środa, 29 kwietnia 2026

Od Erin CD Niketasa — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Ostatnią rzeczą, jaką widziała Erin, zanim jej (już i tak ograniczony) wzrok przysłoniła największa chmura kurzu w historii domku numer dwadzieścia, był Ashton rzucający się na Niketasa niczym niezdarny dziki kot, albo dzik. Następnie zamiast w swoją ofiarę, znaczy grupowego, trafił całym ciałem w jedną z wielu półek z książkami i bogowie wiedzą, z czym jeszcze, a potem wszyscy zaczęli dusić się kurzem, pozbywać się go z układu oddechowego i odgarniać rękami, jakby to cokolwiek miało dać. Wszyscy poza Joshuą, który obudził się, zafascynowany sztucznymi ogniami, które (jak miała nadzieję Erin) tylko mu się przyśniły. Córka Hekate nie chciała tego mówić na głos, ale nie była pewna, czy zaraz coś nie wybuchnie, a oni nie zginą mało heroiczną śmiercią, pożarci przez ogień.
— Co tu się- — z głębi domku wynurzyła się Rosalie, grupowa dwudziestki. Złapała kontakt wzrokowy typu „kim wy kurwa jesteście i co wy kurwa zrobiliście” z całą trójką, zerknęła jedynie kątem oka na wciąż śmiejącego się Joshuę, po czym rzuciła, że nie wróci, dopóki nie będzie posprzątane, choćby miała spędzić noc w lesie, i w akompaniamencie dramatycznego skrzypienia drzwi wyszła na zewnątrz.
— Za to — Niketas ruchem ręki objął cały ten bajzel — zapłacisz podwójnie, ty mały g- — zanim dokończył, Ashton znów spróbował go zaatakować (chłopak ewidentnie ma problemy z agresją, chociaż nie wygląda), ale tym razem Erin zdążyła w porę złapać go za koniec koszulki, bo znów nie wyhamowałby przed kolejną półką.
— To jest oszustwo! — młodszy Hermesiak przyjął wielce obrażony ton głosu i pozycję, ale na nikogo się nie rzucił.
— No i co???? Oboje mamy oszustwo we krwi, amatorze. A poza tym, jakby na to spojrzeć, wcale cię nie oszukałem, po prostu nie powiedziałem ci, ile masz zapłacić. Powinieneś się domyślić, że za darmo nic nie ma — Niketas wzruszył ramionami, ale chyba nie zauważył, że nie mówi w stronę brata, a do ściany. Po chwili zdjął pokryte kurzem okulary i wytarł je o koszulkę, by cokolwiek widzieć.
— Ale to twoja wina!
— Jakbyś mi nie podskakiwał, nic z tego by się nie stało — starszy syn Hermesa ewidentnie nie zamierzał ustępować młodemu.
Erin próbując uniknąć bratobójstwa, wtrąciła, że w sumie to i tak wypadałoby tu posprzątać, bo nikt nie robił tego od… odkąd czarownice były jeszcze palone na stosach.
— Cudownie, tania siła robocza się przyda. Ashton — Niketas wskazał palcem na brata, który już prawie otworzył usta, pewnie po to, by oznajmić, że wcale nie ma tak na imię, jednak grupowy znów był szybszy. — Jeśli posprzątasz to na błysk, zastanowię się i może pozwolę ci zapłacić jedynie trzy czwarte ceny więcej. Ale nic nie obiecuję.
— A jak posprzątam cały dom? — Ashton wydawał się pogodzony z przegraną.
— NIE! — Erin sama siebie zaskoczyła nagłą reakcją. — Nie jestem półbogiem godzinę, żeby pozwolić agresywnemu i wkurwionemu dzieciakowi Hermesa grzebać w rzeczach. A nawet gdyby, i tak musiałbyś zapłacić — dodała, zanim zrobił to Niketas, który pokiwał głową, bawiąc się guzikiem koszuli.
— Weź sobie tego tam do pomocy, jeśli ci się uda — grupowy wskazał na Joshuę, który w tej chwili wciąż leżąc, wyciągał ręce w stronę sufitu i wykonywał nimi niezidentyfikowane znaki jak jakiś Wiedźmin z Temu.
— Podziękuję — wymruczał młody, widząc, że nic nie wskóra w dyskusji ze starszym bratem.
— No, to do roboty — rzucił Niketas, po czym z dłońmi splecionymi za plecami, niczym szef korporacji robiący obchód po biurze, podszedł do gara z miksturą. — Trochę kurzu jeszcze nikomu nie zaszkodziło, co nie?
— Alergikom pewnie tak… — syn Hermesa spojrzał na nią wymownie, jakby miała w żadnym wypadku nie kończyć tej myśli. — …będziemy musieli dodać do listy alergenów, tak na wszelki wypadek. Ale myślę, że są tu już bardziej szkodliwe rzeczy.
— Właśnie, nie mamy listy alergenów… — pośpiesznie wyciągnął (zakurzoną) książkę z krzyżówkami z kieszeni, i zaczął pisać coś na ostatniej stronie. — To będzie najbardziej komiczna lista alergenów w historii czarnego rynku — oznajmił z dumą w głosie.
— Z całą pewnością — dziewczyna przytaknęła temu jakże oczywistemu faktowi (nie żeby kiedykolwiek miała do czynienia z czarnym rynkiem), uwierzyła w doświadczenie Hermesiaka. Erin spojrzała na blat. Nie podobało jej się, że słoiczki z brokatem dalej tam są. Trochę obawiała się, że jak zaraz ich stamtąd nie weźmie, to kolejne z nich skończą w kotle, wzięła się więc za sprzątanie miejsca pracy.
— Zakładam, że masz już jakiegoś niewolnika od etykiet? — zagadała Niketasa, który właśnie przestał notować, cokolwiek notował.
— Czytasz mi w myślach, czy co? Właśnie miałem po niego iść — z tymi słowy podszedł w stronę drzwi. — Mówię ci, będą zajebiste. Już ja tego dopilnuję.
— Zostawiasz mnie z- — zanim dokończyła pytanie, drzwi zdążyły już zatrzasnąć się za chłopakiem.
— Ej, a to nie te sztuczne ognie, o których gadał tamten? — Ashton spytał po chwili. Erin spodziewała się, że robi sobie z niej jaja, ale dzieciak rzeczywiście z zaciekawieniem, czy raczej chęcią kradzieży, oglądał paczkę sztucznych ogni.
— Skąd ty to-?
— Służyły chyba jako zakładka w jakiejś dziwnej książce.


Niketas?
────
[790 słów: Erin otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii CD Arnar — „Bankowość, stara amerykańska sztuka” [AU event]

Poprzednie opowiadanie

Dziki Zachód AU

Stali tak przez chwilę nad nim, to jest zmasakrowanymi zwłokami. A raczej Dahlia stała, Arnar chodziło w kółko i porządkowało rzeczy, które wypadły z drezyny.
— Chyba go kojarzę.
Arnar zamarło i otworzyło usta.
— Wygląda jak właściciel saloonu.
— Ty jesteś w stanie coś rozpoznać pośród tej galarety?!
Narrator litościwie pominie opis jatki na torach, precyzując wyłącznie to, że ciało było ciężkie do identyfikacji. Najbardziej uszkodzona była głowa. Arnar starało się nawet nie patrzeć na miejsce zdarzenia, próbowało przekierować poczucie winy w jakieś działanie. Składania puzzli z drezyny.
— Spójrz na pas.
— Nie będę patrzeć na pas, mam tutaj inne rzeczy do roboty i wcale nie próbuję zasłonić sobie myśli, że kogoś przejechałom i nawet nie wiem, czy ten typ żył, czy nie. Znaczy, zanim przejechałom.
Kobieta przewróciła oczami.
— Wydaje mi się, że tylko jedna osoba nosiła taki pas. Tak mi się wydaje, że właściciel saloonu „Latająca Świnia” nosiłby pasek z klamrą, na której jest wygrawerowana ta świnia. W sumie Colin był też tego wzrostu…
— Wspaniale, pięknie, może się stąd zwiniemy? Nie mam ochoty oglądać zwłok, które moja drezyna przejechała.
— Racja. Jeszcze by nas oskarżyli o zabójstwo.
— Mieliby podstawy.
— Jak stoisz z tobołkami?
Gdy już udało się zebrać do kupy środek lokomocji Arnar, wyruszyli zgodnie wzdłuż torów.
— Dobra, co z tym zarobkiem? Już bez opowieści o kartach. I piwie. I tych czerwonych majtach zwisających z lady. I czymkolwiek innym. Złoto. Pieniądze. Dla mnie.
— Czyli zgadzasz się na bycie wspólnikiem? — Rozpromieniło się radośnie.
— Tylko jak coś z tego dostanę. Nie mam pomysłu na pracę na ten moment.
Arnar klasnęło w ręce z zadowoleniem.
— Saloon.
— Co?
Wyciągnęło z jednego z wielu worków pas Colina.
— Powiemy, że skoro mamy pas, to jesteśmy właścic—
— Skąd masz ten cholerny pas?! — Obruszyła się.
Odwróciła się w stronę, z której przyszli. Nie było szans już na zidentyfikowanie czegokolwiek na ciele, a tym bardziej czy brakowało tam pasa.
— Wyglądał na cennego i pomyślałom, że może się przydać! Jak widzisz, przyda się.
— Boże, trzymaj mnie.
— Czemu chcesz, żeby Bóg cię trzymał, Dahlia? Czujesz się źle? Zemdlejesz zaraz? Mogę cię o coś podeprzeć.
— Co? To tylko… Ach, nieistotne. Chcesz pokazać pas i namówić ludzi, żeby przekazali ci nieruchomość?
— Tak.
— Że oddadzą ci tak o.
— Aha. Dokładnie.
Zatkało ją. Przestała już o cokolwiek pytać. Niech się dzieje co chce, jak wejdzie do miasta, to może gdzieś zostawi tego czuba. Czy to miasteczko miało szpital? Raczej polowy. Gdyby to był taki porządny szpital, w którym mogliby go zamknąć na kłódkę w jakimś pokoju, to by było jej pierwszym wyborem. Westchnęła ciężko, a Arnar już gadało jak najęte, chociaż z pewną dozą stresu. Oraz niepokoju.
Gdy w końcu na horyzoncie zamajaczyły budynki, ucieszyła się. Kilka dni temu wybrała się w długą podróż do Saint Denis, rozmyślając o tym, co zrobi, kiedy wjedzie do miasta. A teraz była wyprana z emocji, śmierdząca i pełna obawy. Marzyła tylko o balii wody, która nie byłaby lodowata. Na gorącą, z mydłem, pewnie nie było ją stać.
Arnar zmuszone było zdjąć drezynę z torów. Okazało się, że stacja kolejowa była położona na uboczu miasta i opłacało się bardziej ciągnąć tą mizerną, poskładaną na taśmę, gwoździe, oraz dobre słowo drezynę. W duchu liczyli na to, że nie rozpadnie się na środku miasta i Dahlia będzie zmuszona wymyślić jakąś dobrą wymówkę. Że się nie znają, ono tylko się do niej przylepiło, bo potrzebowało się wygadać. Albo, że prowadzi go do szeryfa, za zabicie człowieka na torach. Było parę opcji.
Najprostsza zakładała, że po prostu opuści jeno towarzystwo jak najszybciej i uda jej uciec w inną stronę. Może miasto jest na tyle duże, że nie natrafiliby na siebie. Chociaż ciężko było ją przeoczyć. Przeklinała w duchu na to.
Gdy przeszli przez granicę, wytyczoną przez solidny płot, już miała rzucić jakąś wymówką. „Zostawiłam bydło na prerii, zapomniałam. Muszę iść”. czy coś w tym stylu. Zapomniała o innej rzeczy.
Saloon Latająca Świnia był dokładnie ulokowany tuż przy wejściu do miasta. Arnar od razu skorzystało z okazji i wyciągnęło pas.
— Mam pas! Czyni mnie to prawowitym właścicielem tego miejsca! Poprzedni właściciel mi go przekazał!
Kilka osób znajdujących się na ulicy odwróciło głowy. Arnar zdecydowanie przyciągało swoim wyglądem, to samo można było powiedzieć o Dahlii, która już nie mogła wydostać się z tej sytuacji. Zrezygnowana postanowiła zobaczyć, jak będzie wyglądał przebieg akcji. Może się jej uda zobaczyć, jak wykopują ziutka za płot?
Jeden ze staruszków, bujających się na krześle na werandzie jednego z domów, wyjął fajkę z ust.
— Aaa, ten pas ze świniakiem! Jak tak, to weź sobie ten przybytek!
Po raz drugi tego dnia ją zatkało. Nikt nie kwestionował przekazania budynku, nikt nie prosił o papiery. Niektórzy tylko mruczeli pod nosem powodzenia. Ktoś prawdopodobnie podbiegł po szeryfa, bowiem zobaczyła w oddali, jak jeden ze stróżów prawa z innym facetem zbliżają się do nich. Miastowi mogli mówić, co chcieli, ale teraz się okaże, czy to był jakiś nieśmieszny żart.
Stróż prawa, mężczyzna w średnim wieku z dorodnym wąsem, przedstawił się jako Lenny. Przedstawił również towarzysza Franklina, który okazał się jakimś gościem od papierków. Pierwszy raz w życiu słyszała słowo notariusz. Arnar za to było niewzruszone.
— Proszę podpisać tutaj i tutaj, żeby na pewno załatwić wszystkie formalności.
— Widzisz, wspólniku? — Arnar puściło oczko do Dahlii. — Gdzie się nie pojawiam, tam łapię okazje.
Wykonało zamaszysty podpis, a notariusz się uśmiechnął szeroko.
— Powodzenia życzę.
Nowy właściciel saloonu tylko podziękował i pobiegł od razu znosić rzeczy do środka. Dahlia była nieco sceptyczna.
— Dlaczego powodzenia?
— Przyda się w prowadzeniu… biznesu. — Odpowiedział enigmatycznie chłoptaś od papierów.
Miała już od jakiegoś czasu złe przeczucia. Nikt normalnie nie daje tak za byle darmo cholernego saloonu.
Po wejściu do środka zarejestrowała otoczenie. Nie był to w ogóle bar najwyższych lotów, ale był przestronny. Wnętrze było surowe, mało zachęcające, a za ladą praktycznie nic nie było. Tak, jakby ktoś opróżnił pieczołowicie wszystko, co cenne i zostawił szkielet.
— Arnar, mam złe przeczucia…
— Ta? A ja mam dobre.
Do saloonu wszedł staruszek, palący dalej fajkę. Arnar podało mu rękę, witając go jako pierwszego gościa Latającej Świnii. Chyba będzie musiała zaproponować zmianę nazwy saloonu, bo była zbyt absurdalna. Staruszek, nazywający się Jim, rozsiadł się przy jednym ze stolików i patrzył na nich z rozbawieniem.
— Odważne. Tak przejąć ten saloon.
— Czemu odważne? — Najeżyła się kobieta.
— Bo na nim ciążą gigantyczne długi. Ludzie, którzy je egzekwują, nie są najmilszymi typami na świecie i dosyć skutecznie dostają to, czego chcą.
Już nawet nie chciało się jej przeklinać w duchu.
— Jak dużo? — Arnar przełknęło gulę, sprowadzone na ziemię.
— Na tyle dużo, że poprzedni właściciel zapowiedział, że idzie popełnić samobójstwo na torach, bo nigdzie nie ucieknie przed tą mafią dłużniczą.
Spojrzeli na siebie wymownie. To wiele by wyjaśniało, czemu leżał i się nie poruszał.
— A konkretnie?
— Osiem tysięcy dolarów.
Dahlia nerwowo się zaśmiała. Umiała liczyć, ale tysiąc wydawał się dla niej całkiem potężnym konceptem. Jak ktoś miał tysiąc dolarów, był bogaty. Jak ktoś miał tysiąc sztuk bydła, był bogaty. Osiem tysięcy dolarów w czasach, w których broń kosztowała około 25 dolarów, czyli miesięczną pensję?
Arnar zbladło jak ściana. Chyba teraz zaczął docierać do nieno fakt, że przejebało. I to ostro.
— Co do kurwy? Skąd mam wziąć te pieniądze?
— Nie wiem smyku. Mam nadzieję, że czytałeś również warunki umowy podpisanej u Franklina?
— No… Nie.
To był wyjątkowy początek ich przygody.


Arnar?
────
[1192 słowa: Dahlia otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Violet umiera



Nie wszyscy mają najlepsze relacje rodzinne. Co się stanie, jeśli dwie córki Hekate zetkną się po dwóch różnych stronach wojny, jedna zgorzkniała, przepełniona nienawiścią do półbogów, druga jeszcze młoda, niespełna osiemnastoletnia wiedźma, która dopiero wyprowadziła się do Nowego Jorku po spędzeniu większości dzieciństwa w Obozie Herosów? Niestety magia starożytnej Lamii okazała się silniejsza. Violet Sanderson zginęła od jej zaklęć. Teraz, po przegranej walce, musi stanąć przed sądem Hadesa, mając nadzieję, że Hekate — bogini rozdroży — wskaże jej właściwą drogę.

Laira umiera



Nie wszyscy półbogowie giną śmiercią na zimnym betonie San Francisco, rozerwani przez potwory. Niektórzy walczą z innymi potworami. Lairę Groft, osiemnastoletnią córkę Hefajstosa, znaleziono w swoim mieszkaniu już martwą, po tym, jak sama odebrała sobie życie. Może wykąpanie się w podziemnych wodach Lete pozwoli jej na nowy start?

Od Judasa do Havu — „What can the damned really say to the damned” [AU Event]

Wampiry AU

Przyjazd do Stanów nie miał zamiaru sprawiać mu żadnej przyjemności. Ponure chmury, wprawiające w błogą senność, także nie zachęcały do odwiedzin dalekich mu rejonów, z dala od rodzinnego, przytulnego zakątku, którego nie chciał opuszczać, zarówno z przywiązania, jak i przyzwyczajenia. Musiał zostawić za sobą — i nie tylko na moment, bo całe parę miesięcy — swoje mieszkanie, swoich przyjaciół oraz swoje książki. Tak wiecznie zabiegany, ciągle odchodził od swej codzienności, czując się, jakby zdradzał samego siebie i uciekał w kąty, których sam nie chciał odwiedzać.
W pociągu przeszkadzał mu tłum niewychowanych, hałasujących pasażerów i zapach skórzanych walizek, walających się pod siedzeniami i w korytarzach, przez co nie było żadnego przejścia. Parę godzin podróży wprawiło go w otumanienie i pozbawiło nawet chęci rozmów z innymi (których naprawdę, i to bardzo, potrzebował), a było to godnym uznania osiągnięciem. Skupił się na drodze, obserwując mijaną drogę z taką uwagą, jakby oglądał najpiękniejsze krajobrazy istniejące na planecie Ziemii. W rzeczywistości próbował nie zwracać uwagi na tych wszystkich ludzi, żeby nie oszaleć, próbować nie dopuszczać do siebie myśli, że chętnie by się ich wszystkich pozbył, co do jednego, z zimną — nie, lodowatą — krwią.
Z trudem wydostał się spośród spieszącego się gdzieś natłoku osób, niosąc wielką walizę, przez którą zaczynał pobolewać go bark — i tak nie była wyjątkowo pojemna, nie zdał ze sobą zabrać wszystkich paru rzeczy i na miejscu zapewne wyda więcej pieniędzy, niż powinien (nie, żeby było to dla niego jakimkolwiek problemem).
Zatrzymał się w gościnach u swojej bardzo, ale to bardzo dalekiej rodziny. Rozejrzał się po swoim nowym pokoju, zapewne na co dzień pustym, który miał niewielkie, jedynacze łóżko, biurko przy ścianie i jedną, wielką szafę. Widać było po starych, zdartych tapetach na ścianach, że mieszkanie nie doczekało się nigdy odświeżenia, bo po co? Musiał otworzyć od razu okno, by pozbyć się zapachu kurzu, od którego zapiekł go nos. Już wiedział, że będzie unikać spędzania dużo czasu w tym obskurnym miejscu.
W mieszkaniu był kot. Na wejściu na niego zasyczał, ale gdy wyszedł do salonu, przyszedł otrzeć się o jego nogi i wydał z siebie pomruk. Judas schylił się i podrapał delikatnie zwierzę po małej główce, które, spragnione pieszczot, jeszcze bardziej przytuliło się do mężczyzny. Zaraz po tym powitała go starsza ciotka, z którą miał kontakt raz w życiu, wyjątkowo dawno i do której tak daleko było mu więzami krwi, że mógłby się z nią nawet ożenić bez ryzyka krzywych spojrzeń z zewnątrz.
— Duży z ciebie człowiek wyrósł.
Często to słyszał. Uśmiechnął się nieśmiało, gdy niespodziewanie objęła jego szyję ramionami. Zaprosiła go, aby wypił z nią kawę przy stole w kuchni. Była przestrzenna, przytulna i ozdobiona w ormanenty na kafelkach, a kawa była dobra, ale gorzka.
— Zostań, na ile chcesz i korzystaj z mieszkania tyle, ile potrzebujesz — powiedziała mu. — Nie krępuj się, czuj się jak u siebie.
Postanowił więc korzystać nie tylko z mieszkania, ale i miasta, skoro już musiał tu być dla interesów — czyli obowiązków, nieprzyjemnych, nudnych formalności. Zaszedł do różnych miejsc, czy to sklepów, czy do pobliskiego, znanego kościoła i zwiedzał okolice. Wieczory mijały mu spokojnie, z książką w ręku oraz kotem, który wpraszał się nieustannie na jego kolana. Polubił nawet przebywanie w nowym, zacisznym kącie, nawet jeśli gościnny pokój nie był z początku zachęcający i powiew świeżości, jaką dało mu miasto, nawet jeśli przesiąknięte było zapachem papierosów.
Po już paru dniach miał umówione spotkanie biznesowe. Udał się do wielkiego domu, który równie dobrze możnaby nazwać willą, ubrany w elegancką koszulę i garnitur. Taras był ogromny, ozdobiony zielenią i białymi stolikami, na których umiejscowione były nieopróżnione — zapewne od bardzo dawna — popielniczki. Było na nim pusto, za to z okien domu wydobywało się światło. Zapukał, a otworzył mu wysoki, poważnie wyglądający mężczyzna, który jednak szybko się uśmiechnął na widok Judasa i zaprosił go do środka.
Przedstawił go paru osobom, poczęstował drogim winem i ekskluzywnymi przekąskami, zagadując o wszystko, co możliwe, czy to o wrażenia na temat miasta, czy to o prywatne, rodzinne sprawy. Judas szybko zaczynał czuć się znużony i jego delikatny uśmiech stawał się wymuszony, fałszywy. Odbił się od mężczyzny, poszedł rozmawiać z grupką kobiet, które nieśmiało spoglądały na niego z dołu i chichotały na jego żarty. Posiadówka raczej wyglądała jak domówka, niżeli spotkanie bogaczy, którzy chcą nawiązać kontakty i interesy. Judasa jednak interesowała tylko jedna osoba, której nie mógł dostrzec nigdzie w tłumie. W końcu został sam, wypijając już piątą lampkę wina, od którego głosy docierały do niego z przytłumieniem, raz za razem zagadywany przez kogoś mówiącego, że ,,słyszał o nim dużo”, a gdy powiedziano to mężczyźnie już któryś raz, zaprzestał ochoty na dalsze uśmiechanie się i nabrał ochoty, by uciec na taras.
W końcu udało mi się napotkać na osobę, której szukał — choć z trudem ją rozpoznał. Zachłysnął się powietrzem na jego widok i odłożył resztkę wina na stojący obok stół, po czym podszedł do mężczyzny, gibiąc się na długich nogach i o mało nie potykając o żółtą suknię niskiej, za to zgrabnej kobiety.
— Czekałem na ciebie — powiedział. — Tak długo czekałem, że już wątpiłem, że się spotkamy.
O tak, to była ta pora. Mógł wykazać się swoim nonszalanckim tonem, ułożoną starannie fryzurą i pewnym siebie chodem, zachowując jednocześnie przy tym pozory skromności. Za tym sposobem potrafił owinąć sobie każdego wokół palca i miał nadzieję, że osiągnie to, po co tu przyszedł. Drugi mężczyzna nie wyglądał jednak, jakby Judas mu zaimponował. Z widoczną niechęcią, z wyrazem twarzy, jakby wolał na niego splunąć, ścisnął jego dłoń. Przez twarz Judasa natychmiastowo przeszedł cień grozy, gdy wyczuł tę odpychającą energię.
— Czyli jeszcze pamiętasz, jak wyglądam. To dobrze, że się w ogóle nie zmieniłem — stwierdził. — To co, może usiądziemy w bardziej zacisznym miejscu i porozmawiamy?
Skinął głową. Starszy facet zaprowadził go na taras i pierwszy usiadł, zapalając od razu papierosa. Nawet go nie zaproponował Judasowi, więc ten wyjął własną paczkę fajek. Oprócz nich parę osób też wpadło na pomysł, by porozmawiać przy stolikach na świeżym powietrzu, ale nie wydawali się na tyle ważni, aby przeszkadzać ich dwójce.
— Przejdźmy od razu do rzeczy. Zgadzam się od razu na zawarcie współpracy, tylko jest jeden problem.
Nie odpowiedział, unosząc brwi.
— Havu ma przejąć firmę i nie do końca dobrze się sprawuje. Próbuję go do tego zmusić, ale on się cały czas buntuje. Niby już dorosły, a zachowuje się, jakby miał bunt nastolatka. Nie wiem, co z nim robić i szczerze liczę na to, że przemówisz mu do rozsądku.
Słysząc to imię, mocniej zaciągnął się papierosem. Dawno go nie słyszał. Wypuścił dym z ust, odwracając wzrok od przenikliwych oczu mężczyzny, zasiewając na moment między nimi ciszę. Miał nadzieję, że uwolni się od jego widma, które miało w zwyczaju odwiedzać go w snach, w tym w koszmarach. Chciał zapomnieć o nim, o wszystkich myślach i uczuciach, jakie z nim wiązał. Zawsze, gdy myślał, że ma to już za sobą, jakaś rzecz niespodziewanie mu go przypominała — czy to zapach bukietu kwiatów, czy wschodzące słońce, czy szelest powiewających na wietrze liści.
— Ale czemu akurat on ma to zrobić?
— Bo ja nie mogę się już tym zajmować — odparł, ale nie odpowiadało to na pytanie Judasa. — Szczegóły musisz przedyskutować z nim.
— Jest tutaj?
Mężczyzna przytaknął.
— Dał siebie, o dziwo, tu zaciągnąć. Jest w jadalni.
— Trochę dziwne, że mam przejmować obowiązki ojca — prychnął Judas. — Mam go wychować za ciebie, czy co? Nie chce ci się go przekonywać i zwalasz to na mnie.
— Nie mówię o wychowywaniu. — Zacisnął zęby, widząc, że mężczyzna odgadnął wszystkie jego zamiary. — To tobie zależy, aby zwiększyć swoje wpływy, nie mi. — Zgasił papierosa. — Proszę bardzo, zajmij się tym bachorem.
Odsunął gwałtownie krzesło i wrócił do środka, pozostawiając go w amoku. Niestrzepnięty popiół sam ulotnił się z rozżarzonej końcówki papierosa. Judas odchylił się do tyłu i skupił wzrok na ciemnym niebie. Tkwił w tej pozycji, az nie ścierpł i postanowił poszukać owego ,,bachora”.
W środku było jeszcze gęściej niż parę chwil temu. Pokierowany do jadalni, udał się do niej i pierwsze, co zwróciło jego uwagę, to ogniste, rude włosy, wyróżniające się spośród tych wszystkich, nudnych, blond i brązowych odcieni. W powietrzu zapachniało przyprawami, wiodącymi go do mężczyzny mimo swej cierpkości. Nieświadomy tego, że jest zawzięcie obserwowany, rozmawiał swobodnie z kobietą w swoim wieku. W tym czasie Judas odczytywał słowa z ruchu jego warg, widząc, jak jasne oczy przyciągają światło lamp. Czerwony krawat ze złotą broszką zwisał niechlujnie z szyi, spod kołnierza niezapiętej na wszystkie guziki koszuli, odkrywającej chude, blade obojczyki, na których widok Judas przełknął ślinę. Zapamiętał go dokładnie takiego samego, ale nieco młodszego. Jednakże obraz złotych jak słońce, kręconych włosów nie uległ zniekształceniu nawet po paru latach. O mało co nie powstrzymał się od podejścia do niego, ale zebrał się w sobie, po drodze nalewając sobie kolejny kieliszek wina.
— Havu.
Skonsternowany mężczyzna odwrócił się w jego stronę. Brwi uniosły się, a zielone oczy otworzyły szerzej.
— To ja — mruknął cicho, przewracając oczami, gdy go rozpoznał. — Potrzebujesz ode mnie czegoś?
— Rozmowy.
Nie ukrył zgorączkowanego westchnienia. Przeprosił kobietę i odszedł z Judasem.
— O co chodzi?
— Teraz ty jesteś odpowiedzialny za biznes.
— Kto tak powiedział?
— Twój ojciec.
— Mój ojciec nie ma prawa głosu — syknął ze sztucznym uśmiechem.
Wpatrujący się bez przerwy w jego oczy mężczyzna wywoływał w Havu dyskomfort.
— Nie będę z tobą o tym rozmawiać.
Nim odszedł, złapał go za łokieć.
— A o czymś innym?
— Niby czym? — Pokręcił głową. — Nie mamy nic wspólnego.
Musiał przyznać mu tu rację, przez co zachłysnął się własną śliną, gdy chciał mimowolnie zaprzeczyć. Jednak zależało mu na współpracy z firmą jego rodziny i nie miał zamiaru odpuścić przez to, jakie emocje dopadały go w obecności Havu. To, że go tak otwarcie odrzucał, uprzykrzał go dodatkowo — jeszcze kiedyś mieli pozytywne, możnaby rzec, stosunki, o których jakby obydwoje zapomnieli, gdy się od siebie zdystansowali. Obojętność mężczyzny porażała Judasa bardziej, niż gdyby biła od niego zawiść.
— Mogę ci pomóc się uwolnić od ojca.
— Co? — Wyrwał się z jego uścisku, marszcząc brwi. — Co ty gadasz?
— Możesz się od niego uniezależnić. Mam wpływy, w tym na niego.
Havu jeszcze bardziej się skrzywił.
— Skąd w ogóle myśl, że ci uwierzę? I zaufam?
— Mi też to będzie na rękę.
W rzeczywistości miał do Havu jeszcze inne zamiary niż zdobycie korzyści majątkowych. I tymi zamiarami nie była żadna pomoc.

 
Przez następne dni spotykali się w domu Havu parokrotnie, także w obecności jego ojca, który uwierzył, że Judas sprowadza mężczyznę na dobrą stronę. Starał się jednak, aby głównie przebywali w swoim towarzystwie, bez osób trzecich. Zabrał go raz do restauracji, pod pretekstem opowiedzenia mu więcej o formalnościach — temat szybko jednak zszedł na jego życie i opowiadanie, co się u niego działo tę parę lat, gdy siebie nie widzieli. Havu jednak nieustannie wędrował swoim spojrzeniem po pomieszczeniu. Zgadzał się na spotkania, ale sam nie mówił prawie nic o sobie. Judas dopytywał, ale nie uzyskiwał wiele informacji, przez co prowadził egocentryczny monolog. Po czasie zaczynało przez to zasychać mu gardło i czuł nagłe spięcia mięśni, ale szybko się opamiętywał, nie chcąc swoimi nagłymi, burzliwymi reakcjami zepsuć swojej szansy. Chodzili na spotkania do kasyn z bogaczami, a Judas przejmował inicjatywę i robił interesy z innymi, podczas gdy Havu siedział obok, pozwalając siebie zwodzić. Patrzył kątem oka na mężczyznę, na gestykulujące żywo dłonie, wsłuchując się w jego chichot.
Szansy. Miał wiele tych szans w przeszłości, ale wyznaczył niewidzialną dla nich granicę, jakby zawarli między sobą niepisaną i niewypowiedzianą nigdy umowę.
Havu pozostał taki, jaki był, nie tylko pod względem wyglądu. Nie zmienił się jego cięty język, prowokacyjny ton. Spojrzenie szmaragdowych oczu wciąż przebijało się przez serce każdego, kto w nie zaglądał. Jego chód i postawa były takie same, pozostał mu nawyk kręcenia loków wokół palca, gdy był znudzony.
Nie nazwaliby się nigdy przyjaciółmi ani nikim bliskim. Nie nazwaliby się jednak też wrogami, choć między nimi można było wyczuć tylko jednostronną niechęć i dwustronny żal, gdy Judas wybrał inną drogę, której Havu nie rozumiał i nie miał zamiaru zrozumieć. Judas zawsze miał do niego ciągotę, poczucie uwiedzenia przez jego oczy o kolorze bluszczu, ale Havu został mu odgórnie zakazany.
— Czemu ci tak właściwie na tym zależy?
— Dlatemu, że każdy dąży do jednego, czyli sławy i bogactwa.
Czerwonowłosy skrzywił się, nie podzielając owej postawy.
— Patrzysz na świat przez swoje oczy i myślisz, że każdy chce tego, co ty?
— W takim razie, czemu nie wziąłeś przykładu ze swojego rodzeństwa i nie wyjechałeś, zostając z ojcem?
Nie chciał odpowiadać mu na to pytanie.
— Co zrobisz, jak wszystko pozałatwiamy? Pozwolisz mi odejść, czy będziemy udawać, że biorę udział w tym cyrku?
— Twój wybór. — Uśmiechnął się. — Ale bierz pod uwagę to, że odejść ci nie pozwolę.
Odwrócił od niego wzrok.
— To dziwne. A już raz pozwoliłeś.
Judas pokręcił głową. Usiadł obok niego na murku, przy którym płynęła swobodnie rzeka. Z tego miejsca mieli dobry widok na wciąż żyjące miasto, na oświetlone kamienice, mogąc przysłuchiwać się harmidrowi nocy. Nie byli jedynymi, którzy wybrali się nad rzekę o tej porze. Niedaleko nich spacerowała rozmawiająca para, a w okolicy krzątał się bezdomny, głodny kot.
— Czemu spotykamy się tylko, gdy jest ciemno?
— Tak jest lepiej — powiedział, zbliżając się do niego. — Nie widać nas.
Ich nosy niemal zetknęły się ze sobą. Mężczyzna nawet nie drgnął, patrząc w oczy Judasa z takim samym niewzruszeniem, jak chwilę temu. Powietrze zrobiło się gęstsze.
— Nie kłamałeś z tym że nie pozwolisz mi odejść — stwierdził.
— Nie popełnię drugi raz tego błędu.
— Zostawiłbyś wszystko dla mnie? Wszystko, co masz, za sobą? Tylko aby nie pozwolić mi odejść?
— Cieszę się, że teraz rozumiesz. — Uśmiechnął się, dotykając czule jego zimnego policzka. — Uwierz mi. Nie pozwolę ci odejść.
Miał zamiar trzymać go przy sobie tak długo, jak będzie w stanie. Rósł w nim płomień, rozpowszechniający się po wszystkich kościach, którego nie chciał gasić, z obawy, jakie zniszczenia po sobie pozostawi. Palcami zaczesał rude włosy za ucho. Chciał w tamtym momencie dotknąć go bardziej, mocniej, poczuć, że ma do tego prawo. Miał sposób na to, by go posiąść. Doszło do niego, jak bardzo nie pogodziłby się ze stratą Havu, nawet jeśli ten pozostawiłby po sobie ślady wyryte głęboko w jego sercu. I musiał coś zrobić, żeby nie musieć znowu przez kilka lat cierpieć z tęsknoty.
Ale na razie musiał zwolnić. Odsunął się od mężczyzny, starając się odgadnąć jego wyraz twarzy, spodziewając się drgnięcia warg czy przełknięcia śliny, ale mężczyzna wciąż, bezdusznie i okrutnie, nie odwracał od niego wzroku, jakby był nad nim i nie miał zamiaru dać sobą rządzić. Dawał ledwo widoczne znaki mężczyźnie, aby się od niego oddalił, lecz musiał wiedzieć, że ten nie będzie długo się powstrzymywał. I przestanie to robić w najmniej oczekiwanym momencie, dlatego Havu mógł zrobić tylko jedno — uciec od niego, nieważne jakim kosztem, nieważne jak daleko.
Judas jednak się o to nie obawiał, nawet gdy Havu znikał w odmętach nocy, pozostawiając go w głuchej ciszy, jakby go nigdy z nim nie było.

 
Havu?
────
[2422 słowa: Judas otrzymuje 24 Punkty Doświadczenia]

wtorek, 28 kwietnia 2026

Ademir umiera



O wyjątkowo zwyczajnej śmierci półboga przeczytać możecie tutaj. Widać dzieci bogów nigdy nie mogą czuć się bezpieczne.

Od Ademira — „Raz na wozie raz pod wozem”

Nic nie wskazywało na to, że ten dzień może być jednym z ostatnich. Pogoda była bardzo ładna, świeciło słońce, ludzi na ulicach nie było zbyt wielu, a ostatnie kwiaty kwitły. Wczesna jesień była jedną z ładniejszych pór roku. Ademir nie miał na dzisiaj nic zaplanowane. Chciał po prostu odpocząć, pogrążyć się we własnych myślach oraz tekście książki, którą ostatnio próbował dokończyć.
Ademir szedł się spotkać z jednym ze swoich nowych znajomych. Nie miał ich zbyt dużo, a odkąd opuścił obóz, w którym spędził większość dzieciństwa i nastoletniego życia wcale nie było mu się tak łatwo odnaleźć w nowej rzeczywistości. Z Mei urwał mu się kontakt, czego się nie spodziewał i chyba dalej nie mógł się pogodzić ze stratą nowej przyjaciółki. Została mu tylko praca i współpracownicy, z którymi czasem wychodzić do kawiarni.
Mark czekał na Ademira w umówionym miejscu. Był wiecznie uśmiechnięty, pogodny i duchowo bardzo pasował do półboga. Szkoda, że był jedynie człowiekiem i nie zrozumiałby niczego z opowieści o mitycznych obozach. Ademir nigdy nikomu o tym nie opowiadał. Jak miałby to w ogóle wytłumaczyć bez wychodzenia na schizofrenika?
— Cześć! — przywitał się już z daleka, machając do Ademira. — Wejdźmy do środka.
Ademir czuł w powietrzu ciężką atmosferę, ale jeszcze nie mógł stwierdzić, co jest tego powodem. Mark wydawał się tak samo pogodny, mówił tym samym tonem i tak samo szeroko się uśmiechał.
Usiedli przy pierwszym wolnym stoliku. Ludzi o tej porze nie było zbyt wielu.
— Mam wrażenie, że się coś stało — powiedział z uśmiechem, biorąc do ręki kartę menu, którą przed chwilą podała im kelnerka. — Mam rację?
— Jest coś, o czym chciałem z tobą porozmawiać. — Uśmiech z ust Marka zszedł. — To raczej nie będzie dla ciebie przyjemne.
— Nie przejmuj się. — Machnął dłonią. — Jakoś sobie z tym poradzę.
Mark w to oczywiście nie wątpił. Był jednak bardzo wrażliwy i ciężko było mu mówić o rzeczach, które skrzywdzą jego znajomych.
— Podsłuchałem ostatnio rozmowę — zaczął ze względnym spokojem. — Może będzie lepiej, jeśli najpierw coś zamówimy.
Ademir wziął dla siebie zwykłe latte, a Mark wziął coś cholernie słodkiego. Na sam widok kawy z toną bitej śmietany robiło się źle na żołądku.
— Chodzi o to, że ruch w kawiarni spadł.
— Nie jakoś znacząco — zastanowił się Ademir. Faktem było, że ostatnio przyjmowali mniej klientów. Faktem również było to, że Mark pracuje trochę krócej od Ademira i jest chyba najnowszym nowym pracownikiem. — Chcesz powiedzieć, że chcą cię zwolnić? Z racji tego, że jesteś ostatnią osobą, którą zatrudnili?
— Nie mnie. — Pokręcił głową. — Myślą nad tobą.
Ademir ściągnął brwi. Nie wydawało mu się to w żaden sposób logiczne. Przecież pracował tutaj od roku i brał tyle nadgodzin, że kierownictwo powinno być z niego zadowolone. Sam ruch również jakoś znacząco nie spadł. Bynajmniej on tego nie zauważył.
— Nade mną?
— Nie wiem dlaczego. — Mark odwrócił wzrok. Czuł się źle, że to on przekazywał taką smutną wiadomość. — Nie wiem też, czy będziesz jedyny. Słyszałem, że rozmawiali o braku pieniędzy i o tym, że w ostatnim czasie za dużo nowych osób zatrudnili. Wolą zatrzymać nowych, ale starych chcą już zwolnić. To się trochę kupy nie trzyma.
— W takim razie rozumiem, że chyba niedługo się pożegnamy.
Ademir miał bardzo przyjezdny uśmiech. Nie smucił się niepotrzebnie, żeby też nie wpędzać kolegi w złe samopoczucie. On sobie z tym poradzi jak zresztą ze wszystkim innym.
— Poczekaj, może jeszcze się wszystko wyjaśni, okej? — Mark próbował pocieszać Ademira zupełnie bez powodu. Ademir wiedział, że nic się nie wyjaśni. Kierownictwo wiedziało, co robi. Najwidoczniej uznali, że chcą zagrać w ten sposób. Nie mógł wpędzać siebie w fałszywą nadzieję.
— Nie będę czekał. — Pokręcił głową. — Znajdę coś innego. Nie przejmuj się. — Uśmiechnął się. — Skończyłeś już swoją kawę?
— Och… tak, przepraszam, trochę wiesz…
— Rozumiem, nie musisz się naprawdę przejmować tą całą sytuacją. Praca niczego nie definiuje. Dalej będziemy mogli się ze sobą widywać.
Markowi chodziło jednak o samopoczucie Ademira. Wiedział doskonale, że ich kontakt nie umrze. Martwił się po prostu o kolegę. Ta sytuacja nie była fair.
Z kawiarni wyszły niedługo po tej rozmowie i rozstali się na jednej z krzyżówek. Mark poszedł w prawo, a Ademir w lewo. Półbóg całą drogę rozmyślał, co dalej z nim będzie. Nie miał oszczędności, bo w tych czasach ciężko było na cokolwiek odłożyć. Nie chciał też wracać do obozu, bo dopiero co się zaaklimatyzował w San Francisco. Nowy Rzym? Mógłby się na tym zastanowić, ale znowu oznaczało to porzucanie znajomych, których tutaj sobie znalazł.
Był zbyt zamyślony, żeby zauważyć, że przechodzi w miejscu bez pasów drogowych. Zbyt pogrążony w szalejących myślach, zwątpieniach i nadziei, której mieć nie powinien. Zbyt pochłonięty tym, co już nie miało istotnego znaczenia.
Samochód pojawił się niespodziewanie. Wyrósł przed nim jak potwory, z którymi musiał się użerać za czasów nastoletnich. Samochodu jednak nie dało się pokonać przy pomocy zwykłej broni. Samochodu nie dało się zatrzymać. Półbogowie nie umierali tylko przez mityczne stwory. Umierali także jak zwykli ludzie. Może taki koniec był idealnym końcem dla Ademira — zmienił całe swoje życie, poniekąd zapominając o półboskim pochodzeniu, wtopił się w zwykłych śmiertelników i tak też zginął.
Jeszcze dzisiaj strony gazet i strony internetowe obiegnie informacja o tragicznym wypadku z udziałem pieszego. Zwykłego człowieka, bo przecież śmierć Ademira nie będzie niczym niezwykłym. Jego śmierć nie przyciągnie ciekawskich półbogów, którzy będą chcieli się dowiedzieć, co za potwór grasuje w okolicy.

rip dla Ademira
────
[865 słów: Ademir otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia których i tak już nie wykorzysta]