wtorek, 23 czerwca 2026

Od Chaita CD Dahlii — „Haul Away Joe”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Nie odpowiedział Dahlii od razu. Na chwilę znowu spojrzał w miejsce, w którym doszło do nieprzyjemnej rozmowy, marszcząc brwi i ściągając usta w wąską linię.
Pracował jako animator od lat. Nie, że jakoś bardzo wielu, ale jednak lat. Wiedział, że ludzie są różni. Oczywiście, że w swojej karierze spotkał też tych okropnych. Przed oczami na chwilę stanął mu nawet jeden konkretny kierownik z jego normalnego, codziennego miejsca pracy. Ten sam, z którym pracował jakimś cudem zawsze wtedy, gdy obowiązki zmieniały się z „animator dla dzieci i osoba pilnująca porządku” na „cholerny półbóg wpadający w kłopoty”. Sam siebie nie lubił za to, jak fałszywie miły zwykle dla niego jest. Zwykle też nie mógł nic na to poradzić.
Ten konkretny mężczyzna wydawał się jednak jeszcze gorszy. Nie była to pewnie żadna obiektywna cecha, na którą Chait mógłby się powołać. Wydawał się po prostu dziwnie nieprzyjemny, bardziej, niż było to konieczne w danej sytuacji. Chaitowi przeszło przez myśl, że wydarzyło się jeszcze coś, czego nie usłyszał, ale to też nie miało sensu.
– Och, tak. Pewnie. Do jutra – rzucił w końcu, odwracając się do Dahlii i uśmiechając prawie bez rezygnacji. Nawet uniósł dłoń i pomachał jej delikatnie na pożegnanie. Miał nadzieję, że nie odebrała tego jako olewające lub niegrzeczne. Nie zamierzał przecież być niemiły akurat w stosunku do niej.
Może powinien ją zatrzymać i zapytać, czy wszystko w porządku. Tak, na pewno powinien, przecież on też był odpowiedzialny za walkę na plastikowe szabelki.
A i tak nie ruszył się z miejsca. Przez cały dzień nie zająknęli się słowem o tym, czy już wcześniej skądś się znali – nie chciał stwarzać sytuacji, w której będą zmuszeni o tym porozmawiać. Myśli Chaita od razu uciekły w stronę Aye, które przez jedno głupie pytanie do dzisiaj nie mogło zaznać spokoju od jego towarzystwa, w połączeniu z najgłupszymi możliwymi powodami przebywania w tym właśnie towarzystwie. Przyznawanie się do boskiego pochodzenia i wspólnego pobytu w obozie nigdy nie kończyło się dobrze. Nieważne, czy mieszkali w tym samym mieście, czy w dwóch różnych stanach. Zresztą, ten dzień był wystarczająco męczący, nie chciał jeszcze dodatkowo zmuszać Dahlii do rozmowy o irytującym szefie.
Poczekał, aż ta zniknie za zakrętem, zanim sam ruszył do wyjścia. Podejrzewał, że to było jeszcze bardziej niegrzeczne niż ta późna, pospieszna odpowiedź. Pozostało mu uznać, że to nie jest problem na teraz, bo teraz i tak już nic z tym nie zrobi. Jeszcze raz obejrzał się za siebie, na drzwi do szatni. Miał nadzieję, że reszta współpracowników okaże się bardziej sympatyczna, niż na razie mu się wydawało.
Poprawił plecak na ramieniu, przyspieszając kroku. Na pewno przesadzał, przecież nie mogło być aż tak źle. Nigdy nie było aż tak źle.

*

O dziwo nie wpadł na Dahlię w innych miejscach – ani ogarniając kilka spraw w okolicy parku, ani pod drzwiami hostelu, w którym się zatrzymywał. Podejrzewał, że to nawet nie było za bardzo prawdopodobne. Bo dlaczego niby miałoby być? Chyba po prostu nie potrafił przestać myśleć o tamtej sytuacji. I o tym, że jednak powinien od razu zapytać, czy wszystko w porządku.
To on zwykle był tym, który zbierał baty za głupie zachowania, a każde to zachowanie było głupsze od ich sparingu. Czuł się zwyczajnie niekomfortowo, że teraz jakimś cudem go to ominęło (nie miało znaczenia, czemu go to ominęło. Naprawdę).
Jeszcze zanim wszedł na teren parku rozrywki wiedział, że zapyta Dahlię o całą tę sytuację jak tylko ją zobaczy. I o to, co konkretnie miała na myśli, mówiąc o zabawie. Miał nadzieję, że nie zrozumie go źle. Nie miał nic przeciwko kłopotom. Przyzwyczaił się. Podejrzewał, że szef z jego pracy w Nowym Jorku też jest jak najbardziej przyzwyczajony i tylko czeka na telefony ze skargą, że kogo on tutaj wysłał. Podczas poważnej rozmowy w biurze on będzie zrezygnowany, a Chait tylko wyszczerzy zęby i przeprosi, kompletnie nie mając tych przeprosin na myśli.
Z tą myślą przemknął korytarzem, jeszcze tylko na krótki moment zatrzymując się przed wejściem do szatni, tak w ostatniej chwili zastanowienia się nad sensem życia i reszty pracy w tym miejscu. Nic szczególnie głębokiego, mimo wszystko.
Wszedł do środka, kiwając głową jakiemuś chłopakowi, z którym złapał kontakt wzrokowy. Odpowiedział tym samym gestem, ale bez uśmiechu. Chait nie zamierzał się o to obrażać. Zamiast tego rozejrzał się, szukając w tłumie Dahlii. Zobaczył ją przy jednej z szafek, więc tylko złapał mocniej pasek plecaka i od razu do niej podszedł. Nie było sensu czekać.
– Dahlia. – Uśmiechnął się na przywitanie, mierząc ją tylko odrobinę zmartwionym spojrzeniem. Odpowiedziała mu, ale nawet za bardzo tego nie zarejestrował. – Słuchaj, ech… Wszystko w porządku? Po tej wczorajszej… – Zawahał się. – Sytuacji?
Mówił pół tonu ciszej, nie chcąc zwracać uwagi innych pracowników. Ich reakcje wczoraj nie wydawały się szczególnie zachęcające. Albo po prostu sobie to wyobrażał. Dlatego na razie wbijał wzrok w Dahlię. I jeszcze raz poprawił plecak, udając, że to wcale nie jest nerwowy gest.


Dahlia?
────
[800 słów: Chait otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Isobel CD Kaliny — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

Isobel nigdy nie miała ojca, który dawałby jej bojowe zadania. Te zwykle wymyślała sobie sama, ale to już przecież nie była taka frajda. Poza tym zawsze musiała sama trzymać latarkę. Zmarnowany potencjał. Dlatego choć miała cała listę ważnych rzeczy do zrobienia, zgodziła się pomóc nieznajomej.
— Isobel. Tak w ogóle — powiedziała, żeby osoba stojąca przed nią dostała jakiś inny przydomek.
Wyciągnęła rękę do dziewczyny i energicznie nią potrząsnęła.
— Kalina. Isobel, fajne imię.
— Zajebiste, co nie? Dzięki, twoje też jest ciekawe. — Is wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
Skoro to miały już z głowy, z powrotem odwróciła się do półki z lampami. Sama przyszła tu tylko po jakiś obrus (przeczytała gdzieś, że w każdym domu musi być chociaż jeden, ładny obrus dla gości), ale widok tak… nietuzinkowej alejki z lampami zaciekawił ją na tyle, że zapomniała o obrusie. Teraz już znowu o nim pamiętała, ale przecież mogła poszukać go za parę minut.
— Trudny wybór — westchnęła, przechadzając się wśród półek.
— Strasznie! Za dużo ładnych rzeczy — odpowiedziała Kalina, dotrzymując jej kroku. — Stoję tu już z piętnaście minut i w ogóle nie mogę się zdecydować. Piekło na ziemi.
Is wodziła wzrokiem po różnych ciekawych egzemplarzach. Wszystkie przykuwały uwagę, ale gdyby tak miała zatrzymać się przy każdej i dokładnie ją obejrzeć, siedziałaby tu chyba aż do zamknięcia. Nawet, gdyby robiły to z Kaliną we dwie. Trzeba było jakoś minimalizować stratę czasu, chociaż wcale nie było to takie łatwe.
— Potrzebna ci jest jakaś mniejsza czy większa? — zapytała w końcu, odwracając się do dziewczyny.
— Szczerze, to taka średnia. Nie ogromna, bo mnie nie stać, ale też nie jakaś maleńka, bo potrzebuję światła — wyjaśniła Kalina, zatrzymując się przy lampie w kształcie kaczki. Dotknęła jej plastikowego dzioba. — No, mniej więcej takiego rozmiaru. Tylko nie ta konkretna, bo ten plastik wygląda, jakby miał się spalić po godzinie. Za cienki — dodała.
— Okej. Wielkości tęczowej kaczki. Zakodowane — powiedziała Isobel, skinając głową tak służbowo, jakby co najmniej odbierała polecenie od pułkownika.
W końcu swoje zadania traktowała poważnie. Znalezienie odpowiedniej lampy było naprawdę odpowiedzialnym zadaniem, którego nie każdy mógłby się podjąć. A przynajmniej tak sobie wmawiała.
— Co myślisz o tej? — zapytała, wskazując palcem na lampę w kształcie kota siedzącego po turecku z bębenkiem w przednich łapach, któremu z pleców wystawał stelaż z żarówką.
Kalina podeszła bliżej i nieznacznie przekrzywiła głowę w bok, przyglądając się zmrużonym, plastikowym kocim ślepiom.
— Żarówka jest za mała, będzie chujowo świecić — zadecydowała w końcu, przechodząc dalej. — Jakbym wkręciła większą, to stelaż mógłby tego nie przeżyć. Wiesz, jak jest — dodała, muskając opuszkami palców kolejną lampę, która jednak najwyraźniej nie przyciągnęła wystarczającej uwagi.
— Szkoda, jakby się zawaliła na kota. Śmieszny ma pyszczek — skwitowała Is, lekko pstrykając plastikowego kota w nos.
Sama by sobie postawiła taką na stoliku nocnym, tylko średnio miała fundusze na takie bzdety. Może tu kiedyś po nią wróci, jeśli nikt w tym czasie nie wykupi tego arcydzieła. Byłaby straszna szkoda, jakby miała się kurzyć u kogoś innego.
— O, ta wygląda okej.
Z rozważań nad biednym plastikowym kotem wyrwał ją głos Kaliny, która stała już kilka kroków dalej i podnosiła inną lampę. Is podeszła bliżej i przyjrzała się jej dokładniej.
— To… żaba? — zapytała, nie do końca pewna siebie.
— Ropucha. Chyba. Ten cylinder i okulary trochę zniekształcają obraz — wyjaśniła Kalina, wyciągając przed siebie zdobycz. — Ale jakby nie patrzeć, jest całkiem urocza.
— No, każda potwora znajdzie swojego amatora, czy jakoś tak. Ale nie wysiedziałabym z nią w pokoju. Cały czas wygląda, jakby się na mnie gapiła — wzdrygnęła się lekko i wyjęła lampę z dłoni Kaliny, żeby pokazać jej swoją perspektywę. — Widzisz?
Dziewczyna zmrużyła oczy, jakby prowadziła z biedną lampą bitwę na spojrzenia.
— Może faktycznie trochę dziwnie się patrzy. Kto wie, może ożywa w nocy — wzruszyła ramionami i machnęła ręką, żeby Is odstawiła lampę z powrotem na półkę.
Wymieniły się opiniami na temat jeszcze kilku co to durniejszych lamp, kiedy nagle Isobel zatrzymała wzrok na jednej z nich. Zakochała się od pierwszego wejrzenia.
— Bogowie słodcy, a co to za cudo? — zapytała, zbliżając się do upatrzonego przedmiotu.
Niemal z nabożną czcią podniosła lampę i zaprezentowała ją Kalinie. Lampa była tak właściwie krokodylem w okularach przeciwsłonecznych, który siedział pod parasolem. Parasol był tak naprawdę kloszem, pod którym znajdowała się żarówka. Brakowało tylko drinka z palemką.
— Nie wiem, jak ty, ja bym brała w ciemno.

Kalina?
────
[696 słów: Isobel otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Arisu — „Long time no see” cz. 3

Poprzednie opowiadanie

– O proszę, jeszcze żyjesz.
Shayel spojrzał na nią, unosząc brwi, ale przepuścił ją w drzwiach mieszkania, nawet tego nie komentując. Przeszła obok niego z dumnie uniesioną głową, łapiąc pasek torby i zrzucając ją na brzeg kanapy (dalej tej samej. Prawdopodobnie miała nie zmienić się nigdy). Na to też nie zareagował. Usłyszała, jak zamyka drzwi, a potem kątem oka zobaczyła, jak przechodzi do ciasnej kuchni, stając na palcach, by sięgnąć do jednej z szafek.
– Napijesz się czegoś? – zapytał, wyjmując kubek i odwracając się do niej. Kosmyki włosów opadały mu na oczy i potrząsnął głową, żeby odgarnąć je na bok. Arisu przez chwilę odniosła wrażenie, że ich rozmowy za każdym razem są identyczne.
– Herbaty.
Nie musiała mu odpowiadać, bo już sięgał po pojemnik. Z tej odległości nie była w stanie przeczytać, co na nim jest. Z bliższej pewnie też by nie była – litery wydawały się zbędnie ozdobne. Podejrzewała, że nie jest to dobry znak.
Mimo to usiadła na podłodze obok kanapy, opierając się o nią plecami. Nie była jeszcze pewna, po co do niego przyszła. Ostatnim razem widzieli się latem, teraz za oknem spadały już liście, a pogoda była jeszcze bardziej nijaka. Starała się nie myśleć o tym, że widuje się z Shayelem średnio co kwartał. Nie była pewna, czy jej to odpowiada, czy przeszkadza. I jeśli przeszkadza – czy dlatego, że widzi go tak często, czy tak rzadko. Jakimś cudem wydawało jej się, że wszystkie te możliwości są prawdziwe w tym samym czasie, ale to przecież nawet nie miało sensu.
Na pewno myślała o nim częściej, niż zanim zamieszkał w San Francisco. I mogła z pełnym przekonaniem stwierdzić, że akurat to ją bardzo irytuje. Nie lubiła o nim myśleć. Nie lubiła tego, że jego głupia moralność wraca do niej częściej, niż do tej pory. Była głupia, naiwna i nie dało się przełożyć jej na codzienne życie. Tak samo jak tego, co wmawiał jej ojciec.
O nim z jakiegoś powodu też myślała teraz częściej.
Podniosła się trochę, by ze swojego miejsca na podłodze spojrzeć na stół. Ściągnęła leżący na nim magazyn. Prawdopodobnie jedyną kolorową rzecz w zasięgu jej wzroku, co pewnie bardzo źle świadczyło o samym Shayelu. Dziwiło ją, że w XXI wieku wychodzą jeszcze papierowe magazyny. A jeszcze bardziej to, że Shayel takie czyta.
Spośród mieszających się literek i słów wyłapała coś o tundrze. Zmarszczyła brwi, zamykając gazetę jeszcze raz. Na pierwszej stronie spośród wielu barw udało jej się wyłapać coś o roślinności arktycznej.
– Czy tobie skończyły się dobre… nie, jakiekolwiek książki? – zapytała, odkładając magazyn z powrotem na stół. Zmarszczyła przy tym nos, przenosząc wzrok na brata, który dalej stał nad kubkiem herbaty. Wydał z siebie westchnięcie, które mogło być tylko westchnięciem pełnym rezygnacji.
– Nie.
Bardzo, bardzo oczekiwała wyjaśnień. Tych, o które nie zamierzała pytać, ma się rozumieć. Nie zamierzała wykazywać zainteresowania większego niż to absolutnie konieczne.
– Jeden z… innych pracowników archiwum… – Shayel sam zaczął, co Arisu przyjęła równocześnie z ulgą i z irytacją. Czy widział, że ją to ciekawi? – Usłyszał, jak rozmawiam z kimś o podróżach. Uznał, że mnie to zaciekawi.
Zdecydowanie nie wyglądał na zaciekawionego. Nie potrafiła mu się dziwić, ale prychnęła z rozbawieniem, odwracając wzrok. Shayel jeszcze przez chwilę patrzył na nią z czymś, co pewnie mogło być odebrane jako dezaprobata, ale czego zdecydowanie nie odebrała w ten sposób.
W końcu jednak się poddał. Podszedł do niej i postawił na stole kubek z parującą herbatą. Minęła kolejna sekunda, zanim zdecydował się usiąść obok niej na podłodze. Skinęła mu głową w podzięce i znowu zapadła cisza. Arisu sięgnęła po herbatę, gotowa pozostać w tym milczeniu tak długo, jak będzie musiała, choćby do końca swojej dzisiejszej wizyty.
Shayel jej nie zaprosił, znowu odwiedziła go sama z siebie. W ciągu pięciu poprzednich lat w obozie nie wychodziła nigdzie tak często, jak w ciągu ostatniego roku i oczywiście, że to właśnie jego o to obwiniała. Od kiedy zamieszkał w San Francisco, przestał wysyłać jej listy. Rozumiała to. Więcej, uważała, że kompletnie ją to nie obchodzi, bo przecież i tak nigdy ich nie czytała. Dalej dziwnie było wiedzieć, że jest tak niedaleko. To tyle.
Jak na złość, on też się nie odzywał. Siedział przy drugim końcu kanapy, oparty o nią jednym ramieniem, przewracając karty magazynu, który go nie interesował. Mimo wszystko Arisu w jakiś sposób cieszyła się, że miał w pracy kogoś, z kim był na tyle blisko, by wymieniać się takimi rzeczami. Shayelowi nie robiło to różnicy, prawdopodobnie. Może powinna kiedyś go o to spytać.
– Może przynajmniej gazety czytasz teraz online?
Prawie sapnęła z irytacją. Oczywiście, że musiała w końcu się odezwać. Była czasami taka żałosna.
– Zostawiłem dzisiejszy numer w pracy.
Oczywiście. Powstrzymała się od wywrócenia oczami. Był taki przewidywalny. Musiał to zauważyć, bo znowu się odezwał:
– Przecież wiesz, że nie jestem fanem technologii.
Tak, tak. Wiedziała. Nie mogła nawet się z tym kłócić, chociaż bardzo chciała.
– Ale jak podróżowaliśmy, to z ojcem czytaliście też online.
Mogła nie zaczynać tego tematu. Shayel skinął głową.
– To prawda. Tak łatwiej dowiedzieć się, że… kolejny poseł w Polsce uniknął więzienia, albo cokolwiek innego.
Teraz ona skinęła powoli głową. Nigdy nie uważała swojego argumentu za dobry. Po prostu czuła potrzebę, by zwrócić na to uwagę. Chyba czuła też większą niż zwykle potrzebę, by faktycznie z nim rozmawiać, a nie tylko siedzieć w ciszy. Akurat o to nie mogła obwiniać Shayela. Zdecydowanie jej się to nie podobało. Pewnie powinna obwiniać kobietę z cmentarza, ale nie miała serca, by to robić.
Upiła łyk herbaty i od razu zmarszczyła nos.
– Jest okropna.
Shayel mruknął coś cicho.
– Mogę nalać ci soku – zaproponował. Odstawiła kubek z powrotem na stół.
– Nie, nie. Nie trzeba. Tylko błagam, gdziekolwiek to kupiłeś, nie rób tego nigdy więcej.
Przez chwilę miała wrażenie, że Shayel się uśmiechnie. Normalnie pewnie by jej to wystarczyło. Teraz jeszcze bardziej ją zirytowało.
– Oczywiście. Musiałem trochę oszczędzić w zeszłym miesiącu.
Arisu spojrzała na niego, marszcząc brwi, ale pokręcił głową, jakby próbował pokazać, że to nic takiego.
– Potrzebujesz pomocy? Mogę opuścić obóz i—
– Nie.
Prawie podkuliła ramiona, chociaż nie zabrzmiał inaczej. Dalej mówił spokojnie, może nawet trochę bez przejęcia. Może to dlatego tak ją to zirytowało. Nie tłumaczył się dalej, co zirytowało ją jeszcze bardziej. Co za skończony idiota. Prawie zaczęła się o niego martwić, a on traktował to tak olewczo? Powstrzymała prychnięcie. Mógł tylko marzyć o tym, że jeszcze kiedykolwiek się nim przejmie.
Podniosła się, przesiadając się na kanapę. Nie chciała nawet siedzieć na tym samym poziomie co on. Koc, który teraz zakrywał obicie, był miękki i gładki, dużo bardziej przyjemny od materiału na siedziskach. Jednak musiał coś zmienić przez tych kilka miesięcy mieszkania tutaj. Do tej pory była pewna, że nie zmienia nic, bo siedzi gotów do wyprowadzki.
Może jednak tak nie było.
Z irytacją sięgnęła po leżący na podłokietniku zeszyt. Mniej zniszczony niż zwykle – musiał być nowszy. Shayel nie protestował, ale w zasadzie to prawie nigdy nie protestował, gdy zaczynała grzebać w jego rzeczach.
Może dlatego, że i tak średnio była w stanie przeczytać, co pisze. Czasami było lepiej, ale zazwyczaj było gorzej lub po prostu źle. Nawet Shayel przyznawał, że to wina jego charakteru pisma, a nie tylko dysleksji Arisu. Miał przynajmniej tyle honoru.
Przekartkowała kilka stron z różnymi liniami i dziwnymi symbolami, które zrozumieć mógł tylko Shayel. Na jednej mignęły jej jakieś opisy i rzucone luzem zdjęcia starych monet. To kolejna rzecz, którą pewnie mógł trzymać online, ale z tylko sobie znanego powodu tego nie robił. Nie było sensu z nim dyskutować.
– Byłeś na jakimś filmie? – zapytała, wyjmując spomiędzy kartek świstek papieru. Shayel zadarł głowę, by na to spojrzeć.
– Nah. To bilety do muzeum.
To faktycznie było bardziej w jego stylu. Była pewna, że i tak każde muzeum w okolicy widział już co najmniej kilka razy i że pójdzie jeszcze kilka następnych. Kiedyś, oczywiście, chodziła razem z nim.
– Możesz iść ze mną następnym razem.
Zgodziła się, zanim zdążyła uznać, że to zły pomysł. I prawie od razu tego pożałowała.

────
[1300 słów: Arisu otrzymuje 15 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 21 czerwca 2026

Od Caroline CD Weroniki — „Och moja piękna szpada kobieto”

Poprzednie opowiadanie

Widząc zdezorientowaną minę Weroniki, Caroline uśmiechnęła się jeszcze odrobinę szerzej. Życie w Nowym Jorku było z pewnością mniej intensywne, ale teraz dochodziła do wniosku, że także mniej ciekawe. Siłownia trzy razy w tygodniu to nie to samo, co dobry sparing. Co prawda nie taki, jaki przeprowadziła przed chwilą, bo tego nie nazwałaby dobrym sparingiem. Weronika najwyraźniej bardzo wypadła z rytmu bez kogoś, kto ustawiłby ją do pionu. Caroline cieszyła się, że swoją wizytę w Obozie Herosów może poświęcić na coś tak szlachetnego.
— Rewanż! Oszukane zwycięstwo to nie zwycięstwo, a sromotna przegrana! — zawołała Weronika, choć wciąż podpierała się dłońmi o podłoże i z pewnością wyglądała, jakby mroczki latały jej przed oczami.
— Gówno nie przegrana — odezwał się ktoś w tłumie, wywołując tym grymas na twarzy Weroniki. Temat fekaliów był chyba dla niej nie wystarczająco wyniosły.
— Laska, nie oszukiwałam — powiedziała Caroline, spoglądając na nią z góry. Satysfakcjonujące. — Trzeba umieć skupić się na mieczu.
Wbiła czubek swojego ostrza w ziemię i podparła się na nim z niemal znudzoną miną. Nie, żeby ona szczególnie świetnie radziła sobie z przegrywaniem, ale jej wygraną był w stanie potwierdzić tłum gapiów. Weronika miała tupet żeby w ogóle sugerować jej, że oszukiwała. Na szczęście Caroline uczyła się panowania nad sobą.
— Twoje zagranie było bezkompromisowo niehonorowe. Wstyd zalałby mnie całą, gdybym chociaż pomyślała, żeby zachować się tak haniebnie jak ty — fuknęła Weronika, podnosząc się z ziemi.
Ze zdecydowanie zbyt dumną w porównaniu do sytuacji miną otrzepała dłonie o i tak już brudne spodnie. Jeszcze wyżej uniosła podbródek, jakby chciała podyskutować z bogami. Ley była pewna, że ma im mnóstwo do powiedzenia. Zastanawiała się, czy Weronika kiedykolwiek się z którymś z nich spotkała. Obstawiała, że nie, bo za te gadki już by ją ktoś spalił. Obrzuciła dziewczynę uważniejszym spojrzeniem; tam, gdzie uderzyła ją płazem miecza, skóra już była zaczerwieniona. Nie planowała zaatakować mocno, ale pewnie wykwitnie tam później siniak.
— Dostałaś w głowę. Idź lepiej sprawdź, czy nic ci się tam nie poprzestawiało. Chociaż może tak byłoby lepiej. — Ostatnią część mruknęła bardziej do siebie, niż do Weroniki.
Rzeczona poszkodowana wyglądała na oburzoną.
— Rany wojenne dodają szlachetności. Poza tym, dobry wojownik nie odmawia rewanżu — powiedziała z taką dozą pogardy, na jaką było jej stać.
Caroline przewróciła oczami. Rozmawiając z Weroniką zawsze czuła się, jakby grała w bardzo kiepskim, czarno-białym filmie, ale tym razem przechodziła samą siebie. Najwyraźniej przegrana nie działała dobrze na jej nerwy.
— Strasznie męczysz dupę — westchnęła Ley, ale sprawnie z powrotem uniosła swój miecz.
Weronika uśmiechnęła się tryumfalnie, choć nie wyglądała już na tak zadowoloną z siebie, jak wcześniej. Podniosła z ziemi swoją szpadę, która przy jej upadku odleciała metr dalej. Mało to było wyniosłe, ale zaraz wyprostowała się jak struna i stanęła w pozycji, która zapewne miała reprezentować gotowość do walki. Caroline za to wydawała się raczej znudzona - bez problemu wygrała pierwszy sparing, więc wygrana i tak leżała po jej stronie. Rewanż to była tylko formalność, żeby Weronika dała jej święty spokój.
— Tym razem nie wywiniesz się moim umiejętnościom — powiedziała w końcu hardo Weronika, wyprowadzając pierwsze pchnięcie.
— Mniej gadaj, więcej rób. Może się w końcu czegoś nauczysz.
Ley całkiem bawiło obserwowanie Weroniki, kiedy udawała, że wcale jej to nie wkurwia. Robiła wtedy śmieszną minę — dumne spojrzenie, zmarszczone brwi i usta wykrzywione w grymasie złości.
— Nie potrzebuję uczyć się od kogoś, kto walczy jak zwierzę — sarknęła Weronika.
— Zwierzę, z którym przegrałaś — odpowiedziała Caroline z promiennym uśmiechem, który w połączeniu z tym, jak szybko się poruszała, nie wyglądał szczególnie przyjaźnie.
Przytyki Weroniki bardziej ją śmieszyły, niż irytowały. Średnio była w stanie traktować tą dziewczynę na poważnie. Wszystkie słowa, które padały z jej ust brzmiały, jakby urwała się z jakiejś kiepskiej pseudofilozoficznej książki. Może nawet odrobinę jej współczuła. Życie z takim stylem bycia nie mogło być łatwe.
— To nie była przegrana, tylko potknięcie.
Tak, z pewnością ktoś ją gnębił w dzieciństwie.
— Ty to robisz specjalnie? Czy trzeba ci przypieprzyć moc-
Zanim Ley zdążyła dokończyć przytyk, Weronika nagle zachwiała się na nogach. Szpada wyleciała jej z dłoni.
— No bez jaj. — Caroline złapała ją za ramię zanim zdążyła polecieć do przodu i rozbić sobie nos o twarde podłoże. — Japierdole, aż tak mocno to nie dostałaś — burknęła, odrzucając swój miecz na ziemię.
— Co ty robisz? Możemy kontynuować — zaprotestowała Weronika, ale jej głos nie był już tak mocny, niż wcześniej.
— Ktoś mnie jeszcze za to udupi — mruknęła ponuro Caroline, nie do końca delikatnie ciągnąc ją w stronę skrzydła szpitalnego.


Weronika?
────
[723 słowa: Caroline otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Elianne CD Kala — „O pierścionku odnalezionym”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA V

Elianne nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy ostatnim razem ktoś nadskakiwał jej tak, jak teraz robiła to Florence. Była zbyt przyzwyczajona do ludzi, którzy ze względu na jej dziecięcą, wiecznie uśmiechniętą twarz uważali, że mogą jej z łatwością wejść na głowę. Na szczęście to, że trafiła do obozu dla rzymskich herosów w wieku dziewięciu lat, pozwoliło jej wyrobić pewną odporność. Odmiana była całkiem przyjemna.
Florence była przemiła i ciągle ją zagadywała. Nie w ten irytujący, wścibski sposób - po prostu wydawała się ciekawa, jaka tak naprawdę jest dziewczyna, którą interesował się syn jej partnera. Eli miała nadzieję, że będzie zadowolona z wyników.
— Tak, mam trójkę rodzeństwa. Braci. Cała wesoła gromada — odpowiedziała na jedno z pytań z nieznacznym uśmiechem, wybierając jedną z owocowych herbatek, które zaproponowała jej kobieta.
— Jeju, całe życie z facetami! Jak to przetrwałaś? — dopytała Florence ze śmiechem, już zabierając zbędne opakowania herbat, z których dziewczyna nie skorzystała.
— Jakoś z mamą dałyśmy radę — wyjaśniła Eli zdawkowo. Nie było sensu tłumaczyć, że spędziła z nimi na stałe tylko połowę dotychczasowego życia.
— Jasne, no tak. Kal za to na pewno się cieszy, że jest jedynakiem, prawda?
Florence uśmiechnęła się do chłopaka, który w odpowiedzi posłał jej dość cierpiętnicze spojrzenie.
Kąciki ust Eli wciąż unosiły się w uśmiechu, choć kątem oka wciąż widziała, że Kal chyba nie cieszy się z jej obecności tutaj. Wciąż wpatrując się w kobietę, ostrożnie sięgnęła po jego dłoń pod blatem stolika, tak, żeby nie ściągnąć uwagi Florence i nie wprawić go w jeszcze większe zakłopotanie. Po cichu chciała mu przekazać, że jest okej. Czuła, że Kal jest spięty, ale nie puściła jego dłoni.
— To pani lokal? Bardzo przytulny — rzuciła, zmieniając temat.
— Boże, jaka pani! Mów mi Florence. I tak, to moja piekarnia. Mała, ale własna. Cieszę się, że ci się podoba — zaszczebiotała kobieta, stawiając przed nimi ozdobny talerz z równiutkimi kawałkami sernika. — Częstujcie się.
Ciężko było jej odmówić. Eli średnio miała ochotę na ciasto, ale uśmiechnęła się uprzejmie i nałożyła sobie porcję na mały talerzyk. Zanim zdążyło paść kolejne pytanie, dzwonek wiszący nad drzwiami wydał z siebie głośny, wysoki odgłos i Florence zostawiła dwójkę nastolatków, żeby stanąć za ladą. Elianne wykorzystała ten moment, żeby uważniej przyjrzeć się Kalowi.
— Jest bardzo miła. Jesteś zły? — zapytała cicho, a Kal ledwo zdążył otworzyć usta, zanim odpowiedziała sobie sama: — jesteś. Zjemy ciastko i pójdziemy.
— To jest jakaś porażka — wyrzucił z siebie chłopak, palcami wolnej dłoni ściskając nasadę swojego nosa. Drugą, pod stolikiem, wciąż trzymała Eli. Teraz ścisnęła ją mocniej.
— Jest okej. Serio. Napij się herbaty. Zaraz wyjdziemy — dodała nieco łagodniejszym głosem.
Była trochę rozdarta pomiędzy tym, żeby nie zrobić przykrości Florence, a chęcią pozbycia się z twarzy Kala miny, którą ostatnio widziała, kiedy ktoś kazał mu czyścić parapety brudną ścierą. Nie była do końca pewna, dlaczego jest aż tak niepocieszony, ale wiedziała, że sama się do tego przyłożyła zgadzając się na propozycję Florence, więc chciała jakoś temu zaradzić. Kiedy kobieta była zajęta obsługiwaniem klienta i na chwilę zniknęła na zapleczu, Eli przelotnie oparła głowę na ramieniu Kala. Kiedy na powrót się wyprostowała, zabrała się za swój sernik. Posłała Kalowi uśmiech, kiedy powoli sięgnął po swój kubek.
— Jak sernik? Nawet nie próbowałam, mam nadzieję, że wyszedł — powiedziała rozpromieniona Florence, kiedy już mogła do nich wrócić. Otrzepała dłonie o swój fartuch.
— Przepyszny, nie ma się pa… Nie masz się o co martwić.
Elianne uśmiechnęła się, ostrożnie odkładając widelczyk na talerzyk. Upiła łyk swojej herbaty, patrząc na uradowaną Florence.
— Super, to zjedz jeszcze kawałek. Kal, ty nie jesz? — zapytała, nieznacznie marszcząc brwi.
— Jedliśmy wcześniej obiad. Ja nie mogłam się powstrzymać przed sernikiem, ale Kal ma silniejszą wolę niż ja — gładko wyjaśniła Eli ze śmiechem. Zabębniła palcami o swój kubek. — Będziemy się już zbierać? Muszę jeszcze kupić lakier do włosów. Dziękuję za herbatę i ciasto. Naprawdę bardzo miło było mi panią poznać — dodała, po raz kolejny uśmiechając się do Florence.
— Kochana, to nic takiego. Zostańcie jeszcze parę minut, dopijcie herbatę. Jak nie zobaczę pustych kubków, to was nie wypuszczę. — Florence na wpół poważnie pogroziła im palcem.
Najwyraźniej nad tym nie będą w stanie przejść.


Kal?
────
[667 słów: Elianne otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Od Vex CD Kaliny — „Malunki naskalne po roku w Ameryce”

Poprzednie opowiadanie

Melodramatycznie przewraca oczami, bo przecież doskonale wie, że rozwścieczona staruszka, która myśli, że wszystko jej wolno, jest gorsza od policji. I to z bardzo prostego powodu. Jakikolwiek szanujący się stróż prawa poczekałby co najmniej pół godziny od przyjęcia zgłoszenia i dopiero wtedy postanowiłby łaskawie odpalić samochód, żeby przejechać swoim rozklekotanym gratem na drugi koniec miasta, wciąż kurczowo ściskając nadzieję, że jednak nie będzie musiał niczego robić i sprawa załatwi się sama. Kiedyś któryś z nich spisał Vex, bo nikt nie pozwolił mu odejść spokojnym krokiem z miejsca zdarzenia, tylko jakiś osiłek trzymał herosowi ręce za plecami i wrzeszczał do ucha, że mu dzieci budzi. Potłuc butelek na ulicy już nawet nie można.
– A weź spierdalaj – sugeruje babci, celując w nią odkręconą końcówką markera. Staruszka desperacko ściska w roztrzęsionej od wściekłości lub reumatyzmu dłoni swoją jedyną broń (telefon) przed zdeprawowanym nastolatkiem i losową hipiską, ale wciąż nie uczyniła najważniejszej części swojego ataku (nie odblokowała telefonu, nie mówiąc już o wpisaniu numeru, a o rzeczywistym zadzwonieniu nawet nie myśląc).
– Jak ty się do starszych odzywasz!!! – wrzeszczy kobieta już mocno zachrypniętym głosem, bo drze się tak od dobrych kilkunastu minut, albo w ogóle cały dzień, bo wszystko dookoła nie pada jej pod buty i nie całuje podeszw, żeby ona mogła na spokojnie kupić w pobliskim sklepiku paczkę papierosów, wiśniówkę i resztę potrzebnych do przetrwania itemków. – W ogóle szacunku do autorytetu nie masz gówniarzu!!!
– A ty do młodych, stara kurwo – fuka Vex i z pewną dozą zadowolenia odnotuje zaskoczone, ale takie zaskoczone z nutą podziwu, spojrzenie Kaliny (której imienia kompletnie nie pamięta i również nie przypomina sobie, skąd ona może go znać). Ma tylko nadzieję, że dziewczyna nie spróbuje go powstrzymać przed radosnym wpierdoleniem osiedlowej babci.
– DOSYĆ TEGO!!! – postanawia wrzasnać staruszka, a zza załomu uliczki do Vex i Kaliny docierają głosy zaniepokojonych przechodniów, którzy próbują dowiedzieć się, kto zaatakował biedną babuleńkę.
– Niech już pani odpuści, na serial się pani spóźni.
– DZWONIĘ – babcia bardzo głośno zagłusza wszelkie próby odwrócenia jej uwagi, jakie dzielnie poniosła Kalina. Niestety, przez trzęsące się palce staruszka nie może trafić w żaden z klawiszy, które byłyby jej w tym momencie potrzebne.
– Ale proszę pani, zaraz się zaczyna coś tureckiego, pewnie teraz jest taka godzina, co seniorzy akurat siedzą w domach…
– JA CI ZARAZ DAM MAŁOLATO – ostrzega babcia, ale swojej groźby nie spełnia, bo brak na nią miejsca w kolejce zadań do wykonania.
Wedle zasady „pokemony trzymają się razem, nawet jeśli tak w sumie to się nie znają”, Vex chwyta Kalinę za szmaty i zaciąga ją w miejsce, które w głowie określa: „gdzieś na pewno, chuj wie gdzie dokładnie, ale tam na pewno nie będzie tej starej szajbuski”.
– Gdzie wy idziecie!! ZNOWU UCIEKACIE, NIEWDZIĘCZNE BACHORY!!! TA WSPÓŁCZESNA MŁODZIEŻ, NIE TO CO KIEDYŚ!!! – Babcia w krzyk (stara się dreptać za półbogami w typowym babciowym tempie, bo trochę się już zmęczyła), a zza zakrętu wreszcie wychyla się jakiś mężczyzna w średnim wieku. – ŁAPAJ ICH PAN!!!
– Ich? – Niepewność w głosie łysawego facecika najwyraźniej doprowadza dostojną starszą panią do naprawdę ekstremalnie białej gorączki, jeszcze bielszej niż kilka sekund wcześniej.
– A KOGO? MNIE? WNUSIU ICH TRZEBA SZYBKO JA BĘDĘ DZWONIĆ NA POLICJĘ A TY ICH ŁAPAJ!!! WANDALE NIEWDZIĘCZNE!!!
– Ale… ale tak w sumie to to jeszcze dzieci są…
– DZIECKA CZY NIE DZIECKA, WANDALE I ZŁODZIEJE!!!
Półbogów w ich niekoniecznie bardzo spiesznej ucieczce odprowadzają nieboskie wrzaski babci, która teraz skupia się na wylaniu jątrzącego jej wnętrzności gniewu na nic niewinnemu magistrowi inżynierowi elektrotechniki, co pewnie nigdy w życiu nie mógł się zdobyć na zabicie choćby najdrobniejszego insekta. Przed zniknięciem w kolejnej uliczce, Vex udało się jeszcze wystawić w stronę facecika i babci środkowego palca, którego niestety żadne z nich nie zauważyło, ale za to nastolatkowi udało się osiągnąć boską satysfakcję wynikającą z samego popełnienia tego czynu.
Vex z początku próbowało nadać ich ucieczce tempa całkiem szybkiego, a przynajmniej odbieranego jako takie przez osoby do stu trzydziestu centymetrów wzrostu. Jednak towarzyszący temu marszobiegowi wysiłek szybko przerósł nieszczęsne dziecko Marsa, które na swoich plecach oprócz bagażu traum musi dźwigać również całą jedną wielką butlę z tlenem. Marszobieg staje się więc zwykłym marszem, gdy tylko znikają z pola widzenia tamtej przeklętej staruszki i mogą bezpiecznie ukryć się za ścianą. Kalina, która najwyraźniej ma niezłe płuca, niemal wyprzedza Vex. Ale tylko niemal. Spotyka się to ze sporym zaskoczeniem z jego strony, bo trochę za dużo było w tym myśli i dziwnego znaku, że dziewczyna naprawdę zna go całkiem nieźle.
Po czym zdaje sobie sprawę z tego, że przecież wciąż ściska jej koszulkę i trzyma ją na wyciągnięcie ręki, więc dziewczyna nie mogła zrobić nic innego, jak posłusznie zwolnić (chyba w międzyczasie głośno sprzeciwiła się takiemu traktowaniu, ale Vex było zbyt skupione na oddychaniu, żeby jej słuchać).
– Sorry. – Wreszcie ją puszcza i nawet przeprasza, choć wcale nie jest mu przykro. Odwraca się do niej i patrzy w punkt niedaleko jej twarzy, żeby na szybko dodać: – A teraz lep- KURWA JA PIERDOLĘ—
Zatacza się w przeciwną stronę, niż w tą, w którą próbowało iść, kurczowo trzymając się za głowę. Jest prawie pewne, że chyba złamało sobie oczodół albo inną kość policzkową.
Oszołomienie i rozlewające się po twarzy ciepło sprawiają, że dopiero po paru sekundach docierają do niego słowa Kaliny (ledwo je z siebie wydusza, bo jakoś na równi z krzykiem Vex zaczęła się śmiać), które tym razem go, a nie tamtą staruchę, doprowadzają do białej gorączki.
– Czy ty właśnie weszłoś w słup?


Kalina?
────
[888 słów: Vex otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Kaliny do Isobel — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

'Co myślisz?'
'Pojebało cię?'
Z westchnięciem odłożyła telefon do kieszeni i wróciła do spaceru między regałami. Była na misji. To znaczy, sama nazwała to zadanie misją - tak było ciekawiej. Poprzedniego wieczoru zepsuła lampkę w mieszkaniu i obiecała Amandzie, że ją odkupi. Z pozoru prosta sprawa, ale byłaby jeszcze prostsza, gdyby jej współlokatorka nie krytykowała każdej znalezionej przez nią opcji. Przed chwilą zanegowała świecącego tyranozaura, wyskakującego z jaja, a gdy Kalina wysłała jej psa, który ma na głowie żyrandol (a przy okazji robi kupę), kazała jej znaleźć normalny sklep.
Problem tkwił w tym, że Kalina już była w „normalnym sklepie” i patrzyła na „normalne” lampy. Ich pierwszym problemem był fakt, że są nudne jak flaki z olejem. No bo kto chciałby mieć na biurku zwyczajną, szarą czy niebieską lampę, kiedy może mieć kurę znoszącą świecące jajo? Na właśnie taką kurę teraz patrzyła i widziała jej same zalety. Była jasna, oryginalna, a przede wszystkim tania. Dużo tańsza niż nowe, szare abażury. Może była delikatnie uszczerbiona, ale to nie ujmowało jej urokowi. Wysłała zdjęcie Amandzie, a odpowiedź dostała niemal od razu.
'Japierdole.'
'Wiesz co?'
'Obojetne mi to juz, nie mam czasu'
'Sama cos wybierz, przezyje jakos'
'BYLE NIE TO'
Szybko odpisała jakieś „oki <333" i zadowolona wróciła na początek działu z lampami. Postanowiła przejrzeć wszystkie opcje jeszcze raz, bez stresu o aprobatę współlokatorki. Ponownie przyjrzała się wiszącej małpie, trzymającej żarówkę, kotu o świecących oczach, krasnalowi ogrodowemu oraz kilku dinozaurom. W końcu jej uwagę przykuła doniczka w kształcie głowy ze stopami i tym sposobem trafiła na dział ogrodniczy. Donice okazały się być jeszcze ciekawsze niż lampki. Jedne były w kształcie butów, drugie ludzików i gnomów, a trzecie zwierząt. To właśnie przy tych ostatnich kucała rudowłosa dziewczyna, przyglądająca się właśnie doniczce w kształcie słonia.
— O matko, jaka fajna! — odezwała się Kalina, podchodząc do nieznajomej.
— Prawda??? — uśmiechnęła się tamta w odpowiedzi. — Szkoda, że taka droga.
— Ew — Kalina spojrzała na wskazywaną przez nią cenę. — Za wielka, żeby wynieść oknem — zaśmiała się.
Doniczka rzeczywiście była wielka. Tak właściwie, była to raczej donica. Stojący na płytkach słoń sięgał dziewczynie do kolan i wyglądał, jakby był odlany z betonu.
— A wiesz jaka ciężka? — spytała w odpowiedzi. — Jak słoń.
Słowa Isobel rozśmieszyły Kalinę bardziej niż powinny, na co tamta również zareagowała śmiechem. Już miała się pożegnać i odejść, ale wpadł jej do głowy pewien pomysł.
— Wyglądasz na kogoś, kto ma dobry gust — stwierdziła i nie czekając na reakcję dziewczyny bardziej stwierdziła, niż spytała: — pomożesz mi.
— Okej — Isobel wyglądała na zaskoczoną, ale bez wahania się zgodziła. — W czym?
— W wyborze lampy — odparła i zaczęła iść w stronę działu z lampami. Po drodze postanowiła zapobiec niezręcznej ciszy i opowiedzieć historię starej lampy. — No bo, muszę kupić nową lampkę, bo poprzednia się zepsuła. Znaczy, teoretycznie to ja ją zepsułam, ale to przecież nie moja wina, że Amanda, w sensie moja współlokatorka, postawiła ją na stole w kuchni. Puzzli sie jej zachciało. Od miesiąca blokuje stół. No i przeciągnęła kabel przez całą kuchnie, ktoś musiał w końcu się na tym wywrócić, nie? Więc fajnie by było jakby ta była na baterie. No i muszę kupić nową. I teoretycznie powinnam kupić taką samą… ale ona była brzydka. Nie szkoda mi jej. Poza tym, takie były tylko w sklepach meblowych a tam jest za drogo. Gorzej niż ten słoń. Tu jest taniej. No i pokazywałam Amandzie różne opcje, ale nic jej się nie podobało no i w końcu stwierdziła że ma to w dupie i kazała mi wybrać samej. A ja nie wiem która jest najfajniejsza… — opowiadała w tempie dorównującym katarynce. Isobel nawet nie próbowała jej przerywać. W końcu wskazała palcem na kilka opcji. — Myślałam o tej, tej, tej… i może o tej. O i ta jest fajna. Tamte też mają potencjał, ale na nie nie patrz bo są za drogie — wskazała na najwyższą półkę.
— Ale ktoś musiał mieć kolekcję — zaśmiała się Isobel przypominając sobie, że są w sklepie z używanymi rzeczami.
— Więc… którą byś wzięła?


Isobel?
────
[649 słów: Kalina otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]