sobota, 10 stycznia 2026

Od Isobel do Dahlii — „To twój ciężarek?”

Isobel stała na środku pomieszczenia, w którym mocno zalatywało desperacją i tanim izotonikiem. Nie umiała tylko stwierdzić, którym bardziej. Nie była też do końca pewna, co właściwie tutaj robi — nie narzekała na dużą ilość wolnego czasu. Godziny, które spędzała poza uczelnią i nie w pracy, poświęcała zwykle albo na naukę, albo na bieganie po sklepach w poszukiwaniu promocji. Pieniądze, które udało jej się zaoszczędzić jeszcze w rodzinnym mieście, szybko się skończyły, jej pensja nie była zbyt duża, a opłaty za wynajem mieszkania były obciążające. Niewiele miała środków na zbyciu.
A jednak tego dnia miała wolne. Barry i Barny musieli wyjechać w sprawie, której jej nie objaśnili, a Is nie była na tyle kompetentna, żeby zostać w barze sama. Musiałaby wyhodować sobie minimum dwie dodatkowe ręce, by temu podołać, albo w ogóle się sklonować. Ku niezadowoleniu stałych bywalców, lokal musiał zostać zamknięty. I chociaż po powrocie z uczelni miała ochotę przespać następne dwanaście godzin, postanowiła zrobić z tym czasem coś bardziej produktywnego.
Nie miała bladego pojęcia, dlaczego wybrała akurat siłownię — jej zesztywniałe mięśnie raczej nie płakały z radości na wieść treningu, ale Isobel zdawała sobie sprawę z tego, że trochę się zaniedbała. Dużo chodziła, ale to była tak naprawdę jej jedyna regularna aktywność fizyczna. Odpuściła sobie wieczorne bieganie zaraz po przeprowadzce do San Francisco, kiedy stwierdziła, że chyba jest to zbyt niebezpieczne. Nie, żeby była bezbronna, ale raczej wolała dmuchać na zimne. Jeden trening niewiele zmieni, ale może chociaż doda jej odrobinę zapału. Wejściówka na siłownię nie kosztowała fortuny i jeśli zdecydowałaby się na częstszy trening, może by nie zbankrutowała, choć na karnet zdecydowanie nie było jej stać. W ten sposób, przebrana w improwizowany sportowy strój, znalazła się na sali ze sprzętami do ćwiczeń. I nie za bardzo wiedziała, co powinna ze sobą zrobić.
Po sesji standardowego rozciągania (ponaciągane mięśnie nie wchodziły w grę), musiała na chwilę stanąć i rozejrzeć się. Zbyt wiele było tu wymyślnych sprzętów, których nie umiała obsłużyć. Obie bieżnie były zajęte, więc odpadały. W ogóle panował tu większy ruch, niż spodziewałaby się w przypadkowy czwartek o godzinie siedemnastej. Niestety, Isobel nie uznawała porażki tak łatwo. Z promiennym uśmiechem i rudym kucykiem kiwającym się na boki podeszła do pierwszej osoby, na którą padł jej wzrok.
— Hej, przepraszam bardzo, wiesz może, jak się używa tego cholerstwa? — zapytała całkiem uprzejmie, pokazując palcem na wypatrzoną maszynę i spojrzała na swoją nieszczęsną ofiarę.
Kobieta miała ciemną skórę, tatuaże i wyglądała, jakby mogła poskładać Isobel jedną ręką, ale to jej nie zniechęciło. Grzecznie poczekała, aż „rozmówczyni” zwróci na nią swoją pełną uwagę.
— Wiesz, rzadko chodzę na siłownię, a za każdym razem, jak się w jakiejś pojawiam, to dodają inne wymyślne badziewie. Zupełnie jakby chcieli celowo uprzykrzyć człowiekowi życie — zaśmiała się. — Zajmę ci tylko chwilę.
— Jasne — odpowiedziała kobieta, kiedy w końcu została dopuszczona do głosu.
Może i się nie uśmiechnęła, ale najwidoczniej nie miała problemów z udzieleniem pomocy. Zeszła z niskiego podestu, na którym stała i wytarła dłonie o spodnie, po czym wyminęła Is i przeszła do sprzętu, który wywołał cały ten raban.
— To wcale nie jest takie skomplikowane — dodała, siadając plecami do metalowego słupka.
— Serio? Bo wygląda jak diabelskie nasienie. Ale i tak nienajgorzej w porównaniu do reszty. — Isobel wzruszyła ramionami, obserwując, jak kobieta z wprawą łapie za uchwyty przy górze i zapiera się stopami o podłogę.
— Musisz powoli przyciągnąć uchwyty do siebie. Możesz też usiąść tyłem, ale wtedy jest trudniej — powiedziała, powoli pokazując poprawne wykonanie ćwiczenia. — Lepiej zmniejsz sobie ciężary.
Odsunęła uchwyty na ich poprzednie miejsce i wstała. Is zaczęła gmerać przy ciężarkach.
— Dziękuję ślicznie, życie mi ratujesz. Tamtych byczków bym się raczej nie spytała — parsknęła śmiechem, skinając głową w stronę dwóch dość napakowanych mężczyzn ćwiczących najbliżej.
Zostawiła sobie dość niewielkie obciążenie, żeby nie wrzucać się na głęboką wodę. Z mięśni jej ramion raczej nie było co zbierać, a naprawdę chciała wyjść stąd cała i zdrowa. To był jej główny cel na najbliższe dwie godziny. Usadowiła się na twardym siedzeniu i złapała za uchwyty, ale nie wyglądała, jakby silnie śpieszyła się do ćwiczeń.
— Jestem Isobel, tak w ogóle — powiedziała, spoglądając w stronę kobiety, która zdążyła już wrócić do własnego treningu.
Niestety, znajdowała się wciąż w zasięgu jej głosu.
— Dahlia.
— Fajne imię. Raczej rzadkie, co nie? Chyba wcześniej nie znałam nikogo, kto by miał na imię Dahlia. Mylą cię z Dalią? Bo mnie ciągle ktoś nazywa Isabelle, co jest strasznie wkurwiające — paplała, postukując palcami o gumowe otoczki na metalowych uchwytach.
Na (nie)szczęście Dahlii, niewiele czynności umiała wykonywać w ciszy. I chociaż zaczęła w końcu wykonywać swoje ćwiczenie, jadaczka dalej jej się nie zamykała.
— Często tu przychodzisz? Ja w sumie pierwszy raz. Jak już się mogłaś domyślić. Jutro pewnie będę musiała się doczołgać na wykłady. Ale czy komuś kiedyś zaszkodziła maleńka dawka sportu? Jeśli nie, to ja mogę być pierwsza.
Z zapałem godnym dzieciaka, który właśnie dostał kolorowankę i nowe kredki, walczyła z maszyną. Ta odrobina dumy, którą jeszcze miała, nie pozwoliła jej jeszcze bardziej zmniejszyć obciążenia, choć byłoby jej zdecydowanie łatwiej.
— Całkiem tu ładnie. Jak na siłownię — dodała jeszcze, zanim Dahlia zdążyła jej odpowiedzieć.
Najwidoczniej ćwiczenie strun głosowych szło jej dużo lepiej niż mięśni.


Dahlia?
────
[841 słów: Isobel otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

piątek, 9 stycznia 2026

Od Kurta CD Doriana i Edel — „Serve the servants”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA, ROK TEMU

Nie dało się nie zauważyć, że całą trójką (czwórką) byli w dupie. Głębokiej, piaszczystej dupie, porośniętej suchymi, spieczonymi krzewami. Częściowo na własne życzenie, Kurt musiał to przyznać. Tylko częściowo — pozostałą, lwią część winy, w myślach postanowił zrzucić na Edel Fischer.
Co za skończona idiotka postanowiłaby zadzwonić iryfonem do pretora, zgłaszając, że trafili na środek pustyni? Właśnie ich centurionka. Kurt naturalnie we wszystkim widział zemstę i w pierwszym odruchu pomyślał, że Edel się na nich mści za te kilka ostatnich dni głupich prześladowań. Każde wytłumaczenie było w głowie Kurta rozsądniejsze niż to, że dziewczyna chciała po prostu zadzwonić po pomoc, bez żadnego drugiego dna.
A może to właśnie najbardziej go irytowało. Pod rudą kopułą nie mieściła się myśl, że można było tak po prostu schować dumę do kieszeni i kogoś poprosić o pomoc. Jeszcze, o zgrozo, samego pretora; na co ona, do cholery, liczyła? Że pretor wyśle ekspedycję ratunkową? Pretor miał ważniejsze sprawy na głowie. Dokładanie się do nich było wręcz czymś żałosnym.
Sami się w to wpakowali, miał tyle zdrowego rozsądku, żeby stwierdzić to sam. On i Dorian planowali trochę postraszyć Edel, fakt faktem, nie było to najinteligentniejsze posunięcie z ich strony, ale przeniesienie ich kichnięciem psa na odległą pustynię było właśnie wredną konsekwencją głupoty, z którą musieli stanąć twarzą w twarz. Nie mogli tak po prostu zadzwonić po kogoś, żeby ktoś rozwiązał problem, który sami sobie stworzyli. Zwłaszcza centurionka powinna to wszystko wiedzieć.
Nie, żeby którekolwiek z nich w ogóle wiedziało, gdzie jest. Na pustyni, to Kurt mógł stwierdzić doskonale. Otaczała ich sucha, popękana ziemia, puste kotliny i samotne krzaki. Słońce rumieniło mu skórę, a jedynym źródłem cienia był wielki pies. Cholernie chciało mu się pić i czuł, jak mokry podkoszulek przylepia mu się do wilgotnej skóry, przez co miał ochotę zedrzeć go z siebie żywcem. Przy okazji może skorzystać z papajowych perfum Edel, bo pewnie śmierdział niemiłosiernie potem, psem i brudem od leżenia na piachu. Wszystko sprowadzało się jednak do tego, że mogli być, no, gdziekolwiek. Kurt nie znał dokładnego zasięgu podróży cieniem piekielnych ogarów i nie sądził, żeby Dorian znał. Pustynia wyglądała jak każda inna, a mieszkali przecież w pieprzonej Kalifornii.
Nie czuł tego samego entuzjazmu co Dorian, kiedy dał się odciągnąć bratu na bok. Szczerze mówiąc, był wściekły. I prędzej czy później miało się to odbić rykoszetem albo na Dorianie, albo na Edel.
— Wyglądałeś, jakbyś doskonale wiedział, co robisz — prychnął. — Czy my w ogóle wiemy, gdzie jesteśmy?
— Na pustyni.
— Naprawdę, geniuszu?
Dorian gniewnie zmarszczył brwi. Kurt założył ramiona na piersi jak obrażone dziecko. Kilka metrów dalej Terminator usiadł, wywieszając język prawie do ziemi.
Pies nie wyglądał nawet w połowie tak dobrze, jak przedstawiał to Dorian. Jego oczy niemal całkowicie chowały się pod tłustymi fałdami zmęczonych powiek. Co jakiś czas ziewał przeciągle, równocześnie zostawiając na ubraniach stojącej nieopodal Edel resztki śliny. Absolutnie nie wyglądał jak potencjalny środek transportu dla dwójki legionistów, a co dopiero trójki.
— Nawet twój pies nie wie, gdzie jesteśmy — mruknął Kurt. — I nie przeniesie naszej trójki. Nie przeniesie nawet dwójki.
— Trójki? Czyli jednak chcesz ją zabrać?
„Chcesz” to było zdecydowanie za dużo powiedziane. Nie, dla własnej przyjemności mógłby zostawić Edel na środku pustyni i obserwować, czy doczołga się na wzgórze Oakley. Czy to była jej pierwsza próba jako centurionka? Kto stwierdził, że jest na tyle kompetentną osobą, żeby podejmować decyzje za legion?
Problem Kurta nie leżał w chceniu czy niechceniu. Leżał w jego wcześniej wspomnianej moralności, która mówiła o tym, że nie mógł dokładać pretorowi problemów. Jak by to wyglądało, gdyby on i Dorian wrócili do Obozu Jupiter sami? Jak wytłumaczyliby, że zostawili innego legionistę na środku pustyni? Kurt, w przeciwieństwie do reszty obozu, nie był szczególnie sentymentalny, ale zostawienie kogoś na pastwę losu brzmiało wręcz jak dezercja. Całkowicie przeczyło wszystkim zasadom legionu, które wpajano im od kilku lat.
Wcisnął pięści w oczy i bardzo się postarał, żeby nie krzyknąć we własne przedramiona.
— To nie zależy od tego, czego ja chcę, czy czego kurwa nie chcę — jęknął zamiast tego.
— O, to teraz ty tu podejmujesz decyzje? — syknięcie Doriana było nieco zbyt ostre.
Kurt spuścił ramiona wzdłuż ciała. Rzucił ostrzegawcze spojrzenie, najpierw Dorianowi, potem siedzącej za plecami brata Edel, która odwróciła wzrok tak szybko, jak tylko napotkała Kurta. Musiała przysłuchiwać się ich rozmowie. Musiała słyszeć, że zaczęli się sprzeczać, a przecież mieli zachować przed nią zimną krew, pokazać, że są bardziej kompetentni od jakiejś obślinionej centurionki, która płacze do pretora na środku pustyni.
Nie sprzeczaliby się, gdyby Dorian nie był kretynem. Kurt pociągnął go za rękaw fioletowej koszulki Obozu Jupiter, może trochę zbyt mocno, bo materiał rozciągnął się pod jego palcami. Dorian warknął pod nosem i capnął go po łapach. Odwrócili się do Edel bardziej plecami.
— Czy ty nie widzisz, że ten pies jest, kurwa, zmęczony? — ponaglił go Kurt ostrym szeptem.
To był błąd. Przekroczył granicę ze złości i zdał sobie z tego sprawę dopiero po chwili.
— Bo co, bo niby jestem ŚLEPY?!
Skończyła się przyciszona kłótnia wymieniana szeptami. Dorian wyglądał, jakby zaraz miał wybuchnąć. Wrzucić jadowitego, pustynnego skorpiona Kurtowi prosto do majtek. Terminator podniósł łeb i obnażył zęby, nagle zapominając, że Kurt codziennie rzuca mu część swojego śniadania pod stołem, zdrajca. Edel przestała udawać, że nie przysłuchuje się rozmowie, i faktycznie zaczęła jej się przysłuchiwać.
— Chuj mnie obchodzi, że jesteś ślepy! — odkrzyknął. Nie było już sensu nawet udawać. Dorian odwrócił się wściekle i wrócił do swojego psa, kompletnie ignorując Edel, podczas gdy Kurt poszedł za nim z rozłożonymi rękoma. — Choćbyś nawet chciał, ten pies nie ruszy swojego tłustego dupska nawet o centymetr!
— Terminator, wstawaj! — syknął Dorian. Pies mruknął coś po psiemu i podniósł się ciężko na łapy, wzburzającym tym samym chmurę kurzu. Edel wyglądała, jakby chciała interweniować między braćmi, ale żaden z nich nie uraczył jej ani jednym spojrzeniem.
— Obraź się jak bachor — skwitował Kurt, ociekając jadem. — Do niczego innego nie jesteś zdolny.
Spodziewał się, że Dorian rzuci wszystko i zawróci, żeby mu przypierdolić, ale chłopak wgramolił się na grzbiet psa, poklepał go karku i… zniknął. Zostawiając Kurta i Edel samych na pustyni.
— Och — szepnęła Edel.
Och. Kurtowi zrzedła mina. Może jednak nie docenił tego cholernego psa. Był przekonany, że Terminatorowi się nawet nie uda teleportować własnej pchły, ale minęło kilka sekund, a Kurt i Edel nadal byli na pustyni całkiem sami.
Miał ochotę krzyczeć. Był wkurwiony, czuł się jak tykająca bomba. Zataczał kółka wokół Edel, jak sęp krążący nad padliną, ale myślami był bardzo daleko. W swojej głowie próbował równocześnie wymyślić plan jak się stąd bezpiecznie wynieść, ale szumiało mu w uszach ze złości i jedno słowo wypowiedziane na głos wystarczyłoby, żeby Kurt wybuchnął.
— Kurt…? — zaczęła Edel.
Kurt posłał jej spojrzenie, które mogło zamieniać ludzi w kamień. Otworzył usta, żeby jej coś odpyskować, jakby to wszystko była jej wina, ale w tym właśnie momencie usłyszeli głuchy świst. Wzniosła się chmura piasku i oboje zaczęli kaszleć. Kurt musiał zasłonić oczy ramieniem.
Dopiero po chwili kurz opadł i ich oczom ukazał się żałosny widok. Kilkanaście metrów dalej, pod nędznym, wysuszonym krzaczkiem, głęboko spał (znowu) zmęczony piekielny ogar. Chrapanie psa zagłuszało naglące prośby jego pana, który nadal siedział na grzbiecie i próbował go obudzić.
Kurt mógł mu powiedzieć tyle rzeczy. Wyśmiać go, na przykład. Radośnie skomentować: „daleko się teleportowałeś, debilu”, w końcu miał rację. Żadna z tych rzeczy nie dawała mu jednak poczucia satysfakcji. Wycelował palec wskazujący w stronę Edel i zmarszczył gniewnie brwi.
— Jak tylko pies się obudzi, pójdziemy jak najbliżej ulicy i złapiemy autostopa z powrotem do San Francisco — rozkazał dziewczynie, całkowicie ignorując, że już wcześniej mówiła o tutejszych drogach. — Jeśli ty przekonasz tego pierdolonego debila, żeby zaczął współpracować. Ja nie będę z nim rozmawiać.
Odwrócił się na pięcie, przeszedł kilka kroków i usiadł ciężko na piachu, plecami do pozostałej dwójki (i Terminatora). Nie miał nawet jak ukryć się przed niepożądanym wzrokiem. Wpatrywanie się w horyzont, technika głębokich wdechów i nadzieja, że jeśli on nie widzi Edel i Doriana, to oni też go nie widzą, musiała mu wystarczyć.


Edel?
────
[1304 słowa: Kurt otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

środa, 7 stycznia 2026

Od Setha CD Mikołaja — „Ty jesteś rudziejszy”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Pomimo tego, że jego rudowłosy przeciwnik miał dłuższą broń od niego, to Seth odnosił wrażenie, że ta bardziej mu ciąży w rękach niczym dodatkowy ciężar niżeli sprawdza się dla niego jako broń. Chłopak coś tam potrafił, będąc zdolny nawet raz skrócić dzielący ich dystans, lecz pomiędzy umiejętnościami obu była przepaść, a Mikołaj pozostawał w tyle za starszym. Fox nieco z nudzeniem przeprowadzał ataki, nie musząc zbytnio nawet wyczekiwać na błąd ze strony władającego gladius.
Po uderzeniu tępym ostrzem odsunął się od Mikołaja, który zdecydowanie odczuł siłę ataku, gdyż jego oręż teraz spoczywał opuszczony w jego dłoni. Syn Eris go nie poganiał, dając czas na dojście do siebie — sam raczej nigdy nie dostał z taką siłą metalową bronią, lecz na treningach samoobrony nie raz nie dwa oberwał w newralgiczne, bolesne miejsca, że przez dobry tydzień miał siniaki na ciele.
— Już masz dość? — spytał po dłuższej chwili, chowając ręce z bronią do dużej kieszeni bluzy na wysokości brzucha. Jego postawa była rozluźniona, spokojna, wręcz idealna do nagłego ataku z zaskoczenia. — Jeśli tak to możemy już skończyć. Wolę, byś mi tu nie padł nagle w połowie walki — dodał bez żadnej krzty ironii lub sarkazmu w swojej wypowiedzi, jakby naprawdę martwił się o swojego przeciwnika.
— Tylko szczerze odpowiedz — uprzedził, widząc niewielkie wahanie na twarzy młodszego, samemu będąc nieco zdziwiony swoim zachowaniem. Przecież od kiedy tak bardzo się przejmuje drugą osobą? Szczególnie że dziś to tak wstał lewą nogą z powodu przymusowej pobudki z rana.
Finalnie jednak nie zaczekał na odpowiedź ze strony syna Dionizosa, samemu decydując, że to koniec pojedynku. W ciszy go wyminął, udając się w stronę zbrojowni, by oddać swoją broń. Nawet nie reagował na zdziwione spojrzenia ani słowa prowadzącego, może mu się za to jakoś oberwie, lecz tym będzie się przejmować później — teraz to miał ochotę zakończyć to wszystko i pójść w jakieś ciche miejsce, gdzie nikt nie będzie oceniać jego umiejętności walki, jakby były na ten temat jakiekolwiek wątpliwości. Przecież i tak jest synem jakiejś mniej znanej bogini, więc kto niby chciałby go atakować? Niech się lepiej przejmują dziećmi tych głównych bogów.


Mikołaj?
────
[342 słowa: Seth otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

wtorek, 6 stycznia 2026

Podsumowanie Saturnaliów

Szczęśliwego Nowego Roku dla Smellsów! To był wyjątkowo szybki event, jeśli zapytacie mnie o zdanie. Chyba najszybszy ze wszystkich, które do tej pory zorganizowaliśmy; no może poza wywiadami… Zobaczmy więc, jak tryb ekspresowy wpłynął na Wasze chęci do pisania, bo zdecydowanie nie odebrał Wam ochoty na opisywanie angstu.

STATYSTYKI I NAGRODY

W tym evencie napisaliście łącznie 23 listy. Niektórzy zdecydowali się na napisanie ich od wszystkich lub większość swoich postaci. W ten sposób najwięcej listów w evencie napisali Zirco (8), Cielak (5) i Flowery (4). Najdłuższy list został napisany przeze mnie (hej, to ja, Aleks, kto by się spodziewał?), osiągając eventowe maksimum 1000 słów (Od Wintera do Chione).
Nie odbyło się żadne głosowanie! W związku z tym nie przydzielamy żadnych nagród specjalnych. Za każdy napisany list Wasza postać otrzymywała odpowiednią ilość PD za słowa i dodatkowe 15. O uścisku dłoni prezesa jeszcze sobie porozmawiamy.

MIKOŁAJKOWA SKRZYNKA POCZTOWA

Tym radosnym akcentem kończymy ten minievent–... chwila, coś jeszcze? Czyżby niektórzy z Was zapomnieli sprawdzić swojej poczty?

styl pisania Szczypiorka jest tak miło chillowy, że nic tylko czytać te opka pod kocem z herbatką i uśmiechać się pod nosem na zdaniach, w których słowa się smacznie układają

bardzo płynnie czyta się utwory Sigmy i to jest zajebiste!!! fajnie jest tak sobie płynąć przez dobrze opowiadaną historię + podoba mi się to jak dawkowało informacje o relacji Isai-Sypha w drabblach

uwielbiam opka Flowery za te wszystkie świetne odwołania do popkultury w momentach, w których człowiek się tego nie spodziewa + jej postacie są barwnymi debilkami, z którymi miło prowadzi się wątki

zawsze przyjemnie pisze się wątki z Cielak, nie trzeba długo czekać na odpisy i pomysły na dalszy ciąg często po prostu przychodzą same, zresztą ona też ma tak dużo pomysłów, po prostu ma w sobie tyle kreatywności, która naprawdę dużo dodaje jej opowiadaniom

zawsze podobał mi się styl pisania cielak ♡ wszystkie listy się przyjemnie czytało

flowery bardzo się poprawiłaś z pisaniem, masz przyjemny styl taki książkowy i każdy twój list był odzwierciedleniem charakteru postaci
bardzo mi się podobał list od dicka i to jak uwzględniłaś że jest przegrywem życiowym albo też list od ricky'ego

tomek masz dojebanyyy styl kocham twoje opisy i to jak odzwierciedlasz emocje naprawdę lubiłem opowiadania od twojego smarkacza i od twojej słodkiej sylvie pisz więcej

list od mikołaja jest taki fajny dziecinny dosłownie coś takiego pewnie napisałby mikołaj więc kocham jak jego charakter został przedstawiony

list od edgar jest tak in character....... widac ze byl pisany na kolanie, na szybko i to podkreslenie ze nie UKRADLO tylko KUPILO mnie zniszczylo
true mercury kid

erin jest slodka

lotus to slodki dzieciak

lubie twoj styl aleksandrze i fajnie jakbys pisal czesciej i wiecej bo sie przyjemne z toba te watki prowadzi : 3

nie wiem kiedy aurek to zobaczy ale zawsze podobal mi sie twoj specyficzny styl geju
opowiadania podzielone na czesci dodaja im dynamiki i jeszcze nigdy nie widzialem by ktos tak pisal no przyjemne bardzo wroc do nas bby

list od Wintera jest bardzo uroczy

lubię pomysł Isaiasa na list i obce wtrącenia

List Lynn jest bardzo przyjemnie napisany, bardzo sentymentalno-gorzko-słodki.

Post appreciation dla postaci Dahlii i stylu pisania szczypiora. Jest bardzo ciekawą postacią, czuć jej osobowość, po prostu się ją lubi. Design też ma dojebany. Bardzo lubię czytać jej opka, robi się to przyjemnie i szybko, akcja jest zawsze fajnie prowadzona, nie ma zbędnych, niepotrzebnych opisów o dupie maryli.

Przyjemnie czytało się listy od wszystkich postaci Cielaka, szczególnie od Elianne. Twoje postacie zawsze są żywe, każda z nich ma ciekawe, wyróżniające je cechy, widać, że przykładasz do każdej z nich dużą uwagę i je rozwijasz. Podobnie jest z twoimi opkami, zawsze wydają mi się zadbane, widzę, że wkładasz w nie dużo pasji.

Lubię twoje postacie flowery, są silly i mają swój charakter, a Lynn jest bardzo ciekawa, jej opka mają w sobie to coś. Inne opowiadania także przyjemnie się czyta, czuć od nich ciepło. Podobały mi się bardzo listy Ricky'ego i Philip

Podziwiam determinację Jajo co do pisania. Serio. Szczególnie, że nie ma opowiadania, które nie byłoby dobre jakościowo. Lubię jak opisujesz myśli swoich postaci i rozwijasz akcję, twoje drabble były świetne, a postacie mają cudny character development.

Opisy w opowiadaniach Apollodorosa ma w sobie inspirujące natchnienie, lubię, jak odnoszą się do zmysłów i w jaki sposób przedstawiają przestrzeń wokół. Sama jego postać jest przyjemna, jest trochę jak taka cynamonowa bułeczka, po której jednak nie wiadomo, czego można się spodziewać, ma w sobie artystyczną delikatność.

Aleksandrze Imperatorze, dziękuję za zesłanie postaci Kurta, kocham go, czuję z nim duchową więź i cieszy mnie każdy kontent z nim. (ps jego pierwsze drabble było moim fav ze wszystkich i mnie zabiło). Masz charakterystyczny styl, który widać, że przez lata go wyrabiałeś i stał się tylko twoim, twoje opowiadania mają swoje poczucie humoru, ale gdy trzeba, zachowują powagę i wprawiają czytelnika w nastrój, który jest w nich przedstawiany.

Bardzo spodobał mi się list Chaita, możliwe, że był moim ulubionym. Lubię, jak w drabblach/opkach Chaita opisywane są postacie poboczne i wydarzenia, jest super postacią. U Arisu za to wyraźnie widać jej charakter. Ogólnie bardzo przyjemne opka do czytania!!

Uwielbiam styl pisania zirco i to, jak zawsze dopasowany jest do postaci, którą akurat pisze. Wszystkie z nich mają ciekawe, indywidualne cechy, a dialogi są zawsze żywe, napisane w naturalny, niesztywny sposób. Widać, że pisanie sprawia ci fun.

List Mikołaja bardzo mi się podobał!! Twój styl pisania jest taki soft, jak cynamonowe bułeczki, luźny i jednocześnie spójny, dialogi i opisy idealnie się komponują.

Isai jest bardzo dobrze napisaną postacią, uwielbiam jego charakter i design. Twoje opka są cudne pod względami stylistycznymi, ciekawie rozgrywasz fabułę, nieraz brzmią dla mnie poetycko, ogólnie kocham czytać rzeczy od ciebie.

List Erin był super napisany. Lubię ją jako postać, jest jak przesłodki szczeniaczek którego chce się potargać, a twoje pisanie daje mi vibe ciepłego kocyka z gorącą czekoladą i rozpalonym kominkiem

Tomek ma niepowtarzalny styl pisania, jak wyjęty z arcydzieła, ma piękne, klimatyczne zabiegi stylistyczne. Czytanie twoich opek to przyjemność. Cudownie opisujesz emocje postaci z jej perspektywy.

Bardzo lubię, jak prowadzona jest postać Quinn i ma moją sympatię. Twoje postacie są ekspresywne i żywe, podobnie jak twój styl pisania, podoba mi się jak opisujesz przemyślenia postaci.

Mae w super sposób rozwija swoje postacie, daje im życie i czyni je ciekawymi. Masz kreatywne pomysły, a twoje drabble były naprawdę świetne, Blanche zawsze łapie mnie za serce, podobnie jak to, w jaki sposób piszesz opka Ash.

Od Judasa CD Havu — „Take me to church"

Poprzednie opowiadanie

LATO

— Przez ciebie zapomniałem. Widzisz, co ze mną robisz?
Odwrócił się do Havu plecami, przez co nie mógł spostrzec jego zniesmaczonego wyrazu twarzy. Będąc szczerymi, Judas to po prostu beznadziejna osoba, jeśli chodzi o wymyślanie flirciaskich tekstów i trudno uwierzyć, że ktokolwiek chciałby wplątywać się z nim w romantyczną relację, bo za każdym razem, gdy próbuje powiedzieć coś na przyciągnięcie drugiej osoby (a próbuje tego nie raz, gdy chce zdobyć czyjąś sympatię), wychodzi to żenująco, aż by można zapaść się pod ziemię, byleby dalej nie słuchać tych nieudolnych prób.
Zalał jego herbatę, zerkając na elektroniczny zegarek przy piekarniku, żeby móc odliczyć idealne trzy minuty do wyciągnięcia zaparzacza.
— Może wymyślmy sposób, aby Vince przestał się tak teleportować — odparł, gdy wyjmował torebkę i wrzucał do śmieci.
Delikatnie podał Havu kubek, z którego unosiła się gorąca para.
— Vince? Od kiedy tak go nazywasz?
Judas uśmiechnął się do mężczyzny.
— To tak, jakbyśmy go już przygarnęli, więc czemu nie? Nie myślałeś nigdy, jak to jest być ojcem?
— Nie — odpowiedział dobitnym tonem. — Wolę o tym nie myśleć.
I nie wiedział, że od tej pory będzie miał wiele okazji, by zobaczyć, jak to jest.

 
— Nie chcę ZNOWU z tobą spać w jednym łóżku.
Ale nie miał żadnych innych wyborów. A gdyby miał, to nie byłyby one lepsze od położenia się na nieposprzątanej, zakurzonej i ofutrzałej podłodze, czego Havu nie miał zamiaru robić.
Wgapiali się w Vincenta, który bezproblemowo spał wśród przytulonych do niego, psich stworzeń, zajmując całą przestrzeń. Zbyt duża (zdecydowanie) koszulka Judasa zwisała z chłopaka niemal do samej ziemi, a codziennie jeansy nie wyglądały na zbyt wygodne, przez co mężczyźnie przeszło przez myśl, że powinien kupić jakieś ubrania dla nastolatka, na wypadek, gdyby… znowu zamierzał się do niego teleportować, bo mógł spodziewać się tego w każdej chwili, patrząc na dotychczasowy bieg wydarzeń.
— I tak byś spał, bo ta kanapa jest dla psów.
Havu niedowierzająco zmierzył wzrokiem drugiego mężczyznę, a jego wargi lekko zdarżały, choć jego twarz pozostała niewzruszona.
— Masz specjalną kanapę dla psów?
— Coś w tym dziwnego?
— Ty cały jesteś, kurwa, dziwny.
Po prysznicu położyli się plecami do siebie, ale nie pisnęli ani słowa. Havu robił coś w telefonie, a Judas wpatrywał się w sufit, nie zakłócając jego spokoju. Jego powieki już zaczęły się kleić, choć nie była to jego pora na spanie. Zazwyczaj zasypiał o pierwszej lub drugiej w nocy i nawet nie była to wina problemów ze snem, bo takowe przestały go męczyć mu już dawno temu. Prawie od razu spowiła go ciemność i zupełna cisza.

 
O dziewiątej rano obudził ich Vincent.
— Jestem głodny — stwierdził na przywitanie.
Głodzili go od paru godzin, a także samych siebie. Dopiero odczuli ten marynowany od dłuższego czasu głód, gdy usłyszeli jego słowa. Judas czuł się zbytnio odpowiedzialny za chłopaka — który nie był nawet jego rodowitym synem — przez co dopadło go poczucie winy i poczuł się jak najgorszy człowiek na świecie, który nie potrafi o niego zadbać.
Havu otworzył lodówkę, ale nie znalazł nic, co nadawałoby się na zbilansowany, pełny składników odżywczych posiłek. Dwie puszki piwa, mleko, śmietanka. Przeterminowany dżem truskawkowy, wyschnięta cytryna, jakieś dziwne pesto, jedno jajko, torebki ketchupów z KFC, a oprócz tego (o dziwo) szpinak. Nie miał nawet chleba.
— Masz cokolwiek… innego?
Havu postanowił, że zrobią obiad na kolację i wykorzystał fakt, że w szafce na suche produkty był makaron. Judas usprawiedliwiał się (choć nikt go o nic nie oskarżał), że nie zrobił akurat zakupów i dopiero ma uzupełniać zapasy. Z racji, że ksiądz miał od zawsze dwie lewe ręce do gotowania, to rudowłosy zrobił prawie wszystko, bo mężczyzna pomógł mu tylko w podsmażeniu cebuli i czosnku, a potem, zmuszony, umył naczynia.

 
Jedli makaron ze szpinakiem na śniadanie i oglądali telewizję, pijąc kawę. W czasach, gdy robią to tylko wymęczeni po ośmiogodzinnej pracy, wypaleni zawodowo i rodzinnie ludzie po czterdziestce, Havu musiał być znudzony, szczególnie że robił to przez Judasa. Oraz z Vincentem. Typowa dwójka ojców z adoptowanym dzieciakiem.
Ksiądz nie potrafił wywnioskować żadnych informacji o emocjach rudowłosego z jego twarzy, ale domyślał się, że nie jest najbardziej zadowolony. Nie przebrali się z pidżam (teraz także Havu miał na sobie ubrania Judasa), a na stoliku leżały talerze z ich śniadaniem.
Vince opowiadał o Obozie, o osobach, które tam poznał, jakiejś dwójce rudego rodzeństwa, za którymi chodził piekielny ogar, białowłosej kobiecie bijącej miotłą niebieskowłosego gościa, o pretorze jedzącym fasolki, a także o chłopaku imieniem Miko, którego szczególnie polubił czy o… ciekawie pachnącym dziecku Kloacyny.
— Okazało się, że jestem synem Arcus.
— Kto by pomyślał — prychnął Havu, uśmiechając się z ironią. — W końcu jesteś magiczny i się teleportujesz z obozu w środek miasta. Dwójka rodziców od boga śmierci lub terroru oraz ich syn Arcus. Nic zaskakującego, dziwnego ani komicznego.
— Ale słuchajcie, umiem robić sztuczki, których wy na pewno nie zrobicie.
Musiał im się pochwalić iluzjami, zadowolony ze swoich umiejętności (niezbyt umiejętnych jednak, jakby nie do końca panował nad tym, co robi), które nadal odkrywał. Był jak ucieszony nową zabawką pięciolatek. Postanowił też swoimi magicznymi rękoma stworzyć tęczę, co okazało się błędem.
Nagle znaleźli się na plaży. Z dala od domu. Ich stopy ugrzęzły w prosto w piasek, a do uszu dotarł dźwięk fal. Ostre promienie słońca poraziły ich prosto w oczy. Zszokowani spojrzeli po sobie. Vincent przełknął ślinę, ze strachem patrząc na mężczyzn.
— No, nic się nie stało — uśmiechnął się Judas, jakby nigdy nic — może ty nas lepiej przeteleportujesz z powrotem, Havu?
— A co ja, też jestem synem Arcus? — Odwzajemnił grymas.
— Nie, ale jesteś dzieckiem Plutona, a nie wiem, czy Vince... da radę to normalnie zrobić.
Rudowłosy zmarszczył brwi na mężczyznę
— Co?
— Sam mi powiedziałeś.
— Masz na myśli… że nigdy ci nie powiedziałem prawdy, a ty na dodatek uwierzyłeś w oczywisty żart?
— …Nie.
— …Ups.


Havu?
────
[934 słowa: Judas otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

środa, 31 grudnia 2025

Od Wintera do Chione (list)

Nowy Jork, 23 grudnia

Bogini Chione,

Matko Mamo,

jeśli mam być szczery (proszę, nie zamień mnie w bałwana), zapomniałem o tej tradycji. Blanche piekła dzisiaj ze mną ciasto (to znaczy ja piekłem, bo ona akurat prawie zrobiła z niego zakalec, ale nie przekazuj jej tego) i zapytała mnie, czy napisałem już list do matki. Najgorsze w tym jest to, że przez chwilę musiałem się zastanowić, o którą matkę chodzi, bo teoretycznie teraz mam trzy (błagam, nie obraź się, że nie postawiłem Cię na pierwszym miejscu). Na początku miałem w ogóle nie pisać (ponawiam prośbę o niezbałwanienie). Chociaż jeszcze nigdy żadnego nie poznałem, spodziewam się, że masz wiele innych dzieci i wiele innych listów do przeczytania. Nie ma sensu, żebym tylko dokładał się do kupy. Czy Ty w ogóle to czytasz? Dałaś kiedyś komuś jakiś znak? Blanche powiedziała mi, że to tradycja i tyle. Dodała też coś o tym, że lepiej napisać, niż zostać spalonym przez własną matkę (którą?), i chyba to ostatecznie mnie przekonało. (Blanche spojrzała na mnie bardzo dziwnie, kiedy zapytałem ją, czy w Twoim przypadku nie lepiej byłoby mnie zamienić w płatek śniegu niż spalić. Proszę, daj mi odpowiedź Albo nie, nie chcę być płatkiem śniegu). Ta tradycja brzmi jak pisanie listów do świętego Mikołaja, ale do niego nigdy nie napisałem żadnego listu. (Nie powinienem porównywać greckiej bogini do świętego Mikołaja).

Jest środek nocy. (Mama powiedziałaby, że to nad ranem). Myślałem o tym, co napisać w liście i nie mogę spać. Z góry przepraszam za pokreśloną kartkę, piszę to przy słabej lampce, w której jutro będę musiał wymienić baterie. Poza tym sąsiedzi na górze chyba przedwcześnie świętują, nie mogę się skupić i przed chwilą zdałem sobie sprawę, że to ostatnia biała kartka, jaką mam, a chyba wolę wysłać ci taką pokreśloną, niż wyrwaną z zeszytu od matematyki. (Jeśli kiedykolwiek usłyszałaś moje modlitwy, to wiesz, że nie cierpię matematyki i ta kartka pewnie jest przeklęta). W każdym razie doszedłem do wniosku, że nadal nie wiem co mam do Ciebie napisać. Nie zapytałem Blanche, co napisała do swojej matki Tyche. Nie wypytywałem nigdy nikogo w Obozie Herosów, a Chejron nie dał nam instruktażu. Czy reszta Twoich dzieci składa ci listownie modły? Prosi Cię o coś? Wszyscy oczekują, że będę wiedział rzeczy instynktownie, ale ja nie wiem, dlatego musisz wybacz mi.

Zaczynam myśleć, że może wcale nie chciałabyś czytać o mnie. Nigdy się ze mną nie spotkałaś. Nie wiem, czy ja chciałbym dostać list od obcej osoby. Ktoś mi kiedyś powiedział, że coś nad nami cały czas czuwa, ale myślę, że to dosyć dziwne, bo skoro się ze mną nigdy nie spotkałaś, to chyba nie chciałabyś nade mną czuwać, bo co, jeśli akurat byłbym pod prysznicem? Pomyślałem też, że poznałaś przecież moją mamę. Czy bogowie czasem się zastanawiają, co się dzieje u ich śmiertelnych kochanków? Czy też nad nimi czuwają? Myślicie czasem o nich?

Mama chyba często o Tobie myśli. Ma teraz partnerkę, nazywa się Blanche, opowiadałem Ci już o niej. Pierwszy raz widzę, żeby mama kogoś kochała. Czasem patrzę na nie i zastanawiam się, czy Wy też kiedyś wyglądałyście na tak zakochane. Czy powiedziałaś mojej mamie, że ją zostawisz? Czy powiedziałaś mojej mamie, że zostanę po Tobie ja?

Jeśli nad nami czuwasz, tak, jak mówią o tym inni, to wiesz, że ja i mama znowu ze sobą rozmawiamy. Teoretycznie zawsze ze sobą rozmawialiśmy, ale nie w ten sposób. Kiedy byłem mały, to myślałem, że mama po prostu mnie nie kocha, bo jestem trudnym dzieckiem i bo nigdy mnie nie chciała. Kiedy dowiedziałem się, że jestem półbogiem, pomyślałem, że widziała we mnie przykre skutki swojego romansu. Blanche powiedziała mi niedawno, że za bardzo Cię kochała i bała się, że jeśli równie mocno pokocha mnie, to nigdy o Tobie nie zapomni. Nie chcę jej tłumaczyć. Byłem zły, kiedy Blanche mi o tym powiedziała, zwłaszcza że nie usłyszałem tego od mamy. Jest grudzień i kiedy przypatruje się mamie, widzę, jak wygląda przez okno na padający śnieg i jak ściąga rękawiczki, żeby zimno szczypało ją w ręce. (Robię tak samo, bo chłód mnie tylko łaskocze. Blanche zawsze śmieje się i mówi, że jeśli oboje zachorujemy, to gorącą zupę będzie nam dostarczać tylko catering. Pewnie by tak było, bo Blanche naprawdę nie umie gotować). Może przestała się bać, że Cię zapomni, może zaczęła szukać Cię we wszystkim, żeby tylko nie zapomnieć,

Mój dziadek umarł. Chyba go nie znałaś. Potrzebowałem to napisać na papierze. Mój dziadek umarł mama kogoś kocha jestem sam i cię nie znam czy ty to w ogóle czytasz

[plama rozmazanego tuszu]

Teoretycznie mam trzy matki. W podstawówce, kiedy mówiłem innym dzieciom, że nie mam ojca, zawsze się dziwiły i pytały, czy umarł. Wtedy się tym przejmowałem, teraz nie wiem, jak się z tego tłumaczyć, żeby nie obrazić… Twojej boskości. Czasem myślę sobie, że to takie głupie, mam przecież trzy matki, a nadal mi czegoś brakuje. Nie chodzi o ojca. Nigdy go nie miałem i nie mam porównania, jak to jest go mieć. Mam mamę i mam Blanche, które naprawdę się starają, ale nigdy nie wypełnią w mojej głowie miejsca na trzecią osobę, bo cały czas myślę o Tobie i o tym, co by było gdyby. Tęsknię za Tobą w moim życiu, chociaż jesteś boginią i nigdy do tej pory Cię nie spotkałem. Chyba jestem trochę egoistą, że tak bardzo chcę z Tobą porozmawiać. Masz przecież też inne dzieci. I chyba nie doceniam tego, co mam, chociaż bardzo bym chciał doceniać.

Mamo, jak pewnie wiesz, mam ADHD, dysleksję i nie mam kolejnej czystej kartki. Mam nadzieję, że z przymrużeniem oka przeczytasz ten list. Miał nie być o mnie, ale mam wrażenie, że jednak jest o mnie. Przepraszam, chyba znowu robię coś nie tak, jak powinno być.

Może powinienem ten list zamienić w lód i roztrzaskać, zamiast go palić? Palenie listu dla bogini śniegu wydaje się trochę obraźliwe. O tym też nie było instruktażu. Macie tam jakąś ognistą pocztę? Nie musisz odpowiadać na moje pytania. Kiedy kończę ten list, jest już naprawdę nad ranem, a nie w nocy. Jeśli obudzę kogoś, szukając zapalniczki, to przynajmniej z czystym sumieniem, że dokończyłem ten list.

Twój syn,

Winter Miller

PS. Ale jeśli kiedykolwiek będziesz chciała odpowiedzieć na moje pytania, to proszę, powiedz mi, jak ja się w ogóle urodziłem. W sensie, nie wiem, przyniósł mnie bocian? Przyleciałem na płatku śniegu? Jak to działa w przypadku dwóch kobiet, z czego jedna jest boginią? Chyba dzisiaj już nie zasnę.

Od Dantego do Janusa (list)

15 lat temu

Szkoła wojskowa, 20 grudnia

Magiczny Nadnaturalny?


Tatusiu!



Szanowny ojcze boski i półboski imieniem Janus,

Czy ja piszę list do świętego Mikołaja? Wszyscy piszą, więc ja też pomyślałem, że napiszę. Problem jest tylko taki, drogi Mikołaju, że kazali mi na ciebie mówić Janus. Janusz? Dlaczego? Może jesteś z bieguna południowego a nie północnego?

W tym roku chciałbym dostać

Dowiedziałem się właśnie, że nie jesteś świętym Mikołajem i żebym cię przeprosić. No to przepraszam. Kim jesteś? Czarodziejem? Tutaj wszyscy mówią o jakichś czarodziejach. Jak to w ogóle działa? Jesteś kimś, kogo moja mama pokochała, a potem rozprysnąłeś się w powietrzu? Nie, nie, nie…. czekaj, ja wiem. Ty jesteś clownem!

Nie mogę już wyrwać tego wstępu, więc jak coś to nie czytaj, bo mi znowu ktoś mówi, że to brzmi źle. Okiś?

Moje imię to Dante. D-A-N-T-E. Chciałem przeliterować, bo czasem ktoś powie do mnie Denny albo Denis, a to trochę brzydkie imiona.

Lubię dużo rzeczy. Na przykład lubię śpiewać. Chciałbym być piosenkarką jak Ariana Grande. Tak w sumie to żartuję. Nie lubię nawet Ariany Grande i w sumie nie wiem, co lubię. Mieszkam w tym miejscu od chyba roku? Albo krócej? Nie liczę czasu… znaczy nieeee ja go liczę, ale teraz nie pamiętam.

Dajesz wiarę, że tutaj od trzech dni wszyscy siedzą i piszą listy? Dziwne. Znaczy okeeeej może to są listy do świętego Mikołajaaa. Albo do kogoś tam z rodziny. Albo do czarodzieja, takiego jak ty. Dzieci wierzą tutaj w bajki, to ja też coś napiszę, żeby nie było. Lubię bajki, ale jestem na nie trochę za stary już. No ale niech im będzie.

Jestem D-A-N-T-E i mam TRZYNAŚCIE lat. Mam ileś tam centymetrów wzrostu (mogę podać w stopach, jak wolisz, ale nie podam bo nie pamiętam) i mam rozmiar buta chyba 42 ale nie chce mi się zaglądać pod podeszwę. Lubię kolor różowy. Nie mam braci. a moja mama nooooooooo mama no jest sobie gdzieś tam NIEWAŻNE


Chcesz mi wysłać trochę ciasteczek Reese's? Lubię je. No i nie mogę chyba prosić o za dużo bo nie jesteś świętym Mikołajem. No ale ciasteczka, mniaaam.

Okej teraz posłuchaj. Jeśli jesteś gdzieś tam i dostaniesz ten list, to mnie zaczaruj. Wyczaruj mi brodę, okej? Ale taką długą, do samej ziemi. Wtedy uwierzę, że istniejesz. No a jak nie będę mieć brody za tydzień, to wiem, że to tylko bajeczki. Znaczy wiem, że to bajeczki. No.

Chciałbym też kiedyś mieć kotka albo pieska. Ale nie wiem nie mam ręki do zwierząt. Czasem zapomnę pójść na śniadanie a co dopiero żeby pamiętać o nakarmieniu kota albo psa. Tragedia.

Umiem sztuczki z kartami. Na przykład umiem je bardzo szybko potasować ale na tym się kończy moja magia. Jaka jest twoja magia? Taki mój przyjaciel najlepszy powiedział, że on jest pół… bogiem???????? i że jego ojciec jest ojcem uhhhhh wojny. STRASZNE! Mrozi krew w żyłach. I powiedział, że on czasem może uhhhhhh nakrzyczeć na przeciwnika i go bardzo przestraszyć. Nazywa to okrzykiem wojennym. Dziwna ta szkoła wojskowa. W sensie okej może te dzieci są w szoku, w końcu wyjechały od rodziny i trafiły do tego internatu i muszą się uczyć jak walczyć w staroświecki sposób. Bo tutaj nie ma nawet gnatów. Czaisz. Glock jakiś by się przydał chociaż no bez jaj. A mi każą chodzić W ZBROI co ja ze średniowiecza jestem? I każą mi machać tam mieczem takim serio ostrym. Pokroiłem nim raz pomidora na takie cienkie plasterki.

Jak się pisało zakończenia listów?

Z poważaniem, całuski, buziaczki i uściski rąk,

DANTE nie DENNIS nie DENNY

D-A-N-T-E

ps. ej w sumie jak to spalę to i tak tego nie przeczytasz to chyba nici z mojej brody. chyba że magicznie zobaczysz TO PAMIĘTAJ O MNIE