poniedziałek, 15 czerwca 2026

Od Kaliny do Isobel — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

'Co myślisz?'
'Pojebało cię?'
Z westchnięciem odłożyła telefon do kieszeni i wróciła do spaceru między regałami. Była na misji. To znaczy, sama nazwała to zadanie misją - tak było ciekawiej. Poprzedniego wieczoru zepsuła lampkę w mieszkaniu i obiecała Amandzie, że ją odkupi. Z pozoru prosta sprawa, ale byłaby jeszcze prostsza, gdyby jej współlokatorka nie krytykowała każdej znalezionej przez nią opcji. Przed chwilą zanegowała świecącego tyranozaura, wyskakującego z jaja, a gdy Kalina wysłała jej psa, który ma na głowie żyrandol (a przy okazji robi kupę), kazała jej znaleźć normalny sklep.
Problem tkwił w tym, że Kalina już była w „normalnym sklepie” i patrzyła na „normalne” lampy. Ich pierwszym problemem był fakt, że są nudne jak flaki z olejem. No bo kto chciałby mieć na biurku zwyczajną, szarą czy niebieską lampę, kiedy może mieć kurę znoszącą świecące jajo? Na właśnie taką kurę teraz patrzyła i widziała jej same zalety. Była jasna, oryginalna, a przede wszystkim tania. Dużo tańsza niż nowe, szare abażury. Może była delikatnie uszczerbiona, ale to nie ujmowało jej urokowi. Wysłała zdjęcie Amandzie, a odpowiedź dostała niemal od razu.
'Japierdole.'
'Wiesz co?'
'Obojetne mi to juz, nie mam czasu'
'Sama cos wybierz, przezyje jakos'
'BYLE NIE TO'
Szybko odpisała jakieś „oki <333" i zadowolona wróciła na początek działu z lampami. Postanowiła przejrzeć wszystkie opcje jeszcze raz, bez stresu o aprobatę współlokatorki. Ponownie przyjrzała się wiszącej małpie, trzymającej żarówkę, kotu o świecących oczach, krasnalowi ogrodowemu oraz kilku dinozaurom. W końcu jej uwagę przykuła doniczka w kształcie głowy ze stopami i tym sposobem trafiła na dział ogrodniczy. Donice okazały się być jeszcze ciekawsze niż lampki. Jedne były w kształcie butów, drugie ludzików i gnomów, a trzecie zwierząt. To właśnie przy tych ostatnich kucała rudowłosa dziewczyna, przyglądająca się właśnie doniczce w kształcie słonia.
— O matko, jaka fajna! — odezwała się Kalina, podchodząc do nieznajomej.
— Prawda??? — uśmiechnęła się tamta w odpowiedzi. — Szkoda, że taka droga.
— Ew — Kalina spojrzała na wskazywaną przez nią cenę. — Za wielka, żeby wynieść oknem — zaśmiała się.
Doniczka rzeczywiście była wielka. Tak właściwie, była to raczej donica. Stojący na płytkach słoń sięgał dziewczynie do kolan i wyglądał, jakby był odlany z betonu.
— A wiesz jaka ciężka? — spytała w odpowiedzi. — Jak słoń.
Słowa Isobel rozśmieszyły Kalinę bardziej niż powinny, na co tamta również zareagowała śmiechem. Już miała się pożegnać i odejść, ale wpadł jej do głowy pewien pomysł.
— Wyglądasz na kogoś, kto ma dobry gust — stwierdziła i nie czekając na reakcję dziewczyny bardziej stwierdziła, niż spytała: — pomożesz mi.
— Okej — Isobel wyglądała na zaskoczoną, ale bez wahania się zgodziła. — W czym?
— W wyborze lampy — odparła i zaczęła iść w stronę działu z lampami. Po drodze postanowiła zapobiec niezręcznej ciszy i opowiedzieć historię starej lampy. — No bo, muszę kupić nową lampkę, bo poprzednia się zepsuła. Znaczy, teoretycznie to ja ją zepsułam, ale to przecież nie moja wina, że Amanda, w sensie moja współlokatorka, postawiła ją na stole w kuchni. Puzzli sie jej zachciało. Od miesiąca blokuje stół. No i przeciągnęła kabel przez całą kuchnie, ktoś musiał w końcu się na tym wywrócić, nie? Więc fajnie by było jakby ta była na baterie. No i muszę kupić nową. I teoretycznie powinnam kupić taką samą… ale ona była brzydka. Nie szkoda mi jej. Poza tym, takie były tylko w sklepach meblowych a tam jest za drogo. Gorzej niż ten słoń. Tu jest taniej. No i pokazywałam Amandzie różne opcje, ale nic jej się nie podobało no i w końcu stwierdziła że ma to w dupie i kazała mi wybrać samej. A ja nie wiem która jest najfajniejsza… — opowiadała w tempie dorównującym katarynce. Isobel nawet nie próbowała jej przerywać. W końcu wskazała palcem na kilka opcji. — Myślałam o tej, tej, tej… i może o tej. O i ta jest fajna. Tamte też mają potencjał, ale na nie nie patrz bo są za drogie — wskazała na najwyższą półkę.
— Ale ktoś musiał mieć kolekcję — zaśmiała się Isobel przypominając sobie, że są w sklepie z używanymi rzeczami.
— Więc… którą byś wzięła?


Isobel?
────
[649 słów: Kalina otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja do Weroniki — „Ach te klasyki”

Spacerował po obozie, przeklinając jesienną pogodę i rozglądając się w poszukiwaniu jakiejś żywej duszy. „Musicie nauczyć się doceniać słońce” — powiedział pewnego dnia Chejron i sprawił, że dziewięćdziesiąt procent obozowiczów zamknęło się w domkach i opuszczało je jedynie na posiłki i, opcjonalnie, obowiązki. Chłopak dziwił się, że nikt nie korzysta z pięknego (i zapewne krótkiego) okienka pogodowego — ciepłego słoneczka, delikatnego wiatru i udawania, że czarna chmura deszczowa w oddali nie istnieje.
Podszedł do jeziora, aby opłukać długopis, który ucierpiał na skutek spotkania z błotem. Biedna, żółta kaczka na sprężynce zmieniła kolor na brązowy tak samo, jak niegdyś czerwone trampki i dół jego nogawek. Zachciało mu się przeskakiwać przez kałuże. Przynajmniej jego rozpadający się notes nie ucierpiał, jego nie mógłby po prostu wypłukać. A co gorsza, musiałby od nowa szukać ludzi i pytać ich o to samo.
Rozejrzał się dookoła i pod jedną ze ścian dostrzegł fioletowowłosą dziewczynę. Siedziała na ławce i czytała książkę. Rzucił okiem na krzywą tabelkę w notesie i wytarł długopis o koszulkę. Zawahał się na moment zastanawiając się, czy na pewno chce jej przeszkadzać. Ale tylko na moment. Z głupim uśmiechem usiadł obok córki Ateny.
— Hejjj Rrrronika! — przywitał się, w myślach skacząc z radości i powtarzając „zawsze chciałem to zrobić!”. Imię dziewczyny zapamiętał bez większych problemów (co w jego przypadku było dość rzadkie) głównie dzięki skojarzeniu z „Heathers” i odkąd tylko je poznał czekał na taką okazję. — Sonda uliczna!
Weronika niechętnie podniosła wzrok znad książki i obdarzyła Mikołaja zażenowanym spojrzeniem. Chłopak na wszelki wypadek cofnął się na koniec ławki, cały czas próbując zachować ten sam, niezbyt przekonujący wyraz twarzy.
— Co? — odezwała się w końcu po chwili ciszy. Przymknęła książkę, zaznaczając stronę palcem i zaczęła przyglądać się trzymanym przez chłopaka przedmiotom. Po jej ironicznym uśmieszku widać było, w którym momencie zauważyła kaczy długopis. Więcej uwagi dziewczyny zabrała jednak krzywa tabelka. — Co to jest?
Mikołaj jednak już jej nie słuchał. Skupił się na okładce trzymanej przez Weronikę książki, a raczej na znajdujących się na niej informacjach, zapisanych cyrylicą. Próbował przypomnieć sobie alfabet, wyuczony przez niego na początku liceum podczas fazy, która brzmiała mniej więcej „jestem taki inny, czytam klasyki!”. Trwała ona może kilka miesięcy, a rozpoczęła się przez wyuczenie na pamięć monologu z „Kordiana” na potrzeby teatralne. Następnym etapem był dość performatywny zachwyt nad „Lalką”, a potem przeżycie „Szewców”. W ich wyniku chłopak poczuł, że nie tylko stracił iq, ale też szacunek nowej klasy, gdy przez cały wrzesień nazywał ludzi sflądrysynami i trylobitami sylurskimi. Ale przynajmniej zdobył punkt więcej na sprawdzianie z geologii i dowiedział się, że flądra nie jest gatunkiem foki.
Gdy po przebrnięciu z trudem przez „Sklepy Cynamonowe” sięgnął po „Mistrza i Małgorzatę”, postanowił przerzucić się na wschodnią literaturę, licząc na więcej odciętych głów i gadających kotów. Na ziemię ściągnął go, nomen omen, „Idiota”, którego przeczytał równe pięćdziesiąt dwie strony, odłożył na półkę i włączył AO3. Już nigdy więcej go nie otworzył. Tak samo jak kupionych w tym czasie sześciu innych książek. Jeśli dobrze rozszyfrował cyrylicę, książka Weroniki była napisana właśnie przez Dostojewskiego. Tytułu jednak już się nie podjął.
— Jak widać, nie każdy z tego wyrasta… — skomentował pod nosem i dopiero słysząc własne słowa zorientował się, że powiedział to na głos. Przełknął nerwowo ślinę i szybko rozważył plusy i minusy tłumaczenia się. Postanowił liczyć na to, że dziewczyna nagle ogłuchła.
— Z czego? — spytała niechętnie, podnosząc wzrok znad notesu.
Uśmiech zniknął z twarzy przerażonego Mikołaja, który szukając inspiracji do sensownej odpowiedzi, zaczął rozglądać się dookoła w panice. W końcu z powrotem spojrzał na narysowaną przez siebie tabelkę, a dokładniej małą żabkę przy jednej z dwóch kresek pod „tak”. Pod „nie”, z mojego kronikarskiego obowiązku, było ich aż siedem.
— To znaczy… z nieumiejętności pływania! — próbował wybrnąć. — Boooo… to jest bardzo ważne! Co jak nas zaleje? Umiesz pływać? — spytał, w końcu przypominając sobie cel zaczepienia Weroniki.


Weronika?
────
[625 słów: Mikołaj otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 9 czerwca 2026

Od Arnar CD Dahlii i Luciena — „Duchokonie??? Bardzo straszne naprawdę brawo”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA IV

Wiedza nie wypełnia ich umysłów w magiczny sposób, powietrze nie migoce od fascynującego brokatu zwiastującego pojawienie się bogini na środku korytarza ani zniknąd nie rozbrzmiewa nieznajomy, donośny głos. Nawet nigdzie nie pojawia się tęcza, co w zamkniętym pomieszczeniu byłoby całkiem interesującym zjawiskiem. Bogowie są od zawsze znani z bycia niewysłowienie leniwymi istotami, dla których nawet najprostsze przekazanie informacji stanowi czynność na tyle trudną do zrobienia, że starają się uprościć ją do najbardziej elementarnego kiwnięcia palcem. Zwłaszcza jeśli prosi ich o to jakieś marne herosiątko. Wtedy dodatkowo mają tendencję do rozumienia wszystkiego na opak albo niedokładnego wykonania powierzonego im zadania.
Biorąc pod uwagę światowej klasy debilizm i ogólne nieogarnięcie życiowe Arnar, ono nigdy nie dowiedziałoby się, że coś miało zostać mu przekazane. Irys wykonując swoją pracę, za którą Dahlia musiała wybulić niezłą kasę, postanowiła, niczym jakaś marna podróba Batmana, wyświetlić wiadomość od córki Demeter w punkcie ogólnodostępnym dla wszystkich. Na środku czystego, bezchmurnego nieba, które ciężko byłoby doprosić o tęczę, gdyby nie wspaniała boska interwencja. Dla zwykłych śmiertelników litery pewnie przybierają postać smutnych, trochę zdeformowanych chmurek, a każdy półbóg z wadą wzroku jest aktualnie biedny i niedoinformowany, bo iFajstosy w całej swej innowacyjności nie posiadają jeszcze żadnego odpowiednika Twittera. Na razie Hefajstosiaki wypuściły wersję beta aplikacji o kreatywnej nazwie Iriphonny, której ikonka przypomina słabą apkę randkową dla osób ze społeczności queerowej. Jeszcze nie dodali opcji zmiany profilowego, które defaultowo jest soczystą emotką truskawki, co zdecydowanie zniechęca półbogów do instalacji.
Arnar, jak zawsze, ratuje ktoś inny niż jego mózg lub cokolwiek powiązanego ze świadomością. Na niebo zwraca uwagę wyłącznie dzięki Lucienowi, który w konsekwencji ataku paniki szarpie się właśnie z klamką najbliższego okna, próbując otworzyć je bardziej niż na szerokość kilku marnych centymetrów (czyli tym samym wyrwać je z ramy).
– Ejejejej, kochanie, popatrz! – Arnar próbuje zwrócić uwagę Luciena na napisy na niebie, ale on nie ma najmniejszego zamiaru go słuchać. Wreszcie odpuszcza molestowanie klamki i skupia na złapaniu do płuc jakiegokolwiek powietrza. Szybkie wdechy i jeszcze szybsze wydechy skutecznie rozpraszają Arnar, które choć raz w życiu próbuje skupić się na czymś, co rzeczywiście może im pomóc. Nie na co dzień obserwuje się sekretne wiadomości wyświetlane na niebie. – Uwa-uwaga. herme… herOsi? Dzik. Dziki. Dziki labiryyynt w… o. To chyba o nas chodzi. Dziki Labirynt w naszym hotelu – oznajmia skonsternowane Arnar, ledwo odczytawszy chwiejne litery. W jego głowie układa się bardzo chwiejny i niekoniecznie dobry plan, którego osią mają być nowo zdobyte informacje. – Dobra, Lucien? Czas na wydostanie się stąd.
– Co? – odpowiada mu płaczliwie, ledwo wyduszone słowo. Zaczerwienione oczy wbijają w Arnar smutne spojrzenie, za którym widocznie nie ma zbyt wielu koherentnych myśli. Dobrze przynajmniej zobaczyć, że chłopak jest w stanie opanować swoją panikę na tyle, że by zacząć w miarę normalnie oddychać.
– Jesteśmy w dzikim Labiryncie – radośnie odpowiada Arnar, co wydaje się tylko jeszcze mocniej pogrążać Luciena w ogromnej dziurze pesymizmu.
– Czyli nie znajdziemy Dahlii? I co to w ogóle znaczy, że dziki Labirynt?
– Nie no, znajdziemy. Ja to w ogóle myślę, że to ona wysłała nam tę wiadomość, ale nie wiem, czemu pojawiła się na środku nieba, to trochę takie, wiesz, ekstrawaganckie rozwiązanie, nie? A dziki Labirynt, no, nie wiem, może po prostu nikt go jeszcze nie udomowił i nie wie, jak się zachować – odpowiada Arnar i swoim bardzo dobrym sposobem prze do przodu, nie zwracając uwagi na to, że literalnie nie ma pojęcia, w jakiej części hotelu są, a tym bardziej które to piętro. – Poza tym. Dahlia wróci, jak skończy sikać.
– Coś długo sika – kąśliwie zauważa Lucien, drepcząc za Arnar i nerwowo rozglądając się dookoła.
– Może ma zaparcie.
– Gubisz się w zeznaniach – oskarża go chłopak, wyraźnie coraz bardziej zdenerwowany tą sytuacją.
– Oj tam, kochanie, trzeba po prostu wrzucić na luz i oswoić Labirynt. – Arnar nie traci swojego optymizmu, chociaż te słowa brzmią dziwnie w jego ustach. Ostatnim, czym rzeczywiście by się zajęło, jest oswajanie czegokolwiek lub kogokolwiek, bo w tej sztuce jest piekielnie niedoświadczone (chyba że zaliczamy do tego jego przyjaźń z Dahlią).
– Ty nigdy nawet nie wyprowadzałoś psów ze schroniska, o czym ty w ogó-
– Ktoś tu jest?!
Wydaje się, że głos dochodzi zza załomu korytarza, na którym aktualnie znajdują się Lucien i Arnar. Może być to wrażenie złudne, biorąc pod uwagę niemożliwy do pojęcia układ hotelu, ale Hermesiątko i tak zakłada, że jeżeli ktoś tu jest, to właśnie za załomem korytarza. Ignorując zdrowy rozsądek i ściskającą jego przedramię dłoń Luciena, który bardzo gwałtownie kręci głową i układa usta w słowa: „Arnarze Bakke, NIE”, ono nie tylko stawia parę kroków w domniemanym kierunku, z którego dochodzi niezidentyfikowany głos, ale też postanawia nie zachować absolutnej ciszy.
– Tak!! My!!! – krzyczy na tyle głośno, żeby ta nadprogramowa osobistość usłyszała go nawet w przypadku znajdowania się gdzieś indziej niż za mistycznym załomem korytarza.
– My, czyli kto?! – odwrzaskuje Ktoś i rzeczywiście wyskakuje zza tego zakrętu, mierząc w parkę półbogów krótkim sztyletem (skutkuje to przerażonym piskiem Luciena, który na śmierć zapomina o tym, że posiada podobny, może nawet dłuższy sztylet). – O. Nie jesteście potworem?
– No chyba ci się coś ostro pomyliło – mamrocze roztrzęsiony Lucien, wycierając spocone dłonie o spodnie. – To ty tutaj sprawiasz większe zagrożenie.
– Co wy tu- ooo, pewnie jesteście niczego nieświadomymi gośćmi i mam okazję uratować was z opresji?! – pyta podekscytowana, jak się okazuje, dziewczyna i aż klaszcze w dłonie, uważając, żeby nie pociąć się swoim sztyletem. – Jestem Khai, przyjaciele mówią na mnie Khai, jakby co!
– Siema, a ja jestem Arnar. – Ściskają sobie dłonie, a coś dziwnego w wypowiedzi nowej koleżanki zauważa wyłącznie Lucien, który wygląda, jakby próbował przeprocesować, czym różni się „Khai” od „Khai”. Przynajmniej Arnar (które wybrało opcję niekwestionowania niczego) wyczytuje to z jego skonfundowanej miny i prawie niezauważalnie poruszających się ustach, które raz po raz układają się w kształt imienia dziewczyny. – A to Lucien – dodaje z uśmiechem, bo chłopak nie wygląda na skorego do przedstawienia się samodzielnie.
– Świetnie, super, fajnie!! – oznajmia wciąż niezmiernie podekscytowana Khai. – To nie pierwszy raz, jak kogoś ratuję, żebyście wiedzieli. Jestem kimś w rodzaju tutejszego superbohatera i, nikomu nie mówcie, ale potrafię parę różnych sztuczek, które mogą nas stąd wyprowadzić! - opowiada tonem rasowego przewodnika wycieczek szkolnych, który bardzo chce wzbudzić zainteresowanie w znudzonych uczniach podstawówki.
– Bardziej nas interesuje, gdzie jest wyjście, a nie jakieś sztuczki – życzliwie informuje ją Lucien. – Zgubiliśmy naszą koleżankę. Przyjaciółkę. Eee, moją kuzynkę z trzeciej wody po kisielu. Nieważne. Nieważne, trochę mi…
– Kochanie, spokojnie. – Arnar pocieszająco głaszcze chłopaka po roztrzepanej czuprynie i odwraca się do Khai. – No, to prowadź!
– Pewnie nie do końca rozumiecie, co tu się dzieje – zaczyna Khai, gdy już prowadzi ich w stronę, z której prawdopodobnie przyszła (przy czym Arnar i Lucien wiedzą, że to raczej ich nigdzie nie doprowadzi i więcej sensu rzeczywiście miałoby wyskoczenie przez okno). – I nie wiem, czy dacie radę w ogóle to zrozumieć…
– Nie no, proste, przecież był ten wielki napis na niebie i w ogóle. – Arnar próbuje wzruszyć ramionami, ale wczepiony w jego rękę Lucien skutecznie mu to uniemożliwia.
– Widzieliście go?
– Taaaaak??
– Jesteście herosami?
– A myślałaś, że czym, koniem? – prycha Lucien, ale jego prychnięcie bardziej przypomina żałosny kwik.
– Słońce, nie mów tak. Proszę. Bo jeszcze tu przyjdą. – Nagle Arnar przybiera znacznie poważniejszy wyraz twarzy i Lucien rzeczywiście wyszeptuje przeprosiny.
Khai przez moment po prostu stoi, trochę zszokowana, jako że to, w jaki sposób postrzegała rzeczywistość jeszcze chwilę temu, okazało się całkowicie niepoprawne. Przenosi wzrok z Arnar na Luciena i z Luciena na Arnar, podczas gdy oni wbijają w dziewczynę spojrzenia pragnące natychmiastowego wydostania się z tego przeklętego hotelu. Wszystko kwituje śmiech Khai, niekoniecznie zrozumiały dla pozostałej dwójki.
– Sorry, ja jestem z Obozu Herosów, więc wiecie…
– Ale ja przez sześć lat byłom grupowym! Ty tak serio nie pamiętasz? – pyta Arnar, choć samo nie pamięta Khai i jakby teraz powiedziała, że też była grupową, to by chyba pierdolnęło głową w ścianę tego cholernego labiryntu. – On w sumie też. – Lucien posłusznie kiwa głową na te słowa.
– Przez SZEŚĆ LAT?
– Tak????
– Okej dobrze wiedzieć to teraz chodźmy – Khai usilnie próbuje zamaskować niezręczność sytuacji. Arnar to akceptuje, bo dla co jak co, ale ono niezręczności się nie boi (tylko dlatego, że dla niego niezręczność nieszczególnie istnieje). Lucien wydaje się tylko trochę bardziej przerażony niż zazwyczaj, co też wychodzi wszystkim na plus. – To, skoro mamy się-
– Czy ja nie słyszałom rżenia przypadkiem. – Arnar odwraca się i bardzo uważnie skanuje cały korytarz, który nagle wygląda na znacznie dłuższy, niż chwilę wcześniej. – Jak nic słyszałem rżenie.
– Daj już spokój z tymi końmi! – jęczy Lucien, a zdezorientowana Khai aż opadają ręce. – Po prostu chodźmy, jak wyjdziemy, to tam już w ogóle nie będzie koni! Ja ci przysięgam, nigdy już nie zażartuję z tego głupiego kaktusa, pozwolę ci go w końcu wyrzucić!
– On tam jest – szepcze Arnar, ze zmrużonymi powiekami wpatrując się w zbyt długi korytarz. Gdzieś na jego końcu coś miga czerwienią. Jak nic właśnie stuka na niego kopytem. – ON TAM JEST – powtarza, tym razem już z większą dozą paniki w głosie (ogromną) (przekraczającą panikę Luciena) (poprzeczka akurat jest dość wysoko). – MUSIMY STĄD NATYCHMIAST SPIERDALAĆ – oznajmuje i od razu rusza przed siebie, ciągnąc za sobą Luciena.
Khai stoi parę kroków przed nimi, ale nagła szarża przerażonego Arnar, które co jedną dwudziestą szóstą kroku zerka za siebie, sprawia, że parę kroków powoli przestaje być jakimikolwiek krokami. W tej niemożliwej do opanowania sytuacji Khai cofa się, nie zdążywszy się obrócić.
Na jej nieszczęście, rozwiązały jej się buty. To znaczy, już dawno były rozwiązane i dopiero teraz żałuje, że nie chciało jej się na moment schylić i z powrotem zasupłać sznurówek.
Zwykłym zrządzeniem losu, wszystko idzie nie tak, jak powinno. Piekielnie długi dywan, którym wyłożona jest podłoga korytarza, zwija się pod jej nogami. Khai nadeptuje na jedną ze swoich sznurówek, może też podłoga nagle staje się krzywa, że dopomóc w zniszczeniu brawury dziewczyny. Albo ona po prostu nie potrafi chodzić do tyłu.
W każdym razie Lucien w desperacji próbuje zacisnąć palce na jej koszulce, ale okazuje się zbyt wolny.


Lucien?
────
[1622 słowa: Arnar otrzymuje 16 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 7 czerwca 2026

Od Weroniki — „Później będzie tylko zupa z kotem”

Nikt nie zauważył, kiedy wkradła się na salę. Na szczęście to nie był jakiś gigantyczny teatr, ot jeden z wielu pomniejszych, ale za to oszczędzał na bezpieczeństwie. Kiedy będzie miała własną pracę, w tym własne pieniądze, to wyśle im maila ze wskazówkami, co należy koniecznie poprawić. Na ten moment tylko prychnęła, gdy cieć zrobił leniwy obchód, nawet nie zaglądając do schowka. Nie oczekiwała też, że kamery są lepsze. O ile nie były atrapami.
Ale dzięki temu była w stanie obserwować niezauważona próby grupy baletowej. Sala była dosyć duża, z wydzielonymi balkonami (chociaż bardziej adekwatną nazwą były pseudobalkony), właśnie skryła się w jednym z nich. Rzadko kiedy ustawiali światło, a gdy to robili, nigdy nie rozjaśniali widowni.
Ważyła telefon w rękach. Rozpisywała w głowie plusy i minusy włączenia go, szacowała też swoje szanse na przeżycie. Nawet nie patrzyła w kierunku grupy baletowej. Potrzebowała bezpiecznej przestrzeni, w której mogła posłuchać miłej dla ucha muzyki. Westchnęła i nacisnęła przycisk włączania. Ekran zabrzęczał, mignąwszy logiem producenta. Startował zdecydowanie za długo, a Weronika pomyślała o tym, że musi się kiedyś szarpnąć na te głupie iFajstosy. Przeliczyła wcześniej pieniądze w portfelu i spodziewała się, że z dwudziestoma dolarami, minus bilet powrotny do Obozu, nie da rady kupić czegoś lepszego.
Ekran w końcu rozbłysnął, obnosząc się pęknięciami. To była jej wina, mogła lepiej pilnować dzieciaków, mogła nie brać go z domku, mogła też uniknąć typa, który wpadł na nią. Powodów było wiele, ale jednego nie była w stanie zrzucić na siebie. Ten telefon miał już dobre 6 lat i po prostu zdychał. Miała duże nadzieje zobaczyć powiadomienie przy SMS-ach, ale nic się nie pojawiło. Głupia, od jakiegoś czasu nie dostawała od niego wiadomości, to czego się spodziewała? Scrollowała w górę, cały czas czytając wiadomości. Głównie jej. „Hej, jak tam konferencja?”, „Przeczytałam dzisiaj tę książkę, o której miałeś wykład”, „Kiedy wrócisz do domu?”. „Czemu nie odpisujesz?”.
Z grobową miną sprawdzała resztę apek. Weszła w maile, żeby wyczyścić jak zawsze spam i newslettery, dopóki nie zobaczyła nowej wiadomości. Rozpoznała nadawcę, było to imię i nazwisko jej ojca. Serce zabiło mocniej. Może ojciec rozpisał się w mailu, bo w zwykłej wiadomości skończył się limit znaków? Weszła w treść maila, przeczytała pierwsze zdanie i prawie cisnęła komórką przez salę. Ojciec pomylił adresatów, zamiast do jakiegoś studencika, który miał poprawić rozdział, wysłał do niej. Najbardziej w tym wszystkim zirytowało ją to, że zrobił jej taką nadzieję.
— Dupek. — Szepnęła.
Jeszcze kilka lat temu by zrobiła raban i na siłę pojechała na jego wykład. Dzisiaj wiedziała, że to nie ma sensu, nie miała już trzynastu lat. Po prostu musi ciężej pracować, być lepsza z tej literatury. Wtedy będzie miała o czym porozmawiać z ojcem i w końcu dojdzie do jakichś dyskusji, w których udowodni mu, że nie jest gorsza niż jego studenciaki. Może będą w końcu wymieniali się teoriami. Albo zagrają w szachy, kto wie. Może w końcu będzie jak dawniej.
Już miała wyłączyć komórkę, gdy zobaczyła wyskakujące powiadomienie z konfy Ateniątek. Nie angażowała się w ogóle w ich sprawy. Tam dzieciaki pisały same głupoty typu six seven, rizz, a Weronika była ponad to. Kliknęła dymek, tylko dla kontynuacji dołowania się. Wyskoczyły jej jakieś obrazki oraz slogany.
— Czym, do cholery, jest ten Boski Full? OLIMPIJSKA ALFA? Jakiś nowy brainrot? — Mruknęła pod nosem obojętnie, dopóki nie zwróciła uwagi na to, gdzie był sprzedawany i przez kogo.


────
[552 słowa: Weronika otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Erin CD Niketasa — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Ulfert stał i wymachiwał flagą zrobioną naprędce z czyjejś białej koszulki, na której rano napisał kolorowymi markerami „OLIMPIJSKA ALFA” (a przynajmniej taki był zamysł, bo „F” mogło być równie dobrze „E” a „M”, „N”), podczas gdy Erin z Niketasem rozkładali pierwsze oficjalne stoisko, na którym można było nabyć ten boski napój. No i był jeszcze Ashton, któremu ku zdziwieniu dziewczyny Niketas powierzył bardzo odpowiedzialne zadanie, jakim było dostarczenie produktów na miejsce sprzedaży. Pewnie dlatego, że nikomu dobrowolnie nie chciałoby się dźwigać kartonów z puszkami, a że Ashton nie robi dobrowolnie nic, to nadawał się do tej roboty idealnie. Erin do tej pory zastanawiała się, gdzie w domku Hermesa dokonano hurtowej produkcji etykiet, ale nie zdziwiłaby się, jakby okazało się, że pod ziemią mają całą fabrykę i magazyn rzeczy ukradzionych. Takich jak to stoisko z tęczową markizą, które kiedyś miało koła, ale już ich nie miało, więc cała czwórka musiała pchać je na miejsce sprzedaży wybrane przez Niketasa, który podobno zebrał kiedyś dane o najbardziej uczęszczanych miejscach w Obozie w godzinach szczytu i poza nimi (zostawili za sobą długi łysy ślad na trawie, który zapewne za chwilę wywoła zawał u wszystkich dzieci Demeter). Dlatego teraz stali przed pawilonem jadalnym i czekali, aż reszta obozu zacznie schodzić się na śniadanie.
— Ej, a czemu ty tak machasz tą flagą, kiedy jest pusto? — zaciekawiła się Erin.
— Tak na wszelki wypadek, jakby zaraz ktoś przyszedł. Która godzina?
— 7:37 — odpowiedział Niketas, wyjmując z kieszeni zegarek. — Zwykle pierwsi ludzie są tu około 7:42, więc machaj dalej tą flagą. Mięśnie sobie zbudujesz, to będzie ci łatwiej jutro, pojutrze i tak dalej. A ty — wskazał na Ashtona, który właśnie się pojawił — ile jeszcze tych kartonów zostało?
— To… już… ostatni… — wysapał chłopak, brutalnie kładąc pudło na ziemi.
— Cudownie, poszło szybciej, niż zakładałem — Poklepał brata po głowie, jednak szybko cofnął rękę. — Fuj, kiedy ty ostatnio myłeś głowę?
— Z cztery dni temu?
— Czyli możemy dopisać wszy do receptury. Halo gdzie jest receptura????
— Jak to mawiają, receptura zmienną jest — odrzekła Erin, wykładając ostatnie puszki.
— Nikt tak nie mawia??? Ach, no tak, to pewnie powiedzonko dzieci Hekate.
— Dokładnie! Dlatego receptury nie ma i nie będzie, bo większość składników znalazła się tam przez przypadek. Ale nie szkodzi, różnorodność smaków jest teraz atrakcyjna.
Niketas zamyślił się na chwilę, wyjął stos karteczek samoprzylepnych z kieszeni i nabazgrał coś ołówkiem.
— To może mieć sens… — podparł podbródek ręką jak grecki filozof — Co produkcję będziemy zmieniać smak napoju, a co za tym idzie, będzie trzeba rysować nowe etykiety, ale da się zrobić — na te słowa Ulf na chwilę przestał machać flagą, westchnął, po czym wrócił do machania, mamrocąc coś pod nosem.
— Mówiłeś coś? — Niketas obrócił się do brata. — Zawsze mogę obciąć ci pensję, jak ci się coś nie podoba.
— Nie no, wszystko w porządku. Po prostu narysowanie rakiety kosmicznej trzymającej się na balonie z gumy to szczyt mojej kreatywności więc inne mogą nie być takie cool.
— Tym się będziemy zamartwiać później. Patrzcie, pierwsi klienci.
Rzeczywiście, w stronę kantyny zmierzała dwójka dzieci, chłopak i dziewczynka, na oko dwunastoletnich. Z tego, co kojarzyła Erin byli od Apolla. Zatrzymali się przed stoiskiem.
— A co tu rozdajecie? — zapytała dziewczynka.
— Nie rozdajemy, tylko sprzedajemy, a sprzedajemy coś tak zajebistego, że nie pożałujecie żadnych pieniędzy — syn Hermesa wziął na siebie rolę przekonywania klientów (bo pewnie jako jedyny miał do tego talent). — A jako że jesteście pierwszymi klientami, dostaniecie zniżkę wysokości całej jednej drachmy! Niepowtarzalna okazja, nie sądzicie?
— Dobra, a za ile takie?
— 4 dolary.
— ILE?!
— Cena relatywna do jakości — zapewniła Erin, wykładając im dwie puszki.
— To jak będzie? Wiecie, jak to jest, lepiej żałować, że się coś zrobiło, niż że się czegoś nie zrobiło…
— Dobra, już dobra — dzieci wyciągnęły monety z kieszeni. Niketas przeliczył je jeszcze dwa razy, by upewnić się, że wszystko się zgadza, i dopiero wtedy pozwolił na wydanie dzieciakom puszek.
Appollątka odeszły dalej w kierunku jadalni, usiedli przy stole i otworzyli puszki Olimpijskiej Alfy. Kiedy wzięli łyk, dało się słyszeć przeciągłe „WOOOOOOOOOOOOW”.


Niketas?
────
[651 słów: Erin otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Apollodorosa CD Chaita — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

LATO

To była ulga, że Chaitowi też to nadal nie zeszło z myśli, bo Apollodoros ma o tym na tyle złe przeczucia, że nie może o tym skrawku papieru zapomnieć. Gdyby nie pewne… detale to by pewnie dawno zapomniało o sprawie, ot ogłoszenie, które wszystkim wypadło z głowy. Tylko że nie może sobie na to pozwolić.
— Wiem, też je obserwuję od jakiegoś czasu. Podpytałem bardziej sąsiadów i… zaczynam się coraz bardziej martwić. — Doros przygryzł wargę, zanim zaczął mówić dalej. — Wiesz, to wszystko wygląda normalnie do momentu, gdzie sąsiedzi opowiadają o tym w tak dziwny sposób, który dla nich ma sens… w ten sposób. — Od sytuacji z „agentką nieruchomości” połączenie tego wyrazu z konkretnym tonem znaczyło jedno, nie musieli sobie tłumaczyć, to po prostu weszło w nawyk. — Ale okej, może to nic poważnego prawda? Ci tuż nad nami pokazywali mi ostatnio zdjęcia tych zniszczeń, normalnej wielkości gryzoń takich nie robi, to raz. Dwa… hmmm… Jest taki jeden mit o Apollonie Smintejskim, wiesz? Człowiek w wiosce ściąga na siebie boski gniew, co powoduje plagę myszy, które absolutnie niszczą im pola. W micie ojciec odwiedza tamto miejsce i ze względu na pozytywne przyjęcie zabija strzałami tamtą mysią plagę.
— Okej… nie że ci nie wierzę, ale tu chodzi o szczury, z tego, co rozumiemy, tak? — Chait był zmartwiony, oczywiście, ale ewidentnie miał pewne wątpliwości, co nie jest złą rzeczą, ma w tej sytuacji sens po ich przeżyciach tym bardziej.
— To była moja pierwsza myśl, wiesz? Natomiast to nadal na pierwszy rzut oka dość podobne gryzonie, może coś w tłumaczeniu poszło nie tak? Albo w tej piwnicy nie były do rozpoznania? I tak żywią się wszystkim, co tam jest, do zniszczeń, więc jeśli problem nadal jest… My przynajmniej jak coś możemy się łatwiej obronić.
— Dobra jak coś, to po prostu normalna trutka do kieszeni przy okazji, chyba preferowana opcja. — Zaśmiali się niezręcznie z absurdalności tej sytuacji.
Nie śpieszyło im się do zejścia do piwnicy, także ze względu na brak czasu (oraz trutek na przecenie). Z czasem jednak nie mogli przestać tego ignorować, zwłaszcza że jakby ich dłuższe pomieszkiwanie w bloku spowodowało zwiększenie aktywności małych przekleństw, jak je czasami nazywali dla rozładowania napięcia.
Przy wejściu herosa zdziwił brak mocnego zapachu pleśni… nawet te piwnice takie złe nie były, no poza… uczuciem. Że tam głębiej coś jest w „towarzystwie”, że jedyny powód, czemu nie wyczuli jeszcze ich zapachu, to dlatego, że potwory mają gniazda gdzieś w dalszych odmętach pomieszczeń. Szło trochę za kolegą, jakby rzeczywiście to były potwory, to klasycznie łuczników trzyma się jednak w tylnych liniach, tak?
Chwilę po Chaicie zauważył kątem oka ruch, po którym do ich uszu doszedł pisk pomieszany z? Dziwnym, animalistycznym dźwiękiem, ale zbyt głośny na maleńkiego szczura… Nie no, może to jednak akustyka??? Prawda??? Robi z igły widły i to tylko mały gryzoń, tak???
Świst metalu w powietrzu, po chwili przemieszany z piskiem rannej bestii rozdarł powietrze w mgnieniu. One… pomiędzy myszą a szczurem, jakby stały na tylnych łapach, to byłyby wyższe od kilkulatka… Wychudzone, jakby ich głód był nie do zaspokojenia nieważne od ilości pożywienia. Pierwszy zraniony mieczem został wybity z rytmu. Apollodoros zareagował instynktownie, atakując bez wydłużonego namysłu. Uczył się poprawnych podstaw, aż stały się drugą naturą. Nie, że teraz miał czas oceniać technikę strzału, najważniejsze, że przeszyła cel i zadała obrażenia. Kolejna i kolejna tak jak ostrze ucinające głośne piski tych… istot.
Nie każde uderzenie Chaita trafiało, niektóre strzały Dorosa chybiły, trafiając w posadzkę, ale się trzymali. Żadne obrażenia, których nie jest w stanie zaleczyć po wszystkim. Stadko powoli spotykało się ze śmiercią, ale nadal, to, że jest ich tyle... i jakby chodziły większymi klatkami wentylacyjnymi… To będzie cały blok do wytępienia.
Zaszumiało jeno w uszach po walce, nagle po ciągłym hałasie słychać było tylko wodę w rurach… Sprzątanie nie było przyjemne, ale konieczne. Leczenie zadrapań i ran znane, o wiele przyjemniejsze dla półboga. Jest to dla jeno… forma komfortu, pomagać w ten sposób. Wrócili do siebie windą, nie mieli jakoś ochoty na schody. Czeka ich teraz długa droga do kompletnej „deratyzacji”, ale jedno stadko mniej, to jedno mniej.


Chait?
────
[670 słów: Apollodoros otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja — „Sen o Rylandzie”

— Pospiesz się! — krzyczał na niego ktoś zza drzwi. — Spóźnimy się!
— Już idę! — odparł, otwierając oczy. Niepewnie rozejrzał się po pokoju, który wyglądał jak wyjęty prosto z bajki o dzikim zachodzie.
Nagle wszystko sobie przypomniał. Całą podróż z Sony… nie, to była Erin. Ale z obozu wyszedł z Sony… No, może się przemieniła. Nieistotne. Podszedł do szafy, aby się ubrać, ale okazało się, że był już ubrany. Był pewien, że nie spał w wyjściowych ciuchach. Musiał przegapić moment, kiedy się przebierał. W końcu wyszedł z pokoju, gdzie czekała na niego znajoma obozowiczka.
— Gdzie my tak właściwie idziemy? — zapytał Erin, która stała zniecierpliwiona przy ścianie.
— Wykonać misję od Apollo — odpowiedziała obojętnie. — Nie mów, że nie pamiętasz?
— Od Apollo? — zdziwił się Mikołaj. To imię… lub nazwa? coś mu mówiło, ale nie mógł przypomnieć sobie co. W końcu coś zaczął kojarzyć. — W sensie, Apollo 13? Jesteś z NASA?
— Co? — Erin spojrzała na chłopaka rozbawiona i powoli zaczęła schodzić po schodach. Mikołaj poszedł za nią. — Niee, Apollo boga mpregu. Popełnił błąd w obliczeniach i teraz my musimy go naprawić.
— Aha… fajnie — przytaknął. — A gdzie jesteśmy?
— Jak to, gdzie? — zdziwiła się dziewczyna. — W Nowym Rylandlandzie, w Kansas. Apollo wysłał nas tutaj rakietą, bo to taka dziura, że nawet psy przestały szczekać dupami.
Mikołaj przyjął te informacje tak, jakby były oczywistą oczywistością. Nie zadawał więcej pytań, po prostu szedł za Erin, która zdawała się wiedzieć, co robi.
Wkrótce wyszli z niewielkiego domku i znaleźli się w uliczce, którą Mikołaj doskonale znał, mimo że nigdy wcześniej w niej nie był. Wyglądała dokładnie tak, jak w oczach jego wyobraźni wyglądało miasteczko z siódmego tomu „Zwiadowców”. Na środku była nawet wielka, drewniana szubienica, na której chłopak spodziewał się zobaczyć książkowego Halta. Zamiast zwiadowcy, na podeście stał jednak jakiś blondyn.
Drugą rzeczą, jaka przykuła jego uwagę, był wygląd mieszkańców. Wszyscy wyglądali niemal identycznie. Różnili się wzrostem, kolorem włosów lub ubiorem, ale łączyła ich twarz. Wszyscy, co do jednego, wyglądali jak Ryan Gosling. Jedynymi ludźmi w zasięgu wzroku chłopaka, którzy wyglądali inaczej byli Erin oraz stojący na podeście mężczyzna.
— Oni są z kazirodztwa? — zapytał Mikołaj na głos, nie przejmując się tym, że ktoś może go usłyszeć. Jakimś cudem nikt się nie odwrócił.
— A myślisz, że jak powstało to miasto? Bóg mpregu wie, co robi. — wzruszyła ramionami Erin. — Zamknij się, słucham.
Jak na zawołanie, odezwał się Ryan Gosling stojący obok skazańca.
— Niniejszym oświadczam, że ten tutaj oto stojący OBCY SZKODNIK… jak mu tam? Lucas Veneryland… jest WINNY — przemówił donośnym tonem, a tłum zaczął wiwatować.
— Ja chciałem tylko… pluszaka! — tłumaczył się Lucas. — Dla mojej Ruby!
Tłum zaczął buczeć.
— Cisza! — krzyknął Ryan Kat Gossling. — Więc powiedz nam! Pochwal się! Dlaczego dajesz małemu dziecku… PREZENTY.
— No bo… — Lucas spojrzał na niego błagalnym spojrzeniem. — kocham moją córeczkę…
— Kochasz DZIECKO?! — znowu zagrzmiał. — TO NIEDOPUSZCZALNE!
— ŚCIĄĆ GO O GŁOWĘ! — krzyknął z ziemi Ryan Gosling wyglądający jak Królowa Kier.
— Lucas Veneryland zostaje skazany na ścięcie i dostaje BANA NA ŻYCIE! — krzyczał dalej Gosling Kat.
— To nasza szansa — poinformowała Mikołaja Erin i zdjęła opaskę z oka. Z miejsca, w którym powinno być oko, zaczęła strzelać laserami, powalając na ziemię armię Ryanów Goslingów. — Teraz!
Mikołaj nie wiedział, co ma robić. Podświadomość kazała mu biec przed siebie. Wbiegł na ścianę budynku i odbijając się od krawędzi dachu, wskoczył na drewniany podest. Podniósł z podłogi miecz, którego jeszcze przed chwilą tam nie było i zaczął walczyć z katem.
— Spierdalaj do Barbielandu! — krzyknął, spychając mężczyznę z podestu.
— Jestem Ryland! — odpowiedział Ryan Gosling, po czym zniknął, zastrzelony laserem Erin.
Mikołaj chwycił Lucasa za rękę i pobiegł przed siebie, ciągnąc go. Po chwili dołączyła do nich Erin i całą trójką uciekali przed armią goniących ich Rylandów.
Ucieczka nie trwała jednak dlugo. Zanim zdążyli uciec z miasta, przed nimi wyrósł kolejny podest z gilotyną.
— Myślicie, że wrócicie do domu? — zapytał stojący na górze Ryland, uśmiechając się złowieszczo. — Wiecie co się z wami stanie? Patrzcie na to!
Ryland wyjął… chyba z dupy? zza pleców pluszowego Rylanda. Położył pluszaka pod szubienicą i spojrzał głęboko w oczy Lucasa.
— Nie… — wyszeptał Lucas.
— Tak! — krzyknął Ryland i opuścił nóż. Pluszowa głowa Rylanda stoczyła się z podestu i zaczęła toczyć przez miasto niczym śmieszna kula z dzikiego zachodu.
— Uciekamy! — krzyknęła Erin i zastrzeliła Rylanda laserem. Szkoda tylko, że na jego miejscu pojawiło się dwóch nowych.
Tym razem przed nimi pojawiło się auto, kierowane przez jakiegoś księdza. Na miejscu pasażera siedziało Sony, zadowolone popijając energetyka. Rolę kół w aucie pełniły głowy Rylandów… ale to chyba nie jest istotne.
— Wsiadajcie! — krzyknęło Sony, otwierając tylne drzwi.
Cała trójka wsiadła bez zadawania pytań. Jechali przez Nowy Rylandland dwieście na godzinę, a mimo tego nie byli w stanie uciec przez goniącą ich armią Rylandów. W końcu prowadzący auto Adam postanowił zawrócić. Teraz jechał prosto na biegnący tłum. Jechał… jechał… jechał… i wjechał.
I wszyscy wybuchli.
Kiedy Mikołaj obudził się następnego dnia, potrzebował kilku minut, aby zastanowić się nad życiowymi wyborami. Przetarł oczy i przypomniał sobie, że znajduje się w salonie znajomego. Była piąta rano, a wszyscy pozostali nadal spali. Na stoliku stała pusta butelka po wódce, a obok niej laptop, który aż wył od przegrzania. Na wciąż niewygaszonym ekranie wyświetlony był dokończony „Projekt Hail Mary”. Pod stolikiem leżał pluszany Ryland. Dokładnie taki sam, jaki w jego śnie zginął pod gilotyną.
Mikołaj nie wiedział, co ma myśleć o tym śnie. Był jednak pewien jednej rzeczy. Kiedy wróci do obozu, koniecznie musi zapytać Erin, czy naprawdę potrafi strzelać laserami z oka.


────
[890 słów: Mikołaj otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia, Aleks nie chce nigdy więcej rozmawiać o tym opowiadaniu]