poniedziałek, 23 marca 2026

Od Sony CD Mikołaja — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

Poszło szybko, łatwo i miło – czyli dokładnie tak, jak Sony wyobraża sobie idealną współpracę, na którą, ku jej szczerej rozpaczy, nie trafia szczególnie często. Znalezienie odpowiedniej osoby graniczy z niemożliwością, a podbijanie do losowych półbogów z Obozu stało się dla niej swego rodzaju hazardem, w którym zazwyczaj ma jednak mniej niż pięćdziesiąt procent szans na wygranie. Pewnie jakby znalazła gdzieś pośród herosów jakiegoś dobrego matematyka, to by jej obliczył, ile statystycznie obozowiczów jest w stanie zgodzić się na takie ekstremalne propozycje, ale ponownie: trudno znaleźć matematyka, który nie będzie narcystycznym dzieckiem Ateny, a narcystyczne dzieci Ateny nie są szczególnie skore do pomagania radosnym dzieciom Apolla.
Sony wpada do domku, wrzuca do wciąż nieopróżnionego po wcześniejszej podróży plecaka ze dwie nieśmierdzące koszulki, tabliczkę czekolady i z charakterystyczną dla siebie beztroską stwierdza, że więcej jej nie potrzeba. Tylko wymienia klapki na zielone trampki (które przeżyły zdecydowanie za wiele i mają porównywalną ilość dziur, co typowe crocsy), oczywiście nie zakładająć skarpetek. Tak przygotowana, jak wzorowy obieżyświat, jest gotowa na wszystko, co przyniesie jej okropny, wielki świat Stanów Zjednoczonych.
Pod stajniami nie musi czekać długo – Mikołaj zyskuje w jej głowie kolejnego plusika, bo chłopak jednak ma niezłe wyczucie wyczucie czasu (Sony wciąż nie wie, która może być godzina, to dziecko po prostu żyje na czuja i na oko).
– Super! No to, skoro jest druga, a mam bardzo dużą nadzieję, że jest druga, to musimy zdążyć na szóstkę i z szóstki chyba się na coś przesiadało, ale nie pamiętam na co. Na pociąg chyba…
– A to nie mieliśmy mieć podwózki? – pyta widocznie zaniepokojony Mikołaj. Sony poniekąd go rozumie, bo według wszelkich normalnych społecznych przykazań, jazda samochodem z nieznajomym księdzem jest znacznie bardziej komfortowa niż tłuczenie się dokądś kolejami Long Island.
– No tak, ale najpierw to musimy dostać się do Nowego Jorku. W pociągu sobie podładuję telefon i zadzwonię do Adama! – ochoczo tłumaczy Sony i gestykuluje przy tym tak gwałtownie, że prawie wyprawia swojego smartfona w podróż liniami lotniczymi elektronicznego Tanatosa.
– To on jeszcze nie wie??
Sony nie przestaje się uśmiechać, żeby Mikołaj nie wycofał się z tego pomysłu. Zaczyna też iść przed siebie, wykorzystując technikę manipulacyjną o nazwie: „jak nie ruszysz dupska, to zostawię cię samego w tym supermarkecie i nie będziesz mieć ani taty, ani tego lizaka, o którego drzesz ryja na cały sklep od piętnastu minut!!!”. Jej strategia działa i już po chwili bardzo nie ukradkiem wymykają się z Obozu, a każdy pewnie myśli, że biegną do najbliższej stacji benzynowej, żeby kupić zapas zupek chińskich i żelków truskawkowych.
– No, nie wie, ale się dowie, więc wszystko git i w ogóle. – Sony macha na to ręką, raźnie idąc na dobrze jej znany przystanek autobusowy. – Poza tym. Nawet jeśli, nie wiem, śpi albo coś, to się znajdzie ktoś inny, ja mam dużo znajomych, więc nic się nie bój i nic się nie martw! Wiesz, jak to jest z dorosłymi, któryś z nich na pewno będzie miał dla nas czas!
– Weź podładuj teraz. – Mikołaj podaje jej powebanka, po czym musi obserwować, jak Sony owija kabel wokół swojego telefonu i próbuje znaleźć odpowiedni kąt, pod którym urządzenie zczai, że coś do niego podpięto oraz, opcjonalnie, przewidywany czas ładowania nie będzie wynosił szesnastu godzin. – To jak. Wiesz, ze słuchawkami na kabel.
– No, taki vintage vibe – śmieje się Sony, ściskając swoją powerbankowo-telefonową budowlę tak, jakby zależało od tego jej życie. – Jeździłeś już do Nowego Jorku? W sensie, że autobusem i pociągiem, i potem znowu autobusem?
– Eee, chyba nie? Nie pamiętam…?
– Spoko, każdy musi przeżyć ten pierwszy raz. Trzeba tylko kupić bilety i inne takie, a to jest, no, intuicyjne, nie? – szczebiocze, usadawiając się na wąskiej ławeczce przystanku. Zanim Mikołaj zdąży odpowiedzieć, ona zadaje kolejne, według niej znacznie ważniejsze pytanie: – Ej, a jak się pisze twoje imię? Zaczyna się na „M” i masz „W” w samym środku, prawda? Bo zawsze w sumie byłam ciekawa, jak do ciebie wołali w Obozie i w ogóle, wiesz, obce imiona i tak dalej, a trudno tak zapisać ze słuchu czasem…
– Znasz mo- Znaczy. Nie?? Tak się nie pisze??? Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy???? – Mikołaj gapi się na Sony z tak ogromnym zaskoczeniem, że nawet jej, certyfikowanej gadule, trochę brakuje języka w gębie (nie wie zresztą, czemu jest taki zszokowany, bo jako obcokrajowiec chyba musi często dostawać takie pytania??).
– No bo. Mi-co-way. Prawda? Micoway. Jak… zmodyfikowana mikrofalówka. – Chłopak wygląda, jakby usłyszał jedno z największych bluźnierstw na świecie. – No weź, mi też zawsze mówią, że nazywam się jak to studio od Spidermana i Kpopowych Łowczyń Demonów, czymkolwiek to jest. Nie wiem, nie oglądam filmów…
– Czekaj, czekaj – wtrąca się Mikołaj. – Nie żaden „Majkołej”, tylko Mikołaj.
– No i jaka jest różnica?
– Bo tutaj chodzi o… czekaj, napiszę ci, tylko… – Zaczyna grzebać w swoim plecaku, prawdopodobnie w poszukiwaniu jakiekolwiek skrawka papieru i czegoś do pisania. Sony uczynnie podaje swój rozpadający się szkicownik (na utrzymanie go w ryzach musiała użyć naprawdę dużej ilości taśmy klejącej i super glue) w zestawie z pogryzionym ołówkiem. – Yyy, dzięki. Okej, już… O, i widzisz, to się tak zapi-
– Nie mogę się rozczytać, masz jakieś takie… e… ciekawe pismo. To jest „G”? – Wskazuje na jednego z kulfonów tworzących imię Mikołaja i unosi na chłopaka wzrok szczerej nadziei, że udało jej się zgadnąć.
– …Nie. To jest „J”.
– Aha, dobra. Fajnie. I to się czyta Micoway, tak? – Na szczęście, ratując Mikołaja z zupełnego postradania zmysłów, nadjeżdża ich autobus.
Sony radośnie zeskakuje z ławeczki, wskakuje do pojazdu i ponaglająco macha na chłopaka, który próbuje nie sprawić, żeby powierzony mu szkicownik rozsypał się po chodniku. Wygodnie rozsiadają się na tylnej kanapie i póki nie wracają do przerwanej rozmowy, Sony próbuje uruchomić telefon. Już powinien mieć około pięciu procent, a jeśli nie, to zdecydowanie jest to znak, że heroska musi odpuścić sobie kolejne podróże i zaoszczędzić pieniądze na nowy sprzęt.
– No więc, to nie jest Mi-
– Czekaj, Micoway, będę dzwonić – ostrzega go Sony i przykłada telefon do ucha. Chwilę czekają w trochę niezręcznej ciszy, aż wreszcie ze słuchawki odzywa się niesamowicie zmęczony głos, którego krótkie „halo” zostaje przerwane szybkim ziewnięciem. – Hej, Adam!
– Och. Sony. – Głos dobiegający z telefonu jest na tyle głośny, że przy odrobinie skupienia Mikołaj jest w stanie dosłyszeć, co mówi ksiądz-taksówkarz. – Dlaczego dzwonisz…?
– Potrzebuję podwózki, dla mnie i dla kolegi, jedziemy do Minnesoty i fajnie by było, jakbyś nas zawiózł… gdzieś bliżej tamtych rejonów. Nie musi być do samej Minnesoty, ale wiesz, tam jest taki festiwal i ja BAAAAAAAARDZO chcę na niego pojechać!!! Więc, zgodzisz się?
– Co ci znowu… Rodzice wiedzą? – Nie pierwszy raz odbywają taką rozmowę i Sony doskonale wie, co odpowiedzieć. Przy czym Adam zawsze jej wierzy, bo w końcu jej ojcem jest sam Apollo, bóg aktorstwa i paru innych mniej ważnych rzeczy.
– Oczywiście. Kupili mi bilety – mówi bez najdrobniejszego zająknięcia.
– No, to dobra. Podwiozę was. Ale…
– SUPER DZIĘKI PA!!! – Rozłącza się i radośnie uśmiecha do Mikołaja. – No i widzisz? Wszystko załatwione, mówiłam, że tak będzie. Jak ma się znajomości, to się ma znajomości.
– Ale… gdzie my się z nim spotkamy? – niepewnie dopytuje chłopak, a Sony tłumaczy to tym, że on jeszcze musi się przyzwyczaić do chaotyczności randomowych wypadów na drugą stronę Stanów.
– To się ogarnie w Nowym Jorku, więc nic się nie bój, Micoway.


Mikołaj?
────
[1183 słów: Sony otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 22 marca 2026

Od Ash CD Quinn — „Ding-Dong! The Sphynx Is Dead”

Poprzednie opowiadanie

LATO IV

Ash już prawie zepchnęło na tył świadomości dziwne uczucie, jakie pojawiło się, kiedy dowiedziało się, że Quinn ma dziewczynę, kiedy nagle w rozmowie pojawiło się kolejne obce imię. Keith. W przeciwieństwie do Ashley, wspomnienie jego osoby nie wiązało się z grymasem na twarzy Quinn. Nie, dzieciak Kloacyny śmiał się, wspominając wspólne odpały ze swoim nowym przyjacielem.
Ze swoim nowym przyjacielem? Musiało przyhamować w tym wewnętrznym monologu, bo zaczynało brzmieć jak ta głupia cizia Ashley. Ba, brzmiało jak zazdrosna była, która wydzwania na twój numer po piętnaście razy na godzinę, żeby na koniec kazać „wrócić do tej swojej nowej dupy”. Może to powietrze w Jupiterze im szkodziło, za dużo pseudo-Rzymian na metr kwadratowy czy coś.
Dobrze, że Quinn miało nowego kumpla. Zasługiwało na więcej ludzi, z którymi mogło odwalać dziwne akcje. Więcej ludzi, którzy widzieli w nim coś więcej niż zapaszek odziedziczony po matce.
A jednak coś dziwnego i nieprzyjemnego zatrzepotało w ich brzuchu na myśl, że Quinn mógłby ich zastąpić kimś innym. Kimś lepszym i bardziej na niego zasługującym.
W końcu odchrząknęło, próbując przegonić natrętne myśli i uczucia. Najwyraźniej tego samego potrzebował ich przyjaciel, który nagle przełknął ślinę i spuścił wzrok, niepewnie zmieniając temat.
Nie podobała im się ta niezręczność. Do jasnej cholery, byli przyjaciółmi, razem topili głowy przypadkowych obozowiczów w kiblach i robili rozróbę w stołówce. Ich relacja już dawno temu zaszła za daleko na niezręczne milczenie.
— Wypraszam sobie, nikt nie dostał w mordę. Jestem teraz poważnem grupowem, muszę dawać przykład rodzeństwu — oświadczyło z udawanym oburzeniem i powagą. — Teraz tylko im grożę, wymachując ostrzem — dodało po chwili, znowu się szczerząc. — Czasem działa, czasem nie, ale ogólnie na szczęście się mnie słuchają, a Chejron jeszcze mnie nie zdegradował.
— „Jeszcze” to tu słowo klucz — zaznaczyło Quinn, trącając ich w bok. Wyglądało na bardziej rozluźnione niż przed chwilą, co Ash zarejestrowało z ulgą. Wszystko wracało do normy.
— No słuchaj, jak Chejron się wkurzy i mnie wywali ze stołka, to najwyżej zastrajkuję i przeniosę się do was. Ten wasz wojskowy dryl mi się zawsze podobał. No i wtedy nie musiałobym napierdalać się z przerośniętymi mrówami czy innym zwierzyńcem, żeby się z tobą zobaczyć.
Wizja codziennego funkcjonowania blisko Quinn sprawiła, że coś w ich brzuchu znowu wykonało jakieś dziwne manewry. Nie podobało im się to wrażenie, które trudno byłoby zrzucić na niestrawność pokarmową. Uczucia były zbyt skomplikowane, nawet przy regularnych, comiesięcznych sesjach z ich psychoterapeutką.
Mina Quinn nie pomagała. Kloacyniątko zdawało się… rozmarzone? Zamyślone? Cholera wie, w każdym razie było w tym za dużo czegoś delikatnego, co sprawiało, że syreny alarmowe w głowie Ash zrobiły kurewsko głośne ijo ijo. Zanim uległo autodestrukcji, palnęło pierwsze, co przyszło im na myśl wśród tego chaosu:
— Ej, wiesz, że ostatnio znalazłom czaszkę szczura?
Kryzys zażegnany, rozmowa sprowadzona na bezpieczniejsze tory. Tylko dlaczego to pojebane uczucie nie minęło?

LATO V

Owo pojebane uczucie nie minęło przez cały bity rok. Dwanaście miesięcy, podczas których, zamiast zniknąć, dziwne myśli i przeżycia wyłącznie się nasilały. Dwanaście sesji, podczas których wyrzucało z siebie prawie identyczne monologi tylko po to, żeby potem zignorować panią Hawkes, gdy próbowała im coś delikatnie zasugerować, naprowadzić ich na drogę ku autorefleksji czy innemu gównu.
Ash nie należało może do najinteligentniejszych czy najmądrzejszych półbogów, było dzieckiem boga wojny i alkoholiczki, a nie bogini mądrości i jakiegoś zakichanego profesora. Ale nie było na tyle głupie, żeby po wielu miesiącach udręki nie domyślić się w końcu, co może być grane. Było jednak zbyt zaparte emocjonalnie, żeby pozwolić sobie na przeżycie tego w pełni i podjęcie odpowiednich kroków.
Jeszcze gorzej zrobiło się, kiedy usłyszało o tym, że Keith w imieniu Quinn zerwał z Ashley. Ulga, którą wówczas odczuło, była zbyt duża jak na samą troskę o przyjaciela. Kolejny starannie budowany mur runął niczym domek z kart.
Czasem od ataku lepsza była obrona. Albo wręcz ucieczka. Dlatego też unikało zbyt głębokich rozmów z Quinn, bojąc się, że coś palnie. Rzadziej pojawiało się w Obozie Jupiter, zasłaniając się obowiązkami. Pchało się do każdej roboty, od czyszczenia stajni po groźne misje. Udawało odważne i uczynne, podczas gdy tak naprawdę było obrzydliwym tchórzem.
Wycieczka do Nowego Meksyku na zlecenie Wyroczni miała być kolejną możliwością ucieczki. Odskocznią, która zajmie ich myśli. Okazją do oberwania w łeb wystarczająco mocno, by ckliwe głupoty, których nie rozumiało i nigdy wcześniej nie czuło, zostały z niego skutecznie wybite.
Skończyło się na wpierdolu od przerośniętego knura.
Dzik erymantejski pojawił się na ich drodze przypadkowo. Nie on był główną atrakcją wycieczki. Najwyraźniej poczuł się tym urażony. A Ash, głupie, uparte Ash, rzuciło się na okazję od losu i na samego dzika. Agresja, siła fizyczna, szczęk broni — te rzeczy rozumiało. Te rzeczy były w ich krwi.
Coś ich rozkojarzyło. Może to uczucie szczeciny ocierającej się o skórę przypomniało im to dziwne uczucie przeciągania dłonią po króciutkich włosach Quinn, gdy nagle zgoliło się na buzz cut. Może to błysk wielkich szabli przypomniał im o tym, z jaką uwagą Quinn oglądało zbierane przez nich kości. Może to ten szaleńczy błysk w oczach bestii przypomniał im o tym, jak oczy ich przyjaciela lśniły, gdy przyszedł im na myśl jakiś genialny pomysł. A może — i to będzie najmniej romantyczna rzecz, jaką kiedykolwiek zobaczycie — coś w woni zwierzęcia przypominało im naturalny zapach Quinn, który przestało już traktować jako smród.
Cokolwiek by to nie było, wystarczyła chwila nieuwagi, by wielki świniaK poprzestawiał im kilka żeber. W łeb, zgodnie z własnym życzeniem, też dostało. Gdyby nie towarzysze wyprawy, pewnie już gryzłoby piach. Gdyby nie oni, nie trafiłoby też do ambulatorium w Obozie Jupiter. Na poziomie logicznym rozumiało tę decyzję — Jupiter znajdował się bliżej Nowego Meksyku niż Obóz Herosów — jednak na poziomie emocjonalnym chciało co najmniej kazać im się jebać, nawet jeśli uratowali im życie.
Różowowłosa legionistka też nie zasłużyła na ich gniewne spojrzenia. Gdyby wystarczająco skupiło rozmazane spojrzenie i pokonało kociokwik w głowie, być może uświadomiłoby sobie, że to Cherry, centurionka kohorty, do której należało Quinn. Zarówno wzrok, jak i myślenie miały jednak inne plany na ten dzień.
Ambrozja miała smak brownie, jedynego ciasta, jakie kiedykolwiek upiekło z Diego. Ash nie miało jednak czasu, by nacieszyć się tym smakiem. Do ambulatorium wparowało Quinn, któremu najwyraźniej ktoś doniósł o miejscu przebywania ich kumpla. Mówiło coś, a może nawet krzyczało, ale Ash nie było w stanie rozróżnić wypowiadanych przez nie słów. Wiedziało tylko, że Quinn wyglądało naprawdę korzystnie w tym świetle.
— No hej, przystojniaku — wybełkotało z głupawym uśmieszkiem.


Quinn?
────
[1044 słowa: Ash otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Apollodorosa do Chaita — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

W metrze, jak zwykle, było tak tłoczno, że mimo klimatyzacji panował zaduch. Apollodoros, gdyby miał opcję, to naprawdę wybrałby spacer czy jazdę na rowerze. Zwłaszcza że dzisiaj nowojorskie lato sięgało górnych bramek typowych dla ich klimatu temperatur. Tęskniło za greckim słońcem z wyjazdów w dzieciństwie znowu. Nie tym najgorszym, które się przesypiało, ale tym w ciągu reszty dnia — przyjemnym, choć dla niektórych nadal zbyt intensywnym. Niestety tym razem zajęłoby to zbyt długo, a heros już woli dusić się w podziemnej komunikacji miejskiej, niż stać w tych korkach na powierzchni.
Znaleźli z Chaitem mieszkanie do obejrzenia pod wynajem o cenie, która jak na Nowy Jork najgorsza nie jest, ale ludzi spoza tego „ekosystemu” by najprawdopodobniej doprowadziła do zawału. Warunki tylko dobiłby gwóźdź do trumny w tej hipotetycznej sytuacji. Maleńka kawalerka z przestarzałym systemem elektrycznym oraz równie historyczną armaturą. Oby tylko jaśnie właściciel nie ukrywał nawrotów pleśni farbą, bo to już się jeno zdarzało widzieć. Umówili się na miejscu, gdzie ma ich powitać agentka nieruchomości. Półbóg nigdy nie przestanie dziękować Chaitowi za równie rzadkie używanie telefonu, jak u niego. Obgadali to w kilku SMS-ach i tyle.
Odetchnął z ulgą, kiedy postawił stopę na peronie stacji. Kierowało się szybkim krokiem, to niby nie jeno dzielnica, ale jeden znajomy ze studiów mieszkał w okolicy przez większość czasu ich znajomości. Odwiedzanie go tutaj, odwożenie go z imprez, chodzenie na zakupy w okolicy. A zawsze, jeśli się zgubi, to może zapytać o drogę. Przy czym z tego, co sprawdzał na mapach, to musi iść prosto, po trzech przecznicach skręcić w lewo, jeszcze trochę prosto i skręcić w prawo. Nie aż takie skomplikowane. Musiało wyglądać całą drogę jak kot wygrzewający się w świetle, z tym, jak delikatnie się uśmiechało i ciągle wychylało w stronę promieni słonecznych.
Półbóg oparł się plecami o latarnię na miejscu spotkania, po czym od razu zaczął szkicować krajobraz w wolnym czasie. Stukotanie obcasów o chodnik, warkot silników z aut, gwar rozmów, poszczekiwania psów z balkonów; to wszystko zlewało się w szum, który ledwo zauważało w swoim skupieniu. Dlatego tez zaskoczyło go „Hej.” tuż obok siebie. Chait stał już obok niego, ale agentki nieruchomości nadal nie było.
— Hejka, jesteśmy przed czasem albo ona się gorzej od nas spóźnia, co? Ciekawe jak źle będzie w środku, bo oferta trochę mało o tym mówiła. Z tym, jak nas czas goni, to wiesz… — Wzruszył ramionami delikatnie, ale z uśmiechem. Do kolegi, już pewnie niedługo przyjaciela, szczerze z radości na jego widok, do złej gry w oznace przekory, obydwa na raz.
— Nie no, jesteśmy chwilkę przed czasem, na spokojnie. Też coś wspominano o poślizgach na te spotkania, więc… — Mężczyzna wypuścił dym papierosowy tak, żeby nie dosięgnął on Dorosa. — Póki nie jest zagrożeniem życia na każdym kroku i mieści się w budżecie, to nie mamy na co wybrzydzać.
— Oj zdecydowanie prawda, lepsze to niż nic. — Założył białe pasemka zaplecione w warkoczyki za ramię, poprawiając przy okazji pozycję szkicownika, żeby dłoń, w której go ma, mniej drętwiała. — Jak coś, to mamy jeszcze parę ofert do obejrzenia i już umówione spotkania z agentami.
Luźna rozmowa o niczym ciągnęła się, a w tym samym czasie papieros w dłoni Chaita stawał się coraz krótszy, żar zbliżający się swoimi ognistymi objęciami do filtra na samym końcu. Wraz z wygaszeniem kiepa o górę śmietnika, usłyszeli głos. Apollodorosowi aż ciarki przeszły po kręgosłupie na „Państwo obejrzeć mieszkanie?”, nie musiał nawet podnosić wzroku, żeby wiedzieć o tarapatach. Ono słyszało po samej wymowie i niechęci, co jest nie tak.
Nie wiedział, co widział Chait jako człowiek, ale heros podnosił wzrok ostrożnie, oczekując najgorszego. Gorgona… ich agentka nieruchomości jest gorgoną…


Chait?
────
[592 słowa: Apollodoros otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Kurta — „Scentless Apprentice” cz. 1

„Ojciec jest chory” było ostatnią wiadomością, której Kurt spodziewał się od brata. Może inaczej; Kurt nie spodziewał się żadnej wiadomości od brata, a zwłaszcza takiej. Nie spodziewał się nawet, że Kaina nadal jakkolwiek jeszcze obchodzi ich ojciec i że orientuje się, co u niego słychać, mimo że zarzekał się, że już nie ma nic wspólnego z tym człowiekiem.
Kurt też nie chciał mieć nic wspólnego z tym człowiekiem. Spędzał w Obozie Jupiter większość swoich dni. Powroty do domu zawsze kończyły się źle. Nie miał innej rodziny poza szalonym ojcem i bratem, który przebywał chuj wie gdzie i chuj wie po co. Mógł zatracać się w treningach, zapominać o tym, że w ogóle miał inny dom poza barakiem Drugiej Kohorty, ale potem dostawał taką wiadomość i nagle przypominał sobie, że był tylko egoistycznym dupkiem i może niczym nie różnił się od Kaina, który uznał ojca za problem kogoś innego. I nawet jeśli Kurt usilnie przypominał sobie, że jego ojciec jest dorosły i powinien umieć się zająć sam sobą, to zawsze wracały do niego wyrzuty sumienia. Zupełnie tak, jakby to on był najgorszym synem, a nie Adam Munroe najgorszym ojcem.
„Ojciec jest chory”. Taka prosta wiadomość od brata, która znaczyła tyle, co „to nie mój problem, ale ciebie może to zainteresuje”. Przeczytał ją w kafejce internetowej z kilkudniowym opóźnieniem, bo nie miał nawet własnego telefonu, a Kain nie pofatygował się nawet o zadzwonienie do niego iryfonem lub wysłanie wiadomości orłem. Kurt mógł gapić się w tę wiadomość w nieskończoność, mógł wyłączyć czat i udać, że nigdy jej nie wyświetlił, a w ogóle to nie ma czasu i musi wrócić do swojego treningu, ale potem znowu uderzyły go te wyrzuty sumienia, złość i poczucie, że Kain to gnój i nie chce być jak on.
Następnego dnia otwierał drzwi rodzinnego domu Munroe i rzucał plecak upchany ciuchami na podłogę w przedpokoju. Wyobrażał sobie, że Adam Munroe będzie przykuty do łóżka. Może wykryto u niego nieuleczalną chorobę i właśnie umierał, a może po prostu dopadła go gorączka i katar i Kain niepotrzebnie spanikował. Ale ojciec był chory już od dłuższego czasu i Kurt nie zobaczył w jego oczach zupełnie nic nowego, a szczególnie brak było jego obecności. Chyba nawet go nie rozpoznał. Odzywał się bardzo mało, głównie, kiedy zaczynał się modlić.
— Kurt, on już chyba nie jest już zdolny do samodzielnego życia.
Nie potrafił być nawet zły na tę kobietę za szczerość. Była ich sąsiadką, kobietą w średnim wieku z kilkorgiem dzieci na karku, która zdecydowanie zbyt szybko zaczęła siwieć. Jeszcze zanim urodziła dzieci i stała się kurą domową dla swojego męża, zrobiła kurs pielęgniarski. Kain od kilku miesięcy płacił jej za pomaganie ojcu i dbanie o to, żeby nie umarł z głodu i nie zarósł w brudzie.
— Jeszcze niedawno wychodził z domu chociaż po to, żeby zajmować się warsztatem. Teraz już nawet nie przyjmuje zleceń. Strasznie się zapomina. Raz zapytał mnie, kim jest Adam.
Kurt wbił paznokcie w przedramiona, czekając na kolejne ciosy.
— Ja już chyba nie dam rady się nim zajmować — stwierdziła. Wyglądała, jakby kamień spadł jej z serca. Kolejna osoba, która zrzucała na Kurta problemy (jego problemy, od których do tej pory uciekał). — Moja najstarsza córka niedługo będzie wyprowadzać się na studia i będę musiała sama zajmować się moimi chłopcami, nie dam rady pilnować Adama, jeśli znowu wyjdzie do sklepu i zapomni, gdzie mieszka. — Powiedziała to z takimi szczegółami, że Kurt wiedział, że musiało się to już wydarzyć. — Czy ty i Kain nie myśleliście nad tym, żeby przekazać go pod jakąś opiekę całodobową? Któryś z was nie może wrócić do domu?
— Nie mogę tak po prostu rzucić szkoły — odpowiedział.
To było częściowo zgodne z prawdą; nie mógł tak po prostu opuścić Obozu Jupiter, bo właśnie jego miał na myśli, kiedy mówił o szkole. Wyrzuty sumienia wróciły do niego ponownie, kiedy pomyślał, że miałby zostawić w obozie Claude'a, Doriana, Bee, a nawet obślinionego psa Terminatora. Obóz Jupiter był dla niego wszystkim.
— Nie mam nawet pieniędzy, żeby mu coś zapewnić — obnażył się. Powiedział to w liczbie pojedynczej, bo nie miał żadnego zamiaru prosić Kaina o pomoc przy ojcu. Wiadomość „ojciec jest chory” powiedziała mu wystarczająco dużo o tym, że to nie był problem jego brata.
Sąsiadka uśmiechnęła się współczująco.
— Na pewno dacie sobie jakoś radę, Kurt — powiedziała, pocieszająco rozmasowując jego ramię. Tymi słowami przypieczętowała to, że nie miała z tą sytuacją już nic wspólnego. To Kurt miał dać sobie radę. Bez niej. I bez Kaina, o czym nawet jej nie wspomniał.
Kiedy wyszła, Kurt wrócił do kuchni, w milczeniu pomagając ojcu posłodzić herbatę. Posprzątał bałagan po rozlanym napoju, bo mężczyźnie ręce trzęsły się zbyt mocno, żeby napić się z kubka. Adam nie ruszył się z miejsca, odkąd go tak zostawił.


Nie czuł, że minął rok. Powtarzany koszmar śnił mu się zbyt często, żeby miał poczucie, że coś się w jego życiu od tego czasu zmieniło. Minione miesiące mógł odmierzyć tylko w tym, że na powrót zrobiło się ciepło. Miał wrażenie, że wszystkie te uczucia wracają, ten sam gorąc na skórze, duszne powietrze, zapach krwi, przygniatające go wyrzuty sumienia, brak oddechu.
To, że to były tylko sny, przypominał mu tylko towarzyszący im brak twarzy. Już nawet nie pamiętał, jak oni wyglądali. Nie pamiętał, jak wyglądała jego matka, chociaż był to prawdopodobnie pierwszy i ostatni raz, kiedy ją spotkał. Nie powinno go to dziwić; przecież wtedy to też był tylko sen. Szkoda, że to, że zginęli wtedy ludzie, było już jak najbardziej prawdziwe. A on jak ostatni kołek dał się pomiatać bogini, która przez ostatnie kilkanaście lat jego życia udawała jego matkę, ale była tylko mistyczną postacią, której powinien oddawać cześć i ślepo wykonywać jej rozkazy. Kurt nie uważał się za zabawkę bogów. Znał wiele osób, które już im uległy. Żadna z nich nie skończyła dobrze.
Do tej pory jeszcze nie spłonął za swoje myśli. Nie wymówiłby ich na głos, absolutnie nie wątpił w to, że zostałby za nie trafiony piorunem. Rodziły się w jego głowie i tam pozostawały, kiedy budził się po nocy pełnej koszmarów. W swojej głowie mógł przez chwilę poczuć kontrolę, słabą otuchę, że w swojej głowie może robić wszystko poza wglądem bogów. Mógł im powiedzieć, jak bardzo chciałby, żeby nigdy nie istnieli, żeby jego ojciec nigdy nie zwariował, nigdy nie poznał Invidii i żeby sam Kurt nigdy nie powstał.
Potem nie myślał już o bogach do końca dnia. Miał ważniejsze rzeczy do zrobienia, na przykład naprawianie boskich błędów. Zajmowanie się chorym ojcem, który oszalał, bo miłość jego życia okazała się mistycyzmem, czymś poza jego zasięgiem i pojęciem, a jego synowie należeli do świata, do którego on nie należał. Dopiero pod koniec dnia przewracał się w łóżku i znowu pochłaniała go nienawiść do własnej matki.


Poszedł do warsztatu stolarskiego, kiedy ojciec jeszcze spał.
Nie cierpiał tam chodzić. Sztukę obróbki drewna znał tylko dlatego, że kiedy jeszcze był dzieckiem, ojciec za wszelką cenę próbował przekazać mu tę wiedzę. Chciał, żeby jego syn nie był „zniewieściały”. Może początkowo Kurtowi się to podobało, w końcu mógł rozładować na czymś swoją dziecięcą energię i spędzić czas z ojcem, ale „spędzanie czasu” szybko zmieniło się w okrutne przypomnienie o perfekcjonizmie ojca. Kurt w jego oczach okazał się zniewieściały już jako ośmiolatek i dwunastolatek. Nie trzymał dłuta tak, jak powinien. Drewno miało nierówną powierzchnię. Za wolno piłował. Nie miał odpowiedniego poszanowania wobec drewnianego krzyża i drewnianej kapliczki, ale kilka razów pasem szybko nauczyło go szacunku. Ojciec bił tylko wtedy, kiedy Kurt popełniał błędy, a najwięcej popełniać zdarzało mu się w warsztacie. Zrozumiał, że musi całować gwoździe w dłoniach drewnianego Jezusa, żeby nie dostać pasem, jeszcze zanim w ogóle pojął koncepcję czegoś takiego jak Bóg.
Jakaś siła wyższa od zawsze go kontrolowała, czy tego chciał, czy nie.
Drzwi zaskrzypiały, kiedy wszedł do warsztatu. Podniosła się chmura kurzu i drewnianych wiórów. Kurt w pierwszym odruchu zakaszlał, więc zasłonił usta przedramieniem i zdecydował się otworzyć wszystkie okna.
Przez chwilę patrzył na otaczającego go figury w pomieszczeniu. Zewsząd patrzyły boskie postacie, krzyże i kapliczki, okazjonalnie meble zamówione przez kogoś, kto doceniał fach jego ojca. Zbliżył się do blatu i zaczął przebierać w szkicach i planach, zapewne z zamówieniami klientów, szkice, których nigdy nie dokończył. Na stole nadal leżał dorodny kawał drewna porzucony w powijakach. Kurt zastanawiał się, czy ojcu odebrało rozum z dnia na dzień.
Nawet nie wiedział, co powinien zrobić. Przyszedł tutaj, bo potrzebował pieniędzy. Mógł zadzwonić do dawnych klientów ojca i ustalić z nimi dokończenie projektów. Mógł sprzedać wszystko, co znajdowało się w warsztacie, i liczyć, że pieniądze z tego na jakiś czas starczą na utrzymanie ojca. Mógł sprzedać cały warsztat i mieć nadzieję, że ojciec nigdy nie odzyska rozumu i nie zabije go za to, że odebrał mu cały życiowy dorobek i jego dumę.
Musiał zrobić coś z rękami, więc chwycił za dłuto, wygrzebał ze stosu papierów ostatni projekt i zaczął kończyć dzieło ojca.

Nie miał w warsztacie zegarka, więc nie wiedział, ile czasu minęło, od kiedy usiadł do projektu, ale z transu wybudziło go dopiero skrzypienie drzwi. Nie poderwał się tylko dlatego, że półświadomie pomyślał, że to pewnie tylko ojciec przyszedł sprawdzić, jak sobie radzi w warsztacie. Pewnie znowu powie, że żłobienia w tym krzyżu powinny być traktowane jak obraza religijna i że nawet Kain robił to lepiej.
Wszystkie jego zmysły zaczęły bić na alarm tak szybko, jak tylko Kurt zdał sobie sprawę, że jego ojciec nie mógł tutaj przyjść o własnych siłach. Ręka powędrowała mu do sakwy przy spodniach, miejsca, gdzie trzymał złożoną swoją włócznię.
Przez drzwi przeszła kobieta. Zawirowało mu w głowie i przez chwilę miał wrażenie, że widzi podwójnie. Poczuł się otępiony, spowolniony, a najgorsze było w tym to, że doskonale znał to uczucie i nie miał na nie wpływu — czuł się tak, jakby ktoś manipulował Mgłą.
No tak, był głupi, kiedy myślał, że tutaj będzie bezpieczny. Za bardzo skupił się na innych rzeczach, żeby pamiętać o tym, że nadal jest tylko półbogiem i istnieją stwory, które będą polować na jego życie.
Kobieta wyglądała całkiem normalnie. Jak staruszka, taka, która próbowała stłumić starość nadmierną ilością żółtej tapety i nieudolnie wykonanego botoksu, ale z drugiej strony jak babcia, która upiekłaby ci ciasteczka. Miała na sobie zdecydowanie zbyt wysokie, czerwone obcasy, które nie pasowały do jej wieku i do miejsca, do jakiego trafiła.
Na pierwszy rzut oka nie wyglądała na potworzycę, ale Kurt wiedział, że właśnie takie potwory były najniebezpieczniejsze. W jednej dłoni cały czas trzymał dłuto w taki sposób, jakby awaryjnie miał wydłubać nim czyjeś oczy, a drugą zaciskał na pochwie z włócznią.
— Dzień dobry, kochanieńki — powiedziała. Zbliżyła się na kolejne parę kroków. Tętno Kurta przyspieszyło i wszystkie komórki w jego ciele krzyczały, że powinien coś zrobić, cokolwiek, ale kobieta nie dawała mu żadnych znaków, że miała zamiar wyrosnąć kły i pazury i spróbować go zaatakować; poza tym, że Mgła wokół niego gęstniała i wirowała w powietrzu. — Chciałabym zamówić regał na moje przetwory.
— Warsztat jest nieczynny — bąknął niezbyt uprzejmie.
— Och, trafiłam tutaj z polecenia. — Uśmiechnęła się. Miał wrażenie, że jej zielone oczy świdrowały go na wylot. To nie był ciepły odcień zielonego, który Kurt widział w oczach Claude'a. To była szmaragdowa zieleń, widoczna co najwyżej na karykaturalnych plakatach przedstawiających czarownice. — Powiedziano mi, że pan Adam Munroe nie przyjmuje już zamówień, ale jego syn przejął po nim talent do obróbki drewna.
Kurt liczył czas. Nie mrugnęła ani razu, odkąd weszła do warsztatu.
— Czego chcesz? — syknął.
— Przecież powiedziałam! Regał na przetwory.
Uśmiechnęła się szeregiem zębów i wtedy Kurt dostrzegł, że posiadała cały arsenał kłów.
Wyciągnął włócznię z takim impetem, że przy okazji przewrócił jeden z wyrzeźbionych przez jego ojca krzyży. Zanim potworzyca zdążyła uskoczyć, ostrze rozerwało jej babciny sweterek, ukazując wężowe łuski.
— Czym ty jesteś? — szczeknął w jej stronę.
— Chyba nie tak się wita potencjalnych klientów, synu Invidii — odpowiedziała. — Skończyłam z potworowaniem.
Gdyby nie to, że nie było mu wcale do śmiechu, mógłby zaśmiać jej się w twarz. Jednak nie próbowała go zaatakować. Stała, lustrując wzrokiem to Kurta, to jakiś punkt za jego plecami. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że wpatrywała się w przewrócony wcześniej krzyż.
— Wierzysz w Boga, synu Invidii? — zapytała.
Nikt wcześniej nie zadał mu tego pytania. Ojciec zakładał, że wierzy w Boga, bo tak wychował swoich synów i tylko takie pojęcie mieściło się w jego świecie. W Obozie Jupiter nikt nie pytał, bo i tak wszyscy wierzyli w tych samych bogów, w których musieli wierzyć, bo przecież powiedziano im, że są ich dziećmi i muszą robić to, co bogowie chcą. Kurt nie przykuwał zbyt dużej uwagi do myślenia o Bogu przez duże B. Podświadomie zakładał, że on istnieje, gdzieś w alternatywnym do Olimpu świecie astralnym. Podświadomie się go bał, bo tak wyuczył go ojciec. Sam z siebie miał już wyrzuty sumienia, jakby go zdradzał, będąc dzieckiem bogini z innego panteonu. Nie wiedział już, w co ma wierzyć.
— Hera mi to zrobiła — ciągnęła dalej kobiecina, kiedy Kurt nagrodził ją milczeniem. — Najpierw zabiła moje dzieci, a potem zamieniła mnie w potwora i kazała mi żyć tak przez kolejne tysiąclecia.
Próbowała go zmanipulować, oczywiście, że próbowała. Kurt nie ufał jej ani trochę. Karmiła go słodkimi słówkami, bo stał właśnie na rozdrożu.
Powiedziała, że przyszła z czyjegoś polecenia. Domyślił się, kto ją przysłał. Jego matka zawsze patronowała zemście i zazdrości, ale też losie i rozdrożom.
— Nie chciałbyś czasem, żeby w twoim życiu nie było żadnych bogów, Kurt? — Kolejny raz posłała mu swój uśmiech pełen kłów.
Kurt opuścił włócznię, nadal zaciskając pięść na trzonku tak, że pobielały mu knykcie.
— Gdybym chciała, zabiłabym cię w pierwszej sekundzie, kiedy byłeś rozproszony, synku. Nie żartowałam z tym regałem na przetwory — powiedziała. — Mogę zapłacić ci tyle, ile tylko chcesz. W tych waszych… ludzkich dolarach, czy czego wy tam teraz używacie. — Machnęła ręką. — Och, zapomniałabym. — Jej ręka powędrowała do kieszeni swetra, na co Kurt odpowiedział ponownym wyciągnięciem broni. Uśmiechnęła się sztucznie miło i wyciągnęła z kieszeni drobny kartonik, coś, co dziwnie przypominało wizytówkę, po czym szerokim łukiem ominęła chłopaka i zostawiła kartkę na drewnianej ladzie. — Gdybyś jednak chciał mi pomóc, tutaj są moje dane kontaktowe. Możesz zmierzyć ścianę w mojej chacie, żeby odpowiednio dobrać wymiary regału.
To brzmiało tak absurdalnie. Nigdy w życiu nie sądziłby, że jakiś potwór jest w ogóle zdolny do wypowiedzenia takiego zdania.
— Myślę, że możemy pomóc sobie nawzajem.
Kurtowi znowu zawirowało w głowie. Czas zwolnił na chwilę, a kiedy znowu oprzytomniał, był już tylko sam w warsztacie. Pomyślałby, że wariuje tak samo, jak jego ojciec, ale kiedy się odwrócił, wizytówka nadal leżała na blacie. Nie puszczając broni, rzucił się łapczywie w stronę karteczki.
Tępo wpatrywał się w zwyczajny kawałek papieru, na którym szponiastymi literami napisane było: MARIAN LAMIA, 518-555-4164.


────
[2410 słów: Kurt otrzymuje 24 Punkty Doświadczenia]

Od Cherry do Arisu — „Don't hang yourself inside my courtroom”

To, że Czwarta Kohorta będzie organizować Ludi Romani, Cherry wiedziała przecież już od zeszłego roku. W zasadzie wiedziała to już dwa lata temu, bo wszystkie kohorty organizowały festiwal po kolei i nie, z całą pewnością organizacji nie uważano za wielki konkurs tego, kto bardziej zabłyśnie. Rok temu festiwalowi przewodziła Piąta Kohorta. Dwa lata temu była to Jedynka, więc cykl zaczął się od nowa. Kiedy we wrześniu spadły pierwsze jesienne liście, a legioniści chwycili za grabie, Cherry pomyślała: „jest jeszcze dużo czasu”. Kiedy obchodziła święta z rodziną Halstonów, pomyślała: „okej, jeszcze jest czas”. Kiedy pogoda na powrót się rozpogadzała, ptaszki śpiewały, a kwiaty zakwitły, pomyślała: „cholera, trzeba zacząć o tym myśleć na poważnie”.
Tyle że zawsze coś jej przeszkadzało. Epidemia sraczki w ambulatorium, wybuch akweduktu, wszystko okazywało się na ten moment ważniejsze niż przygotowania do największego festiwalu Rzymian, który i tak miał się odbyć dopiero we wrześniu. Nie była centurionką pierwszy rok, miała już za sobą organizację Ludi Romani, powinna dać sobie radę; a przynajmniej tak jej się wydawało, dopóki niecały miesiąc przed festiwalem Elianne nie oznajmiła jej, że musi wrócić do domu i nie weźmie udziału we wrześniowym świętowaniu.
Nie zrobiła tego specjalnie, oczywiście. Cherry nie robiła jej wyrzutów. Sama kazała jej pierwszorzędnie wracać do domu, tym bardziej, jeśli była to pilna sytuacja. Z Elianne czy nie, festiwal musiał się odbyć. Cherry miała jeszcze całą Czwartą Kohortę pod sobą, musiała tylko ją rozdysponować do odpowiednich zadań i dopilnować, żeby nikt się po drodze nie zabił, a już brońcie bogowie nie wysadził Koloseum. (Przynajmniej przed Ludi Romani, bo wysadzenia w trakcie się już zdarzały, ale kto do cholery wymyślił odgrywanie scenek bitew morskich na lądzie?).
Poza tym miała jeszcze drugą organizatorkę Ludi Romani. Zgodnie z tradycją, festiwal otwierało zawsze dziecko bogini zwycięstwa, Wiktorii, a tak się składało, że jedynym dzieckiem Wiktorii w Czwartej Kohorcie była Arisu Hayashi.
Szkoda, że Arisu chyba nie lubiła Cherry.
Tak jej się przynajmniej wydawało, to znaczy: jeszcze nigdy nie miały ze sobą na tyle pozytywnych interakcji, żeby Cherry w ogóle była w stanie określić, czy ocena Arisu w stosunku do niej może być sprawiedliwa. Gdyby miała policzyć wszystkie sytuacje na palcach, to wszystkie były albo negatywne, albo co najwyżej neutralne, a Arisu nie była szczególnie ekspresywną osobą, żeby można było to jednoznacznie określić.
Hayashi była w jej mniemaniu dobrą legionistką. Cherry zawsze ją lubiła (chociaż była mało obiektywna, bo w swojej kohorcie lubiła wszystkich, niezależnie od tego, jak bardzo potrafili jej zaleźć za skórę). Do pewnego czasu nie mogłaby nawet powiedzieć na nią złego słowa; to znaczy do czasu, dopóki nie zaczęła przydzielać ją do wspólnych obowiązków z Atlasem Walkerem, co zawsze kończyło się źle. I zawsze kończyło się opieprzem tej dwójki.
Cherry nie zdziwiło więc ani trochę, kiedy zaczepiła Arisu sierpniowego wieczoru przy wyjściu z kolacji, a dziewczyna odpowiedziała jej wzdrygnięciem się, jakby już była gotowa na opieprz.
— Hej Arisu. — Twarzą w twarz, kiedy nie prawiła jej reprymend ani nie rozdzielała obowiązków, Cherry czuła się przy niej niemal niezręcznie. — Czy masz…
— Jeśli o to chodzi, to nie wiem, gdzie jest Atlas.
Cherry zamrugała.
— Nie. Nie, nie mam na myśli Atlasa — obroniła się szybko. Czy ona poważnie przychodziła do Arisu do tej pory tylko w tej sprawie? — Chciałam zapytać, czy nie chciałabyś może zacząć od jutra ze mną przygotowań do Ludi Romani.
— Jeśli nie będę miała w tym czasie innych obowiązków…
No tak, przecież to Cherry odpowiadała za ich przydział.
— Nie, jasne, że nie. Przydzielę je wszystkim innym i będziemy mogły pójść do magazynu rozejrzeć się za ozdobami z zeszłych lat. — Uśmiechnęła się krzywo, chyba tylko po to, żeby wywrzeć na Arisu jakieś dobre wrażenie.
Dziewczyna skinęła jej głową. Cherry musiała przeżyć jeszcze bardzo niezręcznie wymienione „to do zobaczenia” i rozejść się w swoje strony, chociaż miała wrażenie, że na tej właśnie rozmowie wyczerpały się wszystkie jej zdolności komunikacyjne.

🜼


Następnego dnia musiały jeszcze zahaczyć o pretorium, żeby odebrać od Vergila klucz do magazynu. Mózg Cherry pracował na najwyższych obrotach, żeby wymyślić jakiś temat do rozmowy, cokolwiek, co mogłoby rozluźnić atmosferę między nimi — dalej miała wrażenie, że Arisu nie znosi jej w swoim towarzystwie i niezręczność z całą pewnością temu nie pomagała — ale koniec końców uznawała, że może jednak dla nich obu zdrowiej psychicznie będzie, jeśli wszystko przemilczą.
— Zajmujecie się Ludi Romani? Już? Tak wcześnie? — zapytał Vergil, podając jej niewielki kluczyk z cesarskiego złota.
Miał na sobie okulary, których nigdy nie nosił, jeśli miał załatwiać sprawy w Nowym Rzymie. W zasadzie nigdy nie widziała go w oprawkach poza domem. Najwyraźniej miał cały dzień papierkowej roboty.
— Nie chcę robić tego na ostatnią chwilę, skoro Elianne nie może mi pomóc — mruknęła w odpowiedzi.
Wymienili się krótkimi spojrzeniami. Arisu odwróciła na chwilę głowę, Cherry zauważyła, że dziewczyna czyta tytuły ksiąg w gabinecie pretorium. Vergil wykorzystał chwilę nieuwagi dziewczyny i próbował zapytać Cherry na migi coś pomiędzy: „co z nią [czemu ma minę jak kot srający na pustyni]?” i „czy wszystko jest okej?”. Cherry przymknęła na chwilę oczy i cicho westchnęła, co miało znaczyć mniej więcej: „jeśli nie odezwę się dzisiaj do wieczora, to znaczy, że zakopała mnie żywcem i będziesz musiał szukać mnie w podziemiach Koloseum”.
Nie była pewna, czy zrozumiał, ale kiedy Arisu znowu się do nich odwróciła, uśmiechnął się w tak głupi i szczenięcy sposób, jakby miał coś przed nią do ukrycia.

🜼


Magazyn nie był tak zakurzony, jak początkowo myślała, że będzie. Rzymianie obchodzili dużo świąt. Cherry nie dziwiło już nawet kiedy jednego dnia musieli ściągać wieńce laurowe z budynków, a za tydzień zakładać je z powrotem. Ludi Romani było jednak największym i możliwe, że najważniejszym ze świąt obchodzonych dalej w Nowym Rzymie, a w dodatku trwało kilka dni. Musiały przygotować dużo ozdóbek.
Cherry westchnęła, włączając światło w pokoju i omiatając wzrokiem cały stos kartonów. Z pudełek wystawały serpentyny (raczej średnio kojarzone ze Starożytnym Rzymem), fioletowe proporce, ususzone wieńce laurowe, które powinni wyrzucić i poprosić któreś z dzieci Ceres o przygotowanie nowych. Cherry mignęły gdzieś odświętne uzdy dla pegazów i tubki z brokatem.
Podparła się pod boki, jakby miała dzięki temu lepiej widzieć. Była córką Apollina, miała jakiś dryg do sztuki, tym bardziej że jej matka była malarką. Nie uważała się za totalne bezguście, jeśli chodziło o estetykę. Z dwojga złego była dużo lepsza, jeśli chodziło o sztukę, niż gdyby miała chwycić za instrument. Nie zmieniało to faktu, że po swoim ojcu odziedziczyła raczej zdolności lekarskie.
— Masz jakiś pomysł? — zapytała, odwracając się w stronę Arisu.
To nie tak, że w nią wątpiła, ale nie spodziewała się raczej po niej jakichś artystycznych zainteresowań. Może po prostu chciała zacząć jakiś temat, bo chyba sama powiesiłaby się na którejś z dostępnych serpentyn, gdyby miała to przekładać przez kolejne kilka godzin w niezręcznej ciszy.


Arisu?
────
[1104 słowa: Cherry otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Wintera CD Blanche — „Ostatni sen drzewa oliwnego”

Poprzednie opowiadanie

W pierwszej chwili Winter był daleki do martwienia się o Ziona.
Znał go już kilka ładnych lat i w tym czasie zdążył poznać go na tyle, żeby wiedzieć, że Zion jest w stanie sobie poradzić w różnych sytuacjach. Najczęściej tracił głowę, jeśli chodziło o kobiety, ale nie zdarzało się to na tyle często, żeby Winter nie musiał potraktować takich sytuacji tylko przewróceniem oczami i bardzo dramatycznym aktem udawanych odruchów wymiotnych. Umiał walczyć, a jeśli sytuacja mu na to nie pozwalała, potrafił wychodzić z nowymi strategiami.
Znał go na tyle, że wiedział, który kubek jest jego ulubionym i że zawsze dopijał kawę, nawet jeśli zatracał się w pracy i zapominał o niej na tyle, że była już zimna. Znał go na tyle, żeby wiedzieć, że nie zostawiał płyt winylowych pozostawionych na gramofonie, nawet jeśli miał tylko wyjść do sklepu po jedną rzecz, bo — jak mówił — płyty winylowe nie były wieczne i dopóki się nie zepsują, chciał pochłaniać każdą minutę muzyki Beatlesów na własne uszy. Wiedział o Zionie, że w życiu nie ruszyłby się z mieszkania bez zegarka, bo „czuł się bez niego jak bez ręki” i znajomość czasu dawała mu bezpieczeństwo (nawet, jeśli potrafił odczytywać godzinę z zegara słonecznego i na jeszcze kilka innych, zapewne starożytnych i na wpół zapomnianych sposobów).
Wszystkie te wyżej wymienione rzeczy zostały porzucone w połowie i właśnie to spełniało kryteria martwienia się o Ziona.
Nie było żadnych śladów walki, to można było stwierdzić od razu. Tym bardziej zastanawiało go to, dlaczego spatha mężczyzny nie leżała w swoim zwyczajowym miejscu za szafą.
— Mogę już dotykać rzeczy? — zapytał Winter, bardziej sarkastycznie niż docelowo zamierzał, bo zanim Blanche mu w ogóle odpowiedziała, wyłączył gramofon i odłożył płytę na miejsce. Drażniło go to, że nic nie było tak, jak powinno.
I tak przegrzebał część szafek Ziona, jeszcze zanim Lemieux tu dojechała. Sprawdził, czy nie zostawił jakiejś karteczki, na przykład na lodówce lub poduszce. Może Zion nie wiedział, że Winter miał przyjść tego wieczoru, ale i tak bywał tu na tyle często, że w sytuacji awaryjnej Zion raczej zostawiłby mu jakąś wiadomość.
Blanche posłała mu jedno z tych swoich rodzicielskich spojrzeń, które od jakiegoś czasu często jej towarzyszyły.
Miał wrażenie, że przestanie niedługo farbować włosy na kolor biały tylko dlatego, że sama zostanie z siwymi włosami. Odkąd Millerowie się do niej wprowadzili, stresowała się praktycznie cały czas, a przecież początkowo ich relacja polegała na tym, że kobieta miała nauczyć go, jak bronić się w życiu przed potworami. Biorąc pod uwagę to, że Winter dożył siedemnastki, jej misja zakończyła się powodzeniem.
Szczerze mówiąc, trochę go to irytowało. Nikt do tej pory mu jeszcze aż tak bardzo nie matkował. Blanche przyjechała w… ile? Pięć minut, odkąd do niej zadzwonił? Jakim cudem pominęła nowojorskie korki? Ile mandatów za przekroczenie prędkości odbierze za kilka dni ze skrzynki?
Winter chwycił leżący na szafce portfel Ziona i sprawdził, czy może nie wziął ze sobą pieniędzy w gotówce.
— Zion ci nie mówił ostatnio o czymś, że będzie musiał coś załatwić? Albo, nie wiem, że ma jakieś problemy? Coś go śledziło?
Czasem czuł się przy nich jak dziecko rozwodu. Niedługo po tym, jak Winter poznał Ziona w nieco specyficznych warunkach, bo Blanche musiała ratować skórę im obojgu, ta dwójka zaczęła się ze sobą lepiej dogadywać. To znaczy: Winter wiedział, że coś między nimi było, chociaż nie mówili o tym szczególnie otwarcie. Pamiętał, że spędzili razem walentynki. Najwyraźniej do siebie nie pasowali, bo po jakimś czasie Winter przestał słyszeć o ich spotkaniach. Nigdy nie dopytywał o szczegóły. Nadal się lubili i umieli przebywać w swoim towarzystwie, zwłaszcza jeśli chodziło o niego, ale w atmosferze zawsze dało się wyczuć jakąś nikłą nutę niezręczności. Pomaganie sobie w sprawach awaryjnych, kiedy drugiemu mogło grozić niebezpieczeństwo, też nie było kwestią dyskusyjną. Nie zmieniało to faktu, że czasami głupio tęsknił za tym, jak na początku ich relacji była tylko ich trójka. Blanche nie musiałaby zadawać mu tych pytań, gdyby sama częściej z nim rozmawiała.
— Nieszczególnie — powiedział. — Ale ostatnio częściej siedział w książkach o mitologii.
Westchnął i opadł na krzesło przysunięte do stołu, na którym leżała samotna, zimna już filiżanka kawy i jedna z otwartych książek Ziona. Nie umknął mu fakt, że Blanche kątem oka obejrzała krzesło, na którym siedział, tak, jak gdyby satynowa poduszka miała zaraz wybuchnąć mu pod dupą.
— Czyli pewnie czegoś szukał — bąknęła Blanche, bardziej do siebie, niż do Wintera.
Winter przyciągnął do siebie otwartą na blacie książkę. Po samej okładce mógł stwierdzić, że książka ta miała więcej lat niż on, więcej lat nawet niż Zion i Blanche razem wzięci. Była oprawiona w prawdziwą skórę, naderwaną ze wszystkich stron, najwyraźniej sponiewierana przez bycie studiowaną przez wielu uczonych. Miała wytłoczony tytuł złotą nicią, ale Winter nie był w stanie go przeczytać. Kiedy przewertował kartki do strony, na której porzucił czytanie Zion, zdał sobie sprawę, że tekst nawet nie był w żadnym ze znanych mu języków. Jedyne, co rzucało mu się w oczy, to powtarzane wielokrotnie słowo „Amazon”.
Parsknął sam do siebie. Blanche odwróciła się i przyciągnęła książkę bliżej siebie.
— Ludzie kiedyś zamawiali z Amazonu przez książkę, czy co? — prychnął.
Blanche nie zaśmiała się. W odpowiedzi nawet nie oderwała wzroku od strony, tylko zmarszczyła brwi.
— To łacina — stwierdziła.
— Nie lepiej byłoby czytać w starożytnej grece?
— Właśnie to mnie zastanawia. Łacina to język Rzymian, a ta książka nie jest o Amazonie, tylko o Amazonkach.
— Wiedziałaś, że Zion jest potomkiem Kwiryna? — Przypomniało mu się to na wspomnienie o Rzymianach. Nagle wydało mu się to istotną informacją, skoro Zion najwyraźniej potrafił odczytywać łacinę.
Blanche pokręciła głową. Przewertowała kilka kolejnych stron w poszukiwaniu nowych informacji, chociaż Winterowi wydawało się, że nie zna łaciny tak samo, jak on.
Dopiero wtedy kątem oka Winter dostrzegł stojące przy ścianie pudło. Był przekonany, że nie było go tam wcześniej, bo jakim cudem go do tej pory nie zauważył? Myślał, że zajrzał w każdy kąt mieszkania Ziona. Pudło było otwarte, z rozerwaną taśmą na górze, a na jego boku wydrukowane było logo — o, ironio — Amazonu. Wstał od stołu, podczas gdy Blanche nadal była zajęta przeglądaniem każdej ze stron po kolei, i zdecydował się sprawdzić zawartość paczki.
Ukucnął przy pudle. W środku znajdowało się coś, co wyglądało jak metalowa kula, chociaż barwa bardziej przypominała spiż klingi jego miecza. Między dwiema półkulami znajdowała się przerwa.
— Na pewno nikt nigdy nie zamawiał z Amazonu przez jakiś, nie wiem, książkowy katalog? — zapytał. — Tutaj jest jakieś zamówienie. Może Zion się interesował wszystkim, co związane z Amazonem? Czy Amazon ma w ogóle coś wspólnego z Amazonkami? — paplając, wyciągnął palce w stronę metalowej kuli.
— Chwila, zamówienie? Z Amazonu? — powtórzyła.
Opuszki palców Wintera zetknęły się z metalową powierzchnią. Jakiś mechanizm pod palcami Wintera kliknął. Kula wydała z siebie słyszalne pssst, ale dopiero po kilku sekundach do jego nozdrzy dotarł wyczuwalny zapach siarki.
— WINTER, NIE DOTYKAJ TEG–…
Usłyszał kolejne kliknięcie, a potem kula wybuchła greckim ogniem, pochłaniając Wintera i mieszkanie Ziona.


Blanche?
────
[1128 słów: Winter otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Arnar CD Dahlii – „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

Arnar otwiera usta, żeby zaraz je zamknąć. Obdarowuje Dahlię drżącym, spanikowanym uśmiechem i wkłada cały swój wysiłek w kopnięcie swojego mózgu i wymyślenie jakiejś dobrej, koherentnej odpowiedzi, ale nagle czuje się jak w grze otome, w której zabrakło nu punktów potrzebnych na wybranie odpowiedniej opcji dialogowej i teraz musi obejrzeć dziesięć reklam albo wydać dwadzieścia dolców, żeby cokolwiek zrobić.
– A co to jest ce-
– Dahlia słuchaj – pytanie Pęcisława zostaje dramatycznie przerwane – to nie tak jak… Okej inaczej. Ja tylko… okej, wiesz co, to jest ta PRYWATNA część listy, do której dostęp mam tyko ja, jasne? – Arnar znowu próbuje wyrwać wyświechtaną kartkę z uścisku Dahlii, ale gdy dochodzi do prostego porównania ich sił, to niestety kobieta ma lepsze statystyki. W tej walce idzie jej aż za dobrze, bo Hermesiak ZA ŻADNE SKARBY nie chce roztargać listy sporządzanej wśród łez i cierpienia (oraz wśród magazynów skierowanych do stereotypowych kobiet).
– Nie, Arnar, TY słuchaj. – Dahlia pochyla się nad stołem pokrytym zmasakrowanym kartonem i nadgryzionymi pionkami. – Pamiętasz, jak usiadłoś ze mną na podłodze i powiedziałoś, że jestem edgylordem?
– Ta, prawie pogubiliśmy wtedy wszystkie szklane kulki – odpowiada całkiem zadowolone z tego, że temat wydaje się dryfować w stronę czegoś zupełnie innego. Nawet się trochę rozchmurza i kolory powoli wracają na jeno twarz.
– To teraz twoja kolej – uroczyście oznajmia kobieta, ale jedyne, z czym się spotyka, to zdezorientowane spojrzenie Arnar. Jeno mózg wyraźnie stara się przeprocesować jej słowa, ale napotyka przy tym niesamowicie dużo trudności, bo jakoś nie uważa siebie za edgylorda. Raczej jest przeciwieństwem. Edgylordowie nie noszą kolorowych koszul, nie rzucają głupimi żartami i w ogóle. Jakoś by się Arnar nie mieściło w głowie, że mogłoby być postawione na równi z Dahlią w takim aspekcie.
– Na bycie… Kurwa, Pęcek! – Hermesiątko odsuwa się od satyra w tempie ultraszybkim, prawie spadając przy tym z krzesła. – Ale żeby tak kolczyki?!
– Weeeeeeź, wyglądają smacznie. – Pęcisław przewraca oczami, ale posłusznie opada z powrotem na swoje siedzenie. – Nudzę się, wylosuj jakąś kartę z pytaniem. To tytan?
– Nie wiem, Lucien mi kupił. – Arnar szybko poprawia kolczyki i przesiada się na kolejne krzesło, byleby być dalej od nieznośnego satyra. Już spokojniej, układa dłonie na stole i ze swoim zwykłym krzywym uśmiechem skupia się na Dahlii. Wyglądającej na ekstremalnie zirytowaną i rzucającej Pęcisławowi spojrzenia pełnie nienawiści. – Pytałom, czy to moja kolej na bycie prawie zgubionym.
– Nie, na bycie skonfrontowanym z rzeczywistością, bęcwale.
– A-aha.
– Wylosuj kartę, mówię coś!
Arnar posłusznie sięga po jedną z rozrzuconych na stole kart. Pomarańczowy i powyginany świstek plastikowego papieru wywołuje w niem jakieś poczucie straty albo żałoby nad dalekim członkiem rodziny, o którego śmierci dowiedziało się miesiąc po pogrzebie. Jak może pozwolić na maltretowanie pionków, planszy i kos- okej, co do kostek musiałoby się zastanowić, to akurat widok tych poszarpanych kart jest dla nieno… co najmniej przygnębiający. Dusza potomka Hermesa domaga się w tym wypadku sprawiedliwości.
– Pęcek, patrzenie na te karty przyprawia mnie o dreszcze – mamrocze, ale satyra najwyraźniej nic to nie obchodzi i tylko pogania Arnar dłonią, żeby przeczytało pytanie. – „Wymień imię na literę L”.
– Lopadotemachoselachogaleokranioleipsanodrimhypotrimmatosilphioparaomelitokatakechmenokichlepi-kossyphophattoperisteralektryonoptekephalliokigklopeleiolagoiosiraiobaphetraganopterygon.
Po pierwszych trzech sylabach Arnar rezygnuje ze zwrócenia Pęcisławowi uwagi, że to ono powinno odpowiedzieć na wylosowane przez siebie pytanie, przynajmniej na ile orientuje się o zasadach tej gry, z której pochodzi karta. Po dzisiesięciu sylabach wymienia z Dahlią zaniepokojone spojrzenia i szepcze jej do ucha o opętaniach z horrorów, które oglądało z młodszym bratem. Potem przestaje liczyć kolejne sylaby. Razem wpatrują się w Pęcisława, dopóki nie skończy i nie oczekuje braw albo czegoś podobnego.
– Dobra, nieważne, zignoruj go. Trolluje – stwierdza Dahlia. – Wracając. Mama cię nie nauczyła, żeby nie wierzyć wszystkiemu, co jest w takich gazetkach? – Przy okazji, daje Arnar subtelne znaki, by zostawiło pieniądze na stole i razem z nią wyszło z tej przeklętej restauracji. Ono jednak nie rozumie jej spanikowanych ruchów oczu, więc tylko rozsiada się wygodniej, zamiast wymyślać wymówki.
– No ej! To prawdziwe imię! Jak pracowałem w obozie…!
– Moja mama też takie czytała! – Arnar przekrzykuje zirytowanego Pęcisława. – Lubiła takie rzeczy, zawsze w łazience mieliśmy taki koszyk z gazetami i…
– Współczuję – beznamiętnie stwierdza Dahlia. – No, to ja cię nauczę. W takich szmatłowcach piszą największe idiotyzmy. I wywołują kompleksy. Czy ty w ogóle masz cellulit?
– No, jakby… – waha się Arnar i próbuje wspomóc się gestami, które niczego nie znaczą. Jeno policzki nagle stają się cholernie gorące, a w tym momencie, pewnie w jedynym momencie w jeno życiu, wszystkie głupie żarciki wypływają z jeno umysłu. Do ścieków. – Ja…
– Co to jest ten cały cellulit? – Pęcisław wreszcie dochodzi do głosu. Buja się na krześle z kopytami wyłożonymi na blacie stołu, niebezpiecznie blisko napoju Arnar. – Ale, BAAAAAAA!!! Sorry, to taki tik. Akhem. Ale my mieliśmy grać. Wy wiecie, ile się napracowałem, żeby…
– Sklej pysk, poważną rozmowę mamy – ucisza go Dahlia. – No. Cellulit to jak ci się. Tłuszcz tak. Nieukłada prosto.
– To trzeba było tak od razu! – Oświecone Arnar zamaszystym ruchem wykreśla z listy usuwanie cellulitu. – Czy ja ci wyglądam na kogoś, kto ma tłuszcz gdziekolwiek?
– Ale to ty to wpisałoś.
– No, każdy czasem głupoty wpisuje. Mam zbyt kościste dupsko, żeby stamtąd jeszcze coś usuwać. – Przelatuje wzrokiem przez listę, jakby miało się tam ukryć kolejne usuwanie cellulitu. – Ej, wszystko ok? – pyta, bo zauważa, że Dahlia siedzi z twarzą ukrytą w dłoniach, w stanie kompletnego załamania.
– Kurwa, myślałam, że masz jakieś kompleksy, a ty po prostu… Nieważne.
– WRACAMY DO GRY!!! – wrzeszczy satyr i, jeśli wcześniej jeszcze tego nie zrobili, zwracają na siebie uwagę prawdopodobnie dziewięćdziesięciu procent gości oraz personelu baru. Jeden z kelnerów wymienia spojrzenia z drugim i kiwają do siebie głowami.
– Przepraszam państwa – Gdy Arnar ma już posłusznie rzucić dziwną kością z tak wielkimi ubytkami, jak mleczaki uzależnionego od cukru dzieciaka, facet z obsługi pochyla się nad ich stołem. – Zakłócają państwo… porządek…?
– Już nawet w planszówki w barze nie można zagrać? Ty z drzewa spadłeś, chłoptasiu? – denerwuje się Pęcisław, na oczach kelnera w najlepsze spożywając kawałki aluminium.
– Oczywiście, już się zbieramy – zapewnia spanikowanego kelnera Dahlia. – Pęcek, weź to pozbieraj, ja zapłacę.
– A ja?
– Ty, Arnar… nie wiem, rób, co zwykle robisz.
Po czym poszła za kelnerem, a Arnar, z niejasnymi instrukcjami, nie wie, czy ma raczej zacząć tasować karty, czy uciekać z baru przez okno w łazience.


bullshitu ciąg dalszy
────
[1011 słów: Arnar otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

sobota, 21 marca 2026

Od Chaita CD Dahlii — „Haul Away Joe”

Poprzednie opowiadanie

Przez chwilę przyglądał się Dahlii, trochę zaskoczony, a trochę zainteresowany złożoną mu propozycją.
Kiedy ostatnio miał broń w dłoni? Rzadko trafiał na potwory. Może nawet na tyle rzadko, że powinien się tym martwić. Po odejściu z obozu ćwiczył jeszcze jakiś czas walkę mieczem, ale z upływem lat znajdował na to coraz mniej czasu, chęci i sprzyjających okoliczności. Ostatnio największym zagrożeniem byli pijani klienci barów, w których czasem pracował, a na nich półboska broń i tak by się nie sprawdziła. Czasami w ogóle zastanawiał się, czy jest jeszcze sens, by nosił ją przy sobie, a potem i tak to robił, bo był pewny, że gdy przestanie, to akurat w pobliżu pojawi się jakiś potwór.
Na chwilę przeniósł wzrok na marną szablę, która w najlepszym wypadku mogła posłużyć do podbicia oka jakiemuś dzieciakowi, który podszedł trochę zbyt blisko. Ewentualnie, w trochę lepszych okolicznościach, podbicia oka samemu Chaitowi albo Dahlii. Zdecydowanie nie była narzędziem mordu potworów czy ludzi.
– Czemu nie – odpowiedział w końcu. Na jego ustach błądził uśmiech, który mógł, zależnie od interpretacji, zostać odebrany jako nieco zbyt wyniosły albo wyrażający tysiąc wątpliwości.
To drugie byłoby zdecydowanie bardziej zgodne z prawdą. Był półbogiem, nie mógł zapomnieć, jak się walczy. Miał ADHD, miał lata treningu, nawet jeśli z kilkuletnią przerwą. A mimo to nie do końca w to wierzył.
Chait upewnił się jeszcze, że na pewno żaden dzieciak nie przekroczył tej bezpiecznej granicy, za którą nic nie mogło mu się stać. Teoretycznie żaden nie powinien – byli za barierkami, w pewnej odległości. Teoretycznie wszyscy byli bezpieczni. Za długo pracował z dziećmi, by w to bezpieczeństwo wierzyć. To, że teraz wszystko wyglądało w porządku, mogło bardzo szybko się zmienić.
W końcu jednak sam sięgnął po szablę. Szabelkę? Plastikowy wytwór o kształcie szabli? Była lekka i raczej mało wytrzymała. Dzieciaki nie szukały tu przecież realizmu. On tez go nie szukał. Mogli robić sobie sparing, ale nie zamierzał traktować tego bardzo poważnie.
Dahlia była silniejsza od niego. Wiedział to jeszcze zanim w ogóle zgodził się na jej pomysł, ale i tak go to zaskoczyło. Musiał wycofać się pod jej naporem. Dźwięk uderzających o siebie kawałków cienkiego plastiku był nieprzyjemny, irytujący bardziej, niż dźwięk prawdziwych mieczy.
Na początku strasznie go to rozpraszało.
Wymieniali się szybkimi, krótkimi ciosami. Trochę zbyt poważnymi, jak na miejsce i okoliczności, ale taka już chyba była natura półboga. I tak się powstrzymywali: plastikowe rekwizyty nie były stworzone do prawdziwego sparingu.
Chait był słabszy od Dahlii, ale był od niej szybszy i bardziej zręczny. Niewiele, ale wystarczająco, by prowadzić bardziej wyrównany pojedynek.
Chociaż ciężko było nazwać to pojedynkiem, gdy broń była największym przeciwnikiem.
Przy każdym cięciu plastik wydawał niepokojący dźwięk. Każde pchnięcie i każdy zablokowany atak sprawiały, że szabelka wyginała się w nienaturalny dla niej sposób.
Chait sparował kolejny cios, a na plastiku został ślad po startej farbie.
Poprawił uchwyt i wyprowadził kolejny atak. Dahlia zablokowała uderzenie. Naparł mocniej, nie pozwalając jej odzyskać kontroli. Broń wydała niepokojący dźwięk.
Szabelka zgięła się w sposób, w który nigdy nie powinna się zgiąć i tak już pozostała. Przez ułamek sekundy Chait zastanawiał się, czy rzucić nią jak bumerangiem – przede wszystkim ku swojej własnej uciesze. Może rozbawiłby też Dahlię. Na pewno nie byłoby w tym nic złego, dopóki w nikogo by nią nie trafił.
W końcu jednak odsunął się, stanął prosto, jeszcze przez chwilę patrząc na to, co przed chwilą było rekwizytem. Potem podniósł wzrok.
– Cóż. To… chyba oznacza, że przegrałem. – Uśmiechnął się, rozkładając ręce w bezradnym geście.
Zanim zdążyła mu odpowiedzieć, gdzieś zza barierek dotarły do nich piski i klaskanie. Odwrócili się w dokładnie tym samym momencie.
Grupka dzieci, w większości tych trochę starszych, wpatrywała się w nich z błyszczącymi oczami. To te młodsze, w liczbie sztuk trzech, piszczały i klaskały. Jedna z dziewczynek podeszła pod same barierki, zaciskając na nich dłonie i nie odrywając wzroku od Dahlii. Za nimi, bliżej tego dużego statku, Chait zauważył jednego z koordynatorów. Przyglądał im się, ale ciężko było odczytać cokolwiek z jego twarzy. Nie wydawał się zły, ale mogło to być krótkie i mylne wrażenie.
Chait zerknął kątem oka na Dahlię. Potem uśmiechnął się promiennie do dzieciaków, kłaniając się im teatralnie i po cichu chowając zgiętą szabelkę za plecami.
Skoro dzieciaki tak dobrze się bawiły, to nie zamierzał teraz im tego niszczyć.


Dahlia?
────
[700 słów: Chait otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Blanche do Wintera — „Ostatni sen drzewa oliwnego”

Zaledwie kilka lat temu Blanche mogłaby określić swój stosunek do lata jako ambiwalentny. Nie uważała się za osobę posiadającą ulubioną porę roku. Wszystko było kwestią odpowiedniego dobrania stroju i dodatków, bez względu na to, czy akurat panował upał, mróz czy umiarkowana temperatura powietrza.
Wszystko zmieniło się cztery lata temu. Pierwsze, przypadkowe spotkanie z Winterem Millerem było jak trzepot skrzydeł motyle, który spowodował pojawienie się tornada w jej życiu. Zanim się obejrzała, zima stała się jej ulubioną porą roku, tylko i wyłącznie dlatego, że była ulubioną porą Wintera, podczas której, paradoksalnie, rozkwitał. Upalne lata stały się zaś udręką, która z zaskakującą siłą wpływała na jej codzienne funkcjonowanie.
Jeszcze rok temu nadwyrężała plecy, wycierając wodne plamy, które średnio co kilka minut pojawiały się na posadzkach. Pozostawiały je roztapiające się kostki lodu, prowizoryczny sposób na przyniesienie przynajmniej odrobiny ulgi synowi bogini śniegu. Córce Tyche nie uśmiechała się jednak wizja horrendalnych wydatków na ortopedę czy reumatologa jeszcze przed czterdziestką. Dlatego więc przez cały ostatni rok po cichu odkładała pieniądze, by przygotować się na nadejście kolejnego lata.
Mina Wintera, kiedy wrócił do domu — teraz będącego ich wspólnym, rodzinnym domem — pierwszego dnia tegorocznych upałów, była warta każdego wydanego dolara i każdej minuty poświęconej na planowanie i nadzór montażu najsilniejszego systemu klimatyzacji, jaki udało jej się znaleźć. Od tamtego momentu, zamiast zaduchu, funkcjonowali wśród umiarkowanych lub wręcz mroźnych temperatur. Kiedy temperatura na zewnątrz zbytnio dawała się we znaki w ciągu dnia, wieczorami ich salon zmieniał się w otoczenie rodem z filmu familijnego z Jimem Carreyem i pingwinami (który, nomen omen, pojawił się w jej świadomości nie wiadomo skąd, jako że nie przypominała sobie, kiedy i dlaczego kiedykolwiek go oglądała). Kilka godzin spędzonych w kurtce we własnym domu, i to w środku lata, było niewielką ceną do zapłacenia za możliwość obserwowania zadowolenia Wintera i skradnięcia kilku dodatkowych objęć z Keen.
Tego wieczoru jednak z klimatyzacji wydobywał się jedynie lekki, przyjemny wietrzyk. Winter wyszedł z domu zaledwie kilka minut temu, postanowiwszy wykorzystać ochłodzenie spowodowane zachodem słońca na wizytę u Ziona. Kilka minut wystarczyło jednak, by Blanche siedziała jak na szpilkach. Teoretycznie próbowała skupić się na dokumentach z pracy, w praktyce skupiała się na przynoszeniu Winterowi szczęścia na odległość.
— Zrelaksuj się, bo dostaniesz zmarszczek. Ewentualnie wrzodów na żołądku — odezwała się Keen, a Blanche drgnęła zaskoczona. W swoim zamyśleniu nie zauważyła nawet, kiedy partnerka pojawiła się obok niej.
Podniosła wzrok i automatycznie uśmiechnęła się, nieco krzywo i niezbyt przekonująco. Wiedziała, że Keen była mniej skora do zamartwiania się o Wintera — musiała odepchnąć natrętne myśli, które wciąż, pomimo wielu rozmów i wspólnej pracy nad wadami ich obu, napawały ją złością, troską o tego zaniedbanego chłopca sprzed lat, którego matka prawie nigdy nie była w domu — więc nie liczyła na to, że partnerka zrozumie to dziwne uczucie w klatce piersiowej. Winter może i miał już siedemnaście lat, ale wizja jego samotnego wieczornego snucia się po mieście napawała ją strachem. Nie tylko ze względów, o które martwiłby się każdy rodzic, ale i z tych, które znane były wyłącznie półbogom.
— Nie przejmuj się moją skórą i żołądkiem. Przetrwały tak trzydzieści sześć lat, przetrwają i więcej — mruknęła, chwytając dłoń Keen.
Po latach samotności starała się wykorzystywać każdą możliwą okazję do wspólnego spędzania czasu i do odczuwania emocjonalnej i fizycznej bliskości drugiego człowieka. Przesunęła kciukiem po knykciach Keen, starając się choć na chwilę skupić się na tym uczuciu, a nie na tysiącach czarnych scenariuszy.
Jednak wtedy zadzwonił jej telefon.
Początkowo nie przejęła się, gdy zobaczyła na wyświetlaczu imię syna Ateny. Podejrzewała, że być może postanowił jedynie dać jej znać, że Winter dotarł do niego cały i zdrowy. Nie utrzymywała już zbyt regularnego kontaktu z Zionem po tym, jak po kilku nieudanych randkach stwierdzili, że jednak nic z tego nie będzie, jednak Winter wciąż stanowił łączące ich spoiwo, które nie pozwalało całkowicie się od siebie oddalić. Blanche była szczęśliwa z Keen, Winter korzystał z obecności dorosłych półbogów w swoim życiu, wszyscy byli szczęśliwi.
Jednak głos, który usłyszała po odebraniu połączenia, nie należał do Ziona. Był zbyt młody i zdecydowanie zbyt niepewny.
— Winter? — spytała, kiedy zdołała pojąć, czyj głos słyszy. — Coś się stało?
Wyprostowała plecy i puściła dłoń Keen, napięte mięśnie gotowe do ruszenia z miejsca, jeśli tylko okazałoby się to konieczne. Zanim Winter zdołał odpowiedzieć, w jej głowie już pojawił się plan działania. Xiphos miała na wyciągnięcie ręki, w postaci przypinki wbitej w tablicę korkową nad biurkiem. Kluczyki od samochodu leżały na komodzie w holu. Zion nie mieszkał daleko, jednak w kryzysowej sytuacji zawsze lepiej było mieć pod ręką pojazd.
— Blanche, chyba coś jest nie tak. Drzwi od mieszkania Ziona były otwarte, ale jego nigdzie tu nie ma. Wszystko jest chyba na swoim miejscu, nie ma bałaganu ani dziwnych śladów, no ale on przecież nie wyszedłby z domu, zostawiając uchylone drzwi.
To wystarczyło, by wstała i sięgnęła po przypinkę. Przymocowała ją do koszulki, którą miała na sobie i pocałowała Keen w policzek. Nie było czasu na wyjaśnienia.
— Zostań tam i nic nie ruszaj. Nie rozłączaj się. Będę tam za kilka minut, idę już do samochodu.
Po drodze Winter podawał jej kolejne szczegóły. Zabroniła mu czegokolwiek dotykać, jednak nie mówiła nic o rozglądaniu się. Portfel i zegarek leżały na szafce. Na stole leżała filiżanka, na wpół wypełniona jeszcze stygnącą kawą.
— Jednak czegoś dotknąłem, ale jego spathy nie ma tam, gdzie Zion zazwyczaj ją trzyma. Nie pytaj, skąd wiem, gdzie to jest — usłyszała, gdy parkowała samochód pod budynkiem, w którym mieszkał Zion.
— Nie będę pytać, ale tylko i wyłącznie dlatego, że nie mamy na to czasu. Z tego samego powodu upiecze ci się ignorowanie moich poleceń — mruknęła, wchodząc po schodach.
Drzwi wciąż były uchylone, kiedy do nich dotarła. Na chwilę zamarła, zalana nagłą falą wspomnień. Przed oczami zamajaczyło jej inne mieszkanie z uchylonymi drzwiami, kilka lat temu. Mieszkanie pachnące krwią i strachem. Mieszkanie, które widziało zbyt wiele cierpienia zadanego zbyt młodej dziewczynce.
— Blanche, to ty? — Drzwi otworzyły się szerzej. Znajoma twarz wyrwała ją z duszących wspomnień.
To mieszkanie nie zostało splamione krwią, lecz panująca w nim atmosfera nie pozwoliła jej się odprężyć. Bez słowa przekroczyła próg i zaczęła się rozglądać. Pierwszym, co rzuciło jej się w oczy, był gramofon, wciąż włączony pomimo końca płyty. Talerz obracał się, a pokój wypełniały ciche trzaski. Jednym z nawyków Ziona było wyłączanie sprzętu i chowanie płyty od razu po tym, jak album dobiegł do końca.
— Na pewno wyszedł stąd w pośpiechu. Wziął ze sobą broń. Ale dlaczego? I gdzie poszedł? — mruknęła. Nie wiedziała sama, czy przemawia do Wintera, do samej siebie, czy do czterech ścian, licząc, że jej odpowiedzą.


Winter?
────
[1075 słów: Blanche otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Vergila CD Izana — „Pretor zawsze będzie moim wrogiem”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Zabranie Izana do podziemi Koloseum było najgorszym pomysłem, na jaki Vergil wpadł do tej pory.
Już nawet nie ze względu na to, że Izan w ogóle nie powinien wiedzieć o tym miejscu. Od zawsze wiedzieli o nim nieliczni, czasem przez lata tylko pretorzy i pełzające po korytarzach duchy. W Obozie Jupiter i Nowym Rzymie istniało multum tajemnych, podziemnych miejsc, do których sekret dzierżył sam Vergil. Niektóre były awaryjnymi tunelami, inne chowały w sobie skarbce, magiczne artefakty, łazienkę z jacuzzi tylko dla pretorów–… znaczy, były też takie, które po prostu były niebezpieczne. Do takich właśnie miejsc należały podziemia Koloseum.
Pokazując Izanowi podziemie pełne pułapek i przejść, Vergil był prawie pewien, że mężczyzna przekuje to w propagandę na niekorzyść pretora. Założy foliową czapeczkę i wygłosi orędzie do narodu o tym, że pretor ukrywa w podziemiach bombę biologiczną zdolną do wybuchu całego obozu. (Gdzieś na pewno był artefakt o wybuchających właściwościach, Vergil był tego pewien, ale sam nie wiedział który). Wyśle w te miejsca jakiegoś naiwniaka, który już na wejściu oberwie strzałą. Izan stawał się oświeconym, jeśli chodziło o kreatywność do przyprawiania Vergila o ból głowy.
Ale poza tymi wszystkimi wadami ambasadora Marsa, Vergil spodziewał się, że Izan ma trochę instynktu samozachowawczego. Był synem boga wojny, musiał wykorzystywać ćwiartkę tej swojej jedynej komórki mózgowej na jakieś działania strategiczne. Nie spodziewał się, że instynkt przetrwania Izana znikał, kiedy Vergil pojawiał się w pobliżu, a zamiast tego zastępowało go powszechnie znane naczynie, na którym kładło się ciasto lub ostatnie słowa wypowiedziane przez kierowcę BMW, zanim uderzy w słup: „pa tera”.
Miotacz płomieni, który buchnął tuż przed ich twarzami, ucichł w ciągu kilku sekund. Do ich nozdrzy dotarł swąd spalenizny. Vergil syknął i zaczął gasić płomień, który powstał na włosach Izana, to znaczy: zaczął walić Izana z otwartej dłoni po głowie.
— Ała, ała, kurwa! — Izan najwyraźniej zapomniał, że miał zgrywać nonszalanckiego. — Ty gnoju!
Ogień na łbie Izana zgasł, parząc przy tym Vergila w dłoń. Chłopak jęknął cicho i zassał skórę na dłoni w miejscu oparzenia. Najwyraźniej chwila nieuwagi wystarczyła, bo Izan obrócił się i przydzwonił mu z pięści w twarz.
— Czy ciebie, kurwa, pojebało?! — wrzasnął Vergil, instynktownie dotykając swojego policzka. Obolała skóra mówiła mu, że zostanie po tym siniak. Nim Izan zdążył mu odpowiedzieć, popchnął go na szafkę z książkami. Regał nie wytrzymał uderzenia, spadając, a wszystkie książki posypały się jak domino na głowę Izana.
— Uderzyłeś mnie pierwszy! — odkrzyknął Izan.
— Gasiłem płomień na twoim łbie, debilu!
— Sam bym zgasił! — Chwycił jedną z książek w rękę i zamachnął się nią w stronę Vergila. Tym razem instynkt wygrał i Vergil złapał ją w locie.
Biedna, sponiewierana książka prawie została odrzucona z powrotem w twarz Izana, ale nagle w pokoju rozległ się chichot. Dziecięcy chichot, tak głośny, jakby jakiś brzdąc zaśmiał się do megafonu. Dźwięk pochodzący prosto z najbardziej oklepanych horrorów.
To był pierwszy raz od momentu ich zejścia do podziemi, kiedy Vergil naprawdę zaczął się bać.
Wszystkich pułapek się spodziewał. Wiedziałby nawet, jak większość z nich uniknąć, gdyby Izan tylko nie wyrywał się przed szereg i nie uruchamiał ich, zanim Vergil orientował się, gdzie mężczyzna w ogóle się znajduje. Strzały świstające im nad uszami? Miotacz płomieni? Nie, Vergil radził sobie z gorszymi rzeczami. Jeśli miał być szczery, to pułapki te wydawały mu się nawet nieco oklepane. Ale odgłos mrożącego krew w żyłach dziecięcego śmiechu tak głęboko pod ziemią, gdzie był tylko sam z tym przygłupem, było już coś zdecydowanie poza ligą tego, na co Vergil był przygotowany. Szczególnie już nie był fanem horrorów.
Oboje zapomnieli o tym, że mieli się pobić.
— To Koloseum jest nawiedzone — stwierdził Izan. Vergilowi wydawało się, że mężczyźnie zatrząsł się głos.
Przemknęło mu przez myśl, że tak, Sherlocku, to miejsce było nawiedzone i wiedzieli o tym od początku. Po terenie całego cholernego Obozu Jupiter nieustannie wałęsały się duchy. To, że podziemie jest nawiedzone, nie powinno ich ani trochę dziwić. Zamiast tego głos ugrzązł mu w gardle, bo jakkolwiek by tego nie zracjonalizował, sam zwyczajnie obsrał gacie.
— Musimy… musimy przejść dalej — mruknął po chwili słabo.
To był dobry moment, żeby się rozejrzeć. Vergil myślał, że znał drogę w podziemiach, ale najwyraźniej wszystkie sekretne przejścia miały swoje własne sekretne przejścia. Kiedy grunt osunął im się pod nogami, nie wiedział nawet, że podziemie Koloseum ma jeszcze niższy poziom.
Zamieszkały, wychodziło na to, pokój nastolatka, nie był odpowiednim miejscem do zaaranżowania pod ziemią. Biurko, półka z książkami, roznegliżowane kobiety i centaury w garniturach Armaniego. Po drugiej stronie, ciasno przytulone do ściany, stało łóżko, ale nie znajdował się na nim żaden materac. Nadpalony tynk nad zagłówkiem podpowiadał Vergilowi, że to tutaj musiał znajdować się mechanizm miotacza ognia. Ktoś, kto żył w takim pokoju, musiał bardzo dobrze obchodzić się z pułapkami.
Albo sam je kontrolować.
Wyglądało na to, że pokój nie miał żadnych drzwi; może poza tym dziwnym włazem, który znajdował się w suficie. Vergil spojrzał w górę i zmarszczył brwi.
— Ej, podsadź mnie.
— Nie, to ty podsadź mnie — warknął Izan, nawet nie wiedząc, jaki jest plan.
Vergil zrobił wdech i wydech.
— Widzisz ten właz, przez który wpadliśmy? — zapytał, wskazując palcem w górę. — Podsadzę cię i spróbujesz go otworzyć. Wciągniemy się z powrotem do tunelu.
— Czemu ty tego nie zrobisz?!
— Przecież…
— Tu na pewno są jakieś inne wyjścia! — Izan schylił się po jedną z książek i cisnął nią w ścianę, jakby miał w ten sposób otworzyć tajemne przejście (i z całą pewnością nie uruchomić kolejnej pułapki). Kiedy nic się nie wydarzyło, odwrócił się z powrotem do Vergila ze złością, jakby to była jego wina. — Czemu po prostu nie zamienisz się w tego swojego kundla i nie wyniuchasz, czy czegoś tutaj nie ma?! Kundle umieją znajdować takie rzeczy!
Lampka w głowie Vergila zamrugała. Zmarszczył brwi.
— Izan, to może być najmądrzejsza myśl, jaką wymówiłeś kiedykolwiek — mruknął.
Krew zawrzała mu w żyłach i po chwili patrzył na Izana w odcieniach żółtego i niebieskiego z dołu. Zawirowało mu w głowie przez nagłe wyostrzenie wszystkich zmysłów. Nagle widział więcej, słyszał więcej i przede wszystkim czuł więcej — na przykład to, że Izan chyba za rzadko się mył.
Zawęszył w powietrzu. Izan cofnął się gwałtownie, na bezpieczne kilka kroków od wilczego nosa.
— Pewnie masz wściekliznę — stwierdził. — Rób, co masz robić. Wara ode mnie!
Nie musiał powtarzać mu dwa razy. Vergil pod wilczą postacią zaczął sprawdzać wszystkie ściany i meble. Kiedy Izan i jego smród odsunęli się w kąt, poczuł jeszcze inny, silny zapach — zapach ziemi, świeżej gleby, która musiała zostać przyniesiona z zewnątrz i rozniesiona przez czyjeś buty. Prawie zderzył się nosem z podłogą.
Ślad urwał się za regałem, na który wcześniej wpadł Izan. Vergil poniuchał szafkę z każdej strony i wyciągnął łapę, żeby w niemal ludzkim geście zadrapać o jej ściankę pazurami i zwrócić uwagę Izana. Zapiszczał cicho po psiemu, jakby Izan jeszcze nie zrozumiał, o co mu chodzi.
— Skończyłeś już? — syknął Izan.
To, że nie przysunął się nawet o krok, wymusił na Vergilu ponowną zamianę w człowieka. Pod tą postacią nie słyszał już wystraszonego trzepotania serca mężczyzny; zachował za to ze sobą tę cenną wiedzę, jak następnym razem odstraszyć od siebie Izana. Rozwiązanie najwyraźniej było takie proste i miał je cały czas na wyciągnięcie ręki.
— Za tym regałem czuć czyjeś ślady — powiedział ludzkim głosem, stukając knykciami o drewno. Bez dodatkowego gadania oparł się barkiem o szafkę i zaczął ją przepychać.
— Wiedziałem! Od początku wiedziałem, że za tą szafką coś jest! Mówiłem ci! — wypalił Izan.
Vergil przewrócił oczami. Drugi mężczyzna przysunął się do niego i zaczął tak samo napierać na mebel.


zirco ale oni są braćmi
────
[1225 słów: Vergil otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

Od Luciena CD Dahlii i Arnar — „Duchokonie??? Bardzo straszne naprawdę brawo”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Lucien miał wrażenie, że koszulka, którą na sobie miał, zmniejszyła się o dwa rozmiary, a jej kołnierz niebezpiecznie zacisnął się na jego szyi. Odkaszlnął, zdenerwowany i spojrzał na Dahlię. Zdołała ich dogonić.
W jej spojrzeniu mógł wyczytać, że wie tyle samo, co oni, ale jest tak samo zaniepokojona. Za każdym razem, gdy się spotykali, coś próbowało ich zabić. Przecież nie powinni aż tak bardzo śmierdzieć. Nie mieli dwunastu lat. Nie byli już niedoświadczonymi dzieciakami, które nawet miecza nie potrafiły podnieść i utrzymać w dłoni podczas walki. Byli półbogami, którzy przeżyli cały pieprzony obóz.
Lucien bał się, że zaczęli przyciągać jakieś wyjątkowo potężne siły, z którymi normalnie nie poradziłby sobie nawet najlepiej wytrenowany półbóg. Przerażenie odbierało mu mowę. Mógł tylko kaszleć i dławić się powietrzem.
Oparł się o ścianę, próbując wygrać z zawrotami głowy. To nie mogła być prawda! Byli tylko w hotelu. W pokoju działy się dziwne rzeczy. Jak to możliwe, że hotel zaczął… się ruszać?
— Cofnijmy się — zasugerowała Dahlia.
Lucien ledwo już był w stanie ją usłyszeć. Słowa przestawały do niego docierać. Wchodziły jednym uchem i wychodziły drugim. Był jak takie naczynie, do którego można było tylko nalać wody, a potem ją wylać.
— Lucien?
Stali i patrzyli się na niego z niepokojem. Dahlia bała się ruszyć, a Arnar w głowie próbowało ułożyć plan działania.
— Pomyliliśmy schody — spróbowało. — Po drugiej stronie korytarza są drugie.
Nie brzmiało zbyt przekonująco, ale Lucienowi to w jakiś sposób pomogło wydostać się z chwilowego transu. Ogarnięty zbyt dużą paniką nadawał się praktycznie do niczego. Mógł tylko ich spowolnić, a przecież musieli stąd jakoś wyjść.
Podszedł do dwójki półbogów. Arnar delikatnie objęło Luciena.
— Tak się dzieje tylko w horrorach, kochanie — próbowało dalej pocieszyć Luciena. — Po prostu mamy słabą orientację w przestrzeni. Prawda, Dahlia?
— Tak, rzeczywiście, po drugiej stronie korytarzu są drugie schody.
Lucien zaczął się rozluźniać. Być może obejrzał zbyt wiele strasznych filmów i jego własny mózg zaczął go sabotować. Przecież nie istniał na świecie potwór, który mógłby tworzyć aż tak zaawansowane iluzje, prawda?
Ruszyli w stronę drugich schodów. Szli przez ten korytarz zbyt długo, jak na odległość, jaką można było oszacować, po prostu patrząc na koniec tego holu.
— Duży ten hotel — zaśmiało się Arnar.
Jedyne z ich trójki mogło zacząć robić sobie w tej sytuacji żarty. Dahlia pociągnęła nosem. W pomieszczeniu zebrało się naprawdę sporo kurzu.
— Mam alergię na kurz — jęknął Lucien, dławiąc się kichnięciami.
Dahlia przez cały czas pociągała nosem. Dzieciak Dionizosa walczył z łzawiącymi oczami.
— Serio?
— Nie, na niby, kurwa!
Próbował złapać oddech, ale zaraz tego kurzu pojawiło się więcej. Przestał cokolwiek widzieć; i nie była to wina łzawiących oczu, ale tego cholernego kurzu. Dahlia zniknęła mu z oczu jako pierwsza, a potem przepadło Arnar. Stał sam pośrodku holu, dławiąc się śliną i spływającymi do gardła smarkami.
Kurz zaczął znikać po krótkiej chwili, odsłaniając zupełnie pusty i czysty korytarz. Lucien znów mógł oddychać, ale zaraz znowu zacznie mieć problemu z powodu narastającego lęku. Arnar zniknęło. Dahlia znikła.
— Arnar?! — wrzasnęło.
— Arnar… Arnar… Arnar… — odpowiedziało mu echo.
Dlaczego w tym hotelu nie mieszkał nikt inny? Nie mogli przecież być tutaj sami. Na wakacje przyjeżdżało dużo ludzi. Wyjazdy służbowe również istnieją.
Rozejrzał się. Na ścianach wisiały tandetne obrazy, w niektórych miejscach zaczynała odchodzić farba. Stojąc bez ruchu niewiele zdziała, więc zdecydował się ruszyć do przodu. Do tych schodów, do których mieli dojść całą trójką.
Korytarz tym razem okazał się łaskawy — pozwolił Lucienowi dojść do celu i po drodze nie zniknął w szarym dymie kurzu.
— Dahlia?!
Spróbował raz jeszcze, ale tym razem nie odpowiedziało mu nawet echo. Dziwne. Zupełnie tak, jakby znalazł się na cmentarzu tylko takim bez żadnych duchów i trupów. Jedynie pustka.
Zaczął schodzić po schodach. Pierwsze piętro, drugie piętro, trzecie piętro. Doliczył się chyba dziesiątego, kiedy postanowił się zatrzymać. Serce zaczęło tłuc się w jego piersi. Znowu stracił oddech. Niemożliwe, nie po to tyle trenował, żeby teraz spanikował w jakimś nawiedzonym hotelu. To wszystko mogło być tylko złym snem. Złym, cholernym snem, z którego zaraz się wyrwie.
Próba racjonalizacji tych wydarzeń przychodziła Lucienowi jednak z wielkim trudem przez to, że od zawsze cechowała go podejrzliwość i miał problemy z lękliwością. Nie potrafił przekupić swojego mózgu i tym samym przekonać go do tego, że wszystkie przerażające sytuacją są niczym fatamorgana na pustyni.
Opierając się o ścianę, zaczął schodzić dalej. Stojąc w miejscu nic nie zdziała. Tak naprawdę samym schodzeniem też nic nie zdziała, ale może to pomoże mu się uspokoić.
Na jednym piętrze zauważył postać. Całkiem znajomą postać. Wysoką, zgarbioną i z rozczochranymi włosami.
— Arnar?! — krzyknął.
Hermesiak się odwrócił. Był prawdziwy.
— Lucien?!
Głos Arnar go uspokoił. Uświadomiło mu to, że nie jest w tym wszystkim sam, a jego partner i przyjaciółka wcale nie zostali zjedzeni przez potwora.
Ostrożnie zszedł po ostatnich stopniach i szybko podszedł do Arnar. Korytarz wyglądał identycznie jak wszystkie inne. Nie różniły się nawet tymi okropnymi obrazami.
— Gdzie Dahlia? — Rozejrzał się, mając nadzieję, że kobieta gdzieś tam stoi. — Jest tutaj, prawda?
Arnar pokręciło głową. Lucienowi momentalnie zrobiło się słabo.
— Nie, ale… — przerwało. — Wszystko okej? Jesteś cały blady.
— Totalnie. — Uśmiechnął się słabo. — Czasem tak bywa, Arnar, co nie? Że robisz się blady i w ogóle, że ci słabo… ha-ha.
Ręką odszukał ścianę. Było mu na tyle duszno, że uznał to za swój koniec. Wszystkie poprzednie duszności nie były aż tak intensywne. Tym razem miał wrażenie, że się topi, a powietrze jest gęste jak mleko.
Zaczął tracić grunt pod nogami. Osuwał się przy samej ścianie. Arnar próbowało go podtrzymać, ale to było na nic — nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Zatrząsł się.
— Dahlia poszła się wysikać — Arnar usilnie próbowało poprawić sytuację. — To dlatego jej tutaj nie ma.
— Dahlia została zjedzona, prawda?
— Nie, mówię ci, że sika.
— I sika z nią jakiś potwór.
— Wydaje mi się, że Dahlia woli sikać w samotności.
Lucien przetarł spocone czoło skrawkiem koszulki. Ta rozmowa chyba wszystko tylko pogarszała. Wyobraził sobie Dahlie siedzącą na klozecie, a w tle potwora, który podawał jej papier toaletowy.
— Musimy ją znaleźć — powiedział, próbując przerwać ten dziwny natłok myśli. — Teraz.
— Możesz iść?
— A wyglądam, jakbym nie mógł?
Oczywiście, że tak wyglądał, ale tego już mu Arnar nie powie.
— Nie, no, co ty kochanie! Wyglądasz świetnie!
Lucien uniósł wzrok na partnera. Z czoła ściekały mu kropelki potu, oczy wciąż miał załzawione i zaczerwienione przez wcześniejszy atak kurzu, a usta wykrzywiały się w drżącym uśmiechu. Był stanowczo daleko od „wyglądasz świetnie”.
— Naprawdę tak uważasz? — Lucien uniósł wzrok i spojrzał na Arnara, które miało być urocze, ale bliżej mu było do wzroku ćpuna. — To chodźmy.
Spróbował się podnieść, ale bardzo szybko stracił równowagę i poleciał plackiem na ziemię. Całe szczęście, że podłoga została wyłożona obrzydliwym dywanem. Nie musiał całować brudnej posadzki. Zamiast tego wytarł twarz o dywan, którego pewnie nikt od lat nie odkurzał.

hotel transylwania czy coś
────
[1105 słów: Lucien otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]