LATO
Powiedzieć, że brakło mi słów, to za mało. Musiałom usiąść z powrotem na kanapie, czując się, jakbym miało się za moment przewrócić z nerwów. Nic więcej jednak nie powiedziałom, ani go nie oceniałom, choć nie spodziewałom się po nim czegoś takiego. To ja z naszej dwójki miałom tendencję do wpakowywania się w kłopoty, co jednocześnie nie oznaczało, że to go można określić jako kogoś zupełnie racjonalnie myślącego. Wyglądało na to, że nie był to koniec rozwikływania nierozwiązanych spraw z kiedyś.
— Wiesz, jak to w ogóle brzmi? — wyrzuciłom swoje słowa z westchnięciem. — To wygląda, jakbyś mnie wykorzystywał. Ściągasz mnie tu tylko po to.
— Nie tylko.
— No więc potwierdzasz, że trochę mnie wykorzystujesz.
Ciche parsknięcie przemieniło się w urywany, zduszony śmiech, potrząsający jego ciałem, które w ostatnim czasie wydawało mi się dziwnie smukłe. Patrzyłem na niego, nie rozumiejąc, co go tak rozśmieszyło. Miło jednak było, dla odmiany, widzieć go w takim stanie, za którym tęskniłem — choć nie chciałem tego przyznać samemu sobie, chcąc wpoić w siebie zawiść w jego stronę. Szybko jednak dotarło do mnie, że moje wysiłki są na nic. Nie kontynuowałom tematu, widząc, że jest wystarczająco przytłoczony. Mogłobym dopytywać, wyciągać od niego szczegóły, wyglądać na zainteresowane czy chętne pomocy (a rak szczerze — nie byłom), ale zamiast tego, pozwoliłom, aby sam zdecydował, co dalej z tym zrobi. Zero prób kontroli czy wymuszania.
Skoro chcesz robić ze mnie swojego psa tropiącego, to niech ci będzie.
Uniósł brodę, ale szybko spuścił wzrok, jakbym powiedział coś wyjątkowo dwuznacznego. Otworzył z powrotem laptopa, włączył zatrzymany film i usiadł na kanapie z kolanami podciągniętymi pod brodę. Wyglądał w tej pozie tak nienaturalnie, że uderzyła mnie ironia całej sytuacji — ja, denerwujący się o coś, o czym nie powinienem mieć nic do powiedzenia. My, oglądający wybrany losowo film, czego nie robiliśmy zapewne od kilkunastu miesięcy. Ucichłom, wpatrując się w monitor, z niepokojem znosząc jego towarzystwo, walcząc z rosnącym we mnie uczuciem potrzeby ucieczki w bezpieczniejsze, komfortowe miejsce. Przybraliśmy maski w tamtej chwili, wymuszając na atmosferze pomiędzy nami, aby przybrała obraz czegoś niewinnego, wcale nie duszącego. Powstrzymywałom się z całej siły od zerkania na niego kątem oka.
— Nic nie wiem o tobie z kiedyś — rzuciłem w końcu, dając ulgę ciężarowi w mojej klatce piersiowej, męczącego mnie w przedświadomości od bardzo dawna.
Z westchnieniem pokręcił głową. Nie był ani trochę skupiony na filmie, który w tamtej chwili wydawał mi się ciągnącą się w nieskończoność bzdetą, choć minęła dopiero godzina.
— Ludzie na co dzień nie rozmawiają o takich rzeczach.
Powiedział to tak, jakbyśmy wcale nie znali się już parę lat, albo jakby one nic dla niego nie znaczyły. Ścisnąłem wargi, które zadrżały.
— Ale ty o mnie wiesz dość dużo. — To niesprawiedliwe, chciałom dodać.
Artem przestał udawać, że interesuje się (przełomową, swoją drogą) sceną, która dzieje się na ekranie. Zatrzymał film, prymitywna, udawana baza spokoju runęła. Odwrócił się w moją stronę, rozluźniając spięte, ściśnięte do siebie ramiona. Ciepłe światło odbijało się w jego ciemnych, zafiksowanych na mnie tęczówkach, które najpierw obwładnęły moje usta, a potem oczy.
— Skoro tak, to co z twoją rodziną?
Gdy rzucił tym pytaniem, mogłem poczuć, jak chłód w mieszkaniu lodowaceje, wprowadzając mnie w niejakie osłupienie. Może nawet nie przez to, jaka mogła być odpowiedź, a to, że ze wszystkiego, wybrał akurat to, że w ogóle przyszły mu na język takie słowa.
— Czemu pytasz o rodzinę?
— No, wiesz, rodzina to miejsce, gdzie każdy zaczynał. Pewnie dlatego mówi o nas najwięcej.
— I jest to powód, czemu o niej nie mówię. Tak samo jak ty.
— Zakazany temat?
— Zakazany — parsknęłom z pełną powagą. — Co do tematów, to właśnie go zmieniasz.
Chwilę wbijał we mnie wzrok, dopóki nie poczułom się nim przygładzone. Wstałom nagle z kanapy pod pretekstem otworzenia okna — moja twarz płonęła. Wyjrzałom zza niego, widząc, że niebo coraz bardziej ciemnieje, o niemal nie obejmując miasta nicością i głuszą. Usłyszałem, jak zaszedł mnie od tyłu, lecz po jego niepewnej twarzy, odbijającej się w oknie rozpoznałem, że był sceptyczny co do swoich własnych zamiarów. Z nerwów, z założonymi na krzyż ramionami, szarpał się za rękaw własnej koszulki.
— Zostań na noc.
Artem? ────
[723 słowa: Edgar otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]
Jakby nie było mi wystarczająco źle, zrobiło mi się mdło. Reakcja mojego organizmu przekroczyła zdrowy rozsądek, gdy poczułem, że mam problem ze złapaniem tchu, jakby ktoś zacisnął palce wokół mojej szyi, a były to palce kogoś konkretnego. Długie, nieco szorstkie, zawijające wokół siebie kręcony kosmyk moich włosów z tym delikatnym szarpnięciem. Nie potrafiłom się nim oprzeć.
[723 słowa: Edgar otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]