nawet zaproponować, żeby tam nie szli i pojechali w drugą stronę, może do Las Vegas, i wydali większość swoich wypłat na hazard. Byłoby to całkiem zabawne, prawda?
Było już jednak za późno na zmianę planu, bo dojechali do jakiejś okropnej restauracji. Z zewnątrz wyglądała na miejsce dla starych bogatych bab, które na emeryturze nie miały co robić ze swoimi oszczędnościami, więc wszystko wydawały na zbyt drogie dania o przeciętnym smaku.
— Ile osób będzie? — spytał, po wyjściu na zewnątrz. Rozejrzał się na boki, ale nie widział nikogo oprócz nich. Chyba będzie mu trochę głupio, jeśli jedyni są spóźnieni.
— Niewiele. — Judas poprawił przekrzywiony krawat. — Chyba pięćdziesiąt.
— To jest niewiele? — przeraził się. — Z jakiej okazji to w ogóle wyprawiają?
Zadawał coraz więcej pytań, a Judas przestał na nie odpowiadać. Podeszli razem do drzwi wejściowych i weszli do środka dopiero po jakimś czasie (jak obydwoje wypalili po papierosie). Oczy wszystkich zgromadzonych skierowały się na ich dwójkę. Havu niezręcznie się uśmiechnął. Nawet nie wiedział, na kogo patrzył, bo naturalnie nie znał… nikogo.
Judas odchrząknął i się przywitał.
— Kto to jest? — Starsza kobieta podniosła się z krzesła i podeszła do nich. Miała na sobie długą, złotą sukienkę, a włosy spięte błyszczącymi klamrami. Jeśli była to matka Judasa, to zdecydowanie pasowała do opisu pań na emeryturze, które nie miały co robić z pieniędzmi.
— To mój przyjaciel — zaczął Judas, a Havu czuł, że powoli zaczyna robić mu się słabo. — Pracujemy razem w parafii. Również jest księdzem.
Teraz to już zdecydowanie zaraz zemdleje.
— Och. — Kobieta nawet się nie uśmiechnęła. — Czyli rozumiem, że to jest twoja osoba towarzysząca?
— Coś nie tak? — odpowiedział pytaniem na pytanie.
Kobieta nie spuściła wzroku. Trochę przerażające było to, jak obydwoje mierzyli się spojrzeniami. Ciężko byłoby komukolwiek innemu to wytrzymać.
— Nie widziałam cię kilka lat — wytknęła nagle dość istotny fakt, o którym wcześniej Judas też powiedział Havu. — Ale dobrze, synu, baw się dobrze. To w końcu rocznica ślubu twojego brata.
Havu dopiero wtedy dowiedział się, z jakiej okazji się tutaj znajdują. Nie widział jednak żadnej panny młodej w tłumie tych ludzi. Zamiast tego dostrzegł dwóch mężczyzn, siedzących przy stoliku, który zajmowała matka Judasa.
— Gdzie jest… żona twojego brata? — szepnął do Judasa.

czuję tę niezręczność lol
────
[919 słów: Havu otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 4 sierpnia 2026

Od Kai CD Oriany — „My kink is karma”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA, obecnie

W pierwszej chwili nie wiedziała co zrobić. Oriana jest pijana? Nie było nawet takiej możliwości, jako jedyna z ich trójki przez cały wieczór piła tylko napoje zero. Pijana mogła być tylko Kaya, ale co najwyżej mogłaby o sobie powiedzieć, że jest wstawiona.
Nie drgnęła nawet, bojąc się, że zepsuje wszystko nieodpowiednim ruchem albo słowem. Patrzyła przed siebie, na parkowe drzewa oświetlane przez światła latarni, ośnieżony trawnik oraz żwirową ścieżkę.
Oriana nie mogąc dłużej znieść tej niezręcznej ciszy podniosła się z ławki z zamiarem samotnego powrotu do domu. Kaya w tym momencie się ocknęła i momentalnie chwyciła dziewczyna za rękę. Palce Oriany prawie wyślizgnęły się z jej uścisku.
— Poczekaj — odezwała się w końcu.
Oriana nie odwróciła się, dalej stojąc plecami do Kai. Nawet nie próbowała jej za to winić. Rozumiała to zażenowanie.
Wzięła głębszy oddech. Sama nie wiedziała, co powinna powiedzieć. Co zrobić w takiej sytuacji? Jak się zachować?
— Jesteś świadoma? — zapytała, co było niewyobrażalnie głupim pytaniem, patrząc na to, że Oriana nie była pijana i z całą pewnością wiedziała, co robi.
Kiedy nie usłyszała odpowiedzi, przegryzła wargę i uspokoiła szalejące myśli. Zawsze była chaotyczna i mówiła pierwsze, co jej ślina na język przyniesie, ale w tej sytuacji myślała nad słowami zdecydowanie zbyt długo. Nie chciała, żeby Oriana od niej uciekła.
— Chcesz przyjść do mnie? — zaproponowała w końcu. — Robi się zimno.
Oriana przystała na tę propozycję bez słowa. Kaya podniosła się z ławki i z delikatnym uśmiechem ruszyła w kierunku ulicy, na której mieszkała.
Mieszkanie Kai było doprawdy miniaturowe. Już na samym wejściu można było zetknąć się z kuchnią, tak, żeby za daleko przypadkiem nie chodzić, a drzwi do łazienki również były na wyciągnięcie ręki. Brakowało jeszcze wanny na środku korytarza i mieszkanie byłoby idealne do życia dla przeciętnej osoby po dwudziestce.
Bez pytania zrobiła im po herbacie i wróciła z gorącymi kubkami po niecałej chwili. Oriana siedziała na jej łóżku cała spięta, widocznie jakby wcale nie chciała tutaj być, ale wzięła od dziewczyny swój napój i kiwnęła głową, chcąc za to podziękować.
— Nie musisz mnie przepraszać — wypaliła Kaya zanim Oriana zdążyła cokolwiek powiedzieć.
Już po samej minie mogła stwierdzić, że w Orianie kotłuje się dużo emocji i na jej usta cisną się zupełnie niepotrzebne przeprosiny. Trochę już zdążyła ją poznać.
— To było niepotrzebne — odezwała się tak czy inaczej.
Kaya przegryzła wargę. Odstawiła kubek na mały stolik nocny.
— Było potrzebne.
Oriana zmarszczyła brwi i cicho odetchnęła.
— Zapomnij. — Pokręciła głową.
Kaya nie mogła już tego dłużej słuchać. Sam widok tak skołowanej i spinającej wszystkie mięśnie ciała Oriany ją bolał. Położyła jedną rękę na kolanie dziewczyny i zebrała w sobie całą pozostałą odwagę, którą musiała zużyć na wcześniejsze rozwiązanie sytuacji.
Oriana spięła się bardziej, jakby gotowa do ucieczki i powrotu do swojego domu, ale Kaya naprawdę mocno zacisnęła palce na jej kolanie. Jeśli pozwoliłaby jej wyjść, to miałaby pewność, że już więcej by nie zobaczyła półbogini, a na pamiątkę zatrzymałaby sobie co najwyżej papierek z wypowiedzeniem rzucony w biurze.
— Problem jest taki, że właśnie nie chcę zapomnieć. — Uśmiechnęła się delikatnie, trochę niezręcznie jak na siebie i przybliżyła twarz do twarzy dziewczyny.
Oriana zamrugała, ale nie ruszyła nawet na centymetr. Pozwoliła, aby ich wargi znowu się ze sobą zetknęły, tym razem z intencji Kai.
— Wszystko okej? — zapytała, odsunąwszy się od Oriany. Dłoń Kai dalej spoczywała na kolanie dziewczyny.
— Chce mi się spać — odpowiedziała trochę wymijająco. — Mogę się gdzieś położyć?
Kaya uszykowała Orianie miejsce do spania, chociaż sama nie miała za dużo przestrzeni w tak miniaturowym mieszkaniu. Użyczyła swojego różowego koca i nawet ubrań na przebranie, bo nie chciała, żeby dziewczyna nie miała możliwości założenia na siebie czystych ciuchów.
Następnego dnia kiedy chciała wstać i zrobić jej jakąś herbatę, zauważyła, że Oriany już nie było. Nie zostawiła po sobie żadnego bałaganu, koc odłożyła na miejsca, ubrania złożyła w kupkę. Sprawdzając telefon też nie zauważyła żadnej wiadomości, chociażby potwierdzających, że bezpiecznie wróciła do siebie. Trochę ją to zaniepokoiło. Zobaczyć się mogły dopiero za dwa dni.
 
— Hej — przywitała się, wchodząc do szatni.
Oriana nawet się nie odwróciła. Skończyła zapinać swoją roboczą koszulę i po prostu wyszła, zostawiając Kayę samą.
Nie odzywała się do niej całą zmianę. Ignorowała wszystkie słowa dziewczyny, jakby ta rzucała je w eter. Kaya z każdą kolejną godziną czuła się coraz gorzej, bo chciała tę sytuację przegadać, a nawet nie miała żadnej możliwości, by to zrobić.
— Możemy… porozmawiać? — zapytała, kiedy po skończonej pracy obie znalazły się w szatni. Oprócz nich nikogo więcej nie było, bo współpracownicy przebrali się i wyszli o wiele szybciej.
— Nie ma o czym. — Wzruszyła ramionami.
— Jeśli mam nazywać rzeczy po imieniu, to mnie pocałowałaś, a później ja ciebie pocałowałam, to myślałam, że może o tym pogadamy? — Podeszła trochę bliżej. Oriana od razu się odsunęła. — A jeśli nie chcesz rozmawiać, to może wyjdziemy jutro na kawę? Albo gdziekolwiek… po prostu chcę z tobą spędzić parę godzin.
— Jestem zajęta.
Oriana znów odpowiadała jej cholernie irytujący wymijający sposób. Kayę zaczynało to denerwować. Jak zazwyczaj miała w sobie całkiem sporo cierpliwości, tak teraz zaczynała mieć jej bardzo niewiele.
— Mam wrażenie, że mnie okłamujesz — jęknęła. — Unikasz mnie dzisiaj cały dzień. Wzięłaś pod uwagę, jak mogę się z tym czuć?
Kaya z każdym kolejnym słowem zbliżała się do Oriany coraz bardziej. Menagerka nawet nie miała dokąd uciec, bo w końcu spotkała się plecami ze ścianą.
— Odwzajemniłam to, więc dlaczego się tak zachowujesz? — Nachyliła się. Ich czoła się ze sobą zetknęły. — Jeśli tego nie chcesz, to mi powiedz. Przestanę.
Nie mogła oderwać wzroku od tych przenikliwie szarych oczu. Były hipnotyzujące. Zaraz tutaj oszaleje.

oriana what now?
────
[906 słów: Kaya otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Od Dahlii CD Inez — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

— Jak się trzymasz? — Dahlia zapytała rzeczowo.
Sytuacja na polu bitwy nieco się zmieniła. Jeden anemoi poszedł do piachu, to był plus. Minusem teraz było to, że jego towarzysz się nadął z żałości i zaczął wypuszczać coraz większe wyładowania elektryczne. Jego sylwetka nie była w stanie się ustabilizować choćby na chwilę. Rozjuszony potwór był jeszcze gorszy niż dwa zwykłe, to na pewno. Był przede wszystkim nieprzewidywalny.
— O-okej.
Inez otrzepała się z piachu, przytrzymując swoją broń. Nieporęczność takiej broni jak gastrafetes dawała się mocno we znaki. Elektryczne wystrzały wystrzeliwane losowo konfundowały półboginie, które nie były w stanie zlokalizować Briana.
— Jesteś w stanie zrobić kolejne iluzje?
Ciszę między wyładowaniami zapełniło głośne przełknięcie śliny w gardle Velez.
— Jedną, może dwie. Więcej nie dam rady, przepraszam.
— Ok. Jedna wyst— kontynuowała, dopóki nie usłyszała obok siebie wyładowania elektrycznego.
Nie dosięgnęło jej bezpośrednio, ale było wystarczająco blisko, żeby zadzwoniło w uszach. Ból przeszył na wskroś czaszkę, zatrzymując się w skroniach. Następnie włosy na rękach stanęły jej dęba i to było jedyne ostrzeżenie. W porę odskoczyła przed atakiem.
Dzięki temu mogła uporządkować myśli oraz się rozejrzeć. Było pusto, ludzie zdążyli pouciekać. Było ciemno, lampy uliczne były uszkodzone. Światła festiwalowe nad nią migały niepokojąco, kolebiąc się na sznurkach. Dahlia wpatrywała się przez sekundę w swój nerwowo przesuwający się w różne kierunki cień, dopóki się nie otrząsnęła. Miała wrażenie, jakby minęło naprawdę dużo czasu. Inez zdążyła się schować za kolejną ladą i wpatrywała się w Dahlię z oczekiwaniem na jakiś rozkaz albo choćby znak. Na to już nie miała odpowiedzi. Nie teraz.
Zawróciła i prawie szukała po omacku jakiegoś schronienia. Natrafiła w końcu na kształt klamki i od razu otworzyła drzwi. Zorientowała się, że schowała się w plastikowej budce. Ktokolwiek tutaj sprzedawał żetony na atrakcje, musiał się nudzić, patrząc na liczne kartki wypełnione rysunkami, szczególnie narządów rozrodczych. Wszystkie urządzenia przestały działać, na telefon nie miała co liczyć. Zerknęła na chwilę przez szybę i zlokalizowała Inez.
Jaki był plan? Trybiki w jej głowie zaczęły przesuwać się z dużą prędkością. Konfrontacja na otwartej przestrzeni była samobójstwem. Nie do końca wierzyła w to przesuwanie się skłębionych anemoi i venti, musiała być wyjątkowo pechowa, jeżeli przesunięcie szablą po ich „ciele” nie mogło natrafić na tą „grecką” część. Wyjątkowo. Statystyka się nie zgadzała. Nie podobała się jej też idea, że nie zwiąże swoimi umiejętnościami zirytowanego kłębka… Czym były chmury? Coś z wilgocią? Jakieś minusy, plusy? Mogła chodzić częściej do szkoły, zamiast siedzieć w tym obozie. Wymasowała skronie z ciężkim westchnięciem. Chuj w te pioruny, to robota Zeusa, a nie jej. Nagle uwagę jej uwagę zwróciło to, że gdziekolwiek ten ventus/anemoi był, światła i elektronika działały przez chwilę.
— BEAAAARS! KILL, LET'S KILL! — ryczał Brian, przewracając ze wściekłością stoiska.
Dahlia kopniakiem otworzyła drzwi i dała znak legionistce, żeby za nią biegła.
— Masz jakiś plan?
— Improwizujemy.
— Co?
Dziewczyna patrzyła na Dahlię z powątpiewaniem, kiedy wskazała ręką na jedną z atrakcji.
— Przecież to nie działa.
— Ale będzie — odparła z pewnością.
Dopiero później zaczęła się zastanawiać nad swoimi słowami. A co, jeżeli to nie wypali i zostaną z nich półboskie skwarki?
— Dobra, wchodź.
— Mam wejść DO TEGO?!
— Aha.
Po czym córka Demeter wrzuciła biedną córkę Arcus do elektrycznego samochodzika.
— Zobacz, możesz oprzeć gastrafetes na tych siedzeniach.
— Dahlia, nie sądzę, żeby to był dobry pomysł…
Po czym obie usłyszały ryk potwora. Sunął ku nich z niesamowitą prędkością, na szczęście od bocznej strony.
W tym momencie cały autodrom zajaśniał chłodnymi neonami, przesuwającymi się energicznie wzdłuż paneli. Po powierzchni metalowej płyty przeoranej regularnie dziurami tańczyły elektryczne iskierki, grożąc przybyłych trzaskiem.
Elektryczny wózek, na którym były, również zabuczał. Jego metalowy pręt, którym był połączony z sufitem, zadrżał. Po czym wystartował gwałtownie i sunął niemal bezszelestnie do przodu. Jakby nie dotykał powierzchni.
Kłęby anemoi nawet nie hamowały. Brian zatoczył łuk, wypatrując zwierzyny. Uciekającej na kiczowatym, zielonym samochodziku. Gdy wszedł w pole, od razu siatka nad nimi zareagowała brzęczeniem. W tym samym momencie ruszyły inne autka.
Półboginie ledwo się zmieściły w malutkiej przestrzeni kokpitu wozika. Gdyby tylko Dahlia miała czas, narzekałaby na swoje gabaryty. Ba, teraz to było jej na rękę.
Z głośników sączyła się energiczna muzyka, z mnóstwem efektów dźwiękowych. Czym bliżej był potwór któregoś głośnika, tym szybciej się wylewała, z głośnymi trzaskami. Auta bez pasażerów obijały się gwałtownie, ratowała je tylko gumowa banda. Wśród nich anemoi z głośnym rykiem próbował nie wpadać na nie.
— Jak ociera się o te pręty, to się osłabia! — zauważyła Inez. — Może damy radę!
— Jak się tym, cholera, steruje?! — krzyknęła Chestnut.
Zderzyły się dosyć mocno z innym wózkiem. Owszem, autko było szybsze dzięki energii tego potwora, ale było równie nieprzewidywalne. Inez racjonalnie zapięła wcześniej pasy i tylko jęknęła, za to Dahlia mogła przysiąc, że wyplułaby swój żołądek i resztę wnętrzności. Tępy ból rozlał się po jej klatce piersiowej, kiedy obiła się o plastikową, tandetną kierownicę. Przestała też na chwilę oddychać.
— Musisz ruszać, ruszaj, ruszaj, rUSZAJ! — pisnęła Inez, potrząsając ramieniem Dahlii.
Potwór znalazł lukę. Otwarta, prosta, niczym droga dla wieży w szachach. Zaszarżował.
Chwila ta trwała dla nich naprawdę długo. Kolejny raz, w ostatniej chwili, uskoczyły przed atakiem.
Dahlia dopiero wtedy wciągnęła ze świstem powietrze do płuc. Udało się jej w odpowiednim momencie z ziaren, trzymanych na czarną godzinę w kieszeni, wypuścić pędy pnączy. Zaczepiła je na jednym z filarów autodromu, przeciągając cały wózek w jego stronę. Plus był taki, że nie wymagało to siły, samo autko nie stawiało oporu na tak śliskiej powierzchni.
— Udało ci się! — podekscytowała się Velez.
— Rzygać mi się chce — jęknęła boleśnie Chestnut.
Na szczęście kolejne manewry, wspierane przez pnącze, utrudniły potworowi dotarcie do nich. Inez strzelała, kiedy tylko mogła. I za każdym razem trafiała. Za każdym razem potwór nie był zadowolony, ale też nie zwalniał.
— Cagado cabrón! — legionistka zaklęła, nakładając kolejny bełt. — Czemu to nie działa!?
— Musimy go chyba zaatakować jednocześnie! Spiżem i złotem!
— Jednocześnie?!
Jedna z drugą starały przekrzykiwać się przez techno jazgoczące z głośników. Miały wrażenie, że było coraz gorzej.
— Musisz mi dać znak Velez!
— Jaki ssak?!
— ZNAK!
— Jaki znak!?
— Jakikolwiek, na bogów! Dam sobie radę! Wyceluj! Daj mi znać i wystrzel! Jak nie, to kaput!
Wcale nie nakładała presji na nowo poznana koleżankę, ale o dziwo Inez wyglądała pewniej niż zwykle. Tak, jakby weszła na inny stan świadomości. Dahlia się zastanawiała, czy właśnie teraz zobaczy efekt tego słynnego, rzymskiego wychowania. I nie chodziło jej o czyszczenie wychodków.
Dźwięk naciąganej cięciwy był czystszy i wyraźniejszy niż zwykle.
— Na impugna atakuj — odparła stanowczo Inez.


Inez?
────
[1052 słowa: Dahlia otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 2 sierpnia 2026

Od Arnar CD Dahlii — „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

LATO V

Będąc samo nie wie gdzie, Arnar bawi się całkiem dobrze, jeśli porównać go do innych porwanych osób. Idzie nieznanym sobie chodnikiem, pogwizdując piosenkę, która istnieje tylko w jego głowie i tylko trochę przypomina „Zombie Lady”. Nagle jego wzrok z błękitnego, bezchmurnego nieba przenosi się na zbitą na ślinę z paru kawałków blachy i desek budkę, z której wydobywa się przepyszny zapach soczystych kiełbas. Arnar zaciera dłonie jak mucha, która rozgościła się na kupie gówna i z nowym zastrzykiem energii (chociaż wcale nie jest aż takie głodne) podchodzi do budki, żeby oprzeć się na ladzie i spojrzeć prosto w oczy sprzedawcy. Lada jest trochę za nisko, żeby mogło się o nią wygodnie podeprzeć, więc komicznie wypina tyłek, żeby z perspektywy sprzedawcy/kucharza/prawdopodobnego właściciela wyglądać jak filuterna dziunia, która ma ogromną ochotę na soczystą kiełbasę.
– Dzień dobry – bardzo grzecznie się wita. Facet za ladą patrzy na niego podejrzliwie. – Wie pan, bo ja…
– To nie jadłodajnia – mężczyzna uprzedza cokolwiek, co Arnar chciało powiedzieć i jest to w pewnym sensie urażenie jego honoru, bo od razu wzięto go za osobę w kryzysie bezdomności.
– Proszę pana, ja… uciekłem z domu. Po tym, jak mama umarła, to tata…
– Nie jestem terapeutą – wzdycha sprzedawca, ściskając nasadę nosa kciukiem i palcem wskazującym. – Młody, jak chcesz pomocy, to zadzwoń na jakąś infolinię, a nie zadręczaj prostego człowieka, których chce na życie zarobić.
– Zbyt się boję, że każą mi wrócić do domu – wyznaje Arnar ze smutną miną. – Próbuję dostać się do przyjaciółki i jej rodziców, oni obiecali mi pomóc. I po prostu… zabrałem z portfela taty ile mogłem, wie pan? Tylko że potrzebuję biletów na autobus, a nie jadłem nic od wczoraj…
– Ile ty w ogóle masz lat? – przerywa mu mężczyzna, który wreszcie staje tak, że Arnar jest w stanie odczytać jego plakietkę z imieniem. Freddie.
Heros bardzo szybko próbuje ocenić, na ile lat może wyglądać, żeby nie przesadzić z odmładzaniem się. Najchętniej to szybko by zairyfonowało do Luciena, bo on jest dobry w takie rzeczy (nie jest), ale w tej sytuacji niestety musi myśleć szybko. Bez telefonów do zaufanej bliskiej osoby.
– Piętnaście – odpowiada na tyle szybko, żeby to jeszcze brzmiało naturalnie.
Freddie kiwa głową, najwyraźniej się nad czymś zastanawia. Arnar nie wie, czy to jest moment, w którym powinno jeszcze coś mówić, czy poczekać na ocenę okiem najbardziej śmiertelnego śmiertelnika, jakiego spotkało w ciągu ostatnich kilku tygodni. Zawsze może pójść na łatwiznę i gdy Freddie się odwróci to po prostu użyć swoich bardzo długich ramion twinka i ukraść wszystkie pieniądze z budki.
– Masz. – Gdy Arnar już myśli, że zaraz Freddie każe mu wypierdalać, ten podaje mu ociekającą tłuszczem kiełbasę na papierowym talerzyku. – Na koszt firmy.
– Dzięki!!! – Szczerzy się najszerzej, jak ktokolwiek może na widok darmowej kiełbasy ze śmierdzącej budki na odludziu.
– Powodzenia, młody – żegna się Freddie, a Arnar już planuje powiadomienie Luciena o tym, jak w bohaterski i totalnie etyczny sposób zaoszczędziło parę dolarów i jeszcze więcej centów.
Gdy wreszcie dociera do miejsca, które wygląda całkiem jak przystanek autobusowy, ma już całe ręce i trochę koszuli w tłuszczu, bo Freddie chyba zapomniał dać mu jakiegoś widelczyka. Ociera dłonie o spodnie i wyciera usta rękawem, zanim ponosi dość ciężką próbę rozczytania wyblakłego od słońca, krzywo powieszonego jazdy. Ledwo udaje mu się przebrnąć przez datę, od której obowiązuje i nazwę pierwszej z wymienionych firm przewoźników (wciąż nie było w stanie rozszyfrować paru szczególnie wytartych liter), a potem po prostu się poddaje i postanawia poczekać. W końcu jakiś autobus wreszcie tutaj przyjedzie. Siada na zakurzonym chodniku, w miejscu, które nie jest aż tak ubrudzone, jak inne i z brodą wspartą na dłoniach wpatruje się raz w jeden horyzont, a raz w drugi, chociaż droga wygląda na jednokierunkową.
Wreszcie jakiś autobus nadjeżdża. Arnar z wesołym uśmiechem powitalnym podnosi się z chodnika, żeby równie radośnie pomachać do kierowcy. Po wejściu do środka Arnar nie ma pojęcia, w którą stronę jedzie i czy dobrze jedzie, ale jest zadowolone z tego, że przynajmniej się przemieszcza. Zazwyczaj szuka prostych rzeczy w życiu, które przy odpowiedniej narracji sprawiają, że to życie jest lepsze.
W całej tej beztrosce jednak stwierdza, że miło byłoby mieć przy sobie jakiś telefon i móc wysłać takiej Dahlii swoją lokalizację. I tak ogólnie lepiej wiedzieć, gdzie się znajduje, a nie liczyć na swoje szczęście. Tak sobie o tym myśli, siedząc w pozycji melancholijnego myśliciela na niekoniecznie wygodnym siedzisku w autobusie i patrzy przez zabrudzoną zaciekami i tłustymi odciskami palców szybę w poszukiwaniu znanych mu punktów orientacyjnych jak na przykład Statua Wolności albo pomnik wielkiego guzika z igłą.


Dahlia?
────
[744 słów: Arnar otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Kala CD Elianne — „O pierścionku odnalezionym”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA V

Florence ma talent do sprawiania, że Kal czuje się niekomfortowo, gdy ona tylko się odezwie. Wewnątrz brzucha wszystkie organy mu się skręcają, gdy obserwuje jej styl bycia, który równie dobrze mógłby opisać emotką =D (rysowałby ją na cienkim papierze nienastruganym ołówkiem, tak mocno przyciskając go do kartki, że przebiłby się na drugą stronę). Chciałby wiedzieć, z czym dokładnie ma problem. Z jej słodkim głosem, zdrabnianiem słów, byciem po prostu miłą kobietą? Jest coś w jej osobie, co mu tak nie pasuje, że chciałby już więcej jej nie zobaczyć, ale równocześnie wie, że tak naprawdę Florence jest najlepszą osobą, jaką mógł wybrać jego ojciec. Może dlatego, że nie przestraszyły jej dziwne opowieści o obozach przetrwania i bogach. Może dlatego, że ciągle próbuje przesyłać mu wiadomości, rozmawiając z gołębiami. Może dlatego, że już kolejny miesiąc kłóci się z ojcem Kala o to, że młody człowiek jak on powinien mieć własny telefon już od kilku dobrych lat.
Wciąż. Nie lubi przebywać z nią sam na sam. Woli żyć obok niej, szybko przemykając między kuchnią lub łazienką a swoim pokojem, starając się wybierać momenty, w których nie ma jej w żadnym z tych miejsc ANI w korytarzu. Tak samo robi z ojcem już od lat – on nauczył się, że jego syn nie należy do najbardziej rozmownych ludzi, więc nawet gdy dostrzega skradającego się korytarzem chłopaka, nie zaczyna rozmowy. Florence za to zawsze ma coś do powiedzenia i jej próby rozpoczęcia dyskusji przyprawiają Kala o bóle głowy.
Z bólem serca pije herbatę, która rzeczywiście jest jego ulubioną. Co do takich rzeczy, Florence ma niezawodną pamięć (kolejny powód do nienawidzenia jej). Sytuacja, w której znajduje się wraz z Elianne, wywołuje w nim przytłaczające uczucie niepokoju i wstydu, napływającego falą wielkości tsunami, gdy tylko otwierają się drzwi i kolejny zaskoczony klient widzi dwójkę nastolatków na randce w piekarni, w której zazwyczaj nikt nie zatrzymuje się na dłużej niz na pogawędkę z miłą ekspedientką.
Odkłada pusty kubek, który śmieje się z niego napisem o przechodzeniu przez piekło. Zdecydowanie przez coś takiego właśnie przechodzi. Czując na sobie wzrok ludzi, którzy prawdopodobnie wcale na niego nie patrzą, bezmyślnie skubie skórki przy paznokciach, niecierpliwie czekając, aż Elianne wreszcie skończy ten przeklęty sernik.
– Właśnie, Kal, słońce! – Chłopak wzdryga się, gdy Florence znowu pojawia się przy stoliku, tym razem ściskając sporej wielkości torbę. – Jak ostatnio byłam na mieście, to kupiłam dla ciebie parę rzeczy – mówi, mrugając okiem, jakby to był jakiś ich mały sekret. Tak właściwie, to Kal nie ma najmniejszego pojęcia, co jest w tej torbie. – Miałam ci wysyłać zdjęcia i pytać, czy na pewno chcesz, haha. Zapomniałam, że musiałabym je przesłać listowo.
– Nie trzeba było – mamrocze Kal. Mimo tego wyciąga dłoń po torbę, żeby przynajmniej zniknąć stąd szybciej i nie spędzać cennych minut na kłóceniu się, że przecież nie musi mu niczego kupować i chyba jest jakaś nienormalna, skoro to robi.
– Daj mi znać, czy ci się spodobają! Jak nie, to coś się poradzi, więc nie wstydź się powiedzieć, że ci się nie pasują! – Z szerokim uśmiechem poklepuje Kala po głowie, a on jest za wolny, żeby się w porę odsunąć.
– Super – stwierdza chłopak i każdy z minimalną umiejętnością odczytywania tonu czyjejś wypowiedzi może domyślić się, że wcale nie jest super. Kal momentalnie podnosi się z krzesła i trochę zbyt gwałtownie ciągnie za sobą Elianne, która wolną ręką musi podtrzymać krzesło, żeby się nie wywróciło. – To pa.
– Do widzenia – Eli macha Florence na pożegnanie. – Sernik był naprawdę pyszny! Herbata też!
– Wstąpcie jeszcze kiedyś!
Gdy zamykają się za nimi drzwi piekarni i wraz z nimi uderza ich w twarze bezlitostny wiatr, o którym Kal już zdążył zapomnieć. Psuje mu to humor jeszcze bardziej. Puszcza dłoń Elianne, żeby założyć kaptur i już nie łapie jej z powrotem, tylko chowa zacisniętą pięść do kieszeni. Torba od Florence jest dziwnie ciężka, pewnie wypchana po brzegi jakimiś badziewiami, które jej się z Kalem skojarzyły, i teraz przy każdym kroku obija się o jego nogi, bo nawet nie da się jej normalnie nieść. Jej uszy wbijają się w jego palce, a on, gdyby był odrobinę bardziej niewdzięczny i bez sumienia, zacząłby szukać jakiegoś odpowiednio dużego i niestrzezonego kontenera na śmieci, żeby pozbyć się niechcianego prezentu. Na całe szczęście ma w sobie za duże tendencje do odczuwania nadmiernego poczucia winy, żeby coś takiego zrobić.
– Lakier do włosów, ta? Czy to była wymówka, żeby szybciej się od niej uwolnić? – pyta Elianne, próbując dać jej do zrozumienia, że nie ma ochoty na dalsze chodzenie po sklepach. Do których ona i tak go zaciągnie, jeśli będzie wystarczająco chciała, więc jego sprzeciw zupełnie nie ma sensu. Zerka na dziewczynę przez futrzaną krawędź kaptura i wreszcie lituje się nad nią na tyle, żeby znowu złapać ją za rękę, po czym natychmiast odwrócić wzrok.
Zaczyna się zastanawiać, czy ona kiedykolwiek użyła lakieru do włosów.


Elianne?
────
[790 słów: Kal otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]