poniedziałek, 6 czerwca 2022

Lucien Lavigne

Obchodziło go tylko to, żeby się napić. Upić, mówiąc ściśle. Na umór, do upadłego, w trzy dupy

zdjecieLucien LavigneON/ICH — 15 LAT — PÓŁBÓG — FRANCUZ — 180 PD — 100 PZzirco#4249

DZIECKO DIONIZOSA

sobota, 4 czerwca 2022

Od Florence CD Ace'a — „A czy Ace wędkuje?”

← POPRZEDNIE OPOWIADANIE

Jeszcze chwilę temu leżała sobie w spokoju na kanapie w domku Dionizosa, a teraz znajdowała się już na dworze wraz z dwójką zupełnych randomów. Znała ich z widzenia, tak, ale na tym kończyła się ta znajomość. Ale w końcu nie ma nic bardziej budującego relację jak wspólne łowienie ryb, prawda? O ile w ogóle cokolwiek jest w stanie złowić… bo jeśli chodzi o wędkowanie, to doświadczenie Florence kończyło się na graniu w grę z plastikowymi piraniami. Można było jedynie liczyć na inwencję twórczą syna Posejdona.
W ręku trzymała wędkę, jej wzrok utkwiony w dal. Przyjemnie chłodne powietrze, gładząc jej twarz, sprawiło, że trochę otrzeźwiała. Chociaż, trochę w tym przypadku to słowo klucz.
— Nie mógłbyś jakoś zawołać tu ryby swoją magiczną mocą syna Posejdona? — zapytała w końcu Perkę, opierając głowę na ręce i odwracając głowę ku chłopakowi.
— Nieee, nie, nie… nie… — nie była pewna czy tak duża ilość nie była zamierzona, czy od tego wszystkiego język zaczął mu się plątać — nie rozumiesz jednego. Łowienie ryb to sztuka, a sztuki nie można tak po prostu pośpieszyć.
— Aha. Skoro tak mówisz.
— Jeszcze chwila i coś złowimy, jeszcze zobaczycie.
Nie była zbytnio przekonana, ale nie mogła nic na to poradzić. Skierowała wzrok na Ace’a, zastanawiając się, czy radzi sobie jakkolwiek lepiej od niej. I oj, radził sobie, radził! Kiedy spojrzała na niego, widziała już, jak jego wędka wygina się pod nienaturalnymi kątami, podobnie zresztą jak on sam.
Szturchnęła mocno Perkę i wskazała mu głową Ace’a.
— NIE PUSZCZAJ, ACE, NIE PUSZCZAJ! — wrzasnął, zrywając się gwałtownie z ziemi.
Bardziej myślał o cennej wędce, którą trzymał w rękach czy o nim samym? A może w ogóle o niczym nie myślał? Raczej nigdy się nie dowiemy. Co nie zmienia faktu, że skok adrenaliny w tamtym momencie był na bardzo wysokim poziomie. Florence nie spodziewała się, że łowienie ryb o drugiej w nocy może być pełne aż tak wielu wrażeń, tym bardziej że dotąd nic nie zapowiadało się na taki obrót wydarzeń.
Objęła go mocno, starając utrzymać się na suchym brzegu. Czuła jak piach osuwa jej się spod butów, a ręce powoli cierpną od trzymania. Co mogło ciągnąć ich AŻ z taką siłą i czemu akurat musiało złapać przynętę Ace’a?! O ile jedyne co chciała w tym momencie zobaczyć to, co kryło się w głębinach, ciągnąc ich do środka, tak zdrowy rozsądek mówił jej co innego. Chociaż czy zdrowy rozsądek w ogóle gościł tej nocy w jej głowie…? Łatwiej byłoby to nazwać krzykiem przetrwania. A jej palce powoli puszczały i traciły siłę. W końcu po długim mentalnym monologu krzyknęła:
— Puść tę wędkę!
— Nie puszczaj! — Perka odpowiedział prawie automatycznie. Również ją chwycił i w trójkę starali się trzymać chłopaka wraz z jego zdobyczą.
— Puszczaj!
— Nie!
Koniec końców ich przepychanka i tak na nic się zdała, a Ace zbyt skupiony na tym, co się dzieje, prawdopodobnie nawet jej nie usłyszał. Florence poczuła, jak jego ciało nagle wyślizguje jej się z rąk i zanim mogła zareagować, poczuła, jak jedyne, co łapie, to powietrze.
Plusk! Przygryzła wargę, podejrzewając, co się stało. Chłopak wraz z wędką zniknął całkowicie pod taflą mętnej wody, pozostawiając po sobie jedynie bąbelki. Uniosła brew, nie do końca kalkulując, co się przed nią wydarzyło.
— Jeśli ta noc skończy się czyjąś śmiercią, to nie wiem, czy dam ją na samą górę listy najciekawszych nocy mojego życia, czy na dół — wymamrotała, wzruszając ramionami. Wlepiła spojrzenie w jezioro, spodziewając się, że zaraz zobaczą go ponownie, ale zamiast tego następne chwile mijały w ciszy. Jedyny dźwięk, jaki im towarzyszył to drzewa delikatnie szumiące w oddali. — Nie chciałam nic wykrakać, przyrzekam!
— Trzeba go będzie chyba wyłowić — stwierdził w końcu Perka, również wpatrując się w wodę. — Zostań tu.
— Co?
Zanim zareagowała, chłopak już wybił się z brzegu i zanurkował w jeziorze. Plusk wody ponownie rozbrzmiał w nocnej ciszy. Westchnęła, zdając sobie sprawę z tego, że teraz została tu zupełnie sama. Ciemne wody wydawały się w tym momencie zupełnie innym wymiarem, który pochłaniał niedoświadczonych rybaków. Kucnęła i pochyliła się, starając się dojrzeć jakikolwiek zarys dwóch sylwetek. Jednak wszechobecna ciemność znacząco to utrudniała. Jeszcze bardziej się pochyliła, lecz jedyne co widziała to swoją twarz, odbijającą się w tafli. Zamrugała parokrotnie, starając się utrzymać otwarte swoje ociężałe powieki. Krzyknęła, przykładając twarz maksymalnie blisko do wody:
— Perkaaa! Aceee! Chłopaki!
Cisza.
— No świetnie.
Położyła ręce na nogach, starając się podnieść. Jednak jej ciało znowu przypomniało sobie o wczorajszej (?) imprezie, zamieniając nogi w dwie drżące galarety. Chwyciła się za głowę, czując, jak świat wiruje jej przed oczami. Wyciągnęła rękę, by czegoś się chwycić, jednak jedyne co napotkała to parę kępków trawy, które z łatwością wyrwała z mokrej ziemi. Zamknęła oczy, przygotowując się na impakt z wodą, który nadszedł chwilę po tym.
Wszechobecna ciemność szybko ją otoczyła, a po otwarciu oczy jedyne co widziała to światło księżyca ledwo przebijające się na dół. Przetarła oczy, które zaczęły ją niemiłosiernie szczypać. Nigdy nie spodziewała się, że znajdzie się w takiej sytuacji, więc jej dzisiejszy makijaż nie był w żadnym wypadku wodoodporny. Mocno zacisnęła usta, starając się wypłynąć na zewnątrz, jednak jej ciało sprawiało wrażenie, jakby przez ostatnie parę godzin stało się parokrotnie cięższe. Albo…?
Spojrzała na dół, czując, jak jej nogi zaplątują się w glonach i wodnych roślinach. Pociągnęła nogę, starając się wyswobodzić, jednak chwyt roślin był o wiele mocniejszy, niż się spodziewała. Schyliła się, starając się rozerwać je rękami. Szarpała wodorosty, które rozrywały się pod jej rękami, ale nadal nie pozwalały jej wypłynąć. Czuła, jak powietrze powoli znika z jej płuc.
Czy to jej koniec? Spędziła ostatnie chwile swojego życia, łowiąc ryby z dwójką nieznajomych, pod wpływem narkotyków i alkoholu, gadając o zupełnie randomowych rzeczach? Gdyby tak o tym pomyśleć to było to nawet ciekawe zakończenie, ale niekoniecznie heroiczne. O wiele ciekawiej byłoby umrzeć na jakiejś misji, ratując przyjaciół… zamiast po prostu utonąć przez jakieś głupie podwodne chwasty.
Już prawie żegnała się ze światem — może trochę zbyt dramatycznie, ale jednak — kiedy nagle poczuła jak coś lub ktoś chwyta ją z rękę i zaczyna ciągnąć w stronę światła. Ulga przepłynęła przez jej ciało, kiedy po paru gwałtownych szarpnięciach rośliny wreszcie ją puściły i pozwoliły wypłynąć na powierzchnię.

WĄTEK ZAMKNIĘTY PRZEZ MG
◇──◆──◇──◆
1005 słów: Florence otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia

Florence Lavoie

I’m going to make a very beautiful life for myself no matter what it takes

zdjecieFlorence LavoieONA/JEJ — 18 LAT — PÓŁBÓG — KANADYJKA — 0 PD — 100 PZLodgie#8376

CÓRKA DEMETER

czwartek, 2 czerwca 2022

Od Ace'a CD Perki — „A czy Ace wędkuje?”

← POPRZEDNIE OPOWIADANIE

W sumie nic by się nie wydarzyło, gdyby Ace nie zgubił Bianco.
Tymi słowami mógłby rozpocząć co drugie większe niż „hej Bi, obejrzałem w tydzień cały sezon Naruto” wydarzenie. Gdyby Ace nie zgubił Bianco, nie jarałby zioła w wannie z piątką średnio znajomych dzieciaków. Gdyby Ace nie zgubił Bianco, nie wybierałby się o drugiej w nocy na ryby.
— Chyba nie byłbym dobrym marynarzem.
— Wędkarzem.
— No wiesz, o co chodzi.
Perka poklepał go po kolanie, wzdychając cierpiętniczo, jakby tłumaczył to samo kolejnej osobie z rzędu.
— Słuchaj, nie każdy rodzi się synem Posejdona. To trzeba poczuć. I tyle wystarczy do wędkowania.
— Poczuć?
— Złamał ci ktoś kiedyś serce?
Zastanowił się głęboko. Zioło spowolniło jego tok myślenia i cały mózg zamienił się w różowawą breję, więc Ace — niezdolny do wymyślenia nic większego poza tym, jak Bianco zabrał mu kiedyś lizaka w drugiej klasie, a on mu kupił kolejnego, bo zrobiło mu się go żal, że tak miał ochotę na te lizaki, mruknął odruchowo:
— Noo.
— No. To teraz przelej to na ryby.
Dźwignął się z wanny i podał rękę chwiejącemu się Ace’owi.
— Chcecie zobaczyć? — wyszczerzył się Perka do reszty.
Jedna dziewczyna od Ateny machnęła ręką. Druga — wstała, prostując się z trudnością, jakby alkohol zamienił jej kości w gumę.
— Ja z wami pójdę.
Laurency nie odpowiedział. Zamiast tego odwrócił się w stronę kibla i poszedł rzygać.
Wyszli z domku dwunastego, wpadając na co drugiego przechodnia po drodze. Większość obozowej rodziny już wybiła się z rytmu. Część siedziała przy mini lodówce, słuchając teraz ściszonego, lamerskiego rapu i prowadząc rozmowy, których nikt nie przeprowadziłby na trzeźwo. Dwójka chłopaków leżała półtrzeźwa na trawie przed domkiem i liczyła gwiazdy na niebie, co chwila myląc się i wracając do początku.
Nadal nigdzie nie widział Bianco. Mieli po siedemnaście lat i czasem czuł się głupio z tym, jak bardzo byli blisko, ale Ace nie miał nawet żadnych przyjaciół poza nim, a kiedy Bianco przy nim nie było… cóż, robił dziwne rzeczy. Na przykład łowił ryby o drugiej w nocy z młodszym od siebie dzieciakiem, którego poznał jakieś dwie godziny tematu i dziewczyną, która nadal dzierżyła peta w ręce niczym niebiański spiż. Zresztą, martwił się. Jak brat o brata. Byli półbogami, to jasne, że oboje mieli tendencje do pakowania się w kłopoty; Bi mógłby, na przykład, wdać się w romans z córką Afrodyty i zostać ojcem w wieku niespełna osiemnastu lat. A do tego przecież Ace nie mógł dopuścić. Równie dobrze mógłby zakochać się w nadpobudliwej, agresywnej córce Aresa i stwierdzić, że w sumie to chciałby wychować z nią trzy psy. To wszystko po prostu do siebie nie pasowało.
— Jesteś córką Ateny? — zapytał Perka, kierując się w stronę swojego domku trzeciego. Ace zastanowił się, czemu mieliby staw z rybami w domku, ale postanowił iść za nim.
— Ee…
— Słyszałem, że dzieci Ateny rodzą się z myśli — powiedział do dziewczyny z zaciekawieniem.
Ace odwrócił się, wytrzeszczając oczy.
— Rany — skwitował. — A masz pępek?
— Jestem córką Demeter — parsknęła z chichotem.
— A ja jestem Ace.
Stanęli przed szarym domkiem pokrytym falą muszelek. Rośliny na ścianach zamigotały i poruszyły się delikatnie, kiedy Florence przeszła obok nich.
— Poczekajcie tu — powiedział Perka, wchodząc na stopień. — Nie wiem, gdzie jest Kai.
Spojrzeli po sobie z dziewczyną. Rośliny za jej plecami zaszeleściły, odwracając swoje liście bliżej. Pogłaskała je jak starego psa i przycupnęła na najbliższym schodku, po czym poklepała miejsce obok siebie, żeby Ace zrobił to samo.
— Jak ty w ogóle masz na imię? — zagaił, wyjmując jej delikatnie z ręki peta i zaciągając się szybko.
— Florence. Przybyliśmy do obozu mniej więcej w tym samym czasie, nie pamiętasz?
Nienawidził tego pytania. W życiu Ace’a pojawiały się dziury bynajmniej niewywołane działaniem marihuany. W Obozie Herosów jestem od ……… mój tata powiedział mi kiedyś ……… na śniadanie jadłem wczoraj ………
Nie chciał pamiętać, co wydarzyło się cztery lata temu. Ledwie pamiętał, jak wyglądała matka. Miała brązowe włosy jak jej dzieciaki, miała ciemną karnację i Ace czuł się przy niej tak bezpiecznie, że często jako dziecko zaglądał do jej łóżka i dał się kołysać do snu, dopóki Alice Chadwick nie wypędziła wszystkich nocnych wizji.
Alice Chadwick. Tak się nazywała ta kobieta. I z pewnością nie była jego matką.
— Nie, nie pamiętam — mruknął w odpowiedzi.
Zanim Florence zdążyła coś jeszcze powiedzieć, wyciągnął z kieszeni telefon, obrócił go w palcach i odblokował, otwierając konwersację z Bianco.

Od: bonco
?

Do: bonco
spotkajmy sie
na rybach

Coś zatrzeszczało za ich plecami. Naścienne roślinki skuliły się pod wpływem odgłosów i schowały tuż za Florence, która odruchowo osłoniła je ramieniem.
Tymczasem zza drzwi niezgrabnie wygramolił się Perka, w dłoniach ściskając kilka wędek, woreczek z dziwnymi brejami, które śmierdziały niemiłosiernie i tysiąc innych rzeczy, które Perka chował po kieszeniach i między palcami. Ace był pewien, że jakiś haczyk mignął mu u butów Perki. Auć.
— Do wędkowania potrzebne jest to wszystko? — zapytał, chwytając za jedną wędkę, ale Perka odsunął się, łypiąc na niego dziwnie.
— To moja szczęśliwa wędka. Złapałem nią kiedyś okaz dla rekordu Guinnessa, ale nikt z tych rekordów nie dojechał do Sognvåg. A to, to szczęśliwa wędka mojego ojca, z roku osiemdziesiątego siódmego.
— Posejdona?
— Nie. Tego drugiego ojca.
Nikt nie postanowił pytać.
— A za to wszystko — uśmiechnął się, dając Ace’owi do ręki coś, co okazało się obrzydliwie śmierdzącymi przynętami — wisicie mi piwo.

— Ej, a złapałeś kiedyś syrenkę?
— Ace, cicho, spłoszysz ryby — warknęła Florence, nastawiając wędkę.
— To opowiedz cicho, Perka.
— Jasne, że złapałem.
— Serio? Ja pierdolę.
— Jasne, że tak. To było potężne wyzwanie. Przez chwilę byłem przekonany, że trafił mi się sum, największy okaz. Prawie wypadłem z łodzi. Cała się trzęsła, jakby zaraz miała się rozwalić, tak mocno trzymała ta ryba. No i mówię do siebie, nie ma opcji, już nie odpuszczę takiej sztuni. Muszę ją złapać. Wołam ojca, mówię, żeby puścił swoją wędkę. Zostawił, mówię ci, byłem przekonany, że ta ryba od razu ją zeżarła. Wędkę mojego ojca. Z osiemdziesiątego szóstego roku. Polerowaną. Trzymał mnie, ale nadal mieliśmy opory.
— Mówiłeś, że ulubiona wędka twojego ojca była z osiemdziesiątego siódmego.
Machnął ręką.
— To jej następczyni. Po tym, jak zeżarła ją syrenka.
— Syrenki zjadają… takie rzeczy?
Florence i Perka spojrzeli na niego z konsternacją.
— Wyobrażałeś sobie Arielkę? — parsknęła dziewczyna. — Jasne, że zjadają. Chejron ostatnio o tym mówił. To jest tak, że przybierają postać ukochanej ci osoby, śpiewają piosenkę bliską twojemu sercu, a kiedy już się zbliżysz, po prostu cię chwytają. I zjadają. Żywcem. Nie zostawiają nawet oczu.
Spojrzał w wodę i wyobraził sobie odbijającą się w tafli twarz Bianco. „Choć, bracie, wracamy do domu” — powiedziałoby odbicie. — „Obejrzymy nowy sezon Stranger Things”.
A potem coś pociągnęło gwałtownie Ace’owi za wędkę. Wydarł z siebie jęk, zapierając się wszystkimi kończynami o pomost i równocześnie trzymając perkowy skarb, który ześwirował pod wpływem czegoś, co znajdowało się po drugiej stronie.
— NIE PUSZCZAJ, ACE, NIE PUSZCZAJ! — rozległ się wrzask Perki.
Coś objęło go w pasie i pociągnęło do tyłu. Na chwilę stworzenie na haczyku odpuściło. A potem wyrzuciło przed siebie z prędkością rekina ze „Szczęk” i wrzuciło Ace’a do jeziora razem ze sobą.
Szybko odpowiadając na pytanie: nie. Ace nie wędkuje. Zdecydowanie nie wędkuje.

kolonia specjalnia pls uratujcie księżniczkę z opałów
◇──◆──◇──◆
1155 słów: Ace otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia

Od Clary — „Lewitujące nosy”

Kocica zrobiła koci grzbiet, z którego dumny mógłby być i najbardziej kotowaty kot. Machnęła ogonem w powietrzu, końcówka podążyła w przeciwnym kierunku od reszty, pozwalając na podjęcie ryzykownego kroku, na zaryzykowanie utraty balansu. Poruszyła następnie wąsami, zmarszczyła nosek, po czym elegancko, elegancką kocicą bowiem była, przysiadła na skraju stolika, czujnym spojrzeniem, leniwie przerywanym przez niespieszne mrugnięcia, bo i nie miała gdzie się spieszyć, obserwując zamieszanie, które powodowała wokół siebie jej zakręcona właścicielka.
— Widziałaś moje okulary? — rzuciła ku niej ruda, grzebiąc już w trzeciej, bawełnianej torbie z rzędu. Ta konkretna miała na sobie wygiętego w dziwnej pozycji tygrysa. — Pusiu, kochanie. — Kobieta podniosła głowę, zerknęła błagalnym spojrzeniem na swojego zwierzaczka. Kilka rudych pasm włosów opadło na jej czoło. Jeszcze ich nie układała.
Puszka mruknęła, machnęła ogonem, przekręciła swą cudną, kolorową główkę. Cisza.
— Wiadomo, standard, na ciebie to zawsze, kurwa, mogę liczyć — prychnęła jej właścicielka, powracając do wyrzucania cennych artefaktów ze swojej torby, w tym trzech czerwonych szminek dla niewtajemniczonego oka o barwie zupełnie identycznej, jednego grzebienia, breloczka z księżycem i breloczka drugiego, tym razem ze słońcem, kilku kluczy do nie do końca wiadomo jakich drzwi oraz pustego opakowania po okularach przeciwsłonecznych.
— No przysięgam, że jeszcze wczoraj tu były. — Wyprostowała się gwałtownie, podpierając dłonie na biodrach, podczas gdy Puszka, machnąwszy jeszcze dwa lub trzy razy swym smukłym ogonem, zeskoczyła miękko ze stołu. — A może…
Czarne spojrzenie jej właścicielki uważnie podążyło za kocimi krokami, które, albo za potrzebą, albo poprzez posiadanie jedynie sobie znanej, tajemnej wiedzy, skierowały się ku lekko uchylonym drzwiom zmurszałej łazienki. Czystej oczywiście, Clara o porządek dbała od zawsze, a i kilka tygodni spędziła starając się domyć dziwne, brunatne naloty pomiędzy naściennymi płytkami – niepomyślnie, pozostawało więc tylko zakrycie ich wiklinowym koszem na pranie, który do plastikowego, chaotycznego wystroju oraz wielu naściennych nalepek nie pasował wcale, ale lepszy rydz niż nic.
Naśladując koci ruch–koci chód, stąpała za Puszką, powoli, niby obawiając się, że spłoszy kotkę, że ta ucieknie, a Clara już nigdy nie dowie się, co mogło spowodować, że jej ukochany zwierz, zrezygnowawszy z naprawdę wygodnej dla siebie pozycji, postanowił ruszyć przed siebie, ku nieznanemu.
I wcale nie zatrzymał się na kuwecie.
Puszka przecisnęła się gładko pomiędzy wejściem do łazienki a ścianą, szylkretowy ogon zniknął za rozchylającymi się drzwiami. Clara przełknęła ślinę, ciut za głośno i ciut za bardzo teatralnie, bo przecież nie pierwszy raz do tej łazienki wchodziła. Za najróżniejszymi potrzebami, w najróżniejszych, najbardziej upokarzających ją sytuacjach. Czasami z obserwatorami i kibicami, zdecydowanie częściej jednak bez.
Kotka siedziała na umywalce, zajmując się własną kocią toaletą. Wyciągnięta w górę lewa, tylna łapa była istnym popisem w sztuce akrobatycznej. Leżące tuż obok Puszki okulary przeciwsłoneczne dowodem na przerażającą wszechwiedzę oraz moc kotów. Clara pokiwała z podziwem głową, musnęła kotkę za uchem w podziękowaniu.
Kilkanaście minut później zamek w drzwiach mieszkania kliknął, oświadczając, że oto właśnie zostało ono opuszczone.

Okulary przeciwsłoneczne o białych oprawkach zsunęły się lekko na końcówkę zadartego noska. Dawno jej tu nie było. Wystarczająco, by przez łuk przechodzić z dozą pewnej niepewności odbijającej się po ścianach żołądka, która towarzyszyła kobiecie, gdy robiła to pierwszy raz. Z ekscytacją w sercu, gdy robiła to za każdym kolejnym. Poprawiła bawełnianą torbę na ramieniu i ruszyła na zwiad, czy w domku, w domu, nie pojawiło się zagubione rodzeństwo, na zupełnie jednostronne plotki z Argusem, na drobny, niewinny relaks ze starymi znajomymi w upalnym słońcu lata na obozowej plaży. Na słodkie truskawki. Na kilka nowych przygód, bo te wydawały się pojawiać zawsze, gdy ktoś tylko postawił choć jeden krok na terenie obozu.
I na kolejne psikusy pod postacią lewitujących nosów. Zawsze miała do tego słabość.

Opowiadanie do ktosia.
◇──◆──◇──◆
590 słów: Clara otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia

Clara E. Bumblebee

czarne, wesołe, bez powodu pełne łez

zdjecieClara E. BumblebeeONA/JEJ — 20 LAT — PÓŁBOGINI — AMERYKANKA — 0 PD — 0 PU — 100 PZrawrawr#3178

CÓRKA HEKATE

środa, 1 czerwca 2022

Od Adlera [NPC] — „Eat the rich”

Istniały pewne zasady, o których na ogół się nie mówiło, ale w zasadzie każdy — mniej czy bardziej podświadomie — pewnego dnia je poznawał. Na przykład to, że ogórków kiszonych nie popija się mlekiem, a płatki przygotowuje się w kolejności najpierw mleko (i nawet się ze mną nie kłóćcie). Pewne rzeczy po prostu do siebie nie pasowały i Adler doskonale zdawał sobie z tego sprawę, kiedy deptał świeżo skoszony, pachnący jeszcze i zapewnie równie mocno uczulający, trawnik przy The Browning School.
Całe to zamieszanie rozwinęło się przez duże okno na parterze, na błysk wypolerowany parapet, granatową doniczkę z aloesem i klatkę, w której pomieściłyby się chęci życiowe Adlera, ale zdecydowanie nic więcej. Zmarszczył nos, czołem opierając się o okno i usilnie stając na palcach, żeby znaleźć się bliżej, jakby dzięki temu mógł przeniknąć do pustej sali. Od pełnego skupienia na drobnym zwierzątku schowanym w kącie klatki odwiódł go tylko głośny dzwonek, po którym rozległy się wrzaski i otworzyły się frontowe drzwi po drugiej stronie budynku. On i zwierzątko na hałas wzdrygnęli się niemal równocześnie, ale nie powstrzymało to krzyczących (albo rozmawiających ze sobą krzykiem, jak uznał Adler) uczniów, którzy rzędem chodników i ścieżek wpadli do ogrodu.
Zjeżył się jak dzikie zwierzę, kiedy w momencie większość krzyków ucichła. Nie musiał odwracać wzroku od okna, żeby wiedzieć, że dzieciaki zareagowały tak na niego. Nie, żeby był szczególnie zdziwiony — prawdopodobnie też wystraszyłby się kogoś, kto zaglądałby przez okno do szkolnej sali. Był zdecydowanie jednak zbyt przyzwyczajony do takich spojrzeń mijanych codziennie na ulicy przez ludzi mniej lub bardziej podobnych do tych dzieciaków.
Ale odwrócił się.
Uczniowie szybko przestali patrzeć w jego kierunku i, spłoszeni, poszli dalej. Sztywny szkolny mundurek utrudniał im krok i wyglądali raczej śmiesznie, uciekając joggingiem przed brudnym szesnastolatkiem. Zdziwił się, że żaden nie wytknął go palcem, ale ich spłoszone spojrzenia wskazywały raczej na to, że poszli wezwać nauczyciela.
Tylko jeden dzieciak stanął, mierząc go od góry do dołu dokładnym spojrzeniem. Miał przydługie, blond włosy, jasnoniebieskie oczy i ten sam sztywny mundurek, wyprasowany niczym kartkę. Zza brązowego swetra wystawał biały kołnierzyk i zdawał się łypać na Adlera takim samym, świdrującym spojrzeniem, jak sam posiadacz kołnierzyka. No popraw mnie. W ręku trzymał niebieską teczkę z przyczepionym do niego plikiem kartek, jakby był koordynatorem technicznym w teatrze, a nie uczniem prywatnego liceum dla chłopców w Nowym Jorku.
Blondynek podszedł bardzo powolnym i długim krokiem, co było wyjątkowo niezręczne, biorąc pod uwagę fakt, że ani na moment nie spuścił z Adlera wzroku, ale nie wydawał się tym zainteresowany.
— Hej — powiedział. — Szukasz tu czegoś?
— Wasz chomik — odpowiedział Adler niezbyt mądrze.
Dopiero tym wybił blondynka z tropu.
— Chomik? Jest twój… czy co?
— Ma za małą klatkę. Powinna mieć przynajmniej metr długości i być szeroka na czterdzieści centymetrów. Chomiki są nieszczęśliwe w takich klatkach… w zasadzie żadne zwierzę nie byłoby w takiej klatce szczęśliwe.
Spodziewał się, że blondasek go wyśmieje. Albo gorzej, rzuci mu prosto w twarz: „o co ci chodzi, mój chomik miał jeszcze mniejszą klatkę i żył dziesięć lat, co z tego, że rodzice podmienili mi go trzy razy po tym, jak umarł, żeby nie było mi przykro”. Tymczasem dzieciak wyciągnął z kieszeni telefon, odblokował go i włączył notatki, jakby właśnie był na wykładzie.
— Okej. Powiem o tym później nauczycielom.
Adler zamrugał.
— To… to chyba nie wszystko.
Więc blondasek zawiesił palec nad ekranem telefonu.
— Nie wiem, czym wyłożona jest ta klatka. Wygląda jak żwirek dla kota. Chomiki powinny mieć grubą warstwę ściółki, lubią w nich kopać tunele. Nie lubią za to takich tuneli plastikowych, przyczepianych z boku klatki. Jest w nich słaba wentylacja. Ta karma wygląda, jakby zawierała ogromne ilości cukru i zbóż. Nie znam się za bardzo na chomikach… — blondasek posłał mu pełne powątpienia spojrzenie zza telefonu — …ale może pracownik sklepu zoologicznego poleci wam jakąś lepszą karmę. Kołowrotek powinien mieć też większą średnicę, inaczej skrzywi sobie kręgosłup. I niekoniecznie nie może mieć prętów, bo chomik złamie sobie na nich łapkę. Najlepiej zapewnijcie mu gdzieś też piaskownicę, chomików nie wolno kąpać.
— Jak masz na imię? — zapytał dzieciak, wyjątkowo powoli zapisując pełną notatkę, jakby Adler zaraz miał dodać kolejny szereg niekompetencji ich nauczycieli przyrody.
Tymczasem Adler zamarł, jakby zadano mu właśnie najtrudniejsze w życiu pytanie. Jakby właśnie nie wypowiedział nieznajomemu encyklopedii obsługi chomika. Nie przyzwyczaił się do tego, że ludzie, a tym bardziej ludzie w jego wieku, w ogóle z nim rozmawiają, a co dopiero pytać o jego imię. Tak dawno nikt nie wymawiał jego imienia. Ostatnią osobą był jego ojciec.
— A… Adler. — Zabrzmiało to w jego ustach bardzo dziwnie.
— Okej, Adler. — Dzieciak wygrzebał z kieszonki swetra długopis, napisał coś na pliku kartek, starannie oderwał kawałek i wręczył Adlerowi ciąg cyferek. — Jestem Richard Millhouse. Tu jest mój numer telefonu, mogę do ciebie później zadzwonić? Albo ty do mnie? Pogadam z nauczycielką. — Wyciągnął w jego stronę rękę. — Miło mi cię poznać.
Bogate dzieciaki nie ściskały jego ręki. Nie były dla niego miłe i zdecydowanie nie słuchały, co ma im do powiedzenia. Bogate dzieciaki nie podawały swoich numerów telefonów przypadkowym dzieciakom i nie rozmawiały z nim, jakby właśnie udzielały komuś rozmowy o pracę.
Kątem oka spojrzał na swoją dłoń. Była brudna od ziemi, spocona i przyklejała się do niej kocia sierść. Szybkim ruchem wytarł ją o bluzę i uścisnął rękę Richardowi.
Richard powkładał swoje rzeczy z powrotem do kieszeni i już, już, miał rzucić Adlerowi ostatnie „cześć”, kiedy Adlerowi przypomniała się istotna sprawa.
— Richard.
— Hm.
— Ja nie mam telefonu.
◇──◆──◇──◆
 889 słów: Adler otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia