LATO
W pierwszej chwili chciałem uciec. Wstać i wyjść, nie myśląc o tym, czy komuś się coś stanie. W drugiej jednak chwili pomyślałem, że to byłoby wybitnie głupie i zapewne zostałbym znienawidzony już na zawsze. W takim wypadku postanowiłem dalej siedzieć na swoim miejscu.
Mieszałem w szklance plastikową słomką. Napój, który wcześniej wyglądał naprawdę ładnie, został zniszczony; bita śmietana wymieszała się z truskawkową, gęstą cieczą, tworząc na powierzchni obraz rozpaczy.
Na ziemię poleciało parę talerzy (tak przynajmniej mi się wydawało), które rozbiły się z przerażającym trzaskiem. Spiąłem zestresowany ramiona, przyjmując od razu pozycję obronną. Siedząca naprzeciwko mnie Daniella… Da… Dominica? zmarszczyła brwi i zerknęła na moją drogą koleżankę Isabellę.
— Ładny dzień, prawda?
Uśmiechnąłem się szeroko, chcąc ukryć swoją niepewność. Myślałem też, że w ten sposób może rozluźnię atmosferę i przestane się bać o własne życie.
— Co?
— No, ładny dzień… jak ty. — Puściłem oczko w stronę Ingrid. Ekspedientka sklepu z pluszakami prychnęła i skrzyżowała ręce na piersi. — Złość piękności szkodzi.
Podniosła się ze swojego siedzenia, uprzednio rzuciwszy kartą menu na stół. Na jej twarzy zagościły rumieńce, które raczej nie były winą wstydu tylko czystej złości.
— Nie wiem jak wy, ale ja stąd wychodzę.
Widziałem, jak zaczyna się obracać. Spokojnie, próbując uspokoić własne nerwy.
Kiedy zbliżała się do drzwi, coś znowu trzasnęło. Był to tak cichy odgłos, że wiedziałem, że to nasz koniec. Że teraz, w tej właśnie chwili, coś obrzydliwie strasznego otwiera drzwi od kuchni i zaczyna węszyć w powietrzu.
Wręcz słyszałem miękkie kroki potwora. Oczami wyobraźni nawet widziałem jego świecące oczy, czarne futro i kły gotowe, by odgryźć mi głowę.
— Wstawaj.
Nie miałem czasu zaprotestować. Wyższa kobieta złapała mnie pod ramię i pociągnęła w stronę wyjścia.
— Hej, he he, poczekaj. — Próbowałem się wyślizgnąć z ucisku, ale wtedy chwyciła mnie jeszcze mocniej, znacznie pewniej, niż przed momentem. — Wiesz, ogólnie to jestem dosyć delikatny, no i wiesz… możesz mnie tak nie trzymać?
Puściła mnie, dopiero kiedy wyszliśmy na zewnątrz. Któryś przechodzeń spojrzał na nas ze zdegustowaniem. Pożegnałem go środkowym palcem, krzycząc, żeby się odpierdolił. Dlaczego to zawsze są mężczyźni?
Poprawiłem pogniecioną koszulę. Daniella miała szczęście, że nie rozciągnęła mi materiału. To przecież kosztowało dużo pieniędzy. Nawet nie pamiętam ile dokładnie, ale na pewno więcej, niż mogłoby mi się wydawać.
— Proponuję przejść się do kawiarni.
Isabella westchnęła. Przetarła twarz otwartą dłonią.
— Ja podziękuję.
— Ależ nalegam, piękna pani.
Zamachnęła się, żeby mnie uderzyć. Ledwo udało mi się to uniknąć.
— Okej! Chciałbym się czegoś napić, dobra?
— Przed chwilą piłeś…
— Chciałbym się napić czegoś ładnego — wtrąciłem się, przerywając Danielli. — Ci tutaj — Wskazałem na szyld wiszący nad nami — mają okropną bitą śmietanę. Wiesz, jak to wyglądało? Jak gówno! Nie będę pijać takich rzeczy.
Odwróciłem się teatralnie na pięcie.
— A znam dobrą kawiarnię, gdzie serwują naprawdę pyszne kawy. I ciasta.
Zarzuciłem nogę na nogę. Oparłem się łokciem o niewielki stolik i wbiłem wzrok w kartę menu. Widziałem wiele interesujących pozycji i na nic nie mogłem się zdecydować.
— Ej, Darcy, wolałabyś czekoladę na gorąco czy może coś mniej słodkiego?
— Mam wybierać za ciebie?
— Myślę, że masz dobry gust. — Popchnąłem kartę w jej kierunku. Plastikowy bloczek poleciał po stoliku i prawie odleciał na drugi koniec sali.
Kobieta przyjrzała się dostępnym daniom, mruknęła pod nosem, ale w końcu zdecydowała mi się pomóc:
— Gorąca czekolada. Wyglądasz, jakbyś lubił takie rzeczy.
Nie mogę powiedzieć, że nie zgadła. Nie byłem teraz chętny na takie słodkości, bo gorąca czekolada jest napojem strasznie słodkim, wręcz przesłodzonym, a chwilę wcześniej bałem się, że jakaś krwiożercza bestia rozerwie nas na kawałki.
— Szybciej.
Zaczęła pospieszać mnie Isabella. Patrzyła na mnie spode łba z założonymi rękoma na piersi. Na twarzy kobiety, a właściwie na jej czole, widniała głęboka zmarszczka, sugerująca, że prędzej czy później znowu spróbuje mnie uderzyć.
— Oj, no! Daj mi się nacieszyć.
— Czym? Tylko ty się cieszysz, że z nami tutaj siedzisz. Myślisz, że chcę tutaj być? Siedzę tu tylko ze względu na bezpieczeństwo.
Zignorowałem to. Nie potrzebowałem psuć sobie humoru. I znowu się stresować czymś, co nie istniało i było wytworem tylko mojej szaleńczej wyobraźni.
Zawołałem kelnerkę i poprosiłem o czekoladę. Zemdliło mnie na myśl, że będę musiał to wypić, ale chciałem zdobyć zaufanie kobiety, z którą niedawno piłem. Wydawała mi się interesująca. Jak niezbadane głębiny oceanu, czy jak się mówi na takich tajemniczych ludzi.
Kiedy na stole pojawiły się nasze zamówienia, od razu otworzyłem usta, by coś powiedzieć. Przerwał mi niestety niezidentyfikowany warkot. Poczułem, jak włosy jeżą mi się na rękach. Z niepokojem zaglądnąłem kobietom w oczy. Nie wyglądały, jakby słyszały to samo, co ja.
— Wierzycie w duchy?
Isabella odstawiła kawę z hukiem na stolik.
— Kurwa, gościu. — Wzięła chusteczkę leżącą obok i wytarła usta. — Kim ty jesteś?
Warczące stworzenie przestało się odzywać. Na chwilę zapanowała cisza. Słyszałem tylko, jak obsługująca nas przed chwilą kelnerka zaczęła zbierać filiżanki ze stolika obok. Jej ruchy zdawały się nienaturalnie miękkie i powolne. Jakby wcale… nie była człowiekiem.
To chyba nie był mój dzień. Zdecydowanie nie był to mój dzień.
Mrugnąłem. Tylko tyle wystarczyło, żeby nagle przed nami wyrósł przerażający stwór. Był tak wielki, że rzucał cień na nasz stolik. Przed oczami zrobiło mi się ciemno. Chyba mdlałem.
— Hej… wiecie…
Chciałem dokończyć „on nas śledził”, ale wtedy potwór rzucił czymś o stół. Wszystko, co trzymaliśmy na drewnianym stoliku, rozsypało się, rozlazło, ogólnie zostało zniszczone i wręcz zrównane z ziemią. Podniosłem się z siedzenia i z przerażeniem zacząłem szukać wyjścia. Nie patrzyłem na Danielle ani Isabellę. Interesowała mnie znowu moja własna dupa, co było co najmniej nie na miejscu, ale od wielu lat walczyłem o życie i nie chciałem go teraz tracić.
Drzwi wyjściowe były zablokowane. Potwór chyba wiedział, że będziemy chcieli wyjść tak samo, jak weszliśmy, więc zastawił je krzesłami i stołami. Nie wiem, czy ktokolwiek z naszej trójki miałby tyle siły, by to poprzesuwać. Niewiele myśląc, pobiegłem na zaplecze. Na suficie wisiał znak wskazujący drogę ewakuacyjną.
— Dante?!
Usłyszałem krzyk za swoimi plecami, ale nawet te wrzaski nie sprawiły, że się zatrzymałem.
Dobiegłem do drzwi wyjściowych na zapleczu. Naturalnie wyglądały na zamknięte, ale gdy je popchnąłem… zamek przeskoczył. Wypadłem na zewnątrz, potykając się o własne buty.
Chwilę później dobiegła do mnie jedna kobieta, a potem następna. Obie zatrzasnęły za sobą duże, czarne drzwi.
— Chciałeś nas zabić?!
Pracownica sklepu złapała mnie za koszulę i przyciągnęła do siebie. Strasznie dyszała. Pot ściekał jej kropelkami po czole.
— Hej, spokojnie, to pewnie był jakiś pijany chłop. Ćpun. Wiecie, czasem się tak zdarza.
Odsunąłem się tak, by zachować bezpieczną odległość między nimi. Nie chciałem wychodzić na wariata. Dopiero co się poznaliśmy. Nie muszą słuchać o czymś, co tylko ja widzę. One pewnie uciekały przed agresywnym, naćpanym chłopem, a ja próbowałem uniknąć śmierci z łap okropnego potwora. Tak pewnie to wyglądało.
— Może… spotkamy się jutro? — Uśmiechnąłem się najszerzej, jak tylko potrafiłem.
schizofrenik ma schizofrenie
────
[1104 słowa: Dante otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]