Poprzednie opowiadanie
WIOSNA
Wystarczył jeden rzut oka na plecak, żeby stwierdzić, że był zdecydowanie jej. Już miała otworzyć usta, żeby wydusić jakąś odpowiedź, ale Isobel była pierwsza. Wychyliła się zza szafy.
— My to tam wuj, co ten plecak robi na twoim ramieniu? — Oskarżycielsko wskazała palcem.
Pan Falafel obrócił się na pięcie i zniknął z pola widzenia.
— Za nim!
Zanim Dahlia zdążyła zorientować, w jakiej sytuacji są, przed jej oczami mignęła burza rudych włosów.
— Wspaniale. — Mruknęła.
Po czym również zbiegła po schodach, przeskakując kilka stopni naraz w dół.
Gdy wybiegła z klatki, szybko zauważyła, w którą stronę biegną. Isobel coś wykrzykiwała w kierunku typa, oby nie obudziła całego osiedla. Jeszcze by tego brakowało, żeby jacyś sąsiedzi się zbiegali. Mogli w dodatku okazać się typami spod ciemnej gwiazdy. Dahlia oczywiście podążała za nimi, ale podejrzewała, że nowo poznana koleżanka zaraz padnie z wyczerpania. Dobrze, że w przeciwieństwie do niej, chodziła regularnie na tę głupią siłownię. I uciekała z innymi dorosłymi półbogami przed potworami.
Zastanawiała się jak najprościej zatrzymać ziutka. Owszem, były tutaj jakieś chwasty, ale bardzo słabe. W dodatku nie chciała znowu wyjaśniać, czy przekonywać, że Is ma tylko schizę po iluśtam godzinach pracy. Albo, że się uderzyła w głowę. Po zobaczeniu całej sadzonki wyrastającej znienacka z doniczki i oplatającej uciekającego. I tak to miasto całe śmierdziało bogami oraz mitologią. Nieco inną, bo rzymską, ale są pewne podobieństwa.
W pewnym momencie złodziej skręcił na schody, uciekając w dół, w stronę parku. Wtedy byłoby prościej zagarnąć go bezszelestnie jakimś krzakiem? Dahlia dużymi susami przeskoczyła rząd stopni, po czym skręciła w lewo. Zastanawiała się, gdzie w ogóle jest Isobel. Czyżby opadła z sił i teraz odpoczywa na górze?
Biegła wzdłuż wysokiego muru. W oddali słyszała, pomijając odgłosy tenisówek odbijających się od podłoża, szum wody i wrzask mew. Nie słyszała nikogo innego.
Nagle zauważyła spadający kształt. Cała scena odgrywała się niczym w zwolnionym tempie. Osoba zniżała, rude włosy w świetle pobliskiej latarni powiewały wściekle na boki. Machała nogami, Dahlia w którymś momencie zauważyła dziwne odbicie w powietrzu, które wypchnęło dziewczynę do przodu. Lądowała kolanami na barkach złodzieja. Impet zmiótł go na auto jak pacynkę. Wyrżnął twarzą, to na pewno nie było przyjemne, zawył z bólu. Isobel również się potoczyła po chodniku.
— O jasna cholera. — Krzyknęła odruchowo Dahlia, komentując całą sytuację.
— Nic mi nie jest! — Odkrzyknęła Isobel.
Po czym ruszyła od razu w kierunku Falagamusa i wyszarpywała plecak. Na to córka Demeter już była zbyt zdziwiona.
— Pojebało cię, laska.
— Patrz, mamy twój plecak! — Is wychrypiała, prawdopodobnie czując jeszce impakt z upadku.
Chciała zamachać nim wesoło w powietrzu, ale widocznie plecak miał swoją wagę i opadł na chodnik. Dahlia pomogła jej wstać, rzuciła tylko okiem na złodzieja, ale coś innego przykuło jej uwagę.
— Idziemy, szybko! — Rozkazała.
— Co się dzieje?
Nagle zawyły syreny policyjne.
— Zaatakowałyśmy gościa i ukradłyśmy mu plecak. Uciekajmy, nie wyjaśnimy się tam.
Isobel kiwnęła głową i chciała zrobić kroki do przodu, ale się zachwiała. Nic dziwnego, mimo wszystko skoczyła na kogoś. Może kolana jej rozbolały, może uderzyła się w głowę? Dahlia już nie traciła czasu na wyjaśnienia, tylko przerzuciła dziewczynę przez ramię i od razu puściła się biegiem. Nagle usłyszała typowy dla nowej koleżanki potok słów.
— Ale ciężki ten plecak. Co tam nosiłaś w nim, cegły? Na dodatkowe obciążenie na maszynę? — Rozległ się dźwięk otwierania plecaka. — O kur… czaki. Dahlia, musisz koniecznie uciec przed pałami! Pronto!
— A co ja robię?! Co tam w ogóle jest?!
— Wygląda jak eeeeeee… — Zaskakująco długo zbierała myśli. — Tak to się nazywa? Heroina? Nie, dobra. Kokaina. Wygląda to jak bochenek kokainy.
Nogi się pod Dahlią prawie ugięły. To chyba miało sens, zabranie wyświechtanego plecaka innej osoby. Co prawda nie wiedziała do końca, czy z niego by się dało zebrać jakiekolwiek informacje o niej, czy tam DNA, czy cokolwiek innego, ale poczuła dreszcze. Jak policjanci je przeszukają, to trafi do pudła na co najmniej kilka lat.
— Możesz mnie puścić, czuję się lepiej, tylko weź ten plecak! — Krzyknęła po chwili Isobel.
Gdy już postawiła ją na ziemi, biegły dalej. W pewnym momencie skręciły w alejki, byleby zgubić trop. Plecak nie był ciężki, ale Dahlia miała poczucie, że się jej wrzyna boleśnie w ramiona. Za dużo się działo dzisiaj. Isobel w pewnym momencie weszła na schody przeciwpożarowe i zajrzała przez pierwsze, lepsze drzwi, po czym pogmerała w mechaniźmie. Ustąpił od razu.
— Szybko poszło, podobnie jak ten skok w powietrzu. — Zauważyła z przekąsem Dahlia.
Zamknęły za sobą drzwi i szybko opadły na podłogę, procesując zdarzenie.
— Jaki skok w powietrzu? Ktoś się chyba tutaj nie wyspał i ma jakieś schizy. — Zaprzeczyła żywo Isobel. — Wydawało c—
Is nie zwracała uwagi na znaki koleżanki, która usilnie próbowała ją ściszyć. W tym momencie po prostu zatkała ręką jej usta. Słyszały, jak kroki przebiegały obok, w tym rozmowę przez krótkofalówkę. Mało brakowało, a by usłyszeli klasyczny potok słów. Gdy już przycichły, a dziewczyny zdążyły złapać oddech i rozejrzeć się po, jak się okazało, zamkniętym lokalu sklepowym.
— Życie już wystarczająco mi rzuca dzieciakami Hermesa, ale chociaż nie wrzucaj mnie do więzienia. — Skomentowała Dahlia, zdejmując rękę.
Spojrzały od razu na plecak znajdujący się w kącie. Jakby był niebezpiecznym zwierzęciem, zdolnym w każdej chwili do ataku. Lub tykającą bombą.
— Co robimy z tym, eee, bochenkiem kokainy?
Isobel?
────
[850 słów: Dahlia otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]