CZTERY LATA TEMU
W raczej drobnym ciele trzynastoletniego Theodore'a Hemnesa mieściło się zdecydowanie więcej złości, niż to powinno być możliwe. Wciąż był niższy niż większość chłopców w jego klasie, którzy zaczęli już nabierać wzrostu i na tyle chudy, że ubrania po prostu na nim wisiały. Poprzedniego tygodnia podsłuchał, jak jedna z koleżanek jego matki mówi do niej, że Theo wygląda na młodszego, niż jest. Poza tym Alice non stop nazywała go gówniarzem i mówiła, że chyba zgubił gdzieś swój smoczek.
Dla każdego przeciętnego trzynastolatka, który uważał, że jest już przecież prawie dorosły, to sama w sobie była tragedia. Dla tego konkretnego trzynastolatka to była ostatnia kropla, która przelała buzującą w nim czarę goryczy.
— E, Teddy! Weź nam kopnij piłkę. Tylko krzywdy sobie przy tym nie zrób.
Theo podniósł głowę znad kostki Rubika, którą próbował ułożyć (pedagog szkolny wcisnęła mu ją dwa tygodnie temu, świergocząc coś o tym, że to pozwala uspokoić nerwy) i spojrzał na piłkę, która turlała się po trawie w jego stronę.
Zostało już tylko kilka dni do letniej przerwy i większość zajęć spędzali na świeżym powietrzu, pod nie do końca czujnym okiem nauczycieli. Chłopiec najchętniej przesiedziałby ten czas w domu, na pewno zmarnowałby mniej czasu, ale Marie uparła się, żeby syn do końca chodził do szkoły. Nie udało mu się wygrać tej kłótni, więc siedział na skraju szkolnego podwórka i wyjątkowo zajmował się sobą, nie sprawiając żadnych problemów. Niestety, do czasu, bo miał dziwną przypadłość przyciągania do siebie wszystkich możliwych kłopotów.
Na jego twarzy wykwitł brzydki grymas, kiedy odłożył kostkę na trawę i spojrzał na grupę starszych chłopców, których piłka zawędrowała pod jego nogi.
— Mówiłem, żebyście tak do mnie, kurwa, nie mówili — odburknął na tyle głośno, żeby choć ci najbliżej niego go usłyszeli.
Przekleństwa brzmiały dziwnie, gdy padały z jego ust, wypowiedziane wciąż dziecięcym głosem, ale Theo zdołał sobie wmówić, że brzmi całkiem groźnie.
— Co tam mówisz? Nie słyszę, bo coś tu strasznie piszczy — krzyknął do niego jeden z chłopców, po czym przez pół boiska przetoczyła się salwa śmiechu.
Dłonie Theo zwinęły się w pięści przy jego bokach. Przez chwilę nawet zastanawiał się, czy po prostu nie posłać piłki w ich stronę najmocniejszym kopniakiem, do jego się zmusi, odwrócić się i odejść. Źle sypiał, był zmęczony. Poza tym ostatnio znowu obiecał mamie, że nie będzie już sprawiał problemów. Znał ją na tyle dobrze, że dostrzegał w jej oczach skrzętnie skrywany zawód i było to spojrzenie, którego nie miał ochoty więcej oglądać.
To jak się okazało, była jednak tylko przelotna myśl, bo już po chwili trzymał brudną piłkę w dłoniach i szybkim krokiem przemierzał równo skoszoną murawę.
— Tak, tak, aport. Dzięki, Ted, nie musiałeś się fatygować — rzucił lekceważąco kapitan drużyny, wywołując kolejną salwę śmiechu wśród kolegów.
Theo wypuścił piłkę wprost pod nogi wyższego co najmniej o głowę chłopca. Gdyby ten nie mrugał właśnie z rozbawieniem do reszty drużyny, może zauważyłby, że chłopiec przed nim prawie się trzęsie. Kiedy w końcu się do niego odwrócił, niemal wyglądał na zdumionego, że dzieciak dalej tam stoi.
— No już, mały, zmykaj — powiedział, machnąwszy ręką.
Popełnił jednak przy tym pewien błąd i pochylił się nad Theo.
— Nie nazywam się Teddy — wypluł z siebie cichym głosem.
Potem jego pięść poruszyła się z cichym świstem i spotkała z nosem chłopca.
Theodore niemal żałował, że dyżurny nauczyciel akurat tym razem się im przyglądał i doszło do natychmiastowej interwencji. Zszedł z boiska bez choćby najmniejszego siniaka i od razu został zaciągnięty do gabinetu dyrektora, podczas gdy koledzy kapitana biegali dookoła niego jak kurczęta wokół kwoki. Theo zdążył jeszcze napluć mu pod nogi, zanim zabrano go z boiska.
Siedział na krzesełku na korytarzu, słysząc, jak dyrektor dzwoni do jego matki. Trzeci raz w tym miesiącu. Szef Marie musiał naprawdę nie znosić jej syna. Musiał tak długo czekać, aż ktoś po niego przyjdzie, że nawet zatęsknił za tyradami nauczycieli, które zwykle czekały na niego od razu po bójce. Ciszę znosił dużo, dużo gorzej.
Kiedy w końcu znalazł się w gabinecie wraz ze swoją matką, dyrektorem, chłopcem, którego uderzył i jego matką, zapanował chaos. Nieznajoma mu kobieta lamentowała tak nieznośnym i piskliwym głosem, że Theo miał ochotę zatkać sobie uszy. Z obojętną miną bawił się nitką, która zwisała z nadprutego rękawa jego bluzy i nawet nie udawał, że słucha tego, co do niego mówiono.
— Co ty masz w ogóle w głowie, chłopaku? Mogłeś połamać mu nos!
Baba zapiszczała tak blisko jego ucha, że automatycznie się skrzywił. Tym razem podniósł głowę. Niestety tylko po to, żeby rzucić beznamiętnie:
— Nie pani zasrany interes.
— Theodore — zganiła go od razu jego własna matka, podczas gdy druga kobieta gwałtownie nabrała powietrza w płuca, jakby zaraz miała zacząć krzyczeć.
Theo wzruszył ramionami.
— Bardzo panią przepraszam, pani Alvarez. Theo ma ostatnio ciężki okres i nie radzi sobie z emocjami. Wie, że źle zrobił, prawda? — Odwróciła się do syna i ostrzegawczo złapała go za rękę.
Chłopiec tym razem nie odpyskował, ale znowu spuścił głowę i wyłączył się z rozmowy. Nie wydusił z siebie nawet przeprosin, o które nagabywano go przez całe trzydzieści minut trwania tego cyrku. Oczywiście skończyło się to dla niego naganą, ale jego matka jakoś dała radę wyperswadować drugiej kobiecie wezwanie policji. Kiedy wychodzili z budynku szkoły, tak mocno ściskała go za ramię, że aż go zabolało, ale nie zaprotestował.
— Dlaczego? — zapytała tylko Marie, kiedy szli w stronę jej samochodu.
— Odzywał się do mnie jak do psa. Nie jestem psem — odpowiedział tylko chłopiec, spluwając w bok na chodnik.
Kobieta westchnęła. Theo zdecydowanie mógł to powiedzieć wcześniej, kiedy rozmawiali w gabinecie dyrektora. Jej syn miał jednak dziwny zwyczaj niebronienia się, kiedy za każdym razem zarzucano mu, że to on zaczął.
Naprawdę chciała, żeby umiał zawalczyć o siebie nie tylko pięściami.
[931 słów: Theodore otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]
