sobota, 23 maja 2026

Od Theodore'a — „Soon you'll get better”

Theodore z każdym kolejnym powrotem do domu coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że lepiej mu jest w obozie.
To nie było tak, że nie kochał matki. Dobrze pamiętał chwile spędzone z Lupą, kiedy pragnął jedynie tego, żeby Marie po niego wróciła i zabrała z powrotem do domu. Niestety (albo i stety), jego pobożne życzenie się nie spełniło. Matka Theodore'a nie była osobą szczególnie wylewną; w rodzinie Hemnesów rzadko mówiło się o emocjach. Kobieta może i napomknęła raz o tym, że bez niego w domu jest ciszej, ale poza tym nigdy nie pokazała, że tęskni za synem.
Tak przynajmniej wydawało się Theodore'owi. Łatwo mu było nie zauważyć drobnych rzeczy. Na przykład tego, że za każdym razem, kiedy wracał do domu, do jedzenia zawsze było coś, co wyjątkowo lubił. Albo tego, że w jego pokoju zawsze była zmieniona pościel i nigdy nie było tam ani grama kurzu. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że w tygodniu przyjazdu syna brała wieczorne nadgodziny, żeby w piątek i sobotę móc być wcześniej w domu. Wolał nie doszukiwać się tych rzeczy, bo prostsze było wmawianie sobie, że nikt go w tym domu nie chce.


W piątek po południu już miał otworzyć drzwi do mieszkania własnym kluczem, kiedy ktoś nacisnął klamkę od wewnątrz. Marie szeroko otworzyła drzwi; wciąż ubrana była w służbowy strój, a na jasnoszarej marynarce miała plamkę po sosie pomidorowym.
— No, jesteś już. Mogłeś dać znać, że będziesz później — powiedziała, odsuwając się, żeby wpuścić syna do środka.
Nie uśmiechnęła się, ale rysy jej twarzy złagodniały nieznacznie. Gdy Theo po krótkim przywitaniu od razu skierował się w stronę swojego pokoju, lekko złapała go za ramię.
— Czekaj, chcesz jeść zimny obiad? Najpierw zjedz — dodała, marszcząc się nieco.
— Dobra, odłożę plecak i przyjdę — rzucił chłopak przez ramię.
W kuchni pachniało serem i pomidorami. Odgarnął z czoła włosy, które wpadały mu do oczu i zajrzał do piekarnika. W naczyniu żaroodpornym przykrytym folią aluminiową znalazł lazanię. Zmarszczył brwi. To nie było danie, którego wykonanie zajmowało niewiele czasu. Z tego, co pamiętał, matka powinna skończyć pracę niewiele ponad godzinę temu. To przynajmniej wyjaśniało to, dlaczego się nie przebrała i w dodatku poplamiła sobie marynarkę. Tylko po co to wszystko? Równie dobrze mogła zrobić coś na szybko.
Nie wiedział, że wyszła z pracy godzinę wcześniej.
Nie zastanawiał się nad tym jednak zbyt długo, tylko zabrał się do jedzenia, bo lazania była jego niezaprzeczalnie ulubionym daniem. Usiadł przy kuchennym stole i wpatrywał się w kwiecistą ceratę, widelcem rozgrzebując posiłek. Ciszę w mieszkaniu rozpraszał jedynie dobiegający z salonu szum telewizora.
— Gdzie Alice? — zawołał, zmywając po sobie talerz.
Nie otrzymał odpowiedzi, ale usłyszał kroki matki na korytarzu. Wycierał ręce o spodnie, gdy Marie stanęła w drzwiach i oparła się o framugę, krzyżując ramiona na piersi.
— Usiądź. Musimy porozmawiać.
Theodore chciałby powiedzieć, że ta zagrywka na niego nie działa, ale jego serce momentalnie przyspieszyło. Ostatnim razem, kiedy usłyszał od niej te słowa, okazało się, że spłodził go rzymski bożek. Nie chciał tego powtarzać. Cofnął się i usiadł na tym samym krześle, co wcześniej.
— Coś się stało? — zapytał z nutą niepewności w głosie.
Przy matce jakoś zawsze tracił werwę do udawania, że nic go nie obchodzi.
— Wyprowadziła się w zeszłym tygodniu. Postanowiła, że skończy szkołę mieszkając u Brandona. Trzasnęła drzwiami i wyszła — wyjaśniła Marie, siląc się na obojętny ton.
Theo miał wrażenie, że powinien poczuć coś więcej, niż tylko zdziwienie. Alice była jego starszą siostrą. Przyrodnią, ale wciąż siostrą, choć ich relacja była skomplikowana. Delikatnie mówiąc. To przez Alice przestał czuć się tutaj jak w domu. Mimo tego czuł się winny przez to, że tak bardzo miał ją w dupę.
— Może tego właśnie chciała. Żyć na swoim — powiedział, wstając. — Nie możemy jej zatrzymywać.
Wydawało mu się, że Marie chciała coś powiedzieć, kiedy mijał ją w drzwiach, ale zrobił to za szybko, żeby się zatrzymać.


────
[630 słowa: Theodore otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Isobel CD Dahlii — „To twój ciężarek?”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

— I właśnie wtedy ten durny babsztyl zażądał zwrotu pieniędzy! Wyobrażasz sobie? Przecież to jakaś bezczelność — prychnęła Isobel, odrzucając pukle rudych włosów na plecy.
Choć w barze było parno i non stop narzekała na zbyt wysoką temperaturę, teraz, gdy wyszła na zewnątrz, wiało jej po nogach i żałowała, że wczesną wiosną zdecydowała się na założenie krótkich spodenek. Jedynie przyspieszyła kroku. Im szybciej załatwią sprawę, tym przecież lepiej.
— O, to już to osiedle. Zaraz będziemy — powiedziała, zerkając na Dahlię, która ze zmarszczonymi brwiami rozglądała się dookoła.
No, może słowo osiedle było przesadzone. Kilka bloków, które lata świetności miały już dawno za sobą, goła ziemia zamiast trawnika i kontenery, z których śmieci już dawno zaczęły się wysypywać. Niezbyt urocze miejsce do mieszkania. Is może i mieszkała w mikrokawalerce, ale u niej pod klatką zawsze było czysto. Ba, miała nawet kawałek trawnika z prawdziwego zdarzenia! W każdym razie na pewno żyła w lepszych warunkach, niż panowały tutaj. Barny kiedyś napomknął jej coś o tym, że wykupił w jednym z bloków dwa mieszkania i je połączył, dzięki czemu miał wygodną nadwyżkę miejsca, ale nie miała zielonego pojęcia, dlaczego wybrał do życia tak paskudne miejsce.
— W którym bloku mieszka? — zapytała Dahlia, poważnie zastanawiając się nad tym, czy odzyskanie jej plecaka jest tego wszystkiego warte.
— Chyba w piętnastym. Barny napomknął mi coś, że to, jeden z tych ładniej… Chryste panie, jak tu capi.
Isobel skrzywiła się, na moment zakrywając rękawem nos. Była pewna, że po powrocie do domu będzie długo zmywać z siebie cały ten smród. Czuła, że już przykleił się do jej ubrań, skóry i włosów. Obrzydlistwo. W pośpiechu minęły kontenery na śmieci i Is skręciła w jedną z mniejszych uliczek.
Przed blokiem numer piętnaście była nawet nie do końca zdemolowana ławka, a obok rosło kilka przywiędłych kwiatków. Najwyraźniej to Barty miał na myśli, mówiąc, że to jeden z najładniejszych bloków na osiedlu. Może faktycznie mniej śmierdziało tu brudną szmatą, ale poza tym nie widziała dużej różnicy. Zatrzymała się i obrzuciła wzrokiem stare drzwi i zdecydowanie niedziałający domofon.
— Mam nadzieję, że obędzie się bez większych problemów. Marzę o prysznicu. I łóżku. Ale najpierw niech Falafąs odda ci plecak — powiedziała w końcu i sięgnęła dłonią do (na szczęście czystej) klamki i zdecydowanym ruchem otworzyła drzwi. — Byle tylko nie pobudzić sąsiadów, bo wezwą policję i wszystkich nas zawiną. A ja nie mam czasu siedzieć na komisariacie — szeptała do Dahlii, kiedy mozolnie wdrapywały się na ostatnie — czwarte — piętro.
No, mozolnie to może wspinała się Isobel, bo Dahlia poradziła sobie z tą wspinaczką dużo lepiej. To już naprawdę utwierdziło Is w przekonaniu, że powinna częściej chodzić na siłownię.
— Masz na to w ogóle jakiś plan? — zapytała po cichu Dahlia, kiedy już stanęły przed drzwiami do mieszkania dwudziestego ósmego.
— No wiesz… Właściwie to nie. Ale będziemy szybko myśleć. — Is uśmiechnęła się i sięgnęła do drzwi.
— Czekaj-
…Ale ona już zapukała. Odczekała chwilę, w lekkim napięciu, ale absolutnie nic się nie wydarzyło. Zapukała ponownie, z tym samym efektem. Westchnęła jakby z żalem. Miała nadzieję, że nie będzie musiała się do tego uciekać.
— Plan jest taki: wchodzimy, zabieramy plecak, wychodzimy. Jak coś pójdzie nie tak, to… Zwiewamy — powiedziała, posyłając Dahlii cień swojego nonszalanckiego uśmiechu.
Ostrożnie pociągnęła za klamkę, ale drzwi oczywiście okazały się zamknięte. Jasne już było to, co Isobel musi zrobić dalej.
Gdzieś w środku wiedziała, że to już nie jest robienie żartów dzieciakom z innego domku w obozie, tylko włamanie, ale Falagacośtam nie brzmiał jej na osobę, która dobrowolnie odwiedziłaby komisariat policji. Ta świadomość zdejmowała jej trochę ciężaru z ramion, choć wciąż czuła się nieco dziwnie, kiedy grzebała w swojej torebce. Zawsze miała przy sobie albo swój autorsko zmontowany wytrych, albo coś, co w razie potrzeby mogło służyć jako jeden. Choć od przeprowadzki do San Francisco rzadko używała go w celu innym, niż otwieranie zatrzaśniętych drzwi łazienki służbowej w barze, raczej nie umiała się z nim rozstać.
— Nie pytaj — rzuciła tylko w stronę Dahlii, opierając się ramieniem o ścianę. Miała nadzieję, że chociaż trochę zasłoni swoim ciałem to, że zamek ustąpił niemal od razu. Wsunęła wytrych do kieszeni spodni. — Badziewie — dodała zapobiegawczo, uśmiechając się lekko.
Drzwi otworzyły się z cichym skrzypieniem. Isobel nie ryzykowała włączenia światła, tylko pozwoliła drzwiom otworzyć się na roścież, żeby światło z klatki schodowej zalało choć korytarz wejściowy. Z miejsca dało się zauważyć, że mieszkanie jest okrutnie zagracone. Czuć w nim było, że właściciel dawno nie wietrzył tego wnętrza.
Ostrożnie stawiała kroki na brudnej podłodze, starając się na nic nie nadepnąć, co wcale nie było takie proste.
— Zamkniesz drzwi? — poprosiła, odwracając się do Dahlii, której sylwetkę wciąż mogła zobaczyć w słabym świetle z klatki schodowej.
Drzwi zamknęły się z cichym trzaskiem.
— Musimy znaleźć jakiś włącznik światła, bo się poprzewracamy — zauważyła Dahlia, a Is zaczęła ostrożnie obmacywać ściany w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogło służyć do włączenia oświetlenia.
Ostatecznie Dahlia w końcu znalazła częściowo ukryty za jakimś tandetnym obrazem włącznik i korytarz zalało żółte światło.
Mieszkanie było maleńkie; Isobel powiedziałaby, że jest niewiele większe od jej własnego. A może to bałagan, który był wszechobecny, aż tak je optycznie pomniejszał. W każdym razie, próby znalezienia plecaka Dahlii wcale nie trwałyby długo. Zapewne byłby jedną z nielicznych nowych i czystych rzeczy tutaj, więc rzucałby się w oczy. A jednak plecaka nigdzie nie było. Isobel od niechcenia przeglądała asortyment mieszkania, chociaż nie było tu nic wartego jej uwagi.
— Nic z tego, nie ma go tutaj — powiedziała w końcu, wracając do Dahlii, która właśnie zajrzała do mikroskopijnej, brudnej kuchni.
— Pewnie ma go ze sobą. Chodźmy już stąd, nie ma sensu się tu dłużej kręcić, powinnyśmy…
Dahlia zamilkła, kiedy rozległ się odgłos zamaszystego otwierania drzwi. Isobel zamarła, wpatrując się w otwarte drzwi do kuchni i rozświetlone wnętrze mieszkania. Rzeczony Fagalala stanął we framudze, z plecakiem Dahlii na ramieniu i pseudo groźną miną i spojrzał na nie, jakby nigdy w życiu nie widział ich na oczy. Co, oczywiście, prawdą nie było.
— A co wy tutaj, kurwa, robicie?


Dahlia?
────
[972 słowa: Isobel otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

piątek, 22 maja 2026

Od Sony CD Mikołaja — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

LATO V

– A to nie byłoby właśnie łatwiejsze? – pyta Mikołaj z dość sporą dozą zaskoczenia i równie sporą dozą kompletnego niezrozumienia zawiłych procesów myślowych, które pędzą przez umysł Sony, wywijając pętelki mniej więcej co dwie milisekundy. Nie można z pewnością stwierdzić, że Apolliniątko rozumie własne procesy myślowe. Pewnie ostatecznie z zawiłych supłów wyplątuje wyłącznie skrawki oryginalnych, znacznie bardziej szalonych pomysłów.
– Nie wiem, jak to tam u was wygląda w tej Europie – beztrosko wzrusza ramionami – ale tutaj znaleźć dobry pociąg, który cię zawiezie gdziekolwiek dalej niż do najbliższego miasta, to jest… to jest sztuka. Już nie mówiąc o tym, że bardzo niewygodna i droga. Poza tym Adam zawsze ma cały zestaw przetrwania w bagażniku i pewnie uprze się, żeby postawić nam obiad, ale spać to pewnie będziemy musieli u niego w samochodzie. W każdym razie, kto by nie skorzystał? – tłumaczy, próbując odnaleźć dobry kurs na gęsto zapisanej tablicy. – O, jest, nasz pociąg będzie na peronie drugim.
– To nie będzie wykorzystywanie? – chłopakowi wymyka się to pytanie, chociaż koncept dorosłego księdza wykorzystywanego przez losową nastolatkę mało komu zmieściłby się w głowie.
– Co ty gadasz w ogóle. – Sony macha ręką, wyruszywszy w skomplikowaną drogę na peron drugi, klucząc pośród schodów, tuneli i ślepych uliczek kompletnej koszmaru architektonicznego. – Adam po prostu jest miły, gorzej byłoby, jakbyśmy odmówili, serio. Zabrał mnie raz na długą wycieczkę i potem się musiałam trochę za długo tłumaczyć rodzicom, czemu mnie nie było w domu…
– Aha. No to jeśli tak, to okej – wreszcie stwierdza Mikołaj, choć nie wygląda na to, że skonsternowanie całkowicie go opuściło. – A bilety to kupujemy?
– Eee, chyba tam będą automaty! – Sony wskazuje gdzieś przed siebie, po czym jednak się odwraca i wpatruje w drugi koniec korytarza, w którym aktualnie się znajdują, przy czym wydaje z siebie typowe odgłosy ciężko myślącego człowieka. – Albo tam? W sumie to dawno mnie tu nie było. Ale na tej stacji na pewno jakieś były.
– O której mamy pociąg?
– Zadajesz trudne pytania – śmieje się Sony i z radosnym uśmiechem rusza przed siebie. Może w stronę biletomatu, może nie, okaże się za jakiś czas. Mikołaj podąża za nią, już bez kolejnych komentarzy. Według Apolliniątka nieposiadanie biletów na pociąg nie jest niczym, co wymaga jakiegoś szczególnego przerażenia. Ona regularnie zapomina o tym, że przed wyjściem z domu powinna wziąć ze sobą na przykład portfel albo chociaż parę walających się od miesiąca na biurku banknotów. I co, dalej żyje. Jakoś zawsze udawało jej się wydostać z opresji, nawet jeśli wymagało to nieszczególnie bezpiecznych podróży autostopem.
Jedyny biletomat, wspaniały, ociekający amerykańskością AMTRAK KIOSK, jaki udaje im się wreszcie odnaleźć, nie działa. Sony zbywa to wzruszeniem ramion i postanawia poprowadzić Mikołaja dalej, jeszcze głębiej w odmęty dworca, który z każdym krokiem coraz bardziej przypomina twór podobny do Labiryntu.
– Możemy chyba kupić w pociągu, nie? – Chłopak nerwowo zerka na zegarek w swoim telefonie, choć właściwie żadne z nich nie wie, o której odjeżdża ich pociąg.
– Ale tam są droższe!
– Jak to: droższe?
– No, normalnie. Dzień dobry! Dwa bilety na najbliższy pociąg do centrum Nowego Jorku, poproszę! – woła Apolliniątko, wreszcie dobiwszy do kasy biletowej. Siedząca za szybą kobieta posyła Sony nieszczególnie miłe spojrzenie, lustruje ją od końca związanych w kucyki dredów, przez kolczyki na twarzy, aż po kolorowy top. Wzdycha, powoli wpisuje coś w swój komputerek i dopiero wtedy nareszcie się odzywa.
– Ok. Normalne?
– Ile masz lat? – Sony wbija wzrok w Mikołaja, kasjerka znowu głęboko wzdycha, wielce sfrustrowana, bo musi wykonywać swoją pracę.
– Szesnaście, ale to chyba jasne, że mam mniej niż osiemnaście, co nie? W Obozie jesteśmy razem.
– Ech, no to trudno. Dwa normalne – zwraca się z powrotem do kasjerki, ignorując zdziwione spojrzenie chłopaka i jego zmarszczone brwi.
Dopiero gdy bezpiecznie siedzą na swoich miejscach, po zapłaceniu za bilety istnej fortuny, Mikołaj powraca do tematu.
– Ale czemu normalne? Mamy przecież poniżej osiemnastu lat.
– I co z tego?
– No??? Powinniśmy mieć ulgę???
– Nie??? – Sony wpatruje się w niego, zszokowana. – Jeżdżę pociągami, od kiedy trafiłam do Obozu, wiem, jak to działa. Dzieciaki do dwunastu lat płacą połowę ceny. Studenci od siedemnastu lat płacą ze zniżką iluś tam procent. Jak jesteś zwykłym, przeciętnym nastolatkiem, to płacisz normalnie, jak każdy. W Europie macie inaczej??
– W Polsce to każdy uczeń ma zniżkę.
– Wow, serio? Jakby tak tutaj było, to bym oszczędziła literalnie MILIONY. Albo bardziej moi rodzice, ale wciąż. Płacenie pełnej ceny absolutnie ssie, już lepiej ci czasem wyjdzie zapłacić za paliwo.
– Najbardziej wolny kraj na świecie, hm?
– Co?
– Nic, nic.

– ADAM! – wrzeszczy Sony, gdy udaje jej się dostrzec wystające ponad tłum siwe włosy. Mogłoby się wydawać, że z tej radości rzuci się księdzu w ramiona, ale jedynie podaje mu rękę na przywitanie, po czym przesadnie teatralnym gestem wskazuje na Mikołaja. – A to Micoway! Mój nowy przyjaciel!
– Mikołaj – poprawia ją chłopak, ale Sony wciąż nie widzi różnicy.
– Hej – wita się Adam, prezentując sobą niekoniecznie dobry przykład dla młodzieży: w palcach trzyma tlącego się papierosa, jego uszy błyszczą od pokaźnej kolekcji kolczyków, a oczy ozdobione są delikatnym makijażem, który i tak nie jest w stanie ukryć fioletowych worów chronicznego niewyspania. O jego profesji świadczy wyłącznie wciśnięta w kołnierz koszuli koloratka, która w zestawieniu z ogólną prezencją Adama tworzy dość groteskowy obraz. – Żeby nie było, Sony. Nie podwożę was do Minnesoty, zrozumiałoś? Ciesz się, że w ogóle się zgodziłem i na was poczekałem.
– A co, jedziesz gdzieś? – pyta Apolliniątko, w podskokach podążając za najbardziej nonszalanckim i dziwnym księdzem, jakiego widział świat.
– Do Pittsburga. Greg potrzebował kogoś, kto by się z nim wymieniał za kierownicą – tłumaczy niezadowolonym tonem. Łatwo wywnioskować, że wolałby zostać w domu, zamiast jechać do Pensylwanii. – Mój kuzyn – dodaje, znacząco patrząc na Mikołaja. – A ani Mary, ani Daphne, tym bardziej Caroline nie były gotowe aż tak się dla niego poświęcić. Moje ciotki i babcia.
– Aha, znowu się dałeś na to namówić? – śmieje się Sony. Gdy zbliżają się do samochodu, wesoło macha ręką do czekającego na nich Grega.
– Yo, Siwy Jezu, ty się w misjonarza bawisz? Darmowa podwózka dla aż dwójki dzieciaków?
– Gdzieś w Piśmie musi być fragment o pomaganiu nieletnim w potrzebie – stwierdza Adam, zasiadając za kierownicą.
Sony uprzejmie otwiera tylne drzwi dla Mikołaja, kłaniając się w książecym geście i równie majestatycznie wskazując wnętrze zagraconego puszkami i zużytymi chusteczkami samochodu.


Mikołaj?
────
[1015 słów: Sony otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 21 maja 2026

Od Edel CD Theodore'a — „Goopya Peezda”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

Wkroczywszy do biura, Edel nie ma pewności, czy nie przyłapali pretora na nielegalnej przerwie od pracy (albo zupełnie legalnej, po prostu przerwie). Wielce niekompetentny przywódca Obozu Jupiter powoli podnosi głowę z ułożonych na biurku rąk i, przecierając dłońmi twarz, najpierw mamrocze coś brzmiącego jak wezwanie o pomoc do wszystkich bogów, którzy go słyszą, aż wreszcie zaczyna mówić wyraźniej. Co ważniejsze, głośniej.
Izan kurwa, ja cię- Och. Edel. – Po tych słowach Vergil dodaje ciche: „dzięki bogom” i prostuje się, przybierając bardziej poprawną dla pretora postawę. – I Theodore. Cześć.
– Masz chwi- Znaczy. To sprawa niecierpiąca zwłoki – zaczyna Edel, porzucając swoją postawę totalnego people pleasera, której czasem się ugina. Zamiast kontynuować, musi na moment przerwać i ukryć potężne ziewnięcie za dłonią.
– Haha. Zwłoki – gorzko prycha Theodore. Doprawdy wspaniałe poczucie humoru. Gdyby byli w innej sytuacji, Del zaśmiałaby się, ale tak z uprzejmości.
Vergil, zdezorientowany przez słowa chłopaka, marszczy brwi i wbija w niego spojrzenie, które tak samo, jak może być zaciekawione, może być również wściekłe (po nim to zawsze trudno poznać). Druga opcja zdaje się bardziej prawdopodobną, zwłaszcza dodając do sytuacji kontekst niedawnego i najprawdopodobniej nieprzyjemnego spotkania pretora z Izanem (który ostatnio odwiedza go częściej, niż Vergil Cherry).
– Przepraszam. I, no, tak, znaleźliśmy zwkłoki – kontynuuje Edel, odchrząknąwszy po przydługim ziewnięciu. Zachowanie choćby minimalnego profesjonalizmu w tak sennej atmosferze powoli staje się dla niej zadaniem niemożliwym do wykonania. – W labiryncie, dwójka obozowiczów, czwarta kohorta…
– Standardowa procedura – rzuca Vergil i w pośpiechu przerzuca zgromadzone na blacie papiery, prawie przewracając swoją ogromną misę pełną fasolek. – Zaraz ci to znajdę… trzeba te ciała tu przynieść, bo rozumiem, że ich nie macie. Pogrzeb wyprawimy-
– Oni umarli – wtrąca się Theodore, skupiając na sobie wzrok centurionki. Chłopiec wbija nieruchomy wzrokwbija w Vergila, jego zaciśnięte pięści drżą, głos przesiąknięty jest… Edel trudno to określić, bo taka ilość goryczy i wściekłości nie pasuje jej do drobnej postaci bladego chłopaka.
Powietrze staje się ciężkie jak w niewietrzonej od pięciu godzin sali lekcyjnej, a centurionka nagle stwierdza, że jeśli nie wypije litra espresso, to zaraz padnie na ziemię jak sim z wyzerowanym paskiem energii. Vergil trzaska szufladami, przetrząsając zgromadzone w nich papiery i chwilę zajmuje mu uniesienie się, spojrzenie na Theodore'a i… zakrycie ust dłonią, bo nie może powstrzymać ziewnięcia.
– Tak, umarli – mówi wreszcie. Rzuca Edel spojrzenie błagające o szybką pomoc i, gdyby mógł, to pewnie podszedłby do niej, żeby wyszeptać: „Ja cię proszę, ty jesteś lepsza z dziećmi”. – Zajmujemy się tym właśnie.
– Mówicie o tym, jak… Nie wiem, sucho! Jakby, jakby to był nikt ważny, jakby oni…
– Theo, nie możemy dla nich nic więcej zrobić – przerywa mu Edel i waha się przed dobraniem następnych słów.
Nie wystarczyłoby przyznanie, że też chciałaby móc krzyczeć, płakać i popaść w stan ogólnej rozpaczliwej desperacji, bo z każdym dniem coraz trudniej jest jej odnaleźć kolejne kojące wyrzuty sumienia kłamstwo. To nieodpowiedni moment na elaboraty o okresach bez śmierci będących zbyt krótkimi przerwami pomiędzy pogrzebami, na eseje o statystycznej ilości nieudanych misji i starconych ludziach, na opowieść o kopniakach na szczęście i ostatnich zasłyszanych słowach. Z rozmów o czasie kochania i umierania, przemijalności życia i byciu półbogiem nazbierała już tyle przydatnego materiału, że gdyby zebrała się w sobie, to napisałaby potężną pracę naukową na ten temat.
Wpatrując się w wykrzywioną złością twarz chłopaka, Edel zamiast czuć się osaczona albo zwyczajnie smutna, że on też musi to przeżywać, próbuje nie zamknąć oczu na sekundę zbyt długo. Odszukiwanie poprawnych słów przypomina grzebanie w wypełnionej gęstą watą poduszce, w której, oprócz oplatającego palce puchu, nie ma nic. Jej mózg postanowił przetransformować się w gęsty i lepki budyń, bez choćby ślada myśli w sobie.
– Posłuchaj, chciałeś tu przyjść i zeznawać – po trochę zbyt długiej przerwie zwraca się do Theodore'a tonem, który podłapała od swoich nauczycielek. – Teraz jest czas na to. Będziemy ich opłakiwać, gdy wreszcie odzyskamy ich ciała i wyprawimy pogrzeb, a nie w momencie, kiedy jesteśmy w… w kropce. Tak, możesz czuć frustrację, to jest naturalne, ale jeśli masz utrudniać sprawę, to muszę cię poprosić o wyjście.
– Czemu wy mówicie o tym w ten sposób? – Theodore przenosi wzrok z Edel na Vergila, bo najwyraźniej odpowiedź dziewczyny w ogóle go nie zadowala. Szuka ratunku w pretorze, zapewnienia, że się naprawdę bardzo przejmuje i nie znajduje niczego, co może go usatysfakcjonować.
– Mógłbyś się uspokoić? – kąśliwie rzuca Vergil, któremu wreszcie udaje się znaleźć stosowne dokumenty. – Okej, Edel, tutaj będzie trzeba to uzupełnić, daj to centurionom czwórki i weźcie znajdźcie kogoś, kto pójdzie z wami po te ciała. A. I trzeba im dać jakąś reprymendę, że nie zauważyli zniknięcia dwóch legionistów. Problem z przeniesieniem jest w czym, w wadze?
– Jak próbowaliśmy do nich podejść, zaatakowała nas amfisbena.
– Oooooch, tak – mruczy Vergil i przez chwilę stuka palcami w biurko bez odrobiny rytmu. – Weźcie jakiegoś dzieciaka Marsa do pomocy.
Zapada chwila ciszy, podczas której Edel intensywnie wpatruje się w Vergila.
– Aaaaaalbo nie dzieciaka Marsa. O, Jowisza na przykład. Friedrich wam pomoże.


Theodore?
────
[803 słowa: Edel otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

środa, 20 maja 2026

Od Aye CD Chaita — „Let's start again”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Aye wręcz uginało się pod ciężarem zmęczenia. Czuło, że zaraz głowa jejmu wybuchnie od wszechobecnego hałasu. Dzieci nieustannie krzyczały, piszczały i głośno się śmiały, a ich rodzice niezbyt interesowali się ich dobrobytem; stali gdzieś na uboczu, rozmawiali ze sobą i nawet nie zwracali uwagi, że ich syn albo córka zaczepia biedną panią ze stoiska, albo gania za miejskimi gołębiami, które przyleciały tutaj tylko w poszukiwaniu jedzenia.
— Nie możemy razem? — zapytało, zwracając uwagę na to, że Chait nie uwzględnia siebie w planie ucieczki. — Chyba też nie chcesz tutaj być, prawda?
Chait był jednak typem osoby, która najpierw pomyślała o innych, a dopiero później o sobie. Skutkowało to później bezsensownym męczeniem się na głupich festiwalach, straganach czy innych atrakcjach organizowanych dla dzieci albo młodzieży.
— To przeze mnie tutaj jesteś.
Aye wyraźnie się skrzywiło. Nawet nie próbowało ukryć niesmaku, który od razu pojawił się na jejgo twarzy. Co to znaczy, że przez niego tutaj się znalazło? Przecież nie było to niczyją winą! Festiwal musiał być ogłaszany wcześniej, a oni o tym zwyczajnie nie wiedzieli, bo nie byli w stanie śledzić każdego możliwego informatora.
— Właściwie, ty też o tym nie wiedziałeś, prawda? — zwróciło uwagę. — Z jakiej to okazji? Wiesz coś więcej?
Chait wzruszył ramionami. Był bardzo zmęczony, ale przez lata pracy w takich miejscach nauczył się to dobrze ukrywać.
— Takie rzeczy nie muszą być organizowane na specjalne okazje. Czasem wystarczy, że ktoś ma dużo pieniędzy i za dużo wolnego czasu. Czasem brakuje też pracowników i proszą o pomoc każdego, nawet jeśli ma się wolne.
— Aha.
Aye nie kryło swojego zdziwienia. Była to dla niejgo bardzo dziwna forma pracy. Wyobrażało sobie Chaita, który w spokojne — takie jak te — popołudnie odbierał telefon od szefa, który kazał mu jak najszybciej zjawić się w danym miejscu, bo za dwie godziny zaczynają festiwal dla dzieci.
Ich rozmowę przerwała jedna z koleżanek Chaita. Podbiegła do nich, ocierając przy okazji spływający pot z czoła.
— Co wy robicie? Zaczyna przychodzić więcej dzieci! — wydyszała. Dziewczyna zgięła się w pół i oparła ręce na kolanach. Oddychała tak ciężko, jakby właśnie przebiegła półmaraton.
Chaitowi zadrżał kącik wargi. Z całych sił starał się zapanować nad wyrazem swojej twarzy, by wciąż wyglądać tak samo przyjaźnie.
— Niestety nie mamy już czasu — odpowiedział najłagodniej, jak się tylko dało.
Aye na potwierdzenie tych słów pokiwało głową. Chciało jakkolwiek dodać Chaitowi otuchy, bo samo z siebie nie chciałoby nigdy w życiu obcować z tak denerwującą osobą, jaką była ta… Jessica? Karolina? Już nawet nie pamiętało imion tych dziewczyn.
— Nie żartuj sobie, Chait. — Dziewczyna powoli się wyprostowała. Uśmiechnęła się w najbardziej irytujący sposób, w jaki tylko mogła to zrobić. — Jeszcze tylko godzinkę, dobrze?
Obydwoje wiedzieli, że jeśli zgodzą się tutaj zostać, to na godzince się nie skończy. Kolejki do stoisk były już ogromne. Rodziny z dziećmi przybywało, jakby teleportowali się z drugiego końca miasta specjalnie dla tego jednego festiwalu. Aye na sam ten widok robiło się słabo i naprawdę — ale to naprawdę — nie chciało już w tym uczestniczyć.
— Mam ważne spotkanie rodzinne — skłamał. Przez cały czas perfekcyjnie ukrywał swoje zdenerwowanie. Aye było pełen podziwu. — Następnym razem, dobrze?
Dziewczyna cmoknęła. Zmarszczyła się na twarzy, a wcześniejszy, nienaturalnie szeroki uśmiech, został zastąpiony grymasem.
— Zostajecie jeszcze, jasne? Nie mogę teraz pozwolić sobie na braki kadrowe.
— Nie pracuje dzisiaj — podkreślił ten istotny fakt Chait. — Nie będziemy zostawać tutaj ani minuty dłużej.
Jeśli Chait miał problem z asertywnością, to tym razem udowodnił, że gdy trzeba, umie się postawić.
— Naprawdę was potrzebuję.
Jessica chyba miała problem ze zrozumieniem słowa „nie”. Chait westchnął w odpowiedzi. Ile razy jeszcze musiał powtórzyć, że tutaj nie zostaną, aby dziewczyna w końcu to zrozumiała?
— Skoczę tylko do toalety.
Jessica byłaby naprawdę nieludzka, gdyby zabroniła Chaitowi pójść się wysikać, więc tylko kiwnęła głową i wróciła na swoje stanowisko. Półbóg jednak miał inny plan, a toaleta była tylko wymówką.
— Uciekamy stąd. — Uśmiechnął się najszerzej, jak tylko potrafił w tej sytuacji. Ten uśmiech jakoś pomógł Aye w ukojeniu swojego zdenerwowania i przebodźcowania.
Chait, jako że był dzieckiem Iris, mógł stworzyć tęczę i za pomocą tej tęczy przenieść się w zupełnie inne miejsce. Tak też właśnie zrobił. Stworzył tęczę w miejscu, w którym pozostawali niezauważeni i przeniósł ich w inną część miasta. Znacznie spokojniejsza, o ile to słowo było odpowiednie w kontekście opisywanej jakiejkolwiek dzielnicy Nowego Jorku.
Plecy Aye spotkały się ze ścianą budynku, a Chait wylądował w koszu na śmieci. Dosłownie. Z niewiadomego powodu trafili w ślepy zaułek, gdzie cuchnęło trupem, a słońce nawet nie próbowało tutaj zaglądać.
— Serio z nimi pracujesz? — zapytało Aye. To było pierwsze pytanie, które nasunęło się jejmu na myśl. — Przecież oni cię nawet nie szanują.
— Zły dzień, czy coś.
Złego dnia jednak raczej nie miały te dziewczyny, ale oni. Nie dość, że musieli pracować za darmo, to Chait jeszcze wylądował w kuble na śmieci i śmierdział tak samo paskudnie, co stereotypowy pijaczyna.
— Po prostu cię wykorzystują. — Aye zmarszczyło brwi. Za każdym razem, kiedy spotykał Chaita, widział go wykonującego prace, której nawet nie lubił. — Strasznie śmierdzisz. Bez obrazy.
Chait się zaśmiał, czego Aye nie rozumiało i patrzyło się na niego przez dobrą minutę bez żadnego słowa. To takie śmieszne, że ubrania miał umazane jakimś starym jogurtem i że śmierdział rozkładającymi się resztkami jedzenia?
— Czyli rozumiem, że już nie chcesz ze mną spędzić reszty tego dnia?
— Nie. — Pokręciło głową. Czasem było zbyt bezpośrednie. — Ale jeśli się umyjesz, to znajdę godzinę.
— Mówisz poważnie?
— Takie to dziwne? — naburmuszyło się.
Aye jakoś poczuło się urażone. Przecież cały czas mówiło poważnie!
— W takim razie chcesz wpaść do mnie? Zmienię ubrania i będę jak nowy.
Aye miało od razu odmówić. Propozycja wydawała się jejmu co najmniej dziwna i nie na miejscu; ale z jakiegoś powodu powstrzymało się przed opryskliwą odpowiedzią i kiwnęło głową na tak.

────
[937 słów: Aye otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Kaliny — „Nie taka jajecznica straszna, jak ją bananują”

Kalina wyszła zirytowana z łazienki, trzymając w ręce szczoteczkę do zębów. W ciągu ostatnich trzydziestu minut budzik jej współlokatorki dzwonił już piąty raz, nadal nie przynosząc żadnego efektu.
— Wstajesz?! — zastukała pięścią do drzwi Amandy, gotowa wejść do środka, aby ją obudzić.
— Yhm… już… — odpowiedział jej niemrawy głos.
Wzruszyła ramionami i wróciła do mycia zębów. Nie była w stanie pojąć, jakim cudem jej przyjaciółka, śpiąca z telefonem przy poduszce, przesypiała każdy budzik, podczas gdy ją samą budziły te same melodie, ale dochodzące zza ściany. W pewnym sensie nawet zazdrościła dziewczynie tak mocnego snu. Na pewno przydałby się jej w dni, w które mając zajęcia po południu, zostaje brutalnie obudzona o siódmej. Taki dzień był na przykład dzisiaj.
Kiedy skończyła, umyła twarz i powolnym krokiem poszła do kuchni. Otworzyła lodówkę i dobrą minutę analizowała jej zawartość, zastanawiając się nad możliwymi opcjami śniadania. W końcu zamknęła ją, nic nie wyciągając ze środka i chwyciła za czajnik. Ledwo zdążyła wlać do niego wodę, kiedy znowu usłyszała budzik Amandy.
Odstawiła czajnik za kuchenkę i skierowała się w stronę pokoju współlokatorki. Tym razem nie pukała w drzwi, po prostu weszła z hukiem do środka.
— Albo wstań, albo wyłącz w końcu ten cholerny budzik — powiedziała stanowczo.
Amanda przetarła oczy dłońmi i spojrzała na nią zdezorientowana.
— Co…? — zaczęła rozglądać się w poszukiwaniu cały czas dzwoniącego telefonu.
— Na którą masz?
— A która jest?
— Jakoś po ósmej? — Kalina powiedziała niepewnie, bezskutecznie szukając zegara na ścianie.
— Co? — Amanda w momencie się rozbudziła. W końcu udało jej się znaleźć telefon, leżący na drugim końcu łóżka i wyłączyć budzik. Widok ósmej piętnaście sprawił, że niemal wyskoczyła z łóżka. — Dlaczego mnie nie obudziłaś?
— A miałam? — zdziwiła się Kalina. — Będę robić jajecznicę, zrobić ci?
— Jezu, jakbyś mogła — dziewczyna popatrzyła na nią, nie kryjąc wdzięczności. — Kochana jesteś.
— Wiem — zaśmiała się, wychodząc.
Idąc do kuchni, Kalina przypomniała sobie śniadanie, które często jadała u babci, kiedy była dzieckiem. Kobieta uwielbiała eksperymentować z dziwnymi połączeniami smakowymi, co małej Kalinie bardzo się podobało. Z chęcią zjadała tosty z jajkiem i keczupem lub jajecznicę z bananem. To właśnie ją miała zamiar teraz odtworzyć.
Krojąc banana w kostkę, zaczęła mieć wątpliwości, czy na pewno dobrze pamięta sposób, w jaki jej babcia robiła tę jajecznicę. Pomysł wydał jej się absurdalny i, mimo że jadła to danie setki razy, zaczęła mieć wątpliwości, czy wspomnienia nie płatają jej figla. Nie była też pewna, czy takie śniadanie będzie smakować Amandzie. Ostatnie wahanie jednak szybko się rozwiało, bo doszła do wniosku, że jeśli dziewczynie takie jedzenie się nie spodoba, to może zacznie wstawać wcześniej, żeby uniknąć jedzenia go w przyszłości.
Rozbełtała jajka w misce i przypomniała sobie, że zapomniała o najważniejszym. Wyjęła z szafki masło orzechowe i dodała je do jajek, a następnie posoliła mieszankę. Wszystko oczywiście na oko. Następnie zaczęła podsmażać kawałki banana na patelni z rozgrzanym masłem, do których po paru minutach wlała jajka. Po drodze przypomniała sobie, że zaaferowana budzikiem przyjaciółki, w końcu nie włączyła czajnika.
Niedługo później jajecznica była skończona. Nie wyglądała na najapetyczniejsze danie na świecie, ale przecież wygląd nie musiał odzwierciedlać smaku, prawda? Poza tym, czy rozmemłane jajka kiedykolwiek wyglądały dobrze?
— Gotowe! — krzyknęła w głąb mieszkania i wyjęła talerz z szafki. Nałożyła sobie połowę przygotowanej porcji i już miała usiąść przy stole, kiedy nagle zobaczyła, że w całości zajęty jest puzzlami.
Z westchnięciem przyjrzała się ułożonej ramce, której poprzedniego wieczora jeszcze tutaj nie było. Ramka idealnie mieściła się na blacie, zostawiając na jego brzegach może pięć centymetrów marginesu. Środek stołu zajęty był nieudolnymi próbami ułożenia innych elementów układanki. W skrócie, nie było na stole ani grama miejsca na cokolwiek, co nie było puzzlami.
— Pomożesz mi z tym później? — wchodząca do kuchni Amanda zauważyła, że jej przyjaciółka wpatruje się w układany przez nią obrazek. — Dzięki — dodała, kiedy Kalina ruchem głowy wskazała na patelnię.
— Zobaczę — odparła bez przekonania i usiadła na krześle, postanawiając położyć talerz na parapecie. — Długo zamierzasz to układać?
— Jak mi pomożesz, to pewnie krócej — zaśmiała się. — Co to jest? — spytała zdziwiona, czując nietypowy zapach.
— Jajecznica — wzruszyła ramionami Kalina i wzięła do ust kawałek. Ku jej uldze, jajecznica nie była tak zła, jak się spodziewała, że będzie. Co prawda nie było to wybitne danie, ale całkiem przyzwoite. Wymagało jedynie drobnych poprawek.
— Na pewno? — Amanda nałożyła jajka na talerz, bacznie im się przyglądając.
— Nie, jaja se robię — przewróciła oczami.
— No w sumie to tak.
Amanda usiadła po drugiej stronie stołu, ale w przeciwieństwie do Kaliny, talerz położyła na kolanach. Cały czas niepewnie wpatrywała się jedzenie.
— Z czym to jest?
— Zgadnij, przecież cię nie otruję — zaśmiała się. — Ja jem i żyję.
Dziewczyna podniosła wzrok znad talerza i rozejrzała po kuchni, zastanawiając się nad czymś. Całe wahanie uleciało z niej jak z balonika, kiedy zobaczyła zegar. W pośpiechu zaczęła jeść jajecznicę.
— I jak? — zapytała Kalina zaciekawiona, nie potrafiąc nic wyczytać z miny przyjaciółki.
— Ciekawe… — zastanowiła się. — To banan?
— Banan — potwierdziła.
— No w sumie… spodziewałam się czegoś gorszego — stwierdziła szybko, poganiana mijającymi sekundami.
— Mówiłam — uśmiechnęła się dumna z siebie Kalina.
— Wygląd nie zachęca, zrobiłabym to lepiej — zaśmiała się, uśmiechając się na znak, że nie ma na myśli nic złego.
— Trzeba było wstać godzinę wcześniej — Kalina wzruszyła ramionami i odłożyła swój talerz do zlewu. Wyłączyła gwiżdżący czajnik i wyciągnęła kubek z szafki. — Chcesz herbatę?
— Mam autobus za dziesięć minut — odparła z ustami pełnymi jedzenia.
W pośpiechu dokończyła posiłek i wybiegła na korytarz, rozglądając się za butami.
— Dzięki! — krzyknęła, szukając drugiego trampka.
— Chyba go widziałam u ciebie — przypomniała sobie Kalina. Okazało się, że miała rację.
— Możesz poukładać trochę te puzzle, jak będzie ci się nudzić, nie obrażę się — powiedziała, trzymając za klamkę.
— Nie, dzięki. Nie lubię puzzli — zaśmiała się Kalina. — Co to w ogóle za obrazek?
— Pod stołem leży pudełko.
Dziewczyna weszła do kuchni i spojrzała pod stół.
— No chyba cię coś boli — stwierdziła zaskoczona, nie kryjąc oburzenia.
— No ja wiem, ale jak będziemy układać we dwie, to szybko- — zaczęła tłumaczyć się Amanda przekonana, że Kalinie chodzi o dwa tysiące elementów.
— Nie, nie — przerwała jej. — Nie mam zamiaru układać jebanego akweduktu.


────
[984 słowa: Kalina otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Kalina Novák

Chyba lepiej się dogadać, niż się nie dogadać, nie?


DZIECKO MERKUREGO