sobota, 5 kwietnia 2025

Od Elianne CD Kala — „Niebo było różowe"

Poprzednie opowiadanie

Elianne w ostatnich dniach snuła się po obozie ze zdecydowanie mniejszą dozą energii, niż zwykle. Wypełniała obowiązki związane z kohortą, odbębniała dyżury w ambulatorium, chodziła na treningi; po prostu wszystko to sprawiało jej mniej radości niż dotychczas. Można było łatwo wywnioskować powód jej niecodziennego zachowania, po prostu zauważając, że od jakiegoś czasu nikt nie widział jej w towarzystwie Kala.
Czuła się z tym dziwnie, bo zdążyła się przyzwyczaić, że spędza z Kalem więcej czasu, niż z innymi. Kiedy tego nie robiła, znajdowała w ciągu dnia luki, których nie umiała wypełnić. Postanowiła jednak, że może potrzebują trochę czasu spędzonego oddzielnie, żeby ochłonąć. Wbrew pozorom sytuacja, w której nawet ze sobą nie rozmawiali wcale nie dała jej ochłonąć, a jedynie sprawiała, że była niespokojna. I tęskniła. Robiła to głównie dla Kala, bo chłopak wydawał się ostatnio zbyt przytłoczony jej obecnością, ale miała również nadzieję, że sama poukłada sobie w głowie kilka rzeczy. Na przykład, że ma przestać gapić się na niego dłużej, niż jej wypada, i że w ogóle powinna się ogarnąć, bo musi przestać tak dużo i głupio myśleć. Nie żeby jej się to udało, ale przynajmniej próbowała. Niektóre rzeczy niestety były silniejsze od niej.
Czekała. Czekała, aż Kal przemyśli to i owo i w końcu do niej przyjdzie. Nawet nie oczekiwała przeprosin, po prostu chciała, żeby znów rozmawiał z nią jak wcześniej, zanim to wszystko za bardzo się skomplikowało. Ale on nie przychodził, a ona dalej czekała i czekała, aż w końcu postanowiła, że jeżeli nie pojawi się u niej do końca tygodnia, sama się do niego przejdzie żeby zapytać, o co mu do cholery chodzi. Pozostawienie ważnej relacji bez żadnego wyjaśnienia i rozmowy zdecydowanie nie było w jej stylu, poza tym nie miała jeszcze zamiaru się poddać.
Końcówka tygodnia zbliżała się nieubłaganie, kiedy próbowała spokojnie przeżyć dzieloną z Cherry zmianę w ambulatorium. Ruch był dzisiaj wyjątkowo znikomy, więc właściwie od godziny siedziały w pokoju obok głównej sali i grały w karty, tym razem w ciszy. Elianne i tak w ciągu ostatniego miesiąca rozmawiała z nią na tyle dużo ( i wcale nie były to rozmowy o synu Wenus ), że skończyły jej się tematy.
Kiedy rozległo się skrzypienie celowo nienaoliwionych drzwi wejściowych, siedząca bliżej wyjścia Cherry wstała i wyjrzała, żeby zobaczyć, kto wszedł do ambulatorium. Lekko unosząc brwi wycofała się z powrotem do pokoju i poklepała Eli po ramieniu.
— Lepiej ty idź — powiedziała, z powrotem siadając na wytartym fotelu.
Dziewczyna, lekko zdezorientowana, odłożyła karty na stolik i wstała, kierując się na główną salę. Zerknęła w dół, zauważając, że ma rozwiązaną sznurówkę. Kiedy podniosła głowę, stała dwa metry przed Kalem.
Najpierw zwróciła uwagę na to, że nerwowo bawi się jednym z licznych pierścionków i najwidoczniej się stresuje. Potem w końcu spojrzała mu w twarz, widząc niechlujnie związane włosy i niemalże brak makijażu. Poczuła słaby błysk nadziei, że może przez cały ten czas Kal nie miał jej głęboko gdzieś. Albo był chory. Mógł też być chory i się przejmować, albo mieć całkowicie inne wytłumaczenie. Na pierwszy rzut oka mogła zobaczyć, że się stresuje. Ale o co on w ogóle spytał?
 
Eli była wdzięczna za jego słowa. Każdy czasami lubi usłyszeć, że komuś zależy na znajomości z nim, a ona naprawdę tego ostatnio potrzebowała. Miętosiła w dłoniach opakowanie z resztą tabletek, które oddał jej Kal, zastanawiając się, co powinna mu odpowiedzieć. A raczej jak dużo powinna powiedzieć.
— Mi też zależy na naszej… Przyjaźni. Bardzo. Po prostu ostatnio stwierdziłam, że może chciałbyś trochę czasu dla siebie, bo wcześniej cały czas wisiałam ci na ramieniu i nie wiem, miałam wrażenie, że masz tego dość. Poza tym ja sama musiałam pomyśleć — dodała, odchrząkując. Czuła, że sama się stresuje, a jej serce zaczęło nieco szybciej tłuc się w klatce piersiowej.
Kal spojrzał na nią przelotnie, zapewne ciesząc się, że ona sama spuściła głowę.
— Nie miałem dość ciebie, tylko wszystkiego innego — mruknął w końcu.
Eli uniosła wzrok. W końcu usłyszała odpowiedź na coś, co męczyło ją jeszcze przed tym całym niewypałem, jakim były urodziny Kala. Często bała się, że jej obecność męczy chłopaka, bo takie przypadki się już przecież zdarzały. Starała się hamować, ale finalnie i tak nie potrafiła być kimś innym. Koniec końców zawsze była sobą i poczuła ulgę na wieść, że Kalowi to nie przeszkadza. W końcu mogła poczuć, jak swego rodzaju ciężar opada z jej ramion i znowu mogła się bez problemu wyprostować.
— Dlatego musimy rozmawiać, Kal. Żeby nie było żadnych nieporozumień i… niedopowiedzeń — powiedziała, jej głos nieco zmiękł.
Niedopowiedzenie wisiało między nimi od pewnego czasu, i to takie całkiem spore. Eli czasami miała ochotę powiedzieć mu wszystko w przypadkowym momencie, żeby w końcu wyrzucić to z głowy, ale za bardzo bała się konsekwencji. Bała się, że Kal od niej ucieknie, i tym razem już nie wróci. Bała się, że całkowicie go straci, czego przecież mogła w prosty sposób uniknąć.
— Ale dziękuję, że w końcu zdobyłeś się na rozmowę. To dużo dla mnie znaczy i… no, to dużo dla mnie znaczy — dodała szybko, chcąc pozbyć się zalegającej ciszy, zbyt mocno nasyconej tym, co nie zostało wypowiedziane.
A powinno być.

  Kal? 
─── 
 [833 słowa: Elianne otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia

Od Kala do Elianne — ,,Niebo było różowe"

Końce wyglądają różnie, ale Kal stwierdza, że to akurat byłby bardzo smutny koniec. Nawet jeśli byłby początkiem czegoś innego, wciąż byłby bardzo smutnym końcem, a przez to, że on obarczałby się za niego winą, to stałby się jeszcze gorszy i dręczyłby go po nocach, chociaż… już go dręczy. Postanowił więc, że nie dopuści do tego, żeby ten koniec stał się rzeczywistością, żeby nie ukształtował się w pełni i pozostał tylko słabym echem, niepełnym obrazem porzuconym gdzieś w kącie.
Tylko że trochę mu to nie wychodzi.
Ostatnio Eli przestała odwiedzać go co rano, żeby porozmawiać.
Chyba stwierdziła, że da mu spokój.
Zachowuje się jak ktoś, kto nie zna Kala i nie wie, że jeżeli da się mu spokój, to on się podda, położy na ziemi (absurd) i już nigdy nie wstanie, bo po co się starać, skoro już jest się na przegranej pozycji? Nie, żeby był w szoku, bo ile Eli ma walczyć o kontakt z nim, gdy on nagle decyduje się odizolować i biernie czekać na kolejny ruch z jej strony? On też w końcu miałby dość. Nawet nie w końcu, bo Eli i tak wykazała się w tym przypadku znacznie większą cierpliwością, niż on kiedykolwiek byłby w stanie. Podziwia ją za tę cechę, dzięki której już trochę z nim wytrzymała i tak zupełnie szczerze: ma nadzieję, że wytrzyma z nim jeszcze trochę, bo zamierza wreszcie wziąć się w garść. To dużo powiedziane, bo gdy niepewnie przestępuje próg ambulatorium (wie, że Eli akurat teraz ma dyżur i kiedy wejdzie do środka, nie będzie miał już odwrotu), to wcale nie wygląda jak osoba, która się ogarnęła i wzięła w garść. Wygląda jak ktoś, kto próbuje się nie rozpaść. Znaczy, jak Kal, który próbuje się nie rozpaść, bo patrząc na to przez pryzmat zdecydowanej większości obozowiczów, to wygląda dokładnie tak, jak oni każdego dnia.
Nie ma nikogo, kto zauważyłby tę zmianę lepiej niż Eli.
Ogólnie trochę to niepokojące, gdy patrzy się na Kala (Kala!) i widzi się niedbały kok. Wow. Ta niecodzienna fryzura, w połączeniu ze śladową ilością makijażu, sprawia, że człowiek naprawdę zaczyna się o niego bać. Po prawdzie on też bałby się o samego siebie, gdyby oczywiście nie był sobą. Jednak zmiana ta nie jest spowodowana żadną rewolucją w jego postrzeganiu samego siebie, zaakceptowaniu tego, że nieważne jak źle wygląda, to wciąż będzie piękny, że w sumie to na co dzień nie przechadza się w kółko po czerwonym dywanie na pokazie mody i takie tam bzdury. Powód jest raczej… przyziemny. Mianowicie, po prostu mu się nie chciało. W dodatku boli go głowa. To główny powód, dlaczego w ogóle znalazł się w ambulatorium: przeciwbólowe skończyły mu się już jakiś tydzień temu i jakoś nie znalazł czasu, żeby iść do sklepu i uzupełnić zapasy. Prawdopodobnie nie zrobił tego, bo doskonale wie, że jego podłe samopoczucie jest spowodowane niesamowicie dobrą jakością jego snu (maksymalnie dwie godziny w ciągu jednej nocy) i wystarczyłoby, że spałby więcej. Równocześnie wie, dlaczego nie może spać. Oraz że istnieje tylko jeden sposób, żeby jego życie wróciło do normy.
Bardzo inteligentnie zabrał się do roboty po jakimś miesiącu. Przy czym odkrył, że nadal nie potrafi zaczynać rozmów, tym bardziej rozmów na poważne tematy, których on nie chce poruszać i specjalnie odwleka nieuchronną konwersację tak długo, jak tylko może (miesiąc, psiakość, miesiąc!!!). Mimo że widział, że Eli najwyraźniej chciałaby z nim porozmawiać (wszyscy widzą teraz, że on naprawdę jest jakiś inny) i zakończyć te, jakkolwiek by na to nie patrzeć, “ciche dni”, to Kal przez cały czas wykazywał wręcz przeciwne zamiary, wiecznie odwracając wzrok, uciekając w inną stronę, udając, że go nie ma.
Może dlatego postanowiła “dać mu spokój”. Powinien był to przewidzieć.
— Nie chcę zabrzmieć, jakby nic się nie stało i jakby to nie było moją winą — wyrzuca z siebie zamiast powitania — ale cholernie boli mnie głowa.
Prezentuje sobą bardzo żałosny obraz człowieka stojącego na krawędzi bardzo stromego zbocza i jeszcze nie zdał sobie sprawy z tego, że może się najzwyczajniej w świecie odwrócić i odejść.
Eli, która wyraźnie spodziewała się czegoś więcej (albo Kal po prostu sobie wmawia, że musiała spodziewać się czegoś więcej), prycha śmiechem. Atmosfera rozluźnia się, na całe szczęście, bo Kal już czuł, jak każdy mięsień w jego ciele niebezpiecznie się spina, bliski wybuchnięcia. Jest prawie tak, jak dawniej i Kal jest naprawdę bliski wmówienia sobie, że ten miesiąc, podczas którego się do siebie nie odzywali, zwyczajnie mu się przyśnił. Po pierwszej niezręczności zostaje tylko lekki ślad, smuga na niedokładnie umytym oknie, która niestety i tak utrudnia widoczność i wiedza o jej istnieniu nieprzyjemnie drapie kark.
— Serio przyszedłeś tu po Nurofen?
Jakże poetycko i oklepanie byłoby, gdyby odpowiedział, że przyszedł tu dla niej…! Właśnie z tego powodu mówi coś kompletnie innego. Niestety, nie jest księciem w bajce Disneya. Zapewne rozczarowałby tym bardzo dużo osób.
— Między innymi. — Wzrusza ramionami ze słabym uniesieniem kącików ust, z którego uśmiech się śmieje. — Ale też, wiesz. Chciałem… żebyś wiedziała, że tak naprawdę się nie obraziłem. Ani nic w tym stylu.
— Mhm. — Eli podaje mu pudełeczko z tabletkami, on wyczuwa w jej tonie ledwo słyszalny sarkazm. Pociesza się tym, że nadal nie dostaje bijących go po głowie sygnałów wskazujących na rosnący poziom irytacji.
Ona chyba naprawdę się cieszy, że nareszcie do niej przyszedł. Bądź co bądź, zrobił to sam z siebie.
— I jeszcze… nie chcę, żebyśmy wpadli w jakieś błędne koło — tłumaczy Kal, wygrzebując leki z opakowania. Jego trzepoczące serce prawie zagłusza jego słowa, głos trochę mu drży ze zdenerwowania, zupełnie bezpodstawnego zdenerwowania. Eli nie jest na niego zła, o, nawet podaje mu kubeczek z wodą. Nikt nie jest na niego zły, czemu on się tak tym wszystkim stresuje i przejmuje? Czemu ma ochotę się popłakać, żeby Eli na pewno zobaczyła, że jest mu przykro i głupio, że się o to wszystko obwinia, chociaż ona pewnie i tak nie pamięta już, o co mógłby się obwiniać? — To znaczy, że nagle mi się coś dzieje i potem ze sobą nie rozmawiamy, bo to już się dzieje kolejny raz. Nie chcę, żeby to tak wyglądało.
— To zacznij ze mną rozmawiać — delikatnie mówi Eli, najwyraźniej próbując wysłać mu jak najwięcej znaków mówiących o tym, że wcale nie jest zła ani nic z tych rzeczy. Kal na szczęście tego nie potrzebuje, ale docenia starania. — Ciągle ci mówię, że możesz mi powiedzieć wszystko. Naprawdę jestem niezła w wysłuchiwaniu innych. — Uśmiecha się naturalnie i szczerze, tak jak Kal nigdy nie jest w stanie się uśmiechnąć.
— Właśnie próbuję — mruczy trochę niewyraźnie. — Chciałem ci powiedzieć, że mimo tego, że… jestem, jaki jestem i zachowuję się… jak się zachowuję, to wciąż mi zależy. Na tobie. I w ogóle na wszystkim. Znaczy, na naszej… przyjaźni. Znajomości. Czymkolwiek.
Wyduszenie z siebie tych słów zajęło mu miesiąc, chociaż większość tego czasu spędził na układaniu w głowie scenariuszy dotyczących tego momentu. Absolutnie nie jest z siebie dumny, bo wciąż nie jest w stanie powiedzieć najważniejszego, a zamiast tego krąży dookoła i… boleśnie zdaje sobie sprawę, że niczego nie zmieni, jeśli niczego nie powie.
Albo inaczej: po prostu pokłada bardzo dużo nadziei w tym, że Eli potrafi czytać między wierszami i jest lepsza w relacjach międzyludzkich niż on. 

  Elianne
─── 
 [1172 słowa: Kal otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia

Od Kuźmy CD Quinn — „Terribilis est locus iste"

Poprzednie opowiadanie

Kompletny szok opanowuje Kuźmę, odbierając jej jakąkolwiek zdolność logicznego myślenia. Ba, zdolność jakiegokolwiek myślenia, a w jej głowie, oprócz przerażającej pustki i cykania świerszczy, odbija się echo hiszpańskich przekleństw, które w jej głowie wyglądają dokładnie tak, jak wygląda wiadomość od kota wesoło przechadzającego się po klawiaturze. Przez chwilę naprawdę zastanawia się, czy półboże potrafi mówić po angielsku, bo jakoś tak nie wygląda. Może powinna się odwdzięczyć zarapowaniem czegoś po polsku? Tylko że nagle przypomnienie sobie jakiegokolwiek zdania w ojczystym języku (w jakimkolwiek znanym jej języku) staje się niemożliwe i nawet najprostsze “kurwa” ucieka jej z głowy. Chyba nie zamierza wrócić. Zostawia Kuźmę na lodzie.
Z nerwów jej struny głosowe nie pamiętają, jak drgać, a język na moment zamienia się w gumowy walec, który ciężko leży w jej ustach. Swoją zwykłą dumę i nonszalancję najbardziej emo dziecka w szkole odzyskuje dopiero po kilkunastu ciągnących się jak melasa sekundach, przy czym przypomina to wewnętrzną walkę o utrzymanie się na powierzchni życia (a tego nauczyła się całkiem nieźle podczas roku w in probatio w piątej kohorcie, takie rzeczy hartują człowieka bardziej, niż można się spodziewać). Stoi już pewniej, wręcz pręży się jak struna, desperacko próbując dodać sobie parę centymetrów (a raczej milimetrów) i udowodnić zarówno sobie, jak i Latynosce, że nie wystarczy krzyczeć w obcym języku, żeby można było jej rozkazywać.
— Z zasady nie przepraszam — odpowiada, dumnie unosząc podbródek. Nie dodaje sobie tym ruchem animuszu, wygląda przez to tylko jeszcze bardziej jak dzieciak, który desperacko próbuje udawać dorosłego… czyli w gruncie rzeczy wygląda tak, jak zawsze.
Pluskające tupanie nogą ucicha. Mierzą się ostrymi spojrzeniami, obydwoje tak samo zdeterminowani (a może bardziej uparci?), by nie przegrać tej niemej bitwy i nie odwrócić wzroku. Ich pokerowe twarze nie drgają mimo komiczności sytuacji, w której się znaleźli (i mimo roztaczającego się wokół nich smrodu, który z każdą chwilą zdaje się przybierać na sile).
— ¿Qué? — Blondyn wypluwa to słowo z pogardą, która powoduje nieprzyjemne dreszcze u Kuźmy.
A, to nowość. Zazwyczaj to ona powoduje napady strachu u innych i jeszcze nie znalazła osoby, która by ją w tym pobiła (ciekawa rzecz, mało kto szukałby tutaj możliwości rywalizacji). Oczywiście, zawsze ma przewagę, tak samo, jak dzieciaki urodzone w bogatych rodzinach mają lepszy start w życiu. Bycie dzieckiem boga strachu ma jeden plus — pomimo bycia stereotypowo innym, nikt nie będzie cię dręczył w szkole, bo wszyscy będą się ciebie bać.
Chociaż, w gruncie rzeczy, Kuźma od zawsze traktuje to bardziej jako klątwę, niż korzyść. (Bo przez to nie ma przyjaciół i jest jej smutno).
— Nie będę się powtarzać — odpowiada złośliwie, rozkoszując się możliwością wypowiedzenia najbardziej irytującej kwestii, jaką człowiek może usłyszeć podczas kłótni. Jaką najbardziej lubią posługiwać się rodzice w każdej sytuacji, nawet jeśli ich dziecko najzwyczajniej w świecie nie dosłyszało, co powiedzieli. — Zresztą, coś mi się nie wydaje, że to ja powinnam przepraszać.
Tutaj akurat posługuje się prawdą, bo dla niej właśnie tak wygląda ta sytuacja: nieznajome przyszło, przestraszyło ją i BUM, nagle wszystkie kible postanowiły wybuchnąć. Nie jej wina. I dlatego właśnie nie zamierza zniżać się do poziomu przepraszającego za wszystko parobka.
W tym problem, bo wiadomo przecież, że dzieciaki z niewyparzoną gębą to najgorszy typ dzieciaków, które można spotkać i dodatkowo nikt nie traktuje ich poważnie, bo są takie małe i głupie, i w ogóle nic nie wiedzą o życiu. Niewychowane, wredne i zawsze wpadające na najgłupsze pomysły tylko przeszkadzają poważnym, dorosłym ludziom w ich spokojnym życiu, a potem kończą jako ci najgorsi pracownicy, których nienawidzą wszyscy koledzy i koleżanki z pracy, bez większego powodu, tak dla zasady. Prawdopodobnie nie będzie to zaskoczeniem, jeśli powiem, że Kuźmę nie obchodzi powszechna opinia dotycząca tępienia jej podobnych dzieci, tarmoszenia ich za uszy i krzyczenia, że rodzice powinni lepiej je wychować. Jej jeszcze nikt nigdy nie wytarmosił za uszy.
Pozwala sobie na największą bezczelność, na jaką jest w stanie sobie pozwolić, będąc smutnym dzieciakiem czyszczącym obozowe kible, co jest porównywalne do niewdzięcznej roboty szambonurka. W teorii powinna pytać o pozwolenie na odezwanie się, zwłaszcza od osoby widocznie starszej (właśnie przed nią stoi) i pochodzącej z lepszej kohorty niż jej (nie jest trudnym spełnić to wymaganie i ponownie: właśnie przed nią stoi).
— ¿En serio? — Półboże wygląda na zawiedzione, ale zawiedzione w specyficzny sposób, bo równocześnie wygląda na wkurwione do granic możliwości, ledwo trzymające się pozorów spokoju. Kuźma nie wie, czy oni siłą powstrzymują się od wywrzeszczenia kolejnego jebnięcia głową w klawiaturę, czy może bardzo chce im się srać, a ona stoi na ich drodze do kibla.
— A można, kurwa, po angielsku?
Nie da sobą pomiatać, nie da się zwodzić słowami, których nie rozumie i nie podda się, bo ktoś będzie śmiać się z jej niewiedzy na temat jakiegoś losowego języka. Nawet jeśli wypowiadane słowa są niesamowicie łatwe to pojęcia bez znania choćby podstaw hiszpańskiego. Ale co innego ma niby odpowiedzieć? Nie, żeby chciała to przyznać na głos, ale już dawno skończyły jej się jakiekolwiek argumenty, o ile je wcześniej miała.
Tak, tutaj naprawdę brakuje tylko wściekłego wymachiwania trzymanym w dłoni klapkiem.

Quinn? 
──── 
 [821 słów: Kuźma otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Kala CD Elianne — ,,Cherry flavoured conversation"

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Ludzie zawsze interesują się tym, co odczuwa druga osoba, bo myślą, że widzą tak wiele (praktycznie wszystko) i ich domysły są poprawne, a podkładanie innych osób pod szablony zachowań przypisanych do danej emocji stanowiło normę, a nie coś dziwnego i raczej niespotykanego (albo przypisywanego osobom ze spektrum autyzmu). Kal posługuje się za to kompletnie innym rozumowaniem, diametralnie inaczej podchodząc do tego typu spraw — jak ktoś będzie chciał mu coś powiedzieć, to mu to powie, a on nie będzie się komuś wpychać w prywatę.
Mimo tego nie jest w stanie winić Elianne za zadawanie pytań (nie wini, ale wciąż odczuwa pewien dyskomfort związany z byciem postawionym w nieszczególnie miłej sytuacji przyciśnięcia go do muru i zmuszenia do odpowiedzenia na pytanie zadane wprost). Koniec końców zniszczył jej ten dzień, a razem z tym pewnie długo planowane wyjście na miasto (czy to można uznać za randkę? Nie, żeby zaczynał popadać w jakąś paranoję, ale tak czysto teoretycznie, ale jak inaczej to nazwać?), nawet jeśli to jego urodziny i to on miał się z nich cieszyć. Spędzić je tak, jak chciał, bawiąc się wręcz przefantastycznie. Przynajmniej spodziewa się, że tego właśnie od niego oczekiwano, a on (jak zwykle zresztą) trochę zawalił, trochę popsuł i… pierwszy raz od dawna zabrakło mu języka w ustach. W sensie dosłownym. Nie wie, co powiedzieć, jak może delikatnie owinąć w jakiś ładny papierek słowa, których nie da się dobrze przedstawić i nieważne, jak on to zrobi, to i tak zostaną źle zrozumiane. O ile nie doda do nich czegoś, czego nie chce dodawać, bo wtedy to dla niego będzie za dużo do zniesienia. Na ten moment.
Najlepiej więc byłoby się nie odzywać (Elianne na pewno z ogromną ekscytacją powitałaby kolejny raz, gdy Kal wybiera ghosting zamiast normalnej rozmowy) i z największą chęcią to właśnie by zrobił — pokręciłby głową, ominął ją i zajął się swoimi sprawami, ale problem w tym, że tak właściwie nie ma zbyt wielu ,,swoich spraw” i zajęcie się nimi byłoby najzwyczajniej w świecie pretekstem do ponurych rozmyślań o swojej sytuacji. Oraz o tym, że Elianne pewnie go nienawidzi, przy okazji dopowie sobie kilka rzeczy, doda wszystkiemu dramaturgii i w ten sposób już nigdy się do nikogo nie odezwie, bo lepiej jest żyć bez ludzi, niż męczyć się z nimi i z ich niezrozumiałymi dla niego motywami.
Albo po prostu powinien przestać udawać przed sobą, że niczego nie rozumie.
Doskonale wie, co się dzieje. I nie podoba mu się to.
— To nie twoja wina — wypowiada proste słowa, które nie dają pożądanego efektu. Wypowiedziane bezbarwnym, znudzonym tonem przybierają inne znaczenie, znaczenie uwagi rzuconej wraz z akompaniamentem machnięcia ręką, niczego ważnego, powiedzianego tylko po to, żeby zostało powiedziane. Widzi to na twarzy Elianne, czuje jej zwątpienie, niepewność, zmartwienie i śladowe ilości irytacji. Obcowanie z taką mieszanką emocji jest dla niego pracą nad maleńkimi płytkami elektrycznymi, gdzie jedno bardziej odczuwalne drgnięcie ręki może sprawić, że przypadkowo przylutuje się niekompatybilne ze sobą elementy. — Serio. To tylko takie moje… taka moja rzecz. Złapałem doła. Miałem zjazd. Nie łączy się to z tobą w żadnym stopniu.
Ona wie, że on kłamie.
On też to bardzo dobrze wie.
— Wiesz, że zawsze możesz mi o wszystkim powiedzieć?
— Wiem.
— I wiesz, że się nie obrażę?
— Wiem.
,,To dlaczego mi tego nie mówisz?”
Cisza zalega pomiędzy nimi, ciężko osiada na ich ramionach i barki Kala mimowolnie trochę uginają się pod jej ciężarem. Rozmowy ewidentnie mu nie wychodzą, nawet te, które miały być miłe, różowe i słodkie. Obcowanie z ludźmi mu nie wychodzi. Nie panuje nad tym, wszystko wymyka mu się z rąk i rozsypuje u stóp, a on nie wie, co robi źle. Może po prostu do siebie nie pasują? Może nie powinien wchodzić w przyjaźń, której nie potrafi utrzymać?
Tylko ile już było przyjaźni, których nie utrzymał?
— To… cześć — żegna się niezręcznie, z rękoma wbitymi w kieszenie płaszcza. Wymuszony uśmiech kontrastuje ze smutnymi oczami. Kal spycha wszystkie odczuwalne bodźce w tył, na boki, żeby zostawić sobie przestrzeń na własne myśli, a nie na bombardujące go emocje, sygnały, żeby się zatrzymał, żeby wszystko na spokojnie wytłumaczył, pogodził się sam ze sobą i nikogo więcej nie martwił. Nie robi tego, oczywiście, że nie robi.
Nagle jedynym, co powstrzymuje go od wrzeszczenia w przestrzeń, staje się ból, który sam sobie sprawia.
Może jednak wrzask nikomu by nie zaszkodził. 

 *

 
— I zamierzasz jej tak unikać? — Tym pytaniem Mischa wyraża szczyt swojego jakiegokolwiek zainteresowania historią Kala (całkowicie zignorowała istotę problemu). — Znowu?
— Znaczy, chodzi o to, że… — Nie dane jest mu dokończyć, bo najwyraźniej Mischa nie chce go nawet słuchać. Nie chce go dłużej słuchać.
— Że odsuwasz od siebie wszystkie osoby, z którymi zaczynasz nawiązywać głębszą relację, chyba że one się do ciebie przykleją i postanowią się nigdy nie odklejać? — Obydwoje wiedzą, że mówi o sobie i z jakiegoś powodu sprawia to, że Kal zaczyna odczuwać wyrzuty sumienia. Gdyby tylko on był winny temu, że najwyraźniej jest aspołecznym wyrzutkiem, który nie potrafi się socjalizować! Zerka na Mischą kątem oka: jeśli jej blade oczy mogłyby wyrażać bezgraniczną złość, to właśnie by to robiły. Pomijając to, że Kal wcale nie potrzebuje oczu, żeby wiedzieć, co czuje Mischa. I że go ocenia, a ta ocena nie wypada dobrze.
— Okej, wiem, wszystko robię źle…
— Bo co, bo boisz się, że jak ktoś cię zobaczy bez makijażu, to nagle cię znienawidzi?
— Jeżeli to miało mnie zaboleć, to muszę cię rozczarować — prycha Kal, lekko podnosząc głos. — Nie rozumiesz, że zanim ludzie dostrzegą we mnie człowieka, to widzą tylko postać wyjętą z magazynu o modzie i mają dokładnie takie same oczekiwania wobec mnie, jak wobec lalki Barbie.
— To ty sobie takie myślenie wbiłeś do głowy, bo nikt normalny nie patrzy na drugiego człowieka w taki sposób. Jesteś jak te wszystkie konie z klapkami na oczach, które patrzą tylko przed siebie i nie widzą żadnej innej drogi — rzuca oskarżycielsko. — Przestań w końcu zgrywać niedostępnego, bo wszystkim się to prędzej czy później znudzi.
— Nie zgrywam niedostępnego.
— To przestań sam kreować się na lalkę i zacznij być człowiekiem.
— Nie pomagasz.
Mischa wzrusza ramionami, zsuwa się na ziemię i ustawia pionki w wyjściowej pozycji na dawno porzuconej planszy.
— Pomogę ci naprawdę, jeśli dasz mi wygrać.
— Nigdy nie zaakceptujesz tego, że po prostu nie potrafisz grać w warcaby. 

  Koniec wątku Kala i Elianne 
───
 [1025 słów: Kal otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia

Od Oriany do Sylvie — ,,Guilty pleasure"

Oriana z jakiegoś powodu nie lubiła wiosny.
Gdyby przyjrzeć się bardziej tej kwestii, to nie sądziła, żeby lubiła jakąkolwiek porę roku. To za zimno, to za ciepło, to za bardzo tak, to za mało tak — nie widziała nigdy żadnego balansu nawet w czymś takim, jak astrologiczne sezony, wybijające z rytmu życie każdego człowieka, którzy przywiązują symboliczne uwagi nawet do tego, czy przez dane trzy miesiące pada (raz na jakiś czas) śnieg, czy jednak (prawie) cały czas świeci słońce.
Jest to też taka pora, gdy jedni ubierają się w płaszcze i szaliki, a drudzy na krótki rękaw, przez co nigdy sama nie wiedziała, co na siebie założyć. Nie miała prawie żadnych ubrań nadających się na ciepłą pogodę, przez co, jak również tym razem, często kończyło się na tym, że czuła się mało komfortowo we własnej skórze.
Chcąc schronić się przed nieśmiałymi jeszcze promieniami słońca, zajęła miejsce w cieniu, na zewnątrz baru — w nocy to miejsce było niczym burzowe serce Nowego Jorku, dając upust młodym osobom, które chciały się trochę zabawić i przestać przejmować na moment światem, ale za dnia samotne siedzenie przy stolikach na dworze jeszcze mogło znaleźć jakieś uzasadnienie. I przede wszystkim, nie należała do grupy osób, które by tu przychodziły nocą.
Zależy oczywiście, którą godzinę jeszcze zaliczamy pod kategorię czasu dziennego, bo bary zazwyczaj otwierały się najwcześniej o piętnastej, a niekiedy nawet osiemnastej. Udało jej się jednak trafić na taki, który dał jej możliwość przesiadywania na tarasie (który i tak był raczej niewielki), gdy było jeszcze jasno, a skusiła ją głównie dość cicha okolica z otwartym widokiem na ludzi. A tak poza tym, miała przerwę między jedną pracą a drugą, gdyż szefostwo postanowiło ustalić jej wyjątkowo niekorzystny grafik, a ta lokalizacja była idealna, aby się po pierwsze, nie spóźnić i szybko trafić do drugiej lokacji, a po drugie, nie tracić wolnego czasu. A nie lubiła, gdy cenny czas uciekał jej z życia na nic nierobieniu.
Kelnerka przyniosła jej ananasowo-pomarańczowy koktajl z kostkami lodu, uśmiechając się promiennie. Oriana podziękowała niezbyt głośno, tylko na sekundę podnosząc wzrok znad kartki. Bezzwłocznie wróciła do kreślenia po zeszycie za pomocą ołówka, podkreślając akurat delikatne, smukłe rysy twarzy. Rysowanie tradycyjnie, na papierze, pozwalało jej trochę bardziej się wczuć — silniej czuła nacisk ołówka między palcami, nawet jeśli grafit zostawiał jej czarne ślady na skórze, a na knykciach robiły się odciski, bo przyciskała go aż zbyt mocno. Na dodatek lubiła, gdy mogła wyraźnie zobaczyć każdy swój poprzedni błąd, gdy poprzednie szkice nie chciały domazać się do końca, tworząc niechlujny, zawiły chaos.
Sposób, w jaki narysowała włosy, nagle wydawał się odbiegać od rzeczywistości. Nie miała żadnego koloru, co prawda, aby odzwierciedlić je dokładnie na papierze, ale dokonała paru poprawek, by były gęstsze i trochę bardziej puszyste. Mogła powiedzieć przynajmniej, że ich kształt, struktura i długość są odwzorowane.
Nienawidziła rysować oczu. Czuła, że nigdy nie oddaje do końca ich głębi i podobnie było w tym przypadku, a nawet nie podobnie, a szczególnie, bo prawdopodobnie nigdy nie mogłaby przenieść na kartkę tego żywego, a jednocześnie kojącego wyrazu niebieskich tęczówek, z których (nawet z bardzo daleka) wylewała się tajemnicza, troskliwa poświata. Pocieniowała górną i dolną wargę w ich pełnej obręczy, stawiając niżej kropkę jako wyraz pieprzyka. Na oślep wzięła do ręki szklankę i wsadziła słomkę do ust, przekrzywiając delikatnie głowę. Może i była do siebie krytyczna, ale potrafiła spojrzeć obiektywnym okiem (jeśli rzeczywiście się da tak zrobić względem własnych tworów) na to, co wychodziło spod jej rąk. Potrafiła zauważyć postęp i nie karała siebie za porażki. Ale gdy tym razem skupiła się na rysunku, dostrzegła coś, do czego wcześniej nie przykładała uwagi.
Z jakiegoś powodu kompletnie nie potrafiła odwzorować jej uśmiechu i to dopiero było czymś, przez co poczuła się zniechęcona. Westchnęła, odkładając szkicownik z otwartymi stronami na stolik, zauważając, jak coraz więcej osób zbiera się w barze. Zawsze przychodzili dwójkami albo grupami. Uderzyło ją znowu niewyjaśnione poczucie odosobnienia — pomimo że doskonale zdawała sobie sprawę, iż nikt nie zwracał na nią uwagi i każdemu latało obok nosa, czy ktoś przychodzi do takiego miejsca z kimś, czy sam. Posiadała tak wysoki poziom samoświadomości społecznej, swojego położenia między ludźmi, że wmawiała sobie nieraz, iż ktoś może się przejmować jej obecnością.
Wypiła napój tak szybko, że zimno przeszło przez jej kręgosłup. Na tyle przesadzona słodycz rozniosła się w tym samym czasie po jej języku, że aż zaczęła się zastanawiać, ile cukru w siebie w tamtej chwili włożyła, a niezbyt się przecież przejmowała takimi rzeczami.
Zostało jej jeszcze trochę czasu, ale zaczęła się już zbierać. Zostawiła napiwek (sama pracowała w tej samej branży, doskonale wiedziała, jak okropna jest to praca i jak dużo daje tak mały gest), zabrała torbę i zarzuciła na ramię kurtkę, którą jeszcze na sobie miała z rana. Przełączyła niechcianą piosenkę, która zaczęła jej grać w słuchawkach.
Dopiero na zakręcie, dwie ulice dalej, zorientowała się, że czegoś jej brakuje. Szukając w głowie zaginionego komponentu, stanęła sparaliżowana, aż nie doszło do niej, że zostawiła jakimś cudem szkicownik — ten sam, durny szkicownik, którego nie spuszczała z oka, jakby było to małe dziecko — na barowym stoliku, który prawdopodobnie już został przez kogoś zajęty.
— No kurwa — wymamrotała do siebie.
Westchnęła przez myśl o potrzebie cofnięcia się, pomimo że było to tak naprawdę kilkadziesiąt metrów i powrót zajmie jej kilka minut, a zostało dużo czasu. Z towarzyszącym jej, palącym w ramiona słońce odwróciła się na pięcie, ale gdy dotarła do stolika, stało się to, czego każdy mógł się spodziewać od samego początku — obiekt jej wcześniejszego dzieła właśnie sprzątał jej stolik i odkrył, że jego, a raczej jej podobizna, magicznie objawiła się jako rysunek zupełnie obcej osoby.
— E, przepraszam — Oriana uśmiechnęła się grzecznie, zwracając na siebie uwagę różowowłosej. — Tak się składa… że to zostawiłam. Już to zabieram, wybacz.
Nie czuła wstydu.
Czuła za to zażenowanie sięgające zenitu i jeszcze dalej.
Często rysowała osoby, które widziała i uznawała za warte uwagi pod względem ich wyglądu. Wprost mówiąc, rysowała tych, którzy w jej oczach byli przyciągający i atrakcyjni bądź posiadali w sobie coś szczególnego. Nie uważała tego za nic złego, ale to był drugi raz, gdy zdarzyło się, że ktoś ją na tym przyłapał — i tym razem był to ktoś zupełnie obcy.
Dopiero gdy druga kobieta po raz pierwszy tego dnia spojrzała swoimi oczami w kolorze chłodnego morza prosto w jej własne, ugryzła się odruchowo w wargę, nie mając pojęcia, co ma zrobić w tej sytuacji. Może jednak była w tym wszystkim odrobina wstydu, lecz czuła wewnętrznie, że jest bardziej onieśmielona.
— To naprawdę hojny napiwek — odparła ze śmiechem kelnerka.
Długie, gęste włosy wpadły na jej twarz, gdy zerwał się mocniej wiosenny wiatr. Odgarnęła je niespiesznym ruchem, zupełnie, jakby wcale nie miała na głowie prawdopodobnie dziesiątek klientów, a jednak z jakiegoś powodu nie wyglądało na to, żeby śpieszyło jej się ze sprzątaniem stolika po samotnym, ananasowym koktajlu.
Orianie zajęło chwilę zrozumienie, że wcale nie chodziło jej o parę dolarów, które zostawiła na stoliku. Chcąc uniknąć zbytnio długiej niezręczności, zamknęła szkicownik i włożyła go do torby (oraz aby pudrowowłosa się tak długo nie wpatrywała w tę jedną stronę).
— Cóż… tak. Dzięki — odparła.
Czy to był w ogóle komplement, czy sobie to wymyśliła? 

Sylvie? 
──── 
 [1169 słów: Oriana otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia i zostaje wskrzeszona ze zmarłych zaraz po rzepakowej yipee!!]

Oriana Ethelred

WHO CARES ABOUT THE CROWDED, BROAD ROAD? I’LL WALK THE SINGLE-PLANK BRIDGE INTO THE NIGHT.

zdjecieOriana EthelredONA/JEJ — 23 LATA — PÓŁBOGINI — AMERYKANKA/WŁOSZKA — 0 PD — 1 PU — 100 PZjuljusz

CÓRKA ATENY

Od Dantego do Ishy — „The less I know the better"

Potrzebowałem prezentu. Na już. Na teraz. Przypomniałem sobie o urodzinach przyjaciółki zdecydowanie za późno i teraz stałem w długiej kolejce w sklepie z pluszowymi misiami. W ręce trzymałem jednego z nich, jego delikatne futerko przyjemnie głaskało mnie po dłoniach, a wesołe oczy patrzyły tak, jakbym właśnie uratował porzuconego kotka ze schroniska.
Niecierpliwie wyglądałem zza pleców ludzi, patrząc, czy kolejka się przesuwa do przodu i kiedy orientowałem się, że jeszcze długo tutaj postoje, to wzdychałem zrezygnowany. Może nie miałem tyle cierpliwości. Może też byłem głupi, bo jak wspomniałem, zapomniałem o urodzinach przyjaciółki. Gdyby nie to, że sobie zapisałem w kalendarzu ściennym drukowanymi literami: OLIVIA, zapewne siedziałbym teraz zadowolony w domu.
Poprawiłem uciskający kołnierz koszuli i ścisnąłem pluszową zabawkę w dłoni. Nie wiem nawet, dlaczego wybrałem akurat ten sklep. Przechodziłem obok wielokrotnie i ani razu nie pomyślałem, że mógłbym znaleźć tutaj coś ciekawego. Zazwyczaj zaglądałem do innych miejsc, gdzieś, gdzie mogłem kupić personalizowane rzeczy, bo uwielbiałem sprawiać ludziom prezenty, które idealnie odwzorowywały ich zainteresowania. Olivia była osobą, którą znałem od dwóch miesięcy i nie byłem całkowicie pewien, czy wiem, co mogłoby się jej spodobać. Dlatego wybrałem te misie. Te głupie, uroczo wyglądające pluszaki. Normalnie bym raczej tutaj nawet nie wszedł na pięć minut, bo rozwrzeszczane dzieci, biegające między alejkami, przyprawiały mnie o ból głowy.
— Zapakować? — zapytała sprzedawczyni, kiedy podałem jej pluszaka.
Obejrzała go z każdej strony, jakby chciała sprawdzić, czy miś nie kryje w sobie ukrytych wad i uśmiechnęła się promiennie, tak, by wyglądać na profesjonalistę. Nie rozumiałem, dlaczego to robią, ale odwzajemniłem uśmiech, poprawiwszy przy tym rozczochrane włosy.
— Nie, dziękuję. — Spojrzałem na imienną plakietkę, którą miała dumnie przyczepioną do koszulki.
Hej, jestem Isha. W czym mogę pomóc?
— To będzie…
— Długo tutaj pracujesz? — spytałem zupełnie bez powodu. Może zainteresowało mnie z jaką dbałością obchodzi się z tymi pluszakami, jakby były one dla niej żywymi istotami.
Sprzedawczyni uniosła na mnie wzrok, zamrugała wyraźnie zdezorientowana i przez chwilę nic nie powiedziała, wpisując do terminala odpowiednią kwotę. Nawet nie powiedziałem, czym zapłacę, ale najwidoczniej za bardzo rozproszyłem ją swoim niecodziennym (niecodziennym?) pytaniem.
— Trochę — odpowiedziała, mrucząc coś do siebie pod nosem, abym przypadkiem nie usłyszał ani słowa więcej. — Właściwie to jestem zastępcą kierownika, więc…
— A, czyli to jakaś ważna funkcja, nie?
— No, jak masz kierownika i…
— Tak, wiem, żartuję sobie.
Spojrzała na mnie wymownie, jakby niemo pytała „to miał być żart?”.
— W każdym razie, to będzie 20 dolarów.
Uśmiechnęła się do mnie i przystawiła gotowy terminal z nabitą kwotą. Odwzajemniłem uśmiech, chociaż nie miałem zamiaru tego robić i zapłaciłem, bo za długo zgadywałem sprzedawczynię, blokując innych ludzi, stojących za mną. Mógłbym przysiąc, że usłyszałem, jak ktoś mnie wyzywa i wyklina.
— Dzięki. — Zabrałem misia i zniknąłem, zostawiając sprzedawczynię o imieniu Isha w tyle, tak samo, jak cały sklep.
 
Często mam wrażenie, że inni ludzie mnie prześladują; że wiedzą, gdzie mieszkam, gdzie zazwyczaj chodzę. Że wiedzą, jakie miejsca są moimi ulubionymi. Tym razem nie spodziewałem się… tego. W jednym z ulubionych barów spotkałem akurat ją.
Z początku wydawało mi się, że znowu mózg płata mi figle i tak naprawdę patrzę na kompletnie inną osobę. Wszystko się jednak zmieniło w momencie, kiedy kobieta odwróciła się do barmana, by zamówić inny napój, a ja mogłem lepiej przyjrzeć się jej twarzy. Wyglądała identycznie.
Znów widziałem tę śmieszną plakietkę, przyczepioną do koszulki pracowniczej: hej, jestem Isha. W czym mogę pomóc?
Zerknąłem na mężczyznę, z którym siedziałem przy jednym stoliku.
— Pójdę do toalety, okej? — Dotknąłem jego dłoni i uśmiechnąłem się niewinnie, jak to miałem w zwyczaju.
Oczarowany, może trochę onieśmielony, brunet pokiwał głową i upił łyk swojego napoju. Przez cały nasz pobyt w barze wypił tylko jednego drinka, a drugiego męczył od godziny.
Odsunąłem się na krześle i odszedłem w stronę przeciwną, niż znajdowały się toalety. Całe szczęście facet, z którym wyszedłem nie należał do tych szczególnie spostrzegawczych i nawet nie patrzył na mnie, gdy zniknąłem mu z pola widzenia.
— Hej — przywitałem się, siadając na wolnym miejscu. — Znudziła ci się praca?
Zarzuciłem nogę na nogę, stukając przy tym obcasem o szczebelki stołka.
— My się znamy? — spytała, wyraźnie zdezorientowana. Nie rozpoznała mnie, chociaż mi jakimś cudem utknęło w pamięci nasze spotkanie w sklepie z wypchanymi zabawkami.
— Byłem w twoim sklepie. Kupowałem misia.
— Stary, wiesz ile tych pluszaków dziennie nam schodzi? — prychnęła śmiechem. — Nie pamiętam cię.
— O, widzisz, a ja pamiętam. Nazywasz się, hm… — zawiesiłem się, bo na śmierć zapomniałem, jakie imię widziałem na plakietce. A jeszcze chwilę temu mogłem sobie wszystko przypomnieć! Niewiarygodne. — Ines?
— Isha — poprawiła mnie. — Jestem Isha.
— A, tak, racja. Miałem to na końcu języka — skłamałem, śmiejąc się cicho. — Co tutaj robisz?
— Hej, przedstawiłbyś się może, co? — Odsunęła pustą szklankę i gestem poprosiła barmana, by zrobił jej to samo. — Moje imię znasz, a ja twojego dalej nie.
— Dante. — Wyciągnąłem dłoń ku niej, by w dobrym geście uścisnąć sobie ręce i z uśmiechem uznać, że się sobie przedstawiliśmy. Miała bardzo ciepłe palce.
Kobieta upiła łyk swojego napoju i poczekała, aż sam sobie coś zamówię, bo najwidoczniej uznała, że nie będziemy rozmawiać o suchych pyskach.
— Kupowałeś coś dla siebie?
— Nie, dla przyjaciółki. — Odgarnąłem włosy z czoła. Zawsze zasłaniały mi widok w momencie, kiedy chciałem ładnie wyglądać. Nie współpracowały, bo najwidoczniej nienawidziły mnie, jak wszystko inne. — Na urodziny.
Pokiwała głową. Z jakiegoś powodu dalej tutaj siedziała i nie pomyślała, że najlepiej byłoby się ulotnić.
— Spodobał się?
— To był chyba najlepszy prezent, jaki komukolwiek dałem.
Przejechałem palcem po chłodnej ściance szklanki i uśmiechnąłem się do siebie bez żadnego powodu.
— Chciałabyś może, nie wiem, wyjść gdzieś? — Patrzyłem teraz na jakiś punkt przed sobą, udając, że nie jestem zainteresowany wyjściem i nie przejąłbym się, gdyby mi odmówiła; a prawda była taka, że chyba bym umarł, jakbym znowu został odrzucony, bo z jakiegoś powodu czułem się przy niej bezpiecznie (albo sobie tak wmawiałem, jak to miałem w zwyczaju). W każdym razie jeszcze ani razu podczas tej rozmowy nie czułem się obserwowany przez dziwne, mitologiczne stwory.
— Chyba nie mam czasu — odpowiedziała.
Mogłem się spodziewać takiej odpowiedzi. Nie znała mnie. Byłem dla niej obcym typem, jeszcze zagadywałem ją w barze, gdzie kobiety zazwyczaj stają się przesadnie ostrożne.
— Nie chcesz odpocząć od pracy? — Kiedy o to zapytałem, Isha zaczęła zbierać sobie rzeczy i wstała. Obejrzała się, czy wszystko zabrała i zaczęła kierować się w stronę wyjścia, uśmiechając się delikatnie, przyjaźnie, bym przypadkiem nie poczuł się urażony (i tak się już czułem odrzucony).
— Wybacz, może innym razem.
I to było ostatnie, co od niej usłyszałem, bo kobieta zaraz szybkim krokiem skierowała się w stronę drzwi wyjściowych, znikając mi z pola widzenia. Barman tylko patrzył na mnie ze współczuciem, bo najwyraźniej pomyślał, że próbowałem ją wyrwać; a ja chciałem tylko znaleźć sobie przyjaciela, z którym mógłbym wyjść i nie siedzieć sam, bo naprawdę bardzo, ale to bardzo, nie lubiłem samotności. Otoczony pustką czułem się tylko obserwowany przez coś i przez kogoś. Byłem wtedy jak zwierzę zamknięte w klatce.
 
Nie wiem, dlaczego pomyślałem, że pójście raz jeszcze do tego śmiesznego sklepu z pluszakami, to dobry pomysł, ale właśnie teraz stałem pomiędzy alejkami z różnorodnymi wypchanymi zwierzętami. Im dłużej im się przyglądałem, tym ładniejsze się dla mnie stawały; te wesołe oczy, kolorowe ubranka albo miękkie futerko sprawiało, że chciałem wykupić wszystko, co mieli na stanie.
— Przepraszam! — Odwróciłem się gwałtownie, kiedy spostrzegłem rozkładającą towar dziewczynę. Minęło trochę czasu od naszego ostatniego spotkania w barze. — Cześć, Isley.
Odłożyła ze spokojem pudło na ziemię i spojrzała na mnie z krzywym uśmiechem.
— Isha.
— A, tak, racja. — Rozglądnąłem się, sprawdzając, czy nikt nas nie podsłuchuje. — To może teraz dasz się namówić na wyjście?

  Isha? 
──── 
 [1232 słowa: Dante otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]