poniedziałek, 25 maja 2026

Od Oriany CD Kai — ,,My kink is karma"

Poprzednie opowiadanie 

ZIMA

W głębi duszy spodziewała się takiego obrotu spraw, nie ufając Kai, że ją posłucha. Zdążyła przekonać się, jak ta kobieta potrafi być nieokrzesana, a nie było to nic, za co mogłaby dać jej oficjalną reprymendę. Powstrzymała się od niecenzuralnych słów, uśmiechając się do policjantów. Musiała zachować wizerunek przykładnej, skrupulatnej menadżerki, która potrafiła panować nad sytuacją i zarządzać restauracją, szczególnie przy klientach, którzy oglądali się na odzianą w mundury dwójkę.
— Wiecie co? Był to fałszywy alarm — powiedziała Oriana jednak, stwierdzając, że nie chce wszystkiego roztrząsać.
— Nie możecie tak po prostu sobie nas wzywać i potem mówić, że to fałszywy alarm — fuknął wściekle wysoki mężczyzna.
— Po prostu… wyszło — rzuciła ostrzegawczy wzrok Kai — małe nieporozumienie. Przepraszamy was.
— Nie będziemy teraz ignorować zgłoszenia. — Uparł się, a towarzyszący mu Edgar przewrócił za nim oczami tak, że zarówno Kaya, jak i Oriana mogły to zobaczyć. — O co chodzi z tą kradzieżą?
Mówił coraz głośniej, przez co kobieta oblała się czerwienią ze wstydu. Goście przysłuchiwali się rozmowie, udając, że delektują się daniami.
— Sprawa wewnętrzna — niemal wyszeptała. — To znaczy… jeszcze jest niejasna, no i… — Zaplątała się w swoich słowach, niepewna, co chce powiedzieć.
— Teoretycznie mamy obowiązek, aby teraz zająć się zgłoszonym wykroczeniem — odezwało się nagle Edgar, uśmiechając się durnowato, aż krew zawrzała w Orianie. — Czemu nie chcesz, abyśmy się tym zajęli, ukrywasz coś, kochana?
Nie miała ochoty na takie prowokacje w tamtej chwili i gdyby nie byli przy ludziach, bardzo chętnie by jeno uderzyła. Uwielbiało wprowadzać jeszcze większe zamieszanie we wszystko, co tylko możliwe i nie chciała na to pozwalać, będąc sama jak kołek, bez kierowniczki, niosąc na sobie odpowiedzialność za dwójkę nowych pracowników, organizowanie przyjęć, ogarnianie dostaw, a teraz jeszcze próbując kontrolować nietaktowne poczynania Kai.
— Mieliście w ostatnich miesiącach dużo wezwań — stwierdziło Edgar. — Jak ty nad tym panujesz?
Kaya z każdą sekundą coraz bardziej marszczyła brwi, gdy jeno słuchała. Nie ukrywała swojego skrzywionego wyrazu twarzy, który spostrzegło Edgar, rzucając jej lekki, irytujący uśmiech.
— Mam rację?
— Ta-… Nie — burknęła, jakby ją zatkało, porażając jeno spojrzeniem.
— Ta, chociaż tu masz rację — milczący przez chwilę, drugi policjant, zwrócił się bezpośrednio do Edgar. — Zaginięcia waszych pracowników, nawet morderstwo, teraz kradzież. Nie pracuje u was ktoś, kto może być za to odpowiedzialny? Nie uważacie, że to trochę śmierdzi, i nie mam na myśli tego smrodu sfajczałego grilla?
Oriana, osaczona, pomachała głową na boki, jeszcze bardziej się spinając przez rzucane w jej stronę oskarżenia.
— Skoro tak bardzo chcecie się tym zajmować — mruknęła, chcąc się ich pozbyć, odwracając kota ogonem. — Tylko że nie mam nawet dostępu do kamer, więc jesteśmy gołosłowne.
— Zaraz możesz mieć.
— Nie, Edgar, kur- — Ugryzła się w język. — Nie mogę nic zrobić bez zgody kierowniczki.
Cała czwórka gapiła się niezręcznie na siebie przez parę sekund, jakby każdy zapomniał, jakie miał kwestie do powiedzenia w owej scenie i szukał pomocy w innych osobach. Restauracja zganiała na siebie same podejrzewania od dłuższego czasu — była to prawda. Głównie dlatego nie podobało jej się to, co zrobiła Kaya, nawet jeśli chciała dobrze. Nie miało to żadnego znaczenia, jakie miała zamiary, jeśli miało mieć to fatalne skutki.
Kaya stała obok niej, przestępując z nogi na nogę, gapiąc się to na jednego, to na drugiego mundurowego. Nie widziała jej się konfrontacja z ich dwójką i Orianą jednocześnie, dlatego wolała pozostać cicho, choć miała tak wiele do powiedzenia. Rosła w niej irytacja z każdym kolejnym oddechem policjantów.
— Czy podejrzany dziś jest w pracy? Możemy z nim porozmawiać?
— Jest — mruknęła białowłosa pod nosem. — Możemy porozmawiać w… biurze.
Pokiwali głową, a na niewymówiony znak Oriany poszła poszukać mężczyzny, uwalniając się spod ciężkiego wzroku menadżerki, przytłaczającego tonu wysokiego, barczystego faceta i denerwującego, odrzucającego usposobienia niskiego policjanta. Wcale jednak nie odetchnęła i dopiero gdy od nich odeszła, poczuła, jak drży przez tak głupie wpakowanie się w kłopoty. Nie była przecież durna i nie było to kompletnie kretyńskie posunięcie, ale na myśl o możliwych konsekwencjach zaczęła mieć wrażenie, że zachowała się idiotycznie — szczególnie po usłyszeniu, jak policjant wspomina o morderstwie z paru miesięcy temu oraz owych zaginięciach, które obiły się o uszy Kai, ale nie zaprzątała sobie nimi szczególnie głowy. Nie wierzyła, że restauracja może być jakimś fatum, przyciągającym wszystko, co złe i raczej sądziła, że wszystkie tamte wydarzenia to zwykłe przypadki.
Oriana w tamtej chwili przyciskała złożone ramiona do piersi, patrząc na rozłożone po drewnianym parkiecie stoliki. W ciszy czekali na (mogłoby się wydawać) ociągającą się kobietę, aż nie przyprowadziła podejrzanego kelnera. Nie potrafił ukryć swojej zdębiałej reakcji na widok mundurów — swego zdruzgotanego wyrazu twarzy, szeroko otwartych oczu i ściągniętych brwi. Oriana powiedziała mu tylko, że muszą porozmawiać, zupełnie, jakby wcale nie mieli mu postawić zarzutów.
Kaya poszła za nimi, z czym nikt się nie kłócił. Ich piątka zamknęła się w niewielkim pokoju z komputerem, biurkiem, szafkami na dokumenty i krzesłami — na jednym z nich bezceremonialnie usiadł niższy policjant, podczas gdy reszta wciąż stała, z początku w ciszy.
— No to, jak wygląda sprawa?

 
Kaya?
────
[801 słów: Oriana otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 24 maja 2026

Od Edgar CD Artema — „I Want You To Know That I'm Awake”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Powiedzieć, że brakło mi słów, to za mało. Musiałom usiąść z powrotem na kanapie, czując się, jakbym miało się za moment przewrócić z nerwów. Nic więcej jednak nie powiedziałom, ani go nie oceniałom, choć nie spodziewałom się po nim czegoś takiego. To ja z naszej dwójki miałom tendencję do wpakowywania się w kłopoty, co jednocześnie nie oznaczało, że to go można określić jako kogoś zupełnie racjonalnie myślącego. Wyglądało na to, że nie był to koniec rozwikływania nierozwiązanych spraw z kiedyś.
— Wiesz, jak to w ogóle brzmi? — wyrzuciłom swoje słowa z westchnięciem. — To wygląda, jakbyś mnie wykorzystywał. Ściągasz mnie tu tylko po to.
— Nie tylko.
— No więc potwierdzasz, że trochę mnie wykorzystujesz.
Ciche parsknięcie przemieniło się w urywany, zduszony śmiech, potrząsający jego ciałem, które w ostatnim czasie wydawało mi się dziwnie smukłe. Patrzyłem na niego, nie rozumiejąc, co go tak rozśmieszyło. Miło jednak było, dla odmiany, widzieć go w takim stanie, za którym tęskniłem — choć nie chciałem tego przyznać samemu sobie, chcąc wpoić w siebie zawiść w jego stronę. Szybko jednak dotarło do mnie, że moje wysiłki są na nic. Nie kontynuowałom tematu, widząc, że jest wystarczająco przytłoczony. Mogłobym dopytywać, wyciągać od niego szczegóły, wyglądać na zainteresowane czy chętne pomocy (a rak szczerze — nie byłom), ale zamiast tego, pozwoliłom, aby sam zdecydował, co dalej z tym zrobi. Zero prób kontroli czy wymuszania.
Skoro chcesz robić ze mnie swojego psa tropiącego, to niech ci będzie.
Uniósł brodę, ale szybko spuścił wzrok, jakbym powiedział coś wyjątkowo dwuznacznego. Otworzył z powrotem laptopa, włączył zatrzymany film i usiadł na kanapie z kolanami podciągniętymi pod brodę. Wyglądał w tej pozie tak nienaturalnie, że uderzyła mnie ironia całej sytuacji — ja, denerwujący się o coś, o czym nie powinienem mieć nic do powiedzenia. My, oglądający wybrany losowo film, czego nie robiliśmy zapewne od kilkunastu miesięcy. Ucichłom, wpatrując się w monitor, z niepokojem znosząc jego towarzystwo, walcząc z rosnącym we mnie uczuciem potrzeby ucieczki w bezpieczniejsze, komfortowe miejsce. Przybraliśmy maski w tamtej chwili, wymuszając na atmosferze pomiędzy nami, aby przybrała obraz czegoś niewinnego, wcale nie duszącego. Powstrzymywałom się z całej siły od zerkania na niego kątem oka.
— Nic nie wiem o tobie z kiedyś — rzuciłem w końcu, dając ulgę ciężarowi w mojej klatce piersiowej, męczącego mnie w przedświadomości od bardzo dawna.
Z westchnieniem pokręcił głową. Nie był ani trochę skupiony na filmie, który w tamtej chwili wydawał mi się ciągnącą się w nieskończoność bzdetą, choć minęła dopiero godzina.
— Ludzie na co dzień nie rozmawiają o takich rzeczach.
Powiedział to tak, jakbyśmy wcale nie znali się już parę lat, albo jakby one nic dla niego nie znaczyły. Ścisnąłem wargi, które zadrżały.
— Ale ty o mnie wiesz dość dużo. — To niesprawiedliwe, chciałom dodać.
Artem przestał udawać, że interesuje się (przełomową, swoją drogą) sceną, która dzieje się na ekranie. Zatrzymał film, prymitywna, udawana baza spokoju runęła. Odwrócił się w moją stronę, rozluźniając spięte, ściśnięte do siebie ramiona. Ciepłe światło odbijało się w jego ciemnych, zafiksowanych na mnie tęczówkach, które najpierw obwładnęły moje usta, a potem oczy.
— Skoro tak, to co z twoją rodziną?
Gdy rzucił tym pytaniem, mogłem poczuć, jak chłód w mieszkaniu lodowaceje, wprowadzając mnie w niejakie osłupienie. Może nawet nie przez to, jaka mogła być odpowiedź, a to, że ze wszystkiego, wybrał akurat to, że w ogóle przyszły mu na język takie słowa.
— Czemu pytasz o rodzinę?
— No, wiesz, rodzina to miejsce, gdzie każdy zaczynał. Pewnie dlatego mówi o nas najwięcej.
— I jest to powód, czemu o niej nie mówię. Tak samo jak ty.
— Zakazany temat?
— Zakazany — parsknęłom z pełną powagą. — Co do tematów, to właśnie go zmieniasz.
Chwilę wbijał we mnie wzrok, dopóki nie poczułom się nim przygładzone. Wstałom nagle z kanapy pod pretekstem otworzenia okna — moja twarz płonęła. Wyjrzałom zza niego, widząc, że niebo coraz bardziej ciemnieje, o niemal nie obejmując miasta nicością i głuszą. Usłyszałem, jak zaszedł mnie od tyłu, lecz po jego niepewnej twarzy, odbijającej się w oknie rozpoznałem, że był sceptyczny co do swoich własnych zamiarów. Z nerwów, z założonymi na krzyż ramionami, szarpał się za rękaw własnej koszulki.
— Zostań na noc.
Jakby nie było mi wystarczająco źle, zrobiło mi się mdło. Reakcja mojego organizmu przekroczyła zdrowy rozsądek, gdy poczułem, że mam problem ze złapaniem tchu, jakby ktoś zacisnął palce wokół mojej szyi, a były to palce kogoś konkretnego. Długie, nieco szorstkie, zawijające wokół siebie kręcony kosmyk moich włosów z tym delikatnym szarpnięciem. Nie potrafiłom się nim oprzeć.

 
Artem?
────
[723 słowa: Edgar otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

sobota, 23 maja 2026

Od Theodore'a — „Soon you'll get better”

Theodore z każdym kolejnym powrotem do domu coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że lepiej mu jest w obozie.
To nie było tak, że nie kochał matki. Dobrze pamiętał chwile spędzone z Lupą, kiedy pragnął jedynie tego, żeby Marie po niego wróciła i zabrała z powrotem do domu. Niestety (albo i stety), jego pobożne życzenie się nie spełniło. Matka Theodore'a nie była osobą szczególnie wylewną; w rodzinie Hemnesów rzadko mówiło się o emocjach. Kobieta może i napomknęła raz o tym, że bez niego w domu jest ciszej, ale poza tym nigdy nie pokazała, że tęskni za synem.
Tak przynajmniej wydawało się Theodore'owi. Łatwo mu było nie zauważyć drobnych rzeczy. Na przykład tego, że za każdym razem, kiedy wracał do domu, do jedzenia zawsze było coś, co wyjątkowo lubił. Albo tego, że w jego pokoju zawsze była zmieniona pościel i nigdy nie było tam ani grama kurzu. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że w tygodniu przyjazdu syna brała wieczorne nadgodziny, żeby w piątek i sobotę móc być wcześniej w domu. Wolał nie doszukiwać się tych rzeczy, bo prostsze było wmawianie sobie, że nikt go w tym domu nie chce.


W piątek po południu już miał otworzyć drzwi do mieszkania własnym kluczem, kiedy ktoś nacisnął klamkę od wewnątrz. Marie szeroko otworzyła drzwi; wciąż ubrana była w służbowy strój, a na jasnoszarej marynarce miała plamkę po sosie pomidorowym.
— No, jesteś już. Mogłeś dać znać, że będziesz później — powiedziała, odsuwając się, żeby wpuścić syna do środka.
Nie uśmiechnęła się, ale rysy jej twarzy złagodniały nieznacznie. Gdy Theo po krótkim przywitaniu od razu skierował się w stronę swojego pokoju, lekko złapała go za ramię.
— Czekaj, chcesz jeść zimny obiad? Najpierw zjedz — dodała, marszcząc się nieco.
— Dobra, odłożę plecak i przyjdę — rzucił chłopak przez ramię.
W kuchni pachniało serem i pomidorami. Odgarnął z czoła włosy, które wpadały mu do oczu i zajrzał do piekarnika. W naczyniu żaroodpornym przykrytym folią aluminiową znalazł lazanię. Zmarszczył brwi. To nie było danie, którego wykonanie zajmowało niewiele czasu. Z tego, co pamiętał, matka powinna skończyć pracę niewiele ponad godzinę temu. To przynajmniej wyjaśniało to, dlaczego się nie przebrała i w dodatku poplamiła sobie marynarkę. Tylko po co to wszystko? Równie dobrze mogła zrobić coś na szybko.
Nie wiedział, że wyszła z pracy godzinę wcześniej.
Nie zastanawiał się nad tym jednak zbyt długo, tylko zabrał się do jedzenia, bo lazania była jego niezaprzeczalnie ulubionym daniem. Usiadł przy kuchennym stole i wpatrywał się w kwiecistą ceratę, widelcem rozgrzebując posiłek. Ciszę w mieszkaniu rozpraszał jedynie dobiegający z salonu szum telewizora.
— Gdzie Alice? — zawołał, zmywając po sobie talerz.
Nie otrzymał odpowiedzi, ale usłyszał kroki matki na korytarzu. Wycierał ręce o spodnie, gdy Marie stanęła w drzwiach i oparła się o framugę, krzyżując ramiona na piersi.
— Usiądź. Musimy porozmawiać.
Theodore chciałby powiedzieć, że ta zagrywka na niego nie działa, ale jego serce momentalnie przyspieszyło. Ostatnim razem, kiedy usłyszał od niej te słowa, okazało się, że spłodził go rzymski bożek. Nie chciał tego powtarzać. Cofnął się i usiadł na tym samym krześle, co wcześniej.
— Coś się stało? — zapytał z nutą niepewności w głosie.
Przy matce jakoś zawsze tracił werwę do udawania, że nic go nie obchodzi.
— Wyprowadziła się w zeszłym tygodniu. Postanowiła, że skończy szkołę mieszkając u Brandona. Trzasnęła drzwiami i wyszła — wyjaśniła Marie, siląc się na obojętny ton.
Theo miał wrażenie, że powinien poczuć coś więcej, niż tylko zdziwienie. Alice była jego starszą siostrą. Przyrodnią, ale wciąż siostrą, choć ich relacja była skomplikowana. Delikatnie mówiąc. To przez Alice przestał czuć się tutaj jak w domu. Mimo tego czuł się winny przez to, że tak bardzo miał ją w dupę.
— Może tego właśnie chciała. Żyć na swoim — powiedział, wstając. — Nie możemy jej zatrzymywać.
Wydawało mu się, że Marie chciała coś powiedzieć, kiedy mijał ją w drzwiach, ale zrobił to za szybko, żeby się zatrzymać.


────
[630 słowa: Theodore otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Isobel CD Dahlii — „To twój ciężarek?”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

— I właśnie wtedy ten durny babsztyl zażądał zwrotu pieniędzy! Wyobrażasz sobie? Przecież to jakaś bezczelność — prychnęła Isobel, odrzucając pukle rudych włosów na plecy.
Choć w barze było parno i non stop narzekała na zbyt wysoką temperaturę, teraz, gdy wyszła na zewnątrz, wiało jej po nogach i żałowała, że wczesną wiosną zdecydowała się na założenie krótkich spodenek. Jedynie przyspieszyła kroku. Im szybciej załatwią sprawę, tym przecież lepiej.
— O, to już to osiedle. Zaraz będziemy — powiedziała, zerkając na Dahlię, która ze zmarszczonymi brwiami rozglądała się dookoła.
No, może słowo osiedle było przesadzone. Kilka bloków, które lata świetności miały już dawno za sobą, goła ziemia zamiast trawnika i kontenery, z których śmieci już dawno zaczęły się wysypywać. Niezbyt urocze miejsce do mieszkania. Is może i mieszkała w mikrokawalerce, ale u niej pod klatką zawsze było czysto. Ba, miała nawet kawałek trawnika z prawdziwego zdarzenia! W każdym razie na pewno żyła w lepszych warunkach, niż panowały tutaj. Barny kiedyś napomknął jej coś o tym, że wykupił w jednym z bloków dwa mieszkania i je połączył, dzięki czemu miał wygodną nadwyżkę miejsca, ale nie miała zielonego pojęcia, dlaczego wybrał do życia tak paskudne miejsce.
— W którym bloku mieszka? — zapytała Dahlia, poważnie zastanawiając się nad tym, czy odzyskanie jej plecaka jest tego wszystkiego warte.
— Chyba w piętnastym. Barny napomknął mi coś, że to, jeden z tych ładniej… Chryste panie, jak tu capi.
Isobel skrzywiła się, na moment zakrywając rękawem nos. Była pewna, że po powrocie do domu będzie długo zmywać z siebie cały ten smród. Czuła, że już przykleił się do jej ubrań, skóry i włosów. Obrzydlistwo. W pośpiechu minęły kontenery na śmieci i Is skręciła w jedną z mniejszych uliczek.
Przed blokiem numer piętnaście była nawet nie do końca zdemolowana ławka, a obok rosło kilka przywiędłych kwiatków. Najwyraźniej to Barty miał na myśli, mówiąc, że to jeden z najładniejszych bloków na osiedlu. Może faktycznie mniej śmierdziało tu brudną szmatą, ale poza tym nie widziała dużej różnicy. Zatrzymała się i obrzuciła wzrokiem stare drzwi i zdecydowanie niedziałający domofon.
— Mam nadzieję, że obędzie się bez większych problemów. Marzę o prysznicu. I łóżku. Ale najpierw niech Falafąs odda ci plecak — powiedziała w końcu i sięgnęła dłonią do (na szczęście czystej) klamki i zdecydowanym ruchem otworzyła drzwi. — Byle tylko nie pobudzić sąsiadów, bo wezwą policję i wszystkich nas zawiną. A ja nie mam czasu siedzieć na komisariacie — szeptała do Dahlii, kiedy mozolnie wdrapywały się na ostatnie — czwarte — piętro.
No, mozolnie to może wspinała się Isobel, bo Dahlia poradziła sobie z tą wspinaczką dużo lepiej. To już naprawdę utwierdziło Is w przekonaniu, że powinna częściej chodzić na siłownię.
— Masz na to w ogóle jakiś plan? — zapytała po cichu Dahlia, kiedy już stanęły przed drzwiami do mieszkania dwudziestego ósmego.
— No wiesz… Właściwie to nie. Ale będziemy szybko myśleć. — Is uśmiechnęła się i sięgnęła do drzwi.
— Czekaj-
…Ale ona już zapukała. Odczekała chwilę, w lekkim napięciu, ale absolutnie nic się nie wydarzyło. Zapukała ponownie, z tym samym efektem. Westchnęła jakby z żalem. Miała nadzieję, że nie będzie musiała się do tego uciekać.
— Plan jest taki: wchodzimy, zabieramy plecak, wychodzimy. Jak coś pójdzie nie tak, to… Zwiewamy — powiedziała, posyłając Dahlii cień swojego nonszalanckiego uśmiechu.
Ostrożnie pociągnęła za klamkę, ale drzwi oczywiście okazały się zamknięte. Jasne już było to, co Isobel musi zrobić dalej.
Gdzieś w środku wiedziała, że to już nie jest robienie żartów dzieciakom z innego domku w obozie, tylko włamanie, ale Falagacośtam nie brzmiał jej na osobę, która dobrowolnie odwiedziłaby komisariat policji. Ta świadomość zdejmowała jej trochę ciężaru z ramion, choć wciąż czuła się nieco dziwnie, kiedy grzebała w swojej torebce. Zawsze miała przy sobie albo swój autorsko zmontowany wytrych, albo coś, co w razie potrzeby mogło służyć jako jeden. Choć od przeprowadzki do San Francisco rzadko używała go w celu innym, niż otwieranie zatrzaśniętych drzwi łazienki służbowej w barze, raczej nie umiała się z nim rozstać.
— Nie pytaj — rzuciła tylko w stronę Dahlii, opierając się ramieniem o ścianę. Miała nadzieję, że chociaż trochę zasłoni swoim ciałem to, że zamek ustąpił niemal od razu. Wsunęła wytrych do kieszeni spodni. — Badziewie — dodała zapobiegawczo, uśmiechając się lekko.
Drzwi otworzyły się z cichym skrzypieniem. Isobel nie ryzykowała włączenia światła, tylko pozwoliła drzwiom otworzyć się na roścież, żeby światło z klatki schodowej zalało choć korytarz wejściowy. Z miejsca dało się zauważyć, że mieszkanie jest okrutnie zagracone. Czuć w nim było, że właściciel dawno nie wietrzył tego wnętrza.
Ostrożnie stawiała kroki na brudnej podłodze, starając się na nic nie nadepnąć, co wcale nie było takie proste.
— Zamkniesz drzwi? — poprosiła, odwracając się do Dahlii, której sylwetkę wciąż mogła zobaczyć w słabym świetle z klatki schodowej.
Drzwi zamknęły się z cichym trzaskiem.
— Musimy znaleźć jakiś włącznik światła, bo się poprzewracamy — zauważyła Dahlia, a Is zaczęła ostrożnie obmacywać ściany w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogło służyć do włączenia oświetlenia.
Ostatecznie Dahlia w końcu znalazła częściowo ukryty za jakimś tandetnym obrazem włącznik i korytarz zalało żółte światło.
Mieszkanie było maleńkie; Isobel powiedziałaby, że jest niewiele większe od jej własnego. A może to bałagan, który był wszechobecny, aż tak je optycznie pomniejszał. W każdym razie, próby znalezienia plecaka Dahlii wcale nie trwałyby długo. Zapewne byłby jedną z nielicznych nowych i czystych rzeczy tutaj, więc rzucałby się w oczy. A jednak plecaka nigdzie nie było. Isobel od niechcenia przeglądała asortyment mieszkania, chociaż nie było tu nic wartego jej uwagi.
— Nic z tego, nie ma go tutaj — powiedziała w końcu, wracając do Dahlii, która właśnie zajrzała do mikroskopijnej, brudnej kuchni.
— Pewnie ma go ze sobą. Chodźmy już stąd, nie ma sensu się tu dłużej kręcić, powinnyśmy…
Dahlia zamilkła, kiedy rozległ się odgłos zamaszystego otwierania drzwi. Isobel zamarła, wpatrując się w otwarte drzwi do kuchni i rozświetlone wnętrze mieszkania. Rzeczony Fagalala stanął we framudze, z plecakiem Dahlii na ramieniu i pseudo groźną miną i spojrzał na nie, jakby nigdy w życiu nie widział ich na oczy. Co, oczywiście, prawdą nie było.
— A co wy tutaj, kurwa, robicie?


Dahlia?
────
[972 słowa: Isobel otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

piątek, 22 maja 2026

Od Sony CD Mikołaja — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

LATO V

– A to nie byłoby właśnie łatwiejsze? – pyta Mikołaj z dość sporą dozą zaskoczenia i równie sporą dozą kompletnego niezrozumienia zawiłych procesów myślowych, które pędzą przez umysł Sony, wywijając pętelki mniej więcej co dwie milisekundy. Nie można z pewnością stwierdzić, że Apolliniątko rozumie własne procesy myślowe. Pewnie ostatecznie z zawiłych supłów wyplątuje wyłącznie skrawki oryginalnych, znacznie bardziej szalonych pomysłów.
– Nie wiem, jak to tam u was wygląda w tej Europie – beztrosko wzrusza ramionami – ale tutaj znaleźć dobry pociąg, który cię zawiezie gdziekolwiek dalej niż do najbliższego miasta, to jest… to jest sztuka. Już nie mówiąc o tym, że bardzo niewygodna i droga. Poza tym Adam zawsze ma cały zestaw przetrwania w bagażniku i pewnie uprze się, żeby postawić nam obiad, ale spać to pewnie będziemy musieli u niego w samochodzie. W każdym razie, kto by nie skorzystał? – tłumaczy, próbując odnaleźć dobry kurs na gęsto zapisanej tablicy. – O, jest, nasz pociąg będzie na peronie drugim.
– To nie będzie wykorzystywanie? – chłopakowi wymyka się to pytanie, chociaż koncept dorosłego księdza wykorzystywanego przez losową nastolatkę mało komu zmieściłby się w głowie.
– Co ty gadasz w ogóle. – Sony macha ręką, wyruszywszy w skomplikowaną drogę na peron drugi, klucząc pośród schodów, tuneli i ślepych uliczek kompletnej koszmaru architektonicznego. – Adam po prostu jest miły, gorzej byłoby, jakbyśmy odmówili, serio. Zabrał mnie raz na długą wycieczkę i potem się musiałam trochę za długo tłumaczyć rodzicom, czemu mnie nie było w domu…
– Aha. No to jeśli tak, to okej – wreszcie stwierdza Mikołaj, choć nie wygląda na to, że skonsternowanie całkowicie go opuściło. – A bilety to kupujemy?
– Eee, chyba tam będą automaty! – Sony wskazuje gdzieś przed siebie, po czym jednak się odwraca i wpatruje w drugi koniec korytarza, w którym aktualnie się znajdują, przy czym wydaje z siebie typowe odgłosy ciężko myślącego człowieka. – Albo tam? W sumie to dawno mnie tu nie było. Ale na tej stacji na pewno jakieś były.
– O której mamy pociąg?
– Zadajesz trudne pytania – śmieje się Sony i z radosnym uśmiechem rusza przed siebie. Może w stronę biletomatu, może nie, okaże się za jakiś czas. Mikołaj podąża za nią, już bez kolejnych komentarzy. Według Apolliniątka nieposiadanie biletów na pociąg nie jest niczym, co wymaga jakiegoś szczególnego przerażenia. Ona regularnie zapomina o tym, że przed wyjściem z domu powinna wziąć ze sobą na przykład portfel albo chociaż parę walających się od miesiąca na biurku banknotów. I co, dalej żyje. Jakoś zawsze udawało jej się wydostać z opresji, nawet jeśli wymagało to nieszczególnie bezpiecznych podróży autostopem.
Jedyny biletomat, wspaniały, ociekający amerykańskością AMTRAK KIOSK, jaki udaje im się wreszcie odnaleźć, nie działa. Sony zbywa to wzruszeniem ramion i postanawia poprowadzić Mikołaja dalej, jeszcze głębiej w odmęty dworca, który z każdym krokiem coraz bardziej przypomina twór podobny do Labiryntu.
– Możemy chyba kupić w pociągu, nie? – Chłopak nerwowo zerka na zegarek w swoim telefonie, choć właściwie żadne z nich nie wie, o której odjeżdża ich pociąg.
– Ale tam są droższe!
– Jak to: droższe?
– No, normalnie. Dzień dobry! Dwa bilety na najbliższy pociąg do centrum Nowego Jorku, poproszę! – woła Apolliniątko, wreszcie dobiwszy do kasy biletowej. Siedząca za szybą kobieta posyła Sony nieszczególnie miłe spojrzenie, lustruje ją od końca związanych w kucyki dredów, przez kolczyki na twarzy, aż po kolorowy top. Wzdycha, powoli wpisuje coś w swój komputerek i dopiero wtedy nareszcie się odzywa.
– Ok. Normalne?
– Ile masz lat? – Sony wbija wzrok w Mikołaja, kasjerka znowu głęboko wzdycha, wielce sfrustrowana, bo musi wykonywać swoją pracę.
– Szesnaście, ale to chyba jasne, że mam mniej niż osiemnaście, co nie? W Obozie jesteśmy razem.
– Ech, no to trudno. Dwa normalne – zwraca się z powrotem do kasjerki, ignorując zdziwione spojrzenie chłopaka i jego zmarszczone brwi.
Dopiero gdy bezpiecznie siedzą na swoich miejscach, po zapłaceniu za bilety istnej fortuny, Mikołaj powraca do tematu.
– Ale czemu normalne? Mamy przecież poniżej osiemnastu lat.
– I co z tego?
– No??? Powinniśmy mieć ulgę???
– Nie??? – Sony wpatruje się w niego, zszokowana. – Jeżdżę pociągami, od kiedy trafiłam do Obozu, wiem, jak to działa. Dzieciaki do dwunastu lat płacą połowę ceny. Studenci od siedemnastu lat płacą ze zniżką iluś tam procent. Jak jesteś zwykłym, przeciętnym nastolatkiem, to płacisz normalnie, jak każdy. W Europie macie inaczej??
– W Polsce to każdy uczeń ma zniżkę.
– Wow, serio? Jakby tak tutaj było, to bym oszczędziła literalnie MILIONY. Albo bardziej moi rodzice, ale wciąż. Płacenie pełnej ceny absolutnie ssie, już lepiej ci czasem wyjdzie zapłacić za paliwo.
– Najbardziej wolny kraj na świecie, hm?
– Co?
– Nic, nic.

– ADAM! – wrzeszczy Sony, gdy udaje jej się dostrzec wystające ponad tłum siwe włosy. Mogłoby się wydawać, że z tej radości rzuci się księdzu w ramiona, ale jedynie podaje mu rękę na przywitanie, po czym przesadnie teatralnym gestem wskazuje na Mikołaja. – A to Micoway! Mój nowy przyjaciel!
– Mikołaj – poprawia ją chłopak, ale Sony wciąż nie widzi różnicy.
– Hej – wita się Adam, prezentując sobą niekoniecznie dobry przykład dla młodzieży: w palcach trzyma tlącego się papierosa, jego uszy błyszczą od pokaźnej kolekcji kolczyków, a oczy ozdobione są delikatnym makijażem, który i tak nie jest w stanie ukryć fioletowych worów chronicznego niewyspania. O jego profesji świadczy wyłącznie wciśnięta w kołnierz koszuli koloratka, która w zestawieniu z ogólną prezencją Adama tworzy dość groteskowy obraz. – Żeby nie było, Sony. Nie podwożę was do Minnesoty, zrozumiałoś? Ciesz się, że w ogóle się zgodziłem i na was poczekałem.
– A co, jedziesz gdzieś? – pyta Apolliniątko, w podskokach podążając za najbardziej nonszalanckim i dziwnym księdzem, jakiego widział świat.
– Do Pittsburga. Greg potrzebował kogoś, kto by się z nim wymieniał za kierownicą – tłumaczy niezadowolonym tonem. Łatwo wywnioskować, że wolałby zostać w domu, zamiast jechać do Pensylwanii. – Mój kuzyn – dodaje, znacząco patrząc na Mikołaja. – A ani Mary, ani Daphne, tym bardziej Caroline nie były gotowe aż tak się dla niego poświęcić. Moje ciotki i babcia.
– Aha, znowu się dałeś na to namówić? – śmieje się Sony. Gdy zbliżają się do samochodu, wesoło macha ręką do czekającego na nich Grega.
– Yo, Siwy Jezu, ty się w misjonarza bawisz? Darmowa podwózka dla aż dwójki dzieciaków?
– Gdzieś w Piśmie musi być fragment o pomaganiu nieletnim w potrzebie – stwierdza Adam, zasiadając za kierownicą.
Sony uprzejmie otwiera tylne drzwi dla Mikołaja, kłaniając się w książecym geście i równie majestatycznie wskazując wnętrze zagraconego puszkami i zużytymi chusteczkami samochodu.


Mikołaj?
────
[1015 słów: Sony otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 21 maja 2026

Od Edel CD Theodore'a — „Goopya Peezda”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

Wkroczywszy do biura, Edel nie ma pewności, czy nie przyłapali pretora na nielegalnej przerwie od pracy (albo zupełnie legalnej, po prostu przerwie). Wielce niekompetentny przywódca Obozu Jupiter powoli podnosi głowę znad półmiska fasolek wszystkich smaków, którymi wciąż bezwiednie się bawi, przetaczając je między palcami.
– Och. Edel. – Vergil uśmiecha się lekko, co Edel zawsze odbiera tak samo: pretor próbuje jakoś sprawić, żeby tak się nie stresowała i nie bała się z nim rozmawiać. – I Theodore. Cześć.
– Masz chwi- Znaczy. To sprawa niecierpiąca zwłoki – zaczyna Edel, porzucając swoją postawę totalnego people pleasera, której czasem się ugina. Zamiast kontynuować, musi na moment przerwać i ukryć potężne ziewnięcie za dłonią.
– Haha. Zwłoki – gorzko prycha Theodore.
Vergil, zdezorientowany przez słowa chłopaka, gubi gdzieś uśmiech, marszczy brwi i wbija w niego spojrzenie, które tak samo, jak może być zaciekawione, może być również zmartwione (po nim to zawsze trudno poznać). Druga opcja zdaje się bardziej prawdopodobną, zwłaszcza uwzględniając zawiły mechanizm Obozu, który głównie opiera się na jego barkach.
– Przepraszam. I, no, tak, znaleźliśmy zwkłoki – kontynuuje Edel, odchrząknąwszy po przydługim ziewnięciu. Zachowanie choćby minimalnego profesjonalizmu w tak sennej atmosferze powoli staje się dla niej zadaniem niemożliwym do wykonania. – W labiryncie, dwójka obozowiczów, czwarta kohorta… i, no, ee…
W gabinecie na moment zapada cisza, a Edel od razu zaczyna sobie wyrzucać, że przecież mogła ująć to w lepszych słowach. Obcując ze śmiercią prawie na co dzień, już powoli zapomina, jak poważny jest ten temat; że nie można po prostu wparować do kogoś i z dumą powiadomić go o czyjejś śmierci. Dziewczynie nie wydaje się, że Vergil przyjaźnił się z tamtą dwójką, ale szok i smutek (jeśli Edel dobrze interpretuje jego mimikę), jakie zagościły w jego oczach podobne są do emocji kogoś, kto stracił brata.
Możliwe, że jej się wydawało. Albo Vergil dość szybko poskładał się do kupy.
– To, ekhem, w takim razie… – Głos załamuje mu się już przy pierwszym słowie. W pośpiechu przerzuca zgromadzone na blacie papiery, prawie przewracając swoją ogromną misę pełną fasolek. – Zaraz… ich… Trzeba ich tutaj przynieść, bo rozumiem, że. Że się nie udało. – Edel mogłaby zwalić to na nerwowe przeszukiwanie biurka, ale nie może otrząsnąć się z wrażenia, że Vergil aktualnie robi wszystko, byleby nie patrzeć ani na nią, ani na Theo.
– Oni umarli – wtrąca się Theodore, skupiając na sobie wzrok centurionki. Chłopiec wbija oczy w Vergila, jego zaciśnięte pięści drżą, głos przesiąknięty jest… Edel trudno to określić, bo taka ilość goryczy i wściekłości nie pasuje jej do drobnej postaci bladego chłopaka.
Powietrze staje się ciężkie jak w niewietrzonej od pięciu godzin sali lekcyjnej, a centurionka nagle stwierdza, że jeśli nie wypije litra espresso, to zaraz padnie na ziemię jak sim z wyzerowanym paskiem energii. Vergil przestaje trzaskać szufladami i chwilę zajmuje mu uniesienie się, spojrzenie na Theodore'a i skryciu się w milczeniu miny ojca, który nie wie, jak powiedzieć swojemu dziecku, że jego chomik w nocy postanowił umrzeć w najdziwniejszy sposób na świecie.
– Tak, umarli – mówi Edel, próbując przybrać przy tym jak najdelikatniejszy ton głosu. Wydaje się, że jej słowa nie podobają się ani Vergilowi, ani Theodore'owi, a dziewczyna czuje nieprzyjemny dreszcz wywołany przez nagłą falę wstydu. – Zajmujemy się tym właśnie – dodaje, kopiąc sobie jeszcze głębszy grób.
– Mówicie o tym, jak… Nie wiem, sucho! Jakby, jakby to był nikt ważny, jakby oni…
– Theo, nie możemy dla nich nic więcej zrobić – przerywa mu centurionka i waha się przed dobraniem następnych słów.
Nie wystarczyłoby przyznanie, że też chciałaby móc krzyczeć, płakać i popaść w stan ogólnej rozpaczliwej desperacji, bo z każdym dniem coraz trudniej jest jej odnaleźć kolejne kojące wyrzuty sumienia kłamstwo. To nieodpowiedni moment na elaboraty o okresach bez śmierci będących zbyt krótkimi przerwami pomiędzy pogrzebami, na eseje o statystycznej ilości nieudanych misji i straconych ludziach,. Z rozmów o czasie kochania i umierania, przemijalności życia i byciu półbogiem nazbierała już tyle przydatnego materiału, że gdyby zebrała się w sobie, to napisałaby potężną pracę naukową na ten temat.
Wpatrując się w wykrzywioną złością twarz chłopaka, Edel zamiast czuć się osaczona albo zwyczajnie smutna, że on też musi to przeżywać, próbuje nie zamknąć oczu na sekundę zbyt długo. Odszukiwanie poprawnych słów przypomina grzebanie w wypełnionej gęstą watą poduszce, w której, oprócz oplatającego palce puchu, nie ma nic.
– Posłuchaj, chciałeś tu przyjść i zeznawać – po trochę zbyt długiej przerwie zwraca się do Theodore'a tonem, który podłapała od swoich nauczycielek. – Teraz jest czas na to. Będziemy ich opłakiwać, gdy wreszcie odzyskamy ich ciała i wyprawimy pogrzeb, a nie w momencie, kiedy jesteśmy w… w kropce. Tak, możesz czuć frustrację, to jest naturalne, ale jeśli masz utrudniać sprawę, to muszę cię poprosić o wyjście.
– Czemu wy… nie, TY, ciągle mówisz o tym w ten sposób? – Theodore przenosi wzrok z Edel na Vergila, szukając ratunku w pretorze, zapewnienia, że to dziewczyna jest w błędzie i powinna stanąć w kącie, żeby poważnie zastanowić się nad swoim zachowaniem.
– Edel, Theo, to chyba nie jest najlepsza pora na kłótnie? – delikatnie sugeruje Vergil. – Ale. Tak, Edel, nabrała… większego dystansu. Do tej sprawy. I to, co czujesz, Theo, jest jak najbardziej uzasadnione. Tylko w każdej takiej sytuacji potrzebujemy kogoś, kto… zająłby się tym z zimną krwią, rozumiesz?
Theodore kiwa głową, wciąż z nieco naburmuszoną miną. Edel uśmiecha się niezręcznie, niepewna, czy ma teraz wyjść, czy wciąż zawracać wszystkim głowę.
– W labiryncie. Przy nich. Jest amfisbena – decyduje się odezwać.
– Potrzebnych będzie paru legionistów do pomocy. Najlepiej doświadczonych. Chodźcie, zwerbujemy kogoś – instruuje ich Vergil, tonem zdeterminowanego rodzica, który próbuje uratować swoje dziecko z opresji.


Theodore?
────
[899 słowa: Edel otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

środa, 20 maja 2026

Od Aye CD Chaita — „Let's start again”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Aye wręcz uginało się pod ciężarem zmęczenia. Czuło, że zaraz głowa jejmu wybuchnie od wszechobecnego hałasu. Dzieci nieustannie krzyczały, piszczały i głośno się śmiały, a ich rodzice niezbyt interesowali się ich dobrobytem; stali gdzieś na uboczu, rozmawiali ze sobą i nawet nie zwracali uwagi, że ich syn albo córka zaczepia biedną panią ze stoiska, albo gania za miejskimi gołębiami, które przyleciały tutaj tylko w poszukiwaniu jedzenia.
— Nie możemy razem? — zapytało, zwracając uwagę na to, że Chait nie uwzględnia siebie w planie ucieczki. — Chyba też nie chcesz tutaj być, prawda?
Chait był jednak typem osoby, która najpierw pomyślała o innych, a dopiero później o sobie. Skutkowało to później bezsensownym męczeniem się na głupich festiwalach, straganach czy innych atrakcjach organizowanych dla dzieci albo młodzieży.
— To przeze mnie tutaj jesteś.
Aye wyraźnie się skrzywiło. Nawet nie próbowało ukryć niesmaku, który od razu pojawił się na jejgo twarzy. Co to znaczy, że przez niego tutaj się znalazło? Przecież nie było to niczyją winą! Festiwal musiał być ogłaszany wcześniej, a oni o tym zwyczajnie nie wiedzieli, bo nie byli w stanie śledzić każdego możliwego informatora.
— Właściwie, ty też o tym nie wiedziałeś, prawda? — zwróciło uwagę. — Z jakiej to okazji? Wiesz coś więcej?
Chait wzruszył ramionami. Był bardzo zmęczony, ale przez lata pracy w takich miejscach nauczył się to dobrze ukrywać.
— Takie rzeczy nie muszą być organizowane na specjalne okazje. Czasem wystarczy, że ktoś ma dużo pieniędzy i za dużo wolnego czasu. Czasem brakuje też pracowników i proszą o pomoc każdego, nawet jeśli ma się wolne.
— Aha.
Aye nie kryło swojego zdziwienia. Była to dla niejgo bardzo dziwna forma pracy. Wyobrażało sobie Chaita, który w spokojne — takie jak te — popołudnie odbierał telefon od szefa, który kazał mu jak najszybciej zjawić się w danym miejscu, bo za dwie godziny zaczynają festiwal dla dzieci.
Ich rozmowę przerwała jedna z koleżanek Chaita. Podbiegła do nich, ocierając przy okazji spływający pot z czoła.
— Co wy robicie? Zaczyna przychodzić więcej dzieci! — wydyszała. Dziewczyna zgięła się w pół i oparła ręce na kolanach. Oddychała tak ciężko, jakby właśnie przebiegła półmaraton.
Chaitowi zadrżał kącik wargi. Z całych sił starał się zapanować nad wyrazem swojej twarzy, by wciąż wyglądać tak samo przyjaźnie.
— Niestety nie mamy już czasu — odpowiedział najłagodniej, jak się tylko dało.
Aye na potwierdzenie tych słów pokiwało głową. Chciało jakkolwiek dodać Chaitowi otuchy, bo samo z siebie nie chciałoby nigdy w życiu obcować z tak denerwującą osobą, jaką była ta… Jessica? Karolina? Już nawet nie pamiętało imion tych dziewczyn.
— Nie żartuj sobie, Chait. — Dziewczyna powoli się wyprostowała. Uśmiechnęła się w najbardziej irytujący sposób, w jaki tylko mogła to zrobić. — Jeszcze tylko godzinkę, dobrze?
Obydwoje wiedzieli, że jeśli zgodzą się tutaj zostać, to na godzince się nie skończy. Kolejki do stoisk były już ogromne. Rodziny z dziećmi przybywało, jakby teleportowali się z drugiego końca miasta specjalnie dla tego jednego festiwalu. Aye na sam ten widok robiło się słabo i naprawdę — ale to naprawdę — nie chciało już w tym uczestniczyć.
— Mam ważne spotkanie rodzinne — skłamał. Przez cały czas perfekcyjnie ukrywał swoje zdenerwowanie. Aye było pełen podziwu. — Następnym razem, dobrze?
Dziewczyna cmoknęła. Zmarszczyła się na twarzy, a wcześniejszy, nienaturalnie szeroki uśmiech, został zastąpiony grymasem.
— Zostajecie jeszcze, jasne? Nie mogę teraz pozwolić sobie na braki kadrowe.
— Nie pracuje dzisiaj — podkreślił ten istotny fakt Chait. — Nie będziemy zostawać tutaj ani minuty dłużej.
Jeśli Chait miał problem z asertywnością, to tym razem udowodnił, że gdy trzeba, umie się postawić.
— Naprawdę was potrzebuję.
Jessica chyba miała problem ze zrozumieniem słowa „nie”. Chait westchnął w odpowiedzi. Ile razy jeszcze musiał powtórzyć, że tutaj nie zostaną, aby dziewczyna w końcu to zrozumiała?
— Skoczę tylko do toalety.
Jessica byłaby naprawdę nieludzka, gdyby zabroniła Chaitowi pójść się wysikać, więc tylko kiwnęła głową i wróciła na swoje stanowisko. Półbóg jednak miał inny plan, a toaleta była tylko wymówką.
— Uciekamy stąd. — Uśmiechnął się najszerzej, jak tylko potrafił w tej sytuacji. Ten uśmiech jakoś pomógł Aye w ukojeniu swojego zdenerwowania i przebodźcowania.
Chait, jako że był dzieckiem Iris, mógł stworzyć tęczę i za pomocą tej tęczy przenieść się w zupełnie inne miejsce. Tak też właśnie zrobił. Stworzył tęczę w miejscu, w którym pozostawali niezauważeni i przeniósł ich w inną część miasta. Znacznie spokojniejsza, o ile to słowo było odpowiednie w kontekście opisywanej jakiejkolwiek dzielnicy Nowego Jorku.
Plecy Aye spotkały się ze ścianą budynku, a Chait wylądował w koszu na śmieci. Dosłownie. Z niewiadomego powodu trafili w ślepy zaułek, gdzie cuchnęło trupem, a słońce nawet nie próbowało tutaj zaglądać.
— Serio z nimi pracujesz? — zapytało Aye. To było pierwsze pytanie, które nasunęło się jejmu na myśl. — Przecież oni cię nawet nie szanują.
— Zły dzień, czy coś.
Złego dnia jednak raczej nie miały te dziewczyny, ale oni. Nie dość, że musieli pracować za darmo, to Chait jeszcze wylądował w kuble na śmieci i śmierdział tak samo paskudnie, co stereotypowy pijaczyna.
— Po prostu cię wykorzystują. — Aye zmarszczyło brwi. Za każdym razem, kiedy spotykał Chaita, widział go wykonującego prace, której nawet nie lubił. — Strasznie śmierdzisz. Bez obrazy.
Chait się zaśmiał, czego Aye nie rozumiało i patrzyło się na niego przez dobrą minutę bez żadnego słowa. To takie śmieszne, że ubrania miał umazane jakimś starym jogurtem i że śmierdział rozkładającymi się resztkami jedzenia?
— Czyli rozumiem, że już nie chcesz ze mną spędzić reszty tego dnia?
— Nie. — Pokręciło głową. Czasem było zbyt bezpośrednie. — Ale jeśli się umyjesz, to znajdę godzinę.
— Mówisz poważnie?
— Takie to dziwne? — naburmuszyło się.
Aye jakoś poczuło się urażone. Przecież cały czas mówiło poważnie!
— W takim razie chcesz wpaść do mnie? Zmienię ubrania i będę jak nowy.
Aye miało od razu odmówić. Propozycja wydawała się jejmu co najmniej dziwna i nie na miejscu; ale z jakiegoś powodu powstrzymało się przed opryskliwą odpowiedzią i kiwnęło głową na tak.

────
[937 słów: Aye otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]