Poszło szybko, łatwo i miło – czyli dokładnie tak, jak Sony wyobraża sobie idealną współpracę, na którą, ku jej szczerej rozpaczy, nie trafia szczególnie często. Znalezienie odpowiedniej osoby graniczy z niemożliwością, a podbijanie do losowych półbogów z Obozu stało się dla niej swego rodzaju hazardem, w którym zazwyczaj ma jednak mniej niż pięćdziesiąt procent szans na wygranie. Pewnie jakby znalazła gdzieś pośród herosów jakiegoś dobrego matematyka, to by jej obliczył, ile statystycznie obozowiczów jest w stanie zgodzić się na takie ekstremalne propozycje, ale ponownie: trudno znaleźć matematyka, który nie będzie narcystycznym dzieckiem Ateny, a narcystyczne dzieci Ateny nie są szczególnie skore do pomagania radosnym dzieciom Apolla.
Sony wpada do domku, wrzuca do wciąż nieopróżnionego po wcześniejszej podróży plecaka ze dwie nieśmierdzące koszulki, tabliczkę czekolady i z charakterystyczną dla siebie beztroską stwierdza, że więcej jej nie potrzeba. Tylko wymienia klapki na zielone trampki (które przeżyły zdecydowanie za wiele i mają porównywalną ilość dziur, co typowe crocsy), oczywiście nie zakładająć skarpetek. Tak przygotowana, jak wzorowy obieżyświat, jest gotowa na wszystko, co przyniesie jej okropny, wielki świat Stanów Zjednoczonych.
Pod stajniami nie musi czekać długo – Mikołaj zyskuje w jej głowie kolejnego plusika, bo chłopak jednak ma niezłe wyczucie wyczucie czasu (Sony wciąż nie wie, która może być godzina, to dziecko po prostu żyje na czuja i na oko).
– Super! No to, skoro jest druga, a mam bardzo dużą nadzieję, że jest druga, to musimy zdążyć na szóstkę i z szóstki chyba się na coś przesiadało, ale nie pamiętam na co. Na pociąg chyba…
– A to nie mieliśmy mieć podwózki? – pyta widocznie zaniepokojony Mikołaj. Sony poniekąd go rozumie, bo według wszelkich normalnych społecznych przykazań, jazda samochodem z nieznajomym księdzem jest znacznie bardziej komfortowa niż tłuczenie się dokądś kolejami Long Island.
– No tak, ale najpierw to musimy dostać się do Nowego Jorku. W pociągu sobie podładuję telefon i zadzwonię do Adama! – ochoczo tłumaczy Sony i gestykuluje przy tym tak gwałtownie, że prawie wyprawia swojego smartfona w podróż liniami lotniczymi elektronicznego Tanatosa.
– To on jeszcze nie wie??
Sony nie przestaje się uśmiechać, żeby Mikołaj nie wycofał się z tego pomysłu. Zaczyna też iść przed siebie, wykorzystując technikę manipulacyjną o nazwie: „jak nie ruszysz dupska, to zostawię cię samego w tym supermarkecie i nie będziesz mieć ani taty, ani tego lizaka, o którego drzesz ryja na cały sklep od piętnastu minut!!!”. Jej strategia działa i już po chwili bardzo nie ukradkiem wymykają się z Obozu, a każdy pewnie myśli, że biegną do najbliższej stacji benzynowej, żeby kupić zapas zupek chińskich i żelków truskawkowych.
– No, nie wie, ale się dowie, więc wszystko git i w ogóle. – Sony macha na to ręką, raźnie idąc na dobrze jej znany przystanek autobusowy. – Poza tym. Nawet jeśli, nie wiem, śpi albo coś, to się znajdzie ktoś inny, ja mam dużo znajomych, więc nic się nie bój i nic się nie martw! Wiesz, jak to jest z dorosłymi, któryś z nich na pewno będzie miał dla nas czas!
– Weź podładuj teraz. – Mikołaj podaje jej powebanka, po czym musi obserwować, jak Sony owija kabel wokół swojego telefonu i próbuje znaleźć odpowiedni kąt, pod którym urządzenie zczai, że coś do niego podpięto oraz, opcjonalnie, przewidywany czas ładowania nie będzie wynosił szesnastu godzin. – To jak. Wiesz, ze słuchawkami na kabel.
– No, taki vintage vibe – śmieje się Sony, ściskając swoją powerbankowo-telefonową budowlę tak, jakby zależało od tego jej życie. – Jeździłeś już do Nowego Jorku? W sensie, że autobusem i pociągiem, i potem znowu autobusem?
– Eee, chyba nie? Nie pamiętam…?
– Spoko, każdy musi przeżyć ten pierwszy raz. Trzeba tylko kupić bilety i inne takie, a to jest, no, intuicyjne, nie? – szczebiocze, usadawiając się na wąskiej ławeczce przystanku. Zanim Mikołaj zdąży odpowiedzieć, ona zadaje kolejne, według niej znacznie ważniejsze pytanie: – Ej, a jak się pisze twoje imię? Zaczyna się na „M” i masz „W” w samym środku, prawda? Bo zawsze w sumie byłam ciekawa, jak do ciebie wołali w Obozie i w ogóle, wiesz, obce imiona i tak dalej, a trudno tak zapisać ze słuchu czasem…
– Znasz mo- Znaczy. Nie?? Tak się nie pisze??? Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy???? – Mikołaj gapi się na Sony z tak ogromnym zaskoczeniem, że nawet jej, certyfikowanej gadule, trochę brakuje języka w gębie (nie wie zresztą, czemu jest taki zszokowany, bo jako obcokrajowiec chyba musi często dostawać takie pytania??).
– No bo. Mi-co-way. Prawda? Micoway. Jak… zmodyfikowana mikrofalówka. – Chłopak wygląda, jakby usłyszał jedno z największych bluźnierstw na świecie. – No weź, mi też zawsze mówią, że nazywam się jak to studio od Spidermana i Kpopowych Łowczyń Demonów, czymkolwiek to jest. Nie wiem, nie oglądam filmów…
– Czekaj, czekaj – wtrąca się Mikołaj. – Nie żaden „Majkołej”, tylko Mikołaj.
– No i jaka jest różnica?
– Bo tutaj chodzi o… czekaj, napiszę ci, tylko… – Zaczyna grzebać w swoim plecaku, prawdopodobnie w poszukiwaniu jakiekolwiek skrawka papieru i czegoś do pisania. Sony uczynnie podaje swój rozpadający się szkicownik (na utrzymanie go w ryzach musiała użyć naprawdę dużej ilości taśmy klejącej i super glue) w zestawie z pogryzionym ołówkiem. – Yyy, dzięki. Okej, już… O, i widzisz, to się tak zapi-
– Nie mogę się rozczytać, masz jakieś takie… e… ciekawe pismo. To jest „G”? – Wskazuje na jednego z kulfonów tworzących imię Mikołaja i unosi na chłopaka wzrok szczerej nadziei, że udało jej się zgadnąć.
– …Nie. To jest „J”.
– Aha, dobra. Fajnie. I to się czyta Micoway, tak? – Na szczęście, ratując Mikołaja z zupełnego postradania zmysłów, nadjeżdża ich autobus.
Sony radośnie zeskakuje z ławeczki, wskakuje do pojazdu i ponaglająco macha na chłopaka, który próbuje nie sprawić, żeby powierzony mu szkicownik rozsypał się po chodniku. Wygodnie rozsiadają się na tylnej kanapie i póki nie wracają do przerwanej rozmowy, Sony próbuje uruchomić telefon. Już powinien mieć około pięciu procent, a jeśli nie, to zdecydowanie jest to znak, że heroska musi odpuścić sobie kolejne podróże i zaoszczędzić pieniądze na nowy sprzęt.
– No więc, to nie jest Mi-
– Czekaj, Micoway, będę dzwonić – ostrzega go Sony i przykłada telefon do ucha. Chwilę czekają w trochę niezręcznej ciszy, aż wreszcie ze słuchawki odzywa się niesamowicie zmęczony głos, którego krótkie „halo” zostaje przerwane szybkim ziewnięciem. – Hej, Adam!
– Och. Sony. – Głos dobiegający z telefonu jest na tyle głośny, że przy odrobinie skupienia Mikołaj jest w stanie dosłyszeć, co mówi ksiądz-taksówkarz. – Dlaczego dzwonisz…?
– Potrzebuję podwózki, dla mnie i dla kolegi, jedziemy do Minnesoty i fajnie by było, jakbyś nas zawiózł… gdzieś bliżej tamtych rejonów. Nie musi być do samej Minnesoty, ale wiesz, tam jest taki festiwal i ja BAAAAAAAARDZO chcę na niego pojechać!!! Więc, zgodzisz się?
– Co ci znowu… Rodzice wiedzą? – Nie pierwszy raz odbywają taką rozmowę i Sony doskonale wie, co odpowiedzieć. Przy czym Adam zawsze jej wierzy, bo w końcu jej ojcem jest sam Apollo, bóg aktorstwa i paru innych mniej ważnych rzeczy.
– Oczywiście. Kupili mi bilety – mówi bez najdrobniejszego zająknięcia.
– No, to dobra. Podwiozę was. Ale…
– SUPER DZIĘKI PA!!! – Rozłącza się i radośnie uśmiecha do Mikołaja. – No i widzisz? Wszystko załatwione, mówiłam, że tak będzie. Jak ma się znajomości, to się ma znajomości.
– Ale… gdzie my się z nim spotkamy? – niepewnie dopytuje chłopak, a Sony tłumaczy to tym, że on jeszcze musi się przyzwyczaić do chaotyczności randomowych wypadów na drugą stronę Stanów.
– To się ogarnie w Nowym Jorku, więc nic się nie bój, Micoway.
────
[1183 słów: Sony otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]