poniedziałek, 27 lipca 2026

Od Theodore'a — „Jestem pierdolonym kurwa zajebiście wyciszonym kwiatem lotosu”

CZTERY LATA TEMU

W raczej drobnym ciele trzynastoletniego Theodore'a Hemnesa mieściło się zdecydowanie więcej złości, niż to powinno być możliwe. Wciąż był niższy niż większość chłopców w jego klasie, którzy zaczęli już nabierać wzrostu i na tyle chudy, że ubrania po prostu na nim wisiały. Poprzedniego tygodnia podsłuchał, jak jedna z koleżanek jego matki mówi do niej, że Theo wygląda na młodszego, niż jest. Poza tym Alice non stop nazywała go gówniarzem i mówiła, że chyba zgubił gdzieś swój smoczek.
Dla każdego przeciętnego trzynastolatka, który uważał, że jest już przecież prawie dorosły, to sama w sobie była tragedia. Dla tego konkretnego trzynastolatka to była ostatnia kropla, która przelała buzującą w nim czarę goryczy.


— E, Teddy! Weź nam kopnij piłkę. Tylko krzywdy sobie przy tym nie zrób.
Theo podniósł głowę znad kostki Rubika, którą próbował ułożyć (pedagog szkolny wcisnęła mu ją dwa tygodnie temu, świergocząc coś o tym, że to pozwala uspokoić nerwy) i spojrzał na piłkę, która turlała się po trawie w jego stronę.
Zostało już tylko kilka dni do letniej przerwy i większość zajęć spędzali na świeżym powietrzu, pod nie do końca czujnym okiem nauczycieli. Chłopiec najchętniej przesiedziałby ten czas w domu, na pewno zmarnowałby mniej czasu, ale Marie uparła się, żeby syn do końca chodził do szkoły. Nie udało mu się wygrać tej kłótni, więc siedział na skraju szkolnego podwórka i wyjątkowo zajmował się sobą, nie sprawiając żadnych problemów. Niestety, do czasu, bo miał dziwną przypadłość przyciągania do siebie wszystkich możliwych kłopotów.
Na jego twarzy wykwitł brzydki grymas, kiedy odłożył kostkę na trawę i spojrzał na grupę starszych chłopców, których piłka zawędrowała pod jego nogi.
— Mówiłem, żebyście tak do mnie, kurwa, nie mówili — odburknął na tyle głośno, żeby choć ci najbliżej niego go usłyszeli.
Przekleństwa brzmiały dziwnie, gdy padały z jego ust, wypowiedziane wciąż dziecięcym głosem, ale Theo zdołał sobie wmówić, że brzmi całkiem groźnie.
— Co tam mówisz? Nie słyszę, bo coś tu strasznie piszczy — krzyknął do niego jeden z chłopców, po czym przez pół boiska przetoczyła się salwa śmiechu.
Dłonie Theo zwinęły się w pięści przy jego bokach. Przez chwilę nawet zastanawiał się, czy po prostu nie posłać piłki w ich stronę najmocniejszym kopniakiem, do jego się zmusi, odwrócić się i odejść. Źle sypiał, był zmęczony. Poza tym ostatnio znowu obiecał mamie, że nie będzie już sprawiał problemów. Znał ją na tyle dobrze, że dostrzegał w jej oczach skrzętnie skrywany zawód i było to spojrzenie, którego nie miał ochoty więcej oglądać.
To jak się okazało, była jednak tylko przelotna myśl, bo już po chwili trzymał brudną piłkę w dłoniach i szybkim krokiem przemierzał równo skoszoną murawę.
— Tak, tak, aport. Dzięki, Ted, nie musiałeś się fatygować — rzucił lekceważąco kapitan drużyny, wywołując kolejną salwę śmiechu wśród kolegów.
Theo wypuścił piłkę wprost pod nogi wyższego co najmniej o głowę chłopca. Gdyby ten nie mrugał właśnie z rozbawieniem do reszty drużyny, może zauważyłby, że chłopiec przed nim prawie się trzęsie. Kiedy w końcu się do niego odwrócił, niemal wyglądał na zdumionego, że dzieciak dalej tam stoi.
— No już, mały, zmykaj — powiedział, machnąwszy ręką.
Popełnił jednak przy tym pewien błąd i pochylił się nad Theo.
— Nie nazywam się Teddy — wypluł z siebie cichym głosem.
Potem jego pięść poruszyła się z cichym świstem i spotkała z nosem chłopca.


Theodore niemal żałował, że dyżurny nauczyciel akurat tym razem się im przyglądał i doszło do natychmiastowej interwencji. Zszedł z boiska bez choćby najmniejszego siniaka i od razu został zaciągnięty do gabinetu dyrektora, podczas gdy koledzy kapitana biegali dookoła niego jak kurczęta wokół kwoki. Theo zdążył jeszcze napluć mu pod nogi, zanim zabrano go z boiska.
Siedział na krzesełku na korytarzu, słysząc, jak dyrektor dzwoni do jego matki. Trzeci raz w tym miesiącu. Szef Marie musiał naprawdę nie znosić jej syna. Musiał tak długo czekać, aż ktoś po niego przyjdzie, że nawet zatęsknił za tyradami nauczycieli, które zwykle czekały na niego od razu po bójce. Ciszę znosił dużo, dużo gorzej.
Kiedy w końcu znalazł się w gabinecie wraz ze swoją matką, dyrektorem, chłopcem, którego uderzył i jego matką, zapanował chaos. Nieznajoma mu kobieta lamentowała tak nieznośnym i piskliwym głosem, że Theo miał ochotę zatkać sobie uszy. Z obojętną miną bawił się nitką, która zwisała z nadprutego rękawa jego bluzy i nawet nie udawał, że słucha tego, co do niego mówiono.
— Co ty masz w ogóle w głowie, chłopaku? Mogłeś połamać mu nos!
Baba zapiszczała tak blisko jego ucha, że automatycznie się skrzywił. Tym razem podniósł głowę. Niestety tylko po to, żeby rzucić beznamiętnie:
— Nie pani zasrany interes.
— Theodore — zganiła go od razu jego własna matka, podczas gdy druga kobieta gwałtownie nabrała powietrza w płuca, jakby zaraz miała zacząć krzyczeć.
Theo wzruszył ramionami.
— Bardzo panią przepraszam, pani Alvarez. Theo ma ostatnio ciężki okres i nie radzi sobie z emocjami. Wie, że źle zrobił, prawda? — Odwróciła się do syna i ostrzegawczo złapała go za rękę.
Chłopiec tym razem nie odpyskował, ale znowu spuścił głowę i wyłączył się z rozmowy. Nie wydusił z siebie nawet przeprosin, o które nagabywano go przez całe trzydzieści minut trwania tego cyrku. Oczywiście skończyło się to dla niego naganą, ale jego matka jakoś dała radę wyperswadować drugiej kobiecie wezwanie policji. Kiedy wychodzili z budynku szkoły, tak mocno ściskała go za ramię, że aż go zabolało, ale nie zaprotestował.
— Dlaczego? — zapytała tylko Marie, kiedy szli w stronę jej samochodu.
— Odzywał się do mnie jak do psa. Nie jestem psem — odpowiedział tylko chłopiec, spluwając w bok na chodnik.
Kobieta westchnęła. Theo zdecydowanie mógł to powiedzieć wcześniej, kiedy rozmawiali w gabinecie dyrektora. Jej syn miał jednak dziwny zwyczaj niebronienia się, kiedy za każdym razem zarzucano mu, że to on zaczął.
Naprawdę chciała, żeby umiał zawalczyć o siebie nie tylko pięściami.


────
[931 słów: Theodore otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Lizzie umiera


Lizzie Graves


Niektórzy półbogowie umierają samotnie. Informacja o śmierci Lizzie Graves, mieszkanki San Francisco i córki Merkurego, trafiła do Senatu Nowego Rzymu według relacji świadków. Wygląda na to, że wzmożone ataki potworów mogą być powiązane z otwieraniem się tajemniczych portali w kalifornijskim mieście, o czym możecie przeczytać tutaj.

Od Vergila do Ivy — „At the risk of feeling dumb”

Vergil zaczął być za to wszystko odpowiedzialny w momencie, kiedy bezmyślnie wyrzucił z siebie pytanie:
— Co to w ogóle znaczy, że nie wierzy w żadne pegazy i koziołki na dwóch nogach?
Co z grubsza zapoczątkowało całą aferę z wariatami, a potem to on musiał siedzieć w gabinecie u psychiatry, a nie ktoś inny.
— On zawsze był… uch, dziwny — odezwał się Gabriel.
Nazwanie kogoś „dziwnym” na forum Senatu, wśród ludzi, którzy wszyscy w jakiś sposób byli potomkami bogów, było odważnym stwierdzeniem. Vergil nie nazwałby nikogo na sali dziwnym, nawet Izana, którego mógł przecież wyzywać od debili i innych półgłówków. Słowo „dziwny” po prostu nie mieściło się w jego słowniku w momencie, kiedy wierzył w rzymskich bogów i dowodził obozem przetrwania dla nastolatków z ADHD, placówką, której nawet „normalni” ludzie z zewnątrz nie byli w stanie zobaczyć. Kiedy wszystko w życiu Vergila było dziwne, stawało się to normalnością.
Gabriel wstał, pozwalając sobie na tę uprzejmość, żeby zachować należyte zasady Senatu i poprawił zsuwającą się z ramienia togę.
— Ten syn Janusa, Dante. Był w innej kohorcie, nigdy z nim nie gadałem — Gabriel uniósł dłonie w obronnym geście, chociaż nikt go nie oceniał — ale spora część obozu chyba niezbyt go lubiła. Chodziły różne plotki. Podobno był trochę szurnięty i myślał, że jest na jakimś obozie wojskowym, a wszystkie sprawy okołomitologiczne to tylko zwidy.
— Był kilka lat w obozie i myślał, że po prostu ma zwidy? — powtórzył Vergil.
— No… co do tego plotki były dosyć zbieżne. — Gabriel wzruszył ramionami. Kiedy Vergil potarł skronie, był to dla niego znak, że może już usiąść.
— Pretorze, nie wydaje mi się, żeby ktoś otwierał te portale celowo — zwróciła się do niego Mei.
W zasadzie cała ta afera była wynikiem problemu, który podjęła ambasadorka Wenus. Mei utrzymywała, że w San Francisco od dłuższego czasu pojawiają się niezidentyfikowane portale prowadzące w różne miejsca. Półbogowie teleportują się przez drzwi, próbując wejść do McDonalda i lądując w KFC po drugiej stronie ulicy. Portale przyciągają potwory. Gabriel, ambasador Bachusa, potwierdza, że częściej go atakują. Mei znalazła ciało półbogini, weteranki Obozu Jupiter, którą rozpoznano jako Lizzie Graves, córkę Merkurego. Vergil sam nie wiedział, kto rzucił podejrzenie na przypadkowego syna Janusa, który już dłuższy czas temu opuścił Obóz Jupiter, ale był to lepszy trop niż żaden.
— Sprawdzę to — obwieścił Vergil po krótkiej chwili zastanowienia. Na marginesie jego notatek zapisał wielkimi literami „DANTE THORN, SYN JANUSA, SAN FRANCISCO” i podkreślił tę godność trzema wykrzyknikami, zupełnie, jakby miał zamiar o tym zapomnieć, a przecież doskonale wiedział, że to wszystko nie da mu spokoju. W głębi duszy odrobinę cieszył się, że może choć na chwilę opuścić Obóz Jupiter. — Gabriel — usłyszał, jak jakiś duch na trybunach fuka głośno, bo zwrócenie się do weterana imieniem, a nie określeniem „drogi ambasadorze Bachusa, wielmożny konsulu Nowego Rzymu, obrońco praw wina i winorośli” naruszało przynajmniej trzy zasady — zgaduję, że nie masz żadnego kontaktu z tym Dante? Albo chociaż kontakt do kogoś, kto ma z nim kontakt?
— Pretorze — przerwała Mei, zanim Gabriel zdążył na dobre pokręcić głową — ja… znam pewnego psychiatrę.


Wizyta Vergila u psychiatry była ściśle profesjonalna. Biznesowa, można byłoby to nazwać. Usłyszał, że Ivy Scarlett, dziecko Eskulapa, nie będzie chciał spotkać się z nim, jeśli na wstępie powie mu, że chodzi o mitologię. Vergil, odrzucając wszelkie propozycje porwania psychiatry, kiedy będzie spał, otoczenia go i ignorując wszystkie jeszcze krwawsze sugestie, umówił się, jak amerykańska służba zdrowia przykazała, telefonicznie.
Czekając w kolejce, ściskał pomiętą kartkę ze swoim numerkiem i bardzo próbował nie myśleć o tym, co ludzie o nim myślą.
Na poczekalni byli sami śmiertelnicy. Tak sądził, przynajmniej, że są to śmiertelnicy. Nie oceniał ich pod żadnym względem innym niż to, czy zaraz nie wyrosną im kły i nie spróbują go zabić. Z nerwów podskakiwał nogą tak bardzo, że przypadkowy potwór zauważyłby go już dawno, a z całą pewnością usłyszałby go po samym tupaniu. Fakt, że byli to śmiertelnicy, wcale nie poprawiał mu humoru. Co oni sobie o nim myśleli? Siedział przed gabinetem, umówiony do lekarza psychiatry. Vergil nie potrzebował psychiatry, wszystko było z nim w najlepszym w porządku, dlaczego ktoś miałby w ogóle pomyśleć inaczej? Ale ci śmiertelnicy nie wiedzieli, że Vergil jest tutaj z powodów czysto BIZNESOWYCH i PROFESJONALNYCH (bo przecież z jakiego innego powodu by tutaj był?), a to było chyba nawet gorsze od potworów, którym mógłby po prostu odciąć łeb mieczem, żeby nie myśleli za dużo. Vergil, rzecz jasna, nie miał żadnych problemów ani tym bardziej żadnych powodów, żeby znaleźć się u psychiatry. Innych niż takie biznesowe i profesjonalne.
Co, jeśli ci ludzie na poczekalni myśleli, że jest jakimś, cholera wie, wariatem? Czy wyglądał na takiego, kto potrzebuje pomocy? Nie może na takiego wyglądać, Vergil radził sobie ze wszystkim doskonale sam.
Drzwi otworzyły się. Natłok myśli przerwało mu skupienie się na tym jednym, jedynym zadaniu, żeby podejrzeć przez wąską szparę, jak wyglądał jego lekarz. Znaczy, nie jego jego lekarz, rzecz jasna, lekarz, z którym miał spotkanie biznesowe, o którym druga strona nie wiedziała.
— Pan Vergil Halston? — usłyszał ze środka gabinetu.
Nikt w poczekalni nawet nie podniósł głowy. Starsza pani nadal rozwiązywała krzyżówkę, nastolatek wciąż grał w Subway Surfers na telefonie. Vergil i tak się przejął, że teraz wszyscy znają jego imię i nazwisko, mając z tyłu głowy fakt, że w San Francisco był praktycznie duchem. Czemu w tym pieprzonym kraju nie obowiązywało RODO?
Zamknął za sobą drzwi. Ku jego niezadowoleniu i wbrew zeznaniom świadków, nic nie przeniosło go w magiczną otchłań po drugiej stronie zatoki. Wtedy Vergil przynajmniej miałby chociaż jakieś wyjaśnienie, dlaczego nie mógł się tutaj zjawić.
Jego psychiatra sam wyglądał, jakby potrzebował psychiatry. Był wątły i chorobliwie chudy, z całą pewnością nie przedstawiał się, jakby chociaż raz w życiu trzymał jakikolwiek miecz, nawet taki plastikowy. Miał bladą karnację, porównywalną do Vergila, podkreślając fakt, że Vergil nie mógł nawet wychodzić na słońce. W pierwszej chwili Vergil pomyślał, że źle trafił, dostał błędne informacje, Mei zrobiła mu taki żarcik i teraz niepotrzebnie robi z siebie debila. W drugiej chwili pomyślał dokładnie to samo, ale było już za późno, żeby po prostu uciec. Dyslektyczny mózg Vergila z trudem odczytał napis „doktor Ivy Scarlett” na piersi psychiatry i nie uspokoiło go to ani trochę.
— Proszę usiąść.
— Ja w sprawie czysto formalnej — wypalił Vergil, siadając na krześle. Usiadł na samym krańcu, przygotowany do tego, żeby odwrócić się i pójść stąd jak najszybciej.
Lekarz nie był szczególnie zdziwiony jego stwierdzeniem. Nie oderwał nawet wzroku od kartki, zapisując tylko coś w karcie pacjenta. Vergil próbował podejrzeć, co dokładnie, ale nie był w stanie. Pewnie słyszał często podobne teksty. „Pacjent w stanie kolejnej deluzji, oderwany od rzeczywistości”. Nie, nie mógł tak napisać, przecież Vergil jeszcze na dobre się nie odezwał, prawda?
— Leki? — dopytał Ivy.
Vergil pokręcił głową tak gwałtownie, że krzesło zaskrzypiało pod ruchem jego ciała.
— Nie, nie. Nie biorę żadnych leków. I żadnych nie potrzebuję.
— W karcie jest napisane, że jest to pana pierwsza wizyta, tak?
— I ostatnia. — Pokiwał głową.
Ivy powrócił do swoich zapisków i dopisał coś, co na gust Vergila nieco zbyt bardzo przypominało: „podejrzenie myśli samobójczych”.
— Więc… jaki jest problem?
Pierwszy raz, kiedy Ivy oderwał wzrok od karty. Vergil poczuł się wręcz speszony pod naciskiem jego zgniłozielonych tęczówek, ale nie odwrócił głowy. Zaraz cała ta iluzja zniknie. Wystarczy, że mu zakomunikuje, z czym dokładnie przychodzi i Ivy będzie w stanie oddzielić go od faktycznych pacjentów.
— Czy leczy pan człowieka, który mówi, że widzi pegazy i uczęszczał kiedyś na magiczny obóz wojskowy?


przychodzi półbóg do psychiatry a psychiatra też półbóg
────
[1219 słów: Vergil otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 26 lipca 2026

Od Atlasa CD Arisu — „Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Atlas prawie nie pamiętał swojego dzieciństwa. Jego dzieciństwo było zbiorem szczątkowych wspomnień, których nie potrafił przypisać do żadnego okresu. Żadne wspomnienie nie trzymało się kupy i mógłby pomyśleć, że to sprawka Mgły, która bardzo usilnie próbowała zatuszować jakiekolwiek nadnaturalne zdarzenie, których w jego życiu było zapewne po pęczki, zanim jeszcze trafił do Obozu Jupiter. Kiedy jeszcze mieszkał w Kanadzie, terapeutka powiedziała mu, że niepamięć najprawdopodobniej jest wynikiem traumy i jego dysfunkcyjnej sytuacji rodzinnej.
Z tego wszystkiego najlepiej pamiętał, że sprawiał problemy. Wszystkim. Ludziom w ośrodku, nauczycielom w szkole, rodzinom zastępczym, innym dzieciakom, które z nim przebywały. Nic dziwnego, był półbogiem z ADHD, w dodatku synem boga złodziejstwa, handlu, podróżników i całego szelmostwa, które mogło występować na tym świecie. Teraz kiedy szedł w korowodzie osób statystycznie sięgających mu do łydek, zdał sobie sprawę, że najbardziej współczuł właśnie swoim przedszkolankom. Spieprzał. Multum razy. Zupełnie jak Kailey. Zdarzało mu się uderzyć innego dzieciaka, tak, jak robił to Zebulon. Dzięki bogom, że na tym etapie edukacji nie miał jeszcze do czynienia z ostrymi mieczami czy potworami, bo mały Atlas sam w sobie pracował jak jednoosobowa armia. Nie był wtedy jeszcze, rzecz jasna, myślącą jednostką (nadal nie był), ale w trakcie pochodu do Obozu Jupiter, naszła go refleksja, że w ostatnim czasie często dopadała go karma. Jeśli tym razem jego karmą miało być pilnowanie grupki takich samych dzieciaków jak on, to bał się, co będzie następne.
Zgubili dzieciaka i mieli zamiar wejść całą przedszkolną grupą w samo serce Obozu Jupiter, czego Atlas się spodziewał? Że na ich przyjście obóz magicznie opustoszeje, usłyszą o promocji 2+2 w kawiarni Bombilo i zbierze się taka kolejka, że nikt nie zauważy wycieczki do koszarów albo samotnej, płaczącej dziewczynki, która radośnie obwieści, że się zgubiła? Oczywiście, że musieli kogoś spotkać, prędzej czy później. Z dwojga złego może to i lepiej, że na samym wstępie, może unikną podwójnego ośmieszenia się, kiedy w zgiełku zaginie im kolejne dziecko.
Atlas stanął za małym Zebulonem i oparł mu dłonie na barkach, modląc się, żeby załapał aluzję, że jest to czas na zamknięcie się i pozwolenie gadać dorosłym. Szkoda, że jedynym dorosłym w towarzystwie była Arisu (bo z całą pewnością nie Atlas), a ona zajęła się odliczaniem w myślach od dziesięciu do zera, żeby przypomnieć sobie, że w tych czasach znęcanie się nad dziećmi jest passé i nawet w mikroświecie Starożytnego Rzymu tego nie praktykują. Od legionisty dzieliła go odległość kilku dzieci i nie mógł się do niego przybliżyć, bo był przekonany, że odwróci się tylko na chwilę, a po drodze zgubi kolejne troje bąbli. Za takie coś nie zostałby już tylko wydalony z Obozu Jupiter. Za takie coś byłby pewnie poszukiwany listem gończym w Stanach Zjednoczonych. Ekstradycji z kraju mógłby już nie wytrzymać.
Walker miał to szczęście — albo właśnie jego brak — że wiedział, kim jest stojący przed nimi legionista. Ze wszystkich opcji różnych osób w obozie, która mogłaby ich zatrzymać, ta nie wydawała się taka najgorsza. Atlas mógłby wręcz powiedzieć, że była gdzieś pośrodku spektrum. Gorsze od tego mógłby być jakiś centurion, pretor, albo gorzej, mogła być to Cherry Amoret. Przed nimi stał legionista raczej niewyróżniający się z tłumu. Atlas kojarzył, że był z Trzeciej Kohorty i mówili na niego Theo. Pamiętał, że był młodszy od niego i od Arisu i że stosunkowo niedawno wstąpił do legionu. Przez pewien czas chodziły o nim plotki, bo początkowo nie potrafił kontrolować swoich mocy jako dziecko Somnusa i przypadkiem usypiał przypadkowych ludzi na swojej drodze. Walker czuł, że serce nadal pędzi mu w piersi i ani trochę nie jest śpiący, więc zgadywał, że Theo nauczył się kontrolować swoje moce.
— Taaak. Wycieczka. Pokazujemy dzieciakom co, gdzie, i jak, jeszcze zanim wstąpią do legionu… za kilka lat, oczywiście — wytłumaczył Atlas. W myślach odmówił już swoje najgorliwsze modlitwy w intencji Merkurego i wszystkich przedszkolanek, które kiedykolwiek wkurwił w swoim życiu.
— Jeszcze nigdy nie widziałem wycieczki w Obozie Jupiter. — Theo wyraźnie zmarszczył brwi.
No, z całą pewnością było to jakieś stwierdzenie. Trafne nawet. Jeśli Atlas miałby polecić jakąś wycieczkę w okolicy, to postawiłby raczej na Nowy Rzym, zdecydowanie ładniejszy i bezpieczniejszy, a do tego widok torturowanych legionistów jest zredukowany do minimum. Malownicza byłaby także wycieczka do San Francisco, most Golden Gate albo Alamo Square wydawały się ciekawsze od stajennych przerzucających odchody pegazów.
— To nowy pomysł — pomogła mu Arisu. Atlas ochoczo pokiwał głową.
— Ahaaa. Podobno młodsi legioniści boją się strasznych rzeczy w obozie. Wiesz, ostrych mieczy, katapult, rozpruwania pluszaków dla wróżb, performatywnego zabijania się tylko po to, żeby zaraz wyleczyć się ambrozją. Te dzisiejsze dzieci są coraz słabsze psychicznie i w ogóle. Centurioni nie chcą, żeby ciągle moczyły łóżka.
— Będziemy rozpruwać pluszaki?! Mordować się?! Ostrymi mieczami?! — wykrzyknął Zebulon z entuzjazmem.
— Będziemy… rozpruwać pluszaki? M-mordować się… ostrymi mieczami? — powtórzyła Jessica słabo.
Atlas postanowił zignorować wszystkie nakazy i zakazy obcowania z dziećmi i zakrył Zebulonowi usta.
Zmarszczka między brwiami Theo wcale nie znikła. Po tym wszystkim, co usłyszał, mogła się tylko powiększyć.
— Powinienem… powinienem powiedzieć o tym centurionowi? — zapytał Theo.
— Nie! — odparował.
Atlasowi serce podeszło do gardła. Nie chciał słyszeć słowa „centurion” w przeciągu najbliższych kilku godzin, a zwłaszcza nie w takim kontekście. Zaakceptowałby co najwyżej „centurion osobiście chce wam wręczyć nagrodę za wszystkie wasze zasługi”, oczywiście pod warunkiem, że znajdą Kailey. W zasadzie bez Kailey też mogliby dostać nagrodę, tylko musieliby odpowiednio wmówić rodzicom, że nigdy nie mieli trojaczków i tak naprawdę od zawsze wychowywali tylko Hailey i Bailey. Po co im w ogóle było trzecie dziecko? I to jeszcze w tej ekonomii?
— Nasza centurionka o tym już wie. To był jej pomysł — skłamała Arisu.
W przeciwieństwie do Atlasa nie przejawiała większych objawów paniki. Wieczny grymas złości widoczny na jej twarzy nie zdradzał absolutnie nic nowego. Atlas, jako syn boga oszustw, sam musiał przyznać, że była całkiem przekonująca. Z tego samego powodu musiał też przyznać, że za tak okropne kłamstwo hipotetycznie mogliby beknąć jeszcze bardziej. Co innego zgubić dziecko, a co innego perfidnie kłamać przypadkowemu legioniście o odgórnym nakazie władz. Atlas był z niej nawet trochę dumny.
Theo przypatrywał im się jeszcze chwilę. Nieśpiesznie przebiegł wzrokiem po dziecięcych twarzyczkach, w większości milczących, skuszonych opcją późniejszego pobicia swojego opiekuna w nagrodę za bycie grzecznym. (Atlas był skłonny sam im wręczyć drewniane miecze w nagrodę, jeśli nic nie zdradzą). Zwrócił uwagę na wciąż przytrzymywanego Zebulona, śliniącego Walkerowi rękę. Ostatecznie legionista wzruszył ramionami, szczękając zbroją, i machnął dłonią.
— W sumie to co mnie to — mruknął i odszedł.
Atlas trzymał Zebulona jeszcze chwilę, czekając, aż Theo odejdzie na bezpieczną odległość. Tak szybko, jak tylko go puścił, zaczął z obrzydzeniem wycierać dłoń o koszulkę. Arisu odwróciła się i przeliczyła dzieci po raz kolejny, upewniając się, że nikt nie uciekł podczas tej krótkiej dyskusji.
— Panie Atlasie? To będziemy czy nie? Będziemy? Będziemy??? — wypytywał Zebulon.
Atlas ostatnimi resztkami cierpliwości powstrzymał się, żeby znowu nie zatkać mu ust.
— Pospiesz się — syknęła Arisu do Atlasa, jakby potrafił telepatycznie przyspieszyć poszukiwania kilkulatki i uciszyć dzieciaka o morderczych zapędach.
Musiał myśleć jak dziecko. Ale tak… bardziej, niż zawsze.
— Okej, dzieci. — Klasnął w dłonie, żeby zwrócić na siebie uwagę. Miał nadzieję, że nikt, kto nie powinien, tego nie usłyszał. — Czysto hipotetycznie, gdybyśmy mieli grać tutaj w chowanego, to gdzie byście się schowali?
— Co to znaczy hipote… hipotetyczka?
— Gramy w chowanego? — podekscytował się znowu Zebulon.
— Nie. Pod żadnym pozorem nie gramy w chowanego — odpowiedziała mu surowo Arisu.
Atlas westchnął i posłał dziewczynie spojrzenie, które mówiło tylko: „próbowałem”.


Arisu?
────
[1213 słów: Atlas otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

Od Cherry CD Arisu — „Don't hang yourself inside my courtroom”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Uwaga Arisu o przejrzeniu najstarszych rzeczy miała sens. Cherry była prawie pewna, że niektóre z tych rekwizytów były mniej więcej w takim samym wieku, co Starożytny Rzym (a z całą pewnością takie miała wrażenie po niesamowitej ilości kurzu, od której nieustannie kręciło jej się w nosie). Nie zdziwiłoby jej, gdyby w którymś z tych kartonów znajdowało się używane tersorium cesarza Kaliguli albo coś podobnego, co nie nadawało się do skarbca magicznych artefaktów, ale było zbyt starożytne, żeby tak po prostu wyrzucić je do śmieci. Wyciągnęła z przeglądanego przed nią pudła poplątaną girlandę i odłożyła dekorację na prowizoryczną kupkę rzeczy na pewno nadających się do wyrzucenia.
Pytanie o brokat i konfetti zbiło ją z tropu. Cherry uniosła wzrok, zobaczyła absolutnie zdegustowaną minę drugiej dziewczyny odrażonej widokiem tuby z konfetti i nie mogła powstrzymać śmiechu. Zastawiła usta, próbując się uspokoić i chociaż trochę ukryć fakt, że aż tak ją to rozbawiło, nie chciała przecież, żeby Arisu pomyślała, że się z niej śmieje. Nie śmiała się przecież dosłownie z niej. Bardziej śmieszył ją fakt, że taka wojowniczka jak Arisu całkiem poważnie brzydziła się brokatem.
— Przepraszam, przepraszam — powtórzyła Cherry, kiedy przestała chichotać. Na jej twarzy nadal plątał się głupi uśmieszek. — Nie śmieję się z ciebie. Nie musimy używać konfetti i brokatu, jeśli ich nie lubisz. Jakby nie było, to my ustalamy, co będzie w tym roku tematem przewodnim.
Stety lub niestety brokat był ważnym elementem większości dekoracji, które posiadali. No bo przecież kto nie lubił brokatu? Może świecidełka były jedną rzeczą, ale sprzątanie po nim to drugie. Po kilkunastu minutach przeglądania pudeł Cherry zaczęła zauważać wplątane płatki brokatu w miejscach wszelakich i spodziewała się znajdować je na sobie jeszcze przez najbliższy tydzień. Otrzepała dłonie, próbując zrzucić z siebie resztki mikroplastiku.
Może nawet trochę popierała Arisu. W jej domu rodzinnym zawsze było pełno ozdóbek i popierdółek. Jej mama była artystką, brokat nie był obcym jej widokiem. Cherry uważała się za minimalistkę, bo na wspomnienie o wszystkich pstrokatych rzeczach w mieszkaniu zbierało jej się na mdłości. W studio matki panował wieczny bałagan, farby i inne fikuśne przyrządy artystyczne walały się po podłodze, nieużywane sztalugi zastawiały okna, a podniszczone obrazy były ustawione wzdłuż ściany i przesuwane tylko w trakcie mycia podłóg, bo chociaż Melanie uważała je za swoje twórcze porażki, to nie mogła zdobyć się na wyrzucenie ich. Odłożenie na kupkę śmieci kolejnego śmierdzącego proporca było dla Cherry wręcz wyzwalające.
— Jestem raczej minimalistką — zaczęła Cherry, zagajając o temat przewodni imprezy. Przeniosła wzrok od Arisu i bardzo szybko omiotła ją wzrokiem od stóp do głów. Odcienie szarości w ubiorze dziewczyny zdecydowanie kontrastowały z różowym image Cherry. — I sądzę, że ty chyba też. — Westchnęła. — Wiesz, możemy się po prostu nie przejmować tym całym pseudokonkursem na to, kto zrobi większe show. I tak nie przebijemy Pierwszej Kohorty sprzed trzech lat, która przygotowała wszystko w cesarskim złocie.
Na wspomnienie o incydencie z Pierwszą Kohortą Arisu nawet nie próbowała ukryć, że się skrzywiła. Jedynka słynęła z legatariuszy, którzy drzewo genealogiczne mieli prawie tak poplątane, jak prawdziwi rzymscy bogowie. Parę nepotycznych wtyków to tu, to tam, Obóz Jupiter obsypany w cesarskim złocie nie był dla nich czymś niezwykłym. Cherry, tak jak większość osób z niższych rangą kohort, nie przepadała za chwalącymi się na prawo i lewo bananowymi dziećmi. Ostatecznie Hayashi wyraźnie odetchnęła, najwyraźniej zdając sobie sprawę, że centurionka jest po jej stronie.
— Nikt nie powiedział, że minimalistyczny festiwal też nie może robić wrażenia — odpowiedziała. Próbowała się przy tym uśmiechnąć, ale wyglądało, jakby zapomniała, jak to się robi. Cherry uśmiechnęła się zamiast niej.
Odeszła kilka kroków w tył, żeby stanąć na samym środku magazynu. Cherry należała do wyższych dziewczyn, ale nawet ona nie mogła sięgnąć do pudeł ustawionych przy samym suficie. Większość kartonów leżących na widoku zdążyła już w myślach posegregować jako „mniej warte uwagi” i „bardziej warte uwagi”.
— Chyba potrzebuję drabiny — obwieściła ze wzrokiem wlepionym w najwyższe kartony.
— Myślisz, że tam będzie coś, czego użyjemy? — zapytała Arisu. Głos dziewczyny nie ociekał w żaden sposób jadem, ale Cherry pomyślała, że Arisu nie uznała tego za dobry pomysł, w końcu mieli jeszcze inne pudła do dokładnej segregacji.
— Tylko zajrzę, co tam jest — rzuciła w odpowiedzi, rozglądając się za kątami pomieszczenia i ukrytymi miejscami, żeby znaleźć drabinę. Drewniana drabina schowała się między regałem magazynowym a ścianą. — Chcę mniej więcej się zorientować, co gdzie jest, potem możemy ułożyć jakiś plan, czego potrzebujemy. Vergil powiedział, że w razie potrzeby możemy skorzystać z obozowego budżetu i coś dokupić, ale chyba wystarczy nam to, co tutaj mamy. I tak będzie tylko więcej śmieci.
Oparła drabinę o chyboczący się regał. Zbutwiałe drewno i klekoczące półki nie świadczyły o tym, że jest to najlepszy czy w ogóle najmądrzejszy pomysł. Gdyby Cherry miała coś dopisać do obozowego budżetu zamiast kiczowatych dekoracji, byłby to nowy sprzęt w obozie. Leczenie legatariuszy po wypadkach z wysokości to jedno, problem pojawiał się wtedy, jeśli w wypadku ucierpiałby sam lekarz.
Arisu trzymała się blisko, sprawdzając kartony na wysokości jej rąk. Jeśli przeniosła się po to, żeby asekurować drabinę, to nic nie powiedziała, ale i tak Cherry trochę to pocieszyło. Było to jakieś wsparcie, nawet jeśli oznaczało, że potencjalnie obie wylądowałyby w ambulatorium.
Szczebel zaskrzypiał, kiedy Cherry postawiła na nim nogę. Delikatnie kopnęła go kilka razy czubkiem buta, żeby sprawdzić, czy nie zawali się od razu pod jej ciężarem, po czym wspięła się aż do najwyższej półki. Udało jej się nawet ignorować niestabilną drabinę, w momencie, kiedy zaczęła zaglądać do pudeł.
— Sporo tu obozowych rzeczy — powiedziała do Arisu, chociaż nie pofatygowała się, żeby spojrzeć w dół. — Jakieś bannery SPQR, flagi, jest nawet zapasowy orzeł Piątej Kohorty. Ale taki… plastikowy. Chyba używali go, kiedy ten prawdziwy się zgubił. — Zmarszczyła brwi. — W sumie to całkiem dziwne, że nikt nie ruszał tych rzeczy.
— Może przez to, że ktoś położył to na najwyższej półce, nikomu nie chciało się sprawdzać, co tam jest?
— Może. Podam ci to pudło, dobra? Uwaga, wygląda na ciężkie.
Słowa wypowiedziane chwilę przed tragedią. Cherry podniosła obiema rękoma karton i w tym samym momencie usłyszała kliknięcie. Nie zdążyła się wycofać, bo w tej sekundzie wszystkie kartony na najwyższej półce wybuchły w powietrze — o, ironio — brokatem. Pisnęła i przytrzymała się regałów, chybocząc półkami jeszcze mocniej, a na koniec całego brokatowego występu stoczyła się jeszcze ostatnia tuba z konfetti i wybuchła z żałosnym, pierdzącym odgłosem na podłogę. Ta sama tuba, którą wcześniej odłożyła Arisu.
Usłyszała, jak druga dziewczyna przeklina. Cherry zachwiała się i zeskoczyła z drabiny. To, że jakimś cudem nie wybiła sobie wszystkich zębów, był chyba tylko darem podarowanym jej od matki Arisu.
Szybko pożałowała, że nie spadła i nie skończyła nieprzytomna na podłodze. Ten pieprzony brokat był wszędzie. Jeśli Cherry wcześniej myślała, że będzie płatki brokatu znajdować przez następny tydzień, to teraz była pewna, że nie pozbędzie się go aż do następnego festiwalu. Był na niej, na Arisu, na podłodze, pewnie nawet jakiś zapomniany pająk w kącie skończył brokatowy. Czuła go we włosach i na twarzy.
— Kurwa — powiedziała krótko, wyjątkowo spokojnie jak na to, że brokat miała nawet w piździe.
Z któregoś kartonu wystrzelił papierowy samolocik origami, który spadł tuż pod stopami Cherry. Na skrzydle miał koślawy, brokatowy napis: „AKADEMIA PRANKUW MERWKURWIAKÓW”.
— Chyba muszę sobie usiąść — powiedziała, bo tylko liczenie od dziesięciu do zera i myślenie o słodkich szczeniaczkach powstrzymywało ją, żeby się nie rozpłakać i nie zabić pierwszego lepszego dziecka Merkurego, które znajdzie.


Arisu?
────
[1204 słowa: Cherry otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

sobota, 25 lipca 2026

Od Niketasa CD Erin — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

Niketas pieczołowicie układa nowozdobyte monety we wcześniej przygotowanym pudełeczku a.k.a skarbonce w kształcie pirackiej skrzyni skarbów należącej do bliżej niezidentyfikowanego Kogoś z domku Hermesa. Nikt nie ma zamiaru wnikać w to, czyj ten skarb dokładnie jest, bo równie dobrze może leżeć tam ukradziony od rodzeństwa, które już dawno zniknęło z Obozu. To rodzeństwo i tak pewnie ukradło tę skarbonkę od jakiegoś dzieciaka Posejdona albo innego bachora, który lubił wodę nieco bardziej niż każdy normalny, przeciętny dzieciak.
– Nie jestem pewien jednego – stwierdza Ulfert, próbując przezwyciężyć powoli postępującą zadyszkę – czy to było wow w sensie, że zajebiste, czy wow w sensie, że obrzydliwe gówno.
– Ty to się lepiej nie zastanawiaj – rzeczowo odpowiada mu Niketas. Poprawia okulary przeciwsłoneczne, choć słońce jeszcze nie zdążyło porządnie rozgościć się na bezchmurnym niebie. Trochę mruży za nimi oczy, żeby dokładniej dostrzec apollinowe rodzeństwo i dojrzeć ich miny pełne ekstazy. – No, moim zdaniem, to zaraz będziemy mieć tutaj kolejkę na pół Obozu. W tym całą populacje domku Apolla.
– I co na to Chejron? – pyta Erin, która właśnie stara się ułożyć puszki w trójkąt pitagorejski, wedle zaleceń Niketasa. Niestety, nie przyniósł dla niej miarki, linijki, ani definicji trójkąta pitagorejskiego, więc gdy co jakiś czas dopytuje go, czy dobrze jej idzie, on zasypuje ją całym esejem poprawek, których ona nie zapamiętuje. W ten sposób trójkąt rozrasta się coraz bardziej i coraz dalej mu od pitagorejskiego.
– Jak to co? Jemu za puszkę policzymy dwa razy więcej. Wygląda na bogatego – odpowiada Ashton i nerwowo zerka na Niketasa, jakby miał zaraz dostać w łeb za to, że wtrąca się w sprawy, w które nie powinien. I rzeczywiście dostaje w łeb, ale nie tak mocno.
– Chejron będzie miał nas w dupie, dopóki w tych puszkach nie ma telefonów. Ani niczego innego, co ten stary kuc uzna za zagrażające naszemu życiu i zdrowiu. – Grupowy wydaje się na tyle pewny siebie, że cała reszta po prostu wzrusza ramionami i wraca do swoich zajęć (zajęciem Niketasa jest rozwiązywanie swoich szyfrokrzyżówek i okazjonalne odganianie much).
Przewidzenia największego matematyka z domku Hermesa szybko okazują się trafne i przed ich stoiskiem powoli układa się niezła kolejka, z czego większość jest blond łucznikami, opcjonalnie nieblond muzykami. Najgorsze są reakcje na cenę, bo Niketas słysząc piskliwe „COOOOOO” sześćdziesiąty dziewiąty raz, ma ochotę przypierdolić w twarz niedoszłego klienta kijem od flagi Ulferta. Zamiast tego uśmiecha się miło i bezsensownie się powtarza.
– Ale co tak właściwie różni to od zwykłych energetyków? – pyta jakiś dzieciak, który jest na tyle sceptyczny co do „Olimpijskiej Alfy”, że przez jego narzekanie kolejka urosła co najmniej pięciokrotnie. Przez niego uśmiech Niketasa powoli zaczyna drżeć i w strategię marketingową zaczyna wtrącać się Erin.
– Skład – odpowiada dziewczyna tonem rodzica, który odpowiada dziecku na pytanie, czemu wsiadają do czerwonego, a nie zielonego tramwaju.
– Ale co w nim tak właściwie jest?
– Tu – Ashton (który nie wiedzieć czemu ciągle kręci się obok stoiska) podaje chłopakowi ulotkę z Recepturą™. – Przeczytaj se.
– Ale czemu tego nie ma na puszkach?
– Porównaj sobie wielkość tej kartki do puszki – sugeruje Niketas, z umiarkowaną siłą uderzając w lichy blat ich stoiska. Odwraca się ze znacznie bardziej wymuszonym uśmiechem niż wcześniej do następnej klientki. – 4 dolary za sztukę.
– Powiem Chejronowi.
Twarze aż czwórki herosów-sprzedawców/pomocników/chuj-wie-czemu-Ashton-wciąż-tu-jest odwracają się, a ich oczy wbijają się w naburmuszoną dziewczynkę. Dziewczynę. Ulfert aż przestaje wymachiwać flagą (robi to z ogromną ulgą, bo wreszcie ma moment na przetarcie spoconego czoła i złapanie oddechu). Niketas ściąga okulary i ostentacyjnie je czyści, zanim wracają na jego nos. Wzdycha głęboko, nieprzekonany co do tego, czy na pewno chce odpowiadać.
– To groźba karalna – wtrąca Erin. – Przecież to tylko pomaga. Patrz na nich. – Wskazuje na jakieś dzieciaki, które zachowują się jakby zamiast zwykłego energola napiły się koktajlu z nieprzeznaczonych dla osób w ich wieku grzybków. – Patrz jak dobrze się bawią.
– Po pierwsze – oznajmia dziewczyna tonem „Um, actually” – to jest zdzierstwo. Ta puszka ponoć ma dwieście pięćdziesiąt mililitrów, ale nie jest wypełniona napojem do brzegu, a znając tego tutaj – wskazuje palcem na Niketasa, który unosi brwi, otwiera usta i wbija palec wskazujący w swoją klatkę piersiową – to jest tam tylko jakieś sto mililitrów tego całego „energetyka”. A po…
– Ty masz prostownicę w oczach? – mądrze pyta Ashton.
– Na pewno nie chodzi ci o prostownicę – kontruje Ulfert. – To już prędzej linijka.
– Ale płyn mierzy się w szklankach – zauważa Erin. – W przepisach zawsze jest, że „pół szklanki mleka” albo coś takiego.
– Ty masz szklanki w oczach? – powtarza swoje pytanie Ashton.
– Jestem córką Ateny – dumnie odpowiada dziewczyna, a Niketas mamrocze pod nosem, że teraz to już wszystko jest dla niego jasne.
– Dzieci Ateny mają szklanki w…
– Dzieci Ateny są obdarzone umiejętnością zwaną „myślenie”, której najwyraźniej ty nie posiadasz – wtrąca CórkaBoginiMądrości™™™™™™™™, uśmiechając się szeroko. Pewnie wydaje jej się, że teraz wygląda jak typowa #mean_girl z musicalu. Niketas uważa, że wygląda bardziej jak ktoś, komu bardzo fajnie byłoby przywalić z liścia i określiłby to #rzal_i_bul.
– Kupujesz, czy nie? – pyta grupowy, już bez swojego uśmiechu i strategii marketingowej. Coś ostatnio wszyscy ci idioci od Ateny lubią się do niego przyczepiać jak rzep do psiego ogona i coraz mniej mu się to podoba. Zawsze myślą, że są mądrzejsi od innych. Dupki.
– Może jak dasz mi zniżkę, to nie powiem Chejronowi.
– Słuchaj, laleczko. W dupie mam to, komu co powiesz. Jak ci się nie podoba, to nara.
– Mogłeś grzeczniej – zwraca mu uwagę Erin, gdy parę osób z kolejki idzie za dziewczyną ze zrezygnowaniem wymalowanym na twarzy.
– Grzeczniej, czyli jej powiedzieć, żeby wypierdalała? Kochana, z takimi nie ma sensu się kłócić. Cztery dolce – mówi do kolejnej osoby, która z uśmiechem wywala swoje ciężko zarobione (wysłane od rodziców) pieniądze na parę godzin haju wywołanego tęczowo-brokatowym chemicznym wytworem, który pewnie nie przeszedłby ani jednego testu jakości w Unii Europejskiej i nigdy nie mógłby zostać tam dopuszczony do sprzedaży. Na całe szczęście, Niketas i Erin znajdują się w Ameryce i nie muszą przejmować się głupimi restrykcjami Europejczyków.
– Ale mnie w to nie mieszajcie, jeśli Chejron jednak tu przyjdzie, dobra? – pyta Ulf, który wznawia machanie flagą. – Jakby, ja tu jestem tylko niewolnikiem.
Niketas posyła mu Spojrzenie, przez które Ulfert uśmiecha się niezręcznie i wymachuje kijem od miotły trochę szybciej.
– Dobra, ja spadam! – oznajmia Ashton, ale grupowy łapie go za ramię w pół kroku.
– Kochanieńki – mówi tonem kompletnie niepasującym do tego słowa, a irytacja wreszcie wylewa się z niego przez powoli pękające szczeliny w fasadzie najlepszego sprzedawcy w historii świata. – Ale te pieniądze to oddaj, co?
– Jakie pie-
– Cukiereczku.
– Okej, okej, bogowie. To tylko taki test – broni się Ashton i wysypuje na stoisko, tuż obok niedoszłego trójkąta pitagorejskiego, jakieś trzydzieści dolarów w drobniakach. – W sensie, test. Pensję swoją chcia-
– W zamian mogę ci testowo skopać dupę – ucina Niketas, po czym odwraca się do kolejnego klienta, który stoi za obsługiwaną przez Erin osobą o bardzo gęstych i bardzo napuszonych blond włosach. – Hejeczka, laleczko, cztery dolarki będą za puszkę. Jak się ładnie uśmiechniesz, to dorzucę naklejkę gwiazdki.
Dziewczyna się nie uśmiecha.
– Co do tej Receptury™ – wtrąca się dzieciak, któremu wreszcie udaje się przebrnąć przez całość ulotki. – Co macie na myśli z „taka pasta z jednorożcami na opakowaniu (tęczowa)”?
– Ty czytać nie potrafisz? – pyta Erin.
Niketas. Po prostu. Się uśmiecha.
I wyrywa chłopaczkowi Recepturę™ z rąk.


|
Erin?
────
[1178 słów: Niketas otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Dantego CD Ivy — „For The Hell Of It”

ZIMA, obecnie

Poprzednie opowiadanie

Miałem wrażenie, że Ivy zaczął mnie unikać. Każde kolejne spotkanie przekładał albo odwoływał, tłumacząc to złym stanem zdrowia lub innymi wypadkami losowymi. Za pierwszymi trzema razami uwierzyłem, bo mógł być to zwykły zbieg okoliczności, ale za kolejnym razem zaczynałem w to wątpić. Okłamywał mnie. Czułem to.
Krążyłem po dzielnicy, w której mieszkał z nadzieją, że w końcu na niego trafię, ale za każdym razem się to nie udawało. Może się przeprowadził? Tylko dlaczego miałby to robić, nie informując mnie? Przecież się przyjaźniliśmy.
Pewnego wieczoru postanowiłem się przejść do kliniki, w której przyjmował pacjentów. Nie byłem umówiony na żadną wizytę (w sumie nie pamiętam, kiedy ostatni raz u niego byłem), ale to w niczym nie przeszkadzało, bo okazało się, że znowu zapomnieli zamknąć drzwi na noc.
W środku panował półmrok, świeciły się tylko małe, niebieskie lampki, które nie wiem, co robiły, ale na pewno rozświetlały mi jakkolwiek korytarz. Ivy lubił zostawać po godzinach pracy. Pamiętałem, kiedy mniej więcej przychodził i wychodził, więc w ogóle się nie zdziwiłem, gdy zastałem go w gabinecie.
Uchyliłem drzwi i zajrzałem do środka. Siedział przy biurku pochylony nad stosem dokumentów. Obok stał kubek z parującą cieczą, zapewne kawą, bo nie wiem, czy pijał herbaty.
— Nie śpisz? — zapytałem, choć było to oczywiste pytanie retoryczne, bo Ivy wyglądał, jakby miał problemy ze snem i rzadko kiedy sypiał. Podobnie jak ja. Mieliśmy tyle wspólnych cech.
Gwałtownie podniósł się z siedzenia. Szok od razu wkradł się na jego twarz, a ja poczułem smutek, bo nie oczekiwałem takiej reakcji z jego strony. Nie powinien się ucieszyć na mój widok? Tak dawno siebie nie widzieliśmy…
— Co tutaj robisz? — zapytał, starając się zapanować nad drżeniem warg.
Przeszkodziłem mu w czymś. Być może zajęty był ważnymi dokumentami. Nie wiem. Nie chciałem teraz nad tym rozmyślać.
— Drzwi były otwarte. — Wzruszyłem ramionami tak, jakby to była oczywista oczywistość. — Chciałem sprawdzić, co u ciebie. Dawno się nie widzieliśmy i trochę się stęskniłem, rozumiesz? — Uśmiechnąłem się słodko, odsłaniając zęby.
Ivy wypuścił z trudem powietrze przez nos. Chwilę się na mnie patrzył, mięlił w dłoniach kawałek papieru, który mógł być skrawkiem ważnego dokumentu.
— Nie musisz mnie tak nachodzić — powiedział, zgrabnie unikając kontaktu wzrokowego. — Coś się stało? Potrzebujesz innych leków?
Nie spodobało mi się, że zaczął rozmowę właśnie od tego. Od leków. Nie przyszedłem tutaj po prochy. Chciałem się z nim zobaczyć. Nie widzieliśmy się od dawna. Przyjaciele powinni widywać się częściej, prawda?
— Nie. — Pokręciłem głową.
Wszedłem wgłąb pomieszczenia. Uznałem, że skoro mi odpowiadał, to też zaprosił mnie do środka.
— W takim razie czego potrzebujesz?
Usiadłem na krześle na przeciwko biurka Ivy. Splotłem palce i się uśmiechnąłem. Wizyty wieczorne byłyby o wiele przyjemniejsze.
— Chciałem się z tobą spotkać, tak jak mówiłem wcześniej. Dawno się nie widzieliśmy, a trochę zaczynało mi się nudzić.
Przeczesałem palcami włosy. Umyłem je nawet zanim do niego przyszedłem. Potrzebowałem wyglądać ładnie. Poświęciłem też trzy godziny na ubranie się i umalowanie. Mam nadzieję, że to zauważył.
Ivy podniósł kubek, w którym miał jakiś gorący napój i upił jego łyk. Odwrócił wzrok i spojrzał na stronę, którą miał wyświetloną na ekranie laptopa.
— Nie możemy się spotykać.
Zacisnąłem zęby. Co znaczyło, że nie możemy? Przecież już tutaj byłem. Już się z nim spotkałem.
— Już się spotykaliśmy — wytknąłem mu istotny fakt. Zapomniał o naszym wspólnym wyjściu jesienią? — Podobało ci się.
To nie było pytanie. Wiedziałem, że mu się podobało. Nie był osobą imprezową. Nie miał nawet przyjaciół. Kiedy jednak był ze mną to się otworzył. Podobało mu się. Musiało mu się podobać.
Ivy przymknął oczy. Upił kolejny łyk gorącego napoju, odstawił kubek na biurko i kolejny raz, unikając kontaktu wzrokowego, powiedział:
— To było jednorazowe wyjście. Zasady są takie, że…
— Zasady mnie nie obowiązują — przerwałem mu. Z nerwów zacząłem wykręcać sobie palce. — Chcę z tobą wyjść. Kończysz już pracę?
— Dzisiaj nie mogę.
Dalej próbował się wymigać. Nie podobało mi się to zachowanie. Denerwowało mnie. Szczerze i naprawdę chciałbym teraz go udusić. Zmusić, żeby ze mną wyszedł. Nie jutro, nie kiedyś. Teraz.
Poczułem, że w oczach zaczynają zbierać mi się łzy. To wszystko było JEGO winą!
— Teraz — wycedziłem niemalże przez zęby. — Teraz wychodzimy, okej? — Spróbowałem się uśmiechnąć, ale wyszedł mi raczej bardzo brzydki grymas.
Ivy zamilkł. Nie nic powiedział przez dłuższą chwilę, a ja wciąż nerwowo strzelałem kostkami w palcach. Jeśli zaraz ze mną stąd nie wyjdzie, to nie wiem, co zrobię, ale na pewno nie będzie to miłe.
— Wychodzimy, okej?! — krzyknąłem, nie mogąc dłużej wytrzymać tej ciszy. — Wychodzimy!
Ivy drgnął nieznacznie, ale nie wstał. Cholera, dlaczego on mi to robi? Dlaczego tak się zachowuje? Chce, żebym targnął się na własne życie? Nie, nie mogę się zabijać. Jest zbyt piękny, żebym się zabijał przez niego.
— Proszę — powtórzyłem już trochę spokojniej, chociaż cieknących po policzkach łez nie dało się już tak ładnie ukryć. Zaraz skończę z całym rozmazanym makijażem. Przez niego. — Wyjdźmy stąd.
Ivy zamknął klapę laptopa. Odłożył stos dokumentów na bok i podniósł się z fotela.
— Gdzie chcesz wyjść?
Miałem wrażenie, że drżał mu głos. To przeze mnie? Jestem aż tak beznadziejny?
— Czy ty się mnie boisz?
Pogubiłem się już w tym wszystkim. Bałem się, że każde kolejne słowo i każde kolejne pytanie tylko psuje naszą relację.

man i love when schizofrenia
────
[845 słów: Dante otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]