niedziela, 7 czerwca 2026

Od Weroniki — „Później będzie tylko zupa z kotem”

Nikt nie zauważył, kiedy wkradła się na salę. Na szczęście to nie był jakiś gigantyczny teatr, ot jeden z wielu pomniejszych, ale za to oszczędzał na bezpieczeństwie. Kiedy będzie miała własną pracę, w tym własne pieniądze, to wyśle im maila ze wskazówkami, co należy koniecznie poprawić. Na ten moment tylko prychnęła, gdy cieć zrobił leniwy obchód, nawet nie zaglądając do schowka. Nie oczekiwała też, że kamery są lepsze. O ile nie były atrapami.
Ale dzięki temu była w stanie obserwować niezauważona próby grupy baletowej. Sala była dosyć duża, z wydzielonymi balkonami (chociaż bardziej adekwatną nazwą były pseudobalkony), właśnie skryła się w jednym z nich. Rzadko kiedy ustawiali światło, a gdy to robili, nigdy nie rozjaśniali widowni.
Ważyła telefon w rękach. Rozpisywała w głowie plusy i minusy włączenia go, szacowała też swoje szanse na przeżycie. Nawet nie patrzyła w kierunku grupy baletowej. Potrzebowała bezpiecznej przestrzeni, w której mogła posłuchać miłej dla ucha muzyki. Westchnęła i nacisnęła przycisk włączania. Ekran zabrzęczał, mignąwszy logiem producenta. Startował zdecydowanie za długo, a Weronika pomyślała o tym, że musi się kiedyś szarpnąć na te głupie iFajstosy. Przeliczyła wcześniej pieniądze w portfelu i spodziewała się, że z dwudziestoma dolarami, minus bilet powrotny do Obozu, nie da rady kupić czegoś lepszego.
Ekran w końcu rozbłysnął, obnosząc się pęknięciami. To była jej wina, mogła lepiej pilnować dzieciaków, mogła nie brać go z domku, mogła też uniknąć typa, który wpadł na nią. Powodów było wiele, ale jednego nie była w stanie zrzucić na siebie. Ten telefon miał już dobre 6 lat i po prostu zdychał. Miała duże nadzieje zobaczyć powiadomienie przy SMS-ach, ale nic się nie pojawiło. Głupia, od jakiegoś czasu nie dostawała od niego wiadomości, to czego się spodziewała? Scrollowała w górę, cały czas czytając wiadomości. Głównie jej. „Hej, jak tam konferencja?”, „Przeczytałam dzisiaj tę książkę, o której miałeś wykład”, „Kiedy wrócisz do domu?”. „Czemu nie odpisujesz?”.
Z grobową miną sprawdzała resztę apek. Weszła w maile, żeby wyczyścić jak zawsze spam i newslettery, dopóki nie zobaczyła nowej wiadomości. Rozpoznała nadawcę, było to imię i nazwisko jej ojca. Serce zabiło mocniej. Może ojciec rozpisał się w mailu, bo w zwykłej wiadomości skończył się limit znaków? Weszła w treść maila, przeczytała pierwsze zdanie i prawie cisnęła komórką przez salę. Ojciec pomylił adresatów, zamiast do jakiegoś studencika, który miał poprawić rozdział, wysłał do niej. Najbardziej w tym wszystkim zirytowało ją to, że zrobił jej taką nadzieję.
— Dupek. — Szepnęła.
Jeszcze kilka lat temu by zrobiła raban i na siłę pojechała na jego wykład. Dzisiaj wiedziała, że to nie ma sensu, nie miała już trzynastu lat. Po prostu musi ciężej pracować, być lepsza z tej literatury. Wtedy będzie miała o czym porozmawiać z ojcem i w końcu dojdzie do jakichś dyskusji, w których udowodni mu, że nie jest gorsza niż jego studenciaki. Może będą w końcu wymieniali się teoriami. Albo zagrają w szachy, kto wie. Może w końcu będzie jak dawniej.
Już miała wyłączyć komórkę, gdy zobaczyła wyskakujące powiadomienie z konfy Ateniątek. Nie angażowała się w ogóle w ich sprawy. Tam dzieciaki pisały same głupoty typu six seven, rizz, a Weronika była ponad to. Kliknęła dymek, tylko dla kontynuacji dołowania się. Wyskoczyły jej jakieś obrazki oraz slogany.
— Czym, do cholery, jest ten Boski Full? OLIMPIJSKA ALFA? Jakiś nowy brainrot? — Mruknęła pod nosem obojętnie, dopóki nie zwróciła uwagi na to, gdzie był sprzedawany i przez kogo.


────
[552 słowa: Weronika otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Erin CD Niketasa — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Ulfert stał i wymachiwał flagą zrobioną naprędce z czyjejś białej koszulki, na której rano napisał kolorowymi markerami „OLIMPIJSKA ALFA” (a przynajmniej taki był zamysł, bo „F” mogło być równie dobrze „E” a „M”, „N”), podczas gdy Erin z Niketasem rozkładali pierwsze oficjalne stoisko, na którym można było nabyć ten boski napój. No i był jeszcze Ashton, któremu ku zdziwieniu dziewczyny Niketas powierzył bardzo odpowiedzialne zadanie, jakim było dostarczenie produktów na miejsce sprzedaży. Pewnie dlatego, że nikomu dobrowolnie nie chciałoby się dźwigać kartonów z puszkami, a że Ashton nie robi dobrowolnie nic, to nadawał się do tej roboty idealnie. Erin do tej pory zastanawiała się, gdzie w domku Hermesa dokonano hurtowej produkcji etykiet, ale nie zdziwiłaby się, jakby okazało się, że pod ziemią mają całą fabrykę i magazyn rzeczy ukradzionych. Takich jak to stoisko z tęczową markizą, które kiedyś miało koła, ale już ich nie miało, więc cała czwórka musiała pchać je na miejsce sprzedaży wybrane przez Niketasa, który podobno zebrał kiedyś dane o najbardziej uczęszczanych miejscach w Obozie w godzinach szczytu i poza nimi (zostawili za sobą długi łysy ślad na trawie, który zapewne za chwilę wywoła zawał u wszystkich dzieci Demeter). Dlatego teraz stali przed pawilonem jadalnym i czekali, aż reszta obozu zacznie schodzić się na śniadanie.
— Ej, a czemu ty tak machasz tą flagą, kiedy jest pusto? — zaciekawiła się Erin.
— Tak na wszelki wypadek, jakby zaraz ktoś przyszedł. Która godzina?
— 7:37 — odpowiedział Niketas, wyjmując z kieszeni zegarek. — Zwykle pierwsi ludzie są tu około 7:42, więc machaj dalej tą flagą. Mięśnie sobie zbudujesz, to będzie ci łatwiej jutro, pojutrze i tak dalej. A ty — wskazał na Ashtona, który właśnie się pojawił — ile jeszcze tych kartonów zostało?
— To… już… ostatni… — wysapał chłopak, brutalnie kładąc pudło na ziemi.
— Cudownie, poszło szybciej, niż zakładałem — Poklepał brata po głowie, jednak szybko cofnął rękę. — Fuj, kiedy ty ostatnio myłeś głowę?
— Z cztery dni temu?
— Czyli możemy dopisać wszy do receptury. Halo gdzie jest receptura????
— Jak to mawiają, receptura zmienną jest — odrzekła Erin, wykładając ostatnie puszki.
— Nikt tak nie mawia??? Ach, no tak, to pewnie powiedzonko dzieci Hekate.
— Dokładnie! Dlatego receptury nie ma i nie będzie, bo większość składników znalazła się tam przez przypadek. Ale nie szkodzi, różnorodność smaków jest teraz atrakcyjna.
Niketas zamyślił się na chwilę, wyjął stos karteczek samoprzylepnych z kieszeni i nabazgrał coś ołówkiem.
— To może mieć sens… — podparł podbródek ręką jak grecki filozof — Co produkcję będziemy zmieniać smak napoju, a co za tym idzie, będzie trzeba rysować nowe etykiety, ale da się zrobić — na te słowa Ulf na chwilę przestał machać flagą, westchnął, po czym wrócił do machania, mamrocąc coś pod nosem.
— Mówiłeś coś? — Niketas obrócił się do brata. — Zawsze mogę obciąć ci pensję, jak ci się coś nie podoba.
— Nie no, wszystko w porządku. Po prostu narysowanie rakiety kosmicznej trzymającej się na balonie z gumy to szczyt mojej kreatywności więc inne mogą nie być takie cool.
— Tym się będziemy zamartwiać później. Patrzcie, pierwsi klienci.
Rzeczywiście, w stronę kantyny zmierzała dwójka dzieci, chłopak i dziewczynka, na oko dwunastoletnich. Z tego, co kojarzyła Erin byli od Apolla. Zatrzymali się przed stoiskiem.
— A co tu rozdajecie? — zapytała dziewczynka.
— Nie rozdajemy, tylko sprzedajemy, a sprzedajemy coś tak zajebistego, że nie pożałujecie żadnych pieniędzy — syn Hermesa wziął na siebie rolę przekonywania klientów (bo pewnie jako jedyny miał do tego talent). — A jako że jesteście pierwszymi klientami, dostaniecie zniżkę wysokości całej jednej drachmy! Niepowtarzalna okazja, nie sądzicie?
— Dobra, a za ile takie?
— 4 dolary.
— ILE?!
— Cena relatywna do jakości — zapewniła Erin, wykładając im dwie puszki.
— To jak będzie? Wiecie, jak to jest, lepiej żałować, że się coś zrobiło, niż że się czegoś nie zrobiło…
— Dobra, już dobra — dzieci wyciągnęły monety z kieszeni. Niketas przeliczył je jeszcze dwa razy, by upewnić się, że wszystko się zgadza, i dopiero wtedy pozwolił na wydanie dzieciakom puszek.
Appollątka odeszły dalej w kierunku jadalni, usiedli przy stole i otworzyli puszki Olimpijskiej Alfy. Kiedy wzięli łyk, dało się słyszeć przeciągłe „WOOOOOOOOOOOOW”.


Niketas?
────
[651 słów: Erin otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Apollodorosa CD Chaita — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

LATO

To była ulga, że Chaitowi też to nadal nie zeszło z myśli, bo Apollodoros ma o tym na tyle złe przeczucia, że nie może o tym skrawku papieru zapomnieć. Gdyby nie pewne… detale to by pewnie dawno zapomniało o sprawie, ot ogłoszenie, które wszystkim wypadło z głowy. Tylko że nie może sobie na to pozwolić.
— Wiem, też je obserwuję od jakiegoś czasu. Podpytałem bardziej sąsiadów i… zaczynam się coraz bardziej martwić. — Doros przygryzł wargę, zanim zaczął mówić dalej. — Wiesz, to wszystko wygląda normalnie do momentu, gdzie sąsiedzi opowiadają o tym w tak dziwny sposób, który dla nich ma sens… w ten sposób. — Od sytuacji z „agentką nieruchomości” połączenie tego wyrazu z konkretnym tonem znaczyło jedno, nie musieli sobie tłumaczyć, to po prostu weszło w nawyk. — Ale okej, może to nic poważnego prawda? Ci tuż nad nami pokazywali mi ostatnio zdjęcia tych zniszczeń, normalnej wielkości gryzoń takich nie robi, to raz. Dwa… hmmm… Jest taki jeden mit o Apollonie Smintejskim, wiesz? Człowiek w wiosce ściąga na siebie boski gniew, co powoduje plagę myszy, które absolutnie niszczą im pola. W micie ojciec odwiedza tamto miejsce i ze względu na pozytywne przyjęcie zabija strzałami tamtą mysią plagę.
— Okej… nie że ci nie wierzę, ale tu chodzi o szczury, z tego, co rozumiemy, tak? — Chait był zmartwiony, oczywiście, ale ewidentnie miał pewne wątpliwości, co nie jest złą rzeczą, ma w tej sytuacji sens po ich przeżyciach tym bardziej.
— To była moja pierwsza myśl, wiesz? Natomiast to nadal na pierwszy rzut oka dość podobne gryzonie, może coś w tłumaczeniu poszło nie tak? Albo w tej piwnicy nie były do rozpoznania? I tak żywią się wszystkim, co tam jest, do zniszczeń, więc jeśli problem nadal jest… My przynajmniej jak coś możemy się łatwiej obronić.
— Dobra jak coś, to po prostu normalna trutka do kieszeni przy okazji, chyba preferowana opcja. — Zaśmiali się niezręcznie z absurdalności tej sytuacji.
Nie śpieszyło im się do zejścia do piwnicy, także ze względu na brak czasu (oraz trutek na przecenie). Z czasem jednak nie mogli przestać tego ignorować, zwłaszcza że jakby ich dłuższe pomieszkiwanie w bloku spowodowało zwiększenie aktywności małych przekleństw, jak je czasami nazywali dla rozładowania napięcia.
Przy wejściu herosa zdziwił brak mocnego zapachu pleśni… nawet te piwnice takie złe nie były, no poza… uczuciem. Że tam głębiej coś jest w „towarzystwie”, że jedyny powód, czemu nie wyczuli jeszcze ich zapachu, to dlatego, że potwory mają gniazda gdzieś w dalszych odmętach pomieszczeń. Szło trochę za kolegą, jakby rzeczywiście to były potwory, to klasycznie łuczników trzyma się jednak w tylnych liniach, tak?
Chwilę po Chaicie zauważył kątem oka ruch, po którym do ich uszu doszedł pisk pomieszany z? Dziwnym, animalistycznym dźwiękiem, ale zbyt głośny na maleńkiego szczura… Nie no, może to jednak akustyka??? Prawda??? Robi z igły widły i to tylko mały gryzoń, tak???
Świst metalu w powietrzu, po chwili przemieszany z piskiem rannej bestii rozdarł powietrze w mgnieniu. One… pomiędzy myszą a szczurem, jakby stały na tylnych łapach, to byłyby wyższe od kilkulatka… Wychudzone, jakby ich głód był nie do zaspokojenia nieważne od ilości pożywienia. Pierwszy zraniony mieczem został wybity z rytmu. Apollodoros zareagował instynktownie, atakując bez wydłużonego namysłu. Uczył się poprawnych podstaw, aż stały się drugą naturą. Nie, że teraz miał czas oceniać technikę strzału, najważniejsze, że przeszyła cel i zadała obrażenia. Kolejna i kolejna tak jak ostrze ucinające głośne piski tych… istot.
Nie każde uderzenie Chaita trafiało, niektóre strzały Dorosa chybiły, trafiając w posadzkę, ale się trzymali. Żadne obrażenia, których nie jest w stanie zaleczyć po wszystkim. Stadko powoli spotykało się ze śmiercią, ale nadal, to, że jest ich tyle... i jakby chodziły większymi klatkami wentylacyjnymi… To będzie cały blok do wytępienia.
Zaszumiało jeno w uszach po walce, nagle po ciągłym hałasie słychać było tylko wodę w rurach… Sprzątanie nie było przyjemne, ale konieczne. Leczenie zadrapań i ran znane, o wiele przyjemniejsze dla półboga. Jest to dla jeno… forma komfortu, pomagać w ten sposób. Wrócili do siebie windą, nie mieli jakoś ochoty na schody. Czeka ich teraz długa droga do kompletnej „deratyzacji”, ale jedno stadko mniej, to jedno mniej.


Chait?
────
[670 słów: Apollodoros otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja — „Sen o Rylandzie”

— Pospiesz się! — krzyczał na niego ktoś zza drzwi. — Spóźnimy się!
— Już idę! — odparł, otwierając oczy. Niepewnie rozejrzał się po pokoju, który wyglądał jak wyjęty prosto z bajki o dzikim zachodzie.
Nagle wszystko sobie przypomniał. Całą podróż z Sony… nie, to była Erin. Ale z obozu wyszedł z Sony… No, może się przemieniła. Nieistotne. Podszedł do szafy, aby się ubrać, ale okazało się, że był już ubrany. Był pewien, że nie spał w wyjściowych ciuchach. Musiał przegapić moment, kiedy się przebierał. W końcu wyszedł z pokoju, gdzie czekała na niego znajoma obozowiczka.
— Gdzie my tak właściwie idziemy? — zapytał Erin, która stała zniecierpliwiona przy ścianie.
— Wykonać misję od Apollo — odpowiedziała obojętnie. — Nie mów, że nie pamiętasz?
— Od Apollo? — zdziwił się Mikołaj. To imię… lub nazwa? coś mu mówiło, ale nie mógł przypomnieć sobie co. W końcu coś zaczął kojarzyć. — W sensie, Apollo 13? Jesteś z NASA?
— Co? — Erin spojrzała na chłopaka rozbawiona i powoli zaczęła schodzić po schodach. Mikołaj poszedł za nią. — Niee, Apollo boga mpregu. Popełnił błąd w obliczeniach i teraz my musimy go naprawić.
— Aha… fajnie — przytaknął. — A gdzie jesteśmy?
— Jak to, gdzie? — zdziwiła się dziewczyna. — W Nowym Rylandlandzie, w Kansas. Apollo wysłał nas tutaj rakietą, bo to taka dziura, że nawet psy przestały szczekać dupami.
Mikołaj przyjął te informacje tak, jakby były oczywistą oczywistością. Nie zadawał więcej pytań, po prostu szedł za Erin, która zdawała się wiedzieć, co robi.
Wkrótce wyszli z niewielkiego domku i znaleźli się w uliczce, którą Mikołaj doskonale znał, mimo że nigdy wcześniej w niej nie był. Wyglądała dokładnie tak, jak w oczach jego wyobraźni wyglądało miasteczko z siódmego tomu „Zwiadowców”. Na środku była nawet wielka, drewniana szubienica, na której chłopak spodziewał się zobaczyć książkowego Halta. Zamiast zwiadowcy, na podeście stał jednak jakiś blondyn.
Drugą rzeczą, jaka przykuła jego uwagę, był wygląd mieszkańców. Wszyscy wyglądali niemal identycznie. Różnili się wzrostem, kolorem włosów lub ubiorem, ale łączyła ich twarz. Wszyscy, co do jednego, wyglądali jak Ryan Gosling. Jedynymi ludźmi w zasięgu wzroku chłopaka, którzy wyglądali inaczej byli Erin oraz stojący na podeście mężczyzna.
— Oni są z kazirodztwa? — zapytał Mikołaj na głos, nie przejmując się tym, że ktoś może go usłyszeć. Jakimś cudem nikt się nie odwrócił.
— A myślisz, że jak powstało to miasto? Bóg mpregu wie, co robi. — wzruszyła ramionami Erin. — Zamknij się, słucham.
Jak na zawołanie, odezwał się Ryan Gosling stojący obok skazańca.
— Niniejszym oświadczam, że ten tutaj oto stojący OBCY SZKODNIK… jak mu tam? Lucas Veneryland… jest WINNY — przemówił donośnym tonem, a tłum zaczął wiwatować.
— Ja chciałem tylko… pluszaka! — tłumaczył się Lucas. — Dla mojej Ruby!
Tłum zaczął buczeć.
— Cisza! — krzyknął Ryan Kat Gossling. — Więc powiedz nam! Pochwal się! Dlaczego dajesz małemu dziecku… PREZENTY.
— No bo… — Lucas spojrzał na niego błagalnym spojrzeniem. — kocham moją córeczkę…
— Kochasz DZIECKO?! — znowu zagrzmiał. — TO NIEDOPUSZCZALNE!
— ŚCIĄĆ GO O GŁOWĘ! — krzyknął z ziemi Ryan Gosling wyglądający jak Królowa Kier.
— Lucas Veneryland zostaje skazany na ścięcie i dostaje BANA NA ŻYCIE! — krzyczał dalej Gosling Kat.
— To nasza szansa — poinformowała Mikołaja Erin i zdjęła opaskę z oka. Z miejsca, w którym powinno być oko, zaczęła strzelać laserami, powalając na ziemię armię Ryanów Goslingów. — Teraz!
Mikołaj nie wiedział, co ma robić. Podświadomość kazała mu biec przed siebie. Wbiegł na ścianę budynku i odbijając się od krawędzi dachu, wskoczył na drewniany podest. Podniósł z podłogi miecz, którego jeszcze przed chwilą tam nie było i zaczął walczyć z katem.
— Spierdalaj do Barbielandu! — krzyknął, spychając mężczyznę z podestu.
— Jestem Ryland! — odpowiedział Ryan Gosling, po czym zniknął, zastrzelony laserem Erin.
Mikołaj chwycił Lucasa za rękę i pobiegł przed siebie, ciągnąc go. Po chwili dołączyła do nich Erin i całą trójką uciekali przed armią goniących ich Rylandów.
Ucieczka nie trwała jednak dlugo. Zanim zdążyli uciec z miasta, przed nimi wyrósł kolejny podest z gilotyną.
— Myślicie, że wrócicie do domu? — zapytał stojący na górze Ryland, uśmiechając się złowieszczo. — Wiecie co się z wami stanie? Patrzcie na to!
Ryland wyjął… chyba z dupy? zza pleców pluszowego Rylanda. Położył pluszaka pod szubienicą i spojrzał głęboko w oczy Lucasa.
— Nie… — wyszeptał Lucas.
— Tak! — krzyknął Ryland i opuścił nóż. Pluszowa głowa Rylanda stoczyła się z podestu i zaczęła toczyć przez miasto niczym śmieszna kula z dzikiego zachodu.
— Uciekamy! — krzyknęła Erin i zastrzeliła Rylanda laserem. Szkoda tylko, że na jego miejscu pojawiło się dwóch nowych.
Tym razem przed nimi pojawiło się auto, kierowane przez jakiegoś księdza. Na miejscu pasażera siedziało Sony, zadowolone popijając energetyka. Rolę kół w aucie pełniły głowy Rylandów… ale to chyba nie jest istotne.
— Wsiadajcie! — krzyknęło Sony, otwierając tylne drzwi.
Cała trójka wsiadła bez zadawania pytań. Jechali przez Nowy Rylandland dwieście na godzinę, a mimo tego nie byli w stanie uciec przez goniącą ich armią Rylandów. W końcu prowadzący auto Adam postanowił zawrócić. Teraz jechał prosto na biegnący tłum. Jechał… jechał… jechał… i wjechał.
I wszyscy wybuchli.
Kiedy Mikołaj obudził się następnego dnia, potrzebował kilku minut, aby zastanowić się nad życiowymi wyborami. Przetarł oczy i przypomniał sobie, że znajduje się w salonie znajomego. Była piąta rano, a wszyscy pozostali nadal spali. Na stoliku stała pusta butelka po wódce, a obok niej laptop, który aż wył od przegrzania. Na wciąż niewygaszonym ekranie wyświetlony był dokończony „Projekt Hail Mary”. Pod stolikiem leżał pluszany Ryland. Dokładnie taki sam, jaki w jego śnie zginął pod gilotyną.
Mikołaj nie wiedział, co ma myśleć o tym śnie. Był jednak pewien jednej rzeczy. Kiedy wróci do obozu, koniecznie musi zapytać Erin, czy naprawdę potrafi strzelać laserami z oka.


────
[890 słów: Mikołaj otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia, Aleks nie chce nigdy więcej rozmawiać o tym opowiadaniu]

sobota, 6 czerwca 2026

Od Lucasa — „Magia astrofagów”

— Więc jak z Monice?
Lucas westchnął ciężko, podpierając swoją głowę o dłonie.
Ostatnim czasem wyglądał odrobinę lepiej. Przez wakacje udało mu się całkiem wypocząć, ale tylko od nauki. Ruby jest coraz bardziej ruchliwa i ciekawska świata. Pomału też zaczyna mówić. Potrafi powiedzieć tata i…. to tyle na razie.
— Na pierwsze…. spotkanie poszliśmy do parku rozrywki — Lucas zaczął opowiadać, przyglądając się zaciekawionemu Irielowi. — Bawiliśmy się naprawdę dobrze. Wiesz, jak byłem mały, często odwiedziałem tego typu miejsca. Upolowałem jej nawet misia.
— Spotkanie? Boże, Lucas mów wprost, randka. Serio stary, nie ma co się wstydzić.
— Jeszcze nie jesteśmy razem — sprostował. — To dopiero takie… wstępne poznawanie się. Niby mówiła, że nie miałaby nic przeciwko, żeby również zajmować się Ruby. Monice jest z wielodzietnej rodziny, a jako najstarsza, można by rzec, że od zawsze kimś się zajmowała.
Lucas chwycił za leżący obok telefon.
— To już jest 16! — Krzyknął, podnosząc się. — Opowiem ci kiedy indziej Iriel, ja muszę lecieć! Opiekuj się Ruby, tak jak ci powiedziałem, dobrze?
Iriel przytaknął, obserwując jak Lucas w pośpiechu ubiera cienką kurtkę, a następnie wybiega z urodziwej kawiarenki. Za wszystko na świecie zapomniał, że dziś jest umówiony z Monice, i to jeszcze w San Francisco.

— Już myślałam, że mnie wystawiłeś — Monice poprawiła swoje loki, patrząc na rozczuchranego Lucasa.
— Przepraszam najserdeczniej… Musiałem oddać przyjacielowi Ruby na ten czas — Lucas zaczął się tłumaczyć, próbując złapać oddech.
Kobieta zaczęła się rozglądać wokół. Byli omówieni do kina.
— Na co właściwie idziemy? — zapytała Monice.
Lucas wyprostował się, rozglądając się po pomieszczeniu. Oko przykuł mu plakat filmu, gdzie główną rolę grał Gosling.
— Może… Hail Mary?
— Hmm… może być…

— I co, podobało jej się? — zapytał Iriel.
Był kolejny dzień. Spotkali się w tym samym miejscu co wtedy.
— Tak bardzo, że potem poszliśmy na mały spacer, do parku obok. Tam mi powiedziała, że… w sumie to chciałaby spróbować czegoś więcej niż tylko spotykanie się po przyjacielsku.


────
[307 słów: Lucas otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

Od Dahlii CD Isobel — „To twój ciężarek?”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Wystarczył jeden rzut oka na plecak, żeby stwierdzić, że był zdecydowanie jej. Już miała otworzyć usta, żeby wydusić jakąś odpowiedź, ale Isobel była pierwsza. Wychyliła się zza szafy.
— My to tam wuj, co ten plecak robi na twoim ramieniu? — Oskarżycielsko wskazała palcem.
Pan Falafel obrócił się na pięcie i zniknął z pola widzenia.
— Za nim!
Zanim Dahlia zdążyła zorientować, w jakiej sytuacji są, przed jej oczami mignęła burza rudych włosów.
— Wspaniale. — Mruknęła.
Po czym również zbiegła po schodach, przeskakując kilka stopni naraz w dół.

Gdy wybiegła z klatki, szybko zauważyła, w którą stronę biegną. Isobel coś wykrzykiwała w kierunku typa, oby nie obudziła całego osiedla. Jeszcze by tego brakowało, żeby jacyś sąsiedzi się zbiegali. Mogli w dodatku okazać się typami spod ciemnej gwiazdy. Dahlia oczywiście podążała za nimi, ale podejrzewała, że nowo poznana koleżanka zaraz padnie z wyczerpania. Dobrze, że w przeciwieństwie do niej, chodziła regularnie na tę głupią siłownię. I uciekała z innymi dorosłymi półbogami przed potworami.
Zastanawiała się jak najprościej zatrzymać ziutka. Owszem, były tutaj jakieś chwasty, ale bardzo słabe. W dodatku nie chciała znowu wyjaśniać, czy przekonywać, że Is ma tylko schizę po iluśtam godzinach pracy. Albo, że się uderzyła w głowę. Po zobaczeniu całej sadzonki wyrastającej znienacka z doniczki i oplatającej uciekającego. I tak to miasto całe śmierdziało bogami oraz mitologią. Nieco inną, bo rzymską, ale są pewne podobieństwa.
W pewnym momencie złodziej skręcił na schody, uciekając w dół, w stronę parku. Wtedy byłoby prościej zagarnąć go bezszelestnie jakimś krzakiem? Dahlia dużymi susami przeskoczyła rząd stopni, po czym skręciła w lewo. Zastanawiała się, gdzie w ogóle jest Isobel. Czyżby opadła z sił i teraz odpoczywa na górze?
Biegła wzdłuż wysokiego muru. W oddali słyszała, pomijając odgłosy tenisówek odbijających się od podłoża, szum wody i wrzask mew. Nie słyszała nikogo innego.
Nagle zauważyła spadający kształt. Cała scena odgrywała się niczym w zwolnionym tempie. Osoba zniżała, rude włosy w świetle pobliskiej latarni powiewały wściekle na boki. Machała nogami, Dahlia w którymś momencie zauważyła dziwne odbicie w powietrzu, które wypchnęło dziewczynę do przodu. Lądowała kolanami na barkach złodzieja. Impet zmiótł go na auto jak pacynkę. Wyrżnął twarzą, to na pewno nie było przyjemne, zawył z bólu. Isobel również się potoczyła po chodniku.
— O jasna cholera. — Krzyknęła odruchowo Dahlia, komentując całą sytuację.
— Nic mi nie jest! — Odkrzyknęła Isobel.
Po czym ruszyła od razu w kierunku Falagamusa i wyszarpywała plecak. Na to córka Demeter już była zbyt zdziwiona.
— Pojebało cię, laska.
— Patrz, mamy twój plecak! — Is wychrypiała, prawdopodobnie czując jeszce impakt z upadku.
Chciała zamachać nim wesoło w powietrzu, ale widocznie plecak miał swoją wagę i opadł na chodnik. Dahlia pomogła jej wstać, rzuciła tylko okiem na złodzieja, ale coś innego przykuło jej uwagę.
— Idziemy, szybko! — Rozkazała.
— Co się dzieje?
Nagle zawyły syreny policyjne.
— Zaatakowałyśmy gościa i ukradłyśmy mu plecak. Uciekajmy, nie wyjaśnimy się tam.
Isobel kiwnęła głową i chciała zrobić kroki do przodu, ale się zachwiała. Nic dziwnego, mimo wszystko skoczyła na kogoś. Może kolana jej rozbolały, może uderzyła się w głowę? Dahlia już nie traciła czasu na wyjaśnienia, tylko przerzuciła dziewczynę przez ramię i od razu puściła się biegiem. Nagle usłyszała typowy dla nowej koleżanki potok słów.
— Ale ciężki ten plecak. Co tam nosiłaś w nim, cegły? Na dodatkowe obciążenie na maszynę? — Rozległ się dźwięk otwierania plecaka. — O kur… czaki. Dahlia, musisz koniecznie uciec przed pałami! Pronto!
— A co ja robię?! Co tam w ogóle jest?!
— Wygląda jak eeeeeee… — Zaskakująco długo zbierała myśli. — Tak to się nazywa? Heroina? Nie, dobra. Kokaina. Wygląda to jak bochenek kokainy.
Nogi się pod Dahlią prawie ugięły. To chyba miało sens, zabranie wyświechtanego plecaka innej osoby. Co prawda nie wiedziała do końca, czy z niego by się dało zebrać jakiekolwiek informacje o niej, czy tam DNA, czy cokolwiek innego, ale poczuła dreszcze. Jak policjanci je przeszukają, to trafi do pudła na co najmniej kilka lat.
— Możesz mnie puścić, czuję się lepiej, tylko weź ten plecak! — Krzyknęła po chwili Isobel.
Gdy już postawiła ją na ziemi, biegły dalej. W pewnym momencie skręciły w alejki, byleby zgubić trop. Plecak nie był ciężki, ale Dahlia miała poczucie, że się jej wrzyna boleśnie w ramiona. Za dużo się działo dzisiaj. Isobel w pewnym momencie weszła na schody przeciwpożarowe i zajrzała przez pierwsze, lepsze drzwi, po czym pogmerała w mechaniźmie. Ustąpił od razu.
— Szybko poszło, podobnie jak ten skok w powietrzu. — Zauważyła z przekąsem Dahlia.
Zamknęły za sobą drzwi i szybko opadły na podłogę, procesując zdarzenie.
— Jaki skok w powietrzu? Ktoś się chyba tutaj nie wyspał i ma jakieś schizy. — Zaprzeczyła żywo Isobel. — Wydawało c—
Is nie zwracała uwagi na znaki koleżanki, która usilnie próbowała ją ściszyć. W tym momencie po prostu zatkała ręką jej usta. Słyszały, jak kroki przebiegały obok, w tym rozmowę przez krótkofalówkę. Mało brakowało, a by usłyszeli klasyczny potok słów. Gdy już przycichły, a dziewczyny zdążyły złapać oddech i rozejrzeć się po, jak się okazało, zamkniętym lokalu sklepowym.
— Życie już wystarczająco mi rzuca dzieciakami Hermesa, ale chociaż nie wrzucaj mnie do więzienia. — Skomentowała Dahlia, zdejmując rękę.
Spojrzały od razu na plecak znajdujący się w kącie. Jakby był niebezpiecznym zwierzęciem, zdolnym w każdej chwili do ataku. Lub tykającą bombą.
— Co robimy z tym, eee, bochenkiem kokainy?


Isobel?
────
[850 słów: Dahlia otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 2 czerwca 2026

Od Dantego CD Ivy — „For The Hell Of It”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, rok temu

Nie mogłem uwierzyć własnym uszom! Ivy, ten Ivy, zgodził się ze mną wyjść. Uśmiechałem się jeszcze długą chwilę, zanim poluźniłem napięte mięśnie twarzy.
— W takim razie o osiemnastej.
Ivy nie odpowiadał dłuższą chwilę. Widziałem, że ucieka wzrokiem; spogląda a to na szyld jednego ze sklepów odzieżowych, a to na przechodzącą parę nieznajomych. Nie podobało mi się, że mnie tak ignorował, ale nie mogłem też pozwolić, by nasza relacja już na wstępie została zepsuta. Postanowiłem udawać, że tego nie zauważam.
— Dobrze. Niech będzie.
Uśmiechnąłem się szeroko do mężczyzny na pożegnanie i odszedłem w swoją stronę. Najchętniej poczekałbym u niego w domu, ale przecież musiałem się przygotować. Znaleźć ciuchy, buty, ułożyć włosy i zrobić twarz. Miałem nadzieję, że kiedy się spotkamy, on również ubierze się inaczej niż zwykle i pozwoli mi się poznać z innej strony. Byłem taki ciekawy jego osoby. Jego upodobań do spędzania wolnego czasu, jego pijanego głosu i chwiejnych kroków. Chciałem to dzisiaj wszystko zobaczyć.
Byłem pierwszy. Czekałem przed wejściem do wybranego klubu i oglądałem się w przedniej kamerce telefonu. Wiał akurat dosyć lekki wiatr i rozgarniał moje ułożone włosy we wszystkie strony.
Ivy się nie spóźnił. Zjawił się dziesięć minut przed osiemnastą. Na ramiona narzucony miał długi, czarny płaszcz. Wyglądał oszołamiająco.
— Hej! — Przywitałem mężczyznę żywym machaniem ręki. Zauważyłby mnie pewnie z kilometra — nie bez powodu lubiłem ubierać się na kolorowo — ale sam jego widok poprawił mi humor i nie mogłem się oprzeć, by do niego nie pomachać.
Ivy podszedł zupełnie niespiesznie. Nie uśmiechnął się wcale, ale wytłumaczyłem sobie, że to pewnie ze stresu, bo wyglądał na osobę, która nie chodziła do klubów w ogóle.
— Usiądźmy gdzieś na boku.
Powiedział to od razu, kiedy złapałem za klamkę i pociągnąłem drzwi do siebie, by je otworzyć. Wolałem zazwyczaj siedzieć bliżej baru, ale postanowiłem zrobić tym razem wyjątek — wszystko po to, by zbyt szybko się nie zniechęcił i został ze mną do samego rana.
— Wolisz piwo czy drinki? — zapytałem od razu, kiedy usiadłem. Wolałem przejść do konkretów. Przecież nie będę tutaj siedział o suchym pysku. — Ja zazwyczaj zaczynam od mniejszych drinków.
— Wolałbym na razie coś… bezalkoholowego. — Przewiesił swój płaszcz przez oparcie krzesła. — Wydaje mi się, że też powinieneś tak zacząć. Czasem dobrze jest spróbować zabawy całkiem na trzeźwo. Ciągłe picie jest niezdrowe.
Przewróciłem oczami. Nie przyszliśmy tutaj przecież, żeby pić owocowe soczki. Nie przyszedłem też tutaj po to, żeby słuchać morałów, bo takich nasłuchałem się już wiele w całym życiu. Chciałem tylko dobrze spędzić czas.
— Raz można sobie pozwolić — próbowałem zachęcać go dalej. — Może wezmę ci coś, co sam lubię?
Ivy wyraźnie się zawahał. Zauważyłem przebiegający po jego twarzy cień wątpliwości i niechęci.
— Proszę, weź m-
— Zaczekaj tutaj. — Podniosłem się szybko, nie pozwalając mu celowo dokończyć zdania. — Zaraz wrócę.
Bez dalszego namawiania poszedłem do baru i zamówiłem dwa takie same drinki — kolorowe, w małych szklankach, żeby nie zaczynać od razu od większych i o całkiem delikatnych alkoholach, by nie zrazić od razu Ivy'ego. Sam drink miał pewnie ledwo pięć procent i mógł jedynie połaskotać nasze palce u nóg, ale lepiej zacząć w taki sposób, niż narazić siebie na utratę nowego przyjaciela.
Postawiłem szklanki na stoliku i usiadłem na krześle naprzeciwko mężczyzny.
— Zaufaj mi — uśmiechnąłem się, jak zawsze, całkiem przekonująco — nie będzie mocny. Chciałem tylko, żebyś spróbował moje smaki.
Nawet jeśli Ivy w głowie kwestionował swoje decyzje i tak postanowił spróbować swojego napoju. Nie skrzywił się, ale też się nie uśmiechnął.
— Całkiem dobre — przyznał. — Powiedz mi, jak często tutaj przychodzisz?
— Może cztery razy w tygodniu? — zastanowiłem się. — Czy to jakieś pytanie pułapka?
Pokręcił głową.
— Nie, ale nie uważasz, że to zbyt często?
Zmarszczyłem brwi. Nie spodobało mi się, że zaczął prawić mi kolejne morały.
— Uważam, że to nawet zbyt rzadko.
Ivy nic nie odpowiedział. Może to i lepiej? Gdybym znowu w odpowiedzi usłyszał coś w rodzaju morału, to chyba nie zdołałbym siebie dłużej powstrzymywać. Czy to, że tak często bywam w klubach było problemem? Czy to właśnie przez to mógłby mnie przestać lubić?
— A tak w ogóle, Ivy, mój drogi, jesteś może wolny?
— Jutro jestem zajęty. Właściwie, do końca tygodnia jestem zajęty.
— Nie o to pytam.
Niemożliwe, że był taki nieświadomy. Niewinny. Całkiem to urocze.
— Jeśli chodzi o resztę miesiąca, to również może być problem. Więcej raczej nie chciałbym z tobą wy…
— Poczekaj — przerwałem mu. — Naprawdę nie rozumiesz, o co pytam?
Pochyliłem się do przodu i zamrugałem parę razy. Nie do wiary.

Ivy wyjdziesz za mn?
────
[720 słów: Dante otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]