wtorek, 26 maja 2026

Od Kuźmy CD Ricky'ego — „I was thinking… Maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

– Ricky, ty jesteś kurwa głupi? – syczy Kuźma i trochę zaskoczona dostrzega, że niektóre dzieciaki Wulkana z jakiegoś powodu prychają głupkowatym śmiechem. Pojedyncze nawet szepczą pod nosami: „dobre” i kiwają do siebie głowami, jakby w uznaniu. Kuźma nigdy nie sądziła, że nadrabianie kultury internetowej kiedykolwiek jej się przyda, ale w tym momencie wątpi w niezawodność tego stwierdzenia tak mocno, że aż ją palce świerzbią, żeby szybko zairyfonować do Anastazego i ochrzanić go za ciągłe odkładanie w czasie zbudowania dla niej funkcjonującego iFajstosa.
– Dobra – wreszcie mówi lider Wulkaniątek, niesamowicie butny heros o ostrych rysach i surowym wyrazie twarzy. – Idziemy na układ. Budujemy wam te kółeczka. Ale nie za darmo.
– Czego niby chcecie? – prycha Kuźma, nie zdając sobie sprawy z tego, że wyplucie tych słów w taki sposób raczej przysporzy jej więcej kłopotów niż… życzliwości drugiej strony ich marnego paktu.
Nagle chłopiec gubi gdzieś całą swoją pewność siebie i potrzebował do tego tylko krótkiego pojedynku na spojrzenia z Kuźmą. W niezręcznej ciszy, która zapada pomiędzy nimi, on uśmiecha się drżącymi ustami i wykonuje nieokreślony gest ręką, chyba chcąc coś w ten sposób wytłumaczyć. W odpowiedzi Kuźma marszczy brwi, próbujac tym samym dać mu znać, że nie ma najmniejszego pojęcia, co on chce jej przekazać. Najwyraźniej chłopiec też nie wie, bo przez dłuższą chwilę wysyłają sobie nic nie znaczące znaki i dopiero po paru dłużących się sekundach Wulkaniak znowu zabiera głos (gdy Ricky już miał zarzucić kolejnym błyskotliwym żartem, którym podbniłby każdą scenę stand-upową w okolicy).
– Miałem zapytać, czy macie coś do zaoferowania… – Te słowa sprawiają, że Kuźma jeszcze mocniej marszczy brwi, bo nie jest pewna, czy ona kiedykolwiek ma bądź miała cokolwiek do zaoferowania oprócz swojej obecności i paru drobniaków skradzionych z kuchennego blatu, gdy Gaudencja nie patrzyła. Chłopiec, choć pozuje na wspaniałego lidera, wzdryga się nerwowo. – Ale… Wystarczy parę części zastępczych. Taka zwykła, mała opłata.
– Części zastępcze? – odpala się Ricky, jego oczy lśnią blaskiem niezdrowego podekscytowania, od którego Kuźmie chce już się rzygać. Kończą jej się jakiekolwiek pomysły, co ten idiota znowu wymyślił. Po pewnym czasie zgadywanie przestało mieć jakikolwiek sens. – Czyli na przykład…
– POOO PROSTU JAKIEŚ ŚRUBKI, HAHA – przerywa mu syn Wulkana, swoją drogą zdecydowanie zbyt donośnie i z za małą dozą szczerości. Aktorem nie byłby za dobrym, nawet gdyby urodził się dzieckiem Bachusa. – Tak. Śrubki. Ech. Cokolwiek. Gdzie wy macie tę trumnę?
– Pod moim łóżkiem! To znaczy, właściwie to już nie pod, a obok, bo ją stamtąd wytargałem, ale problem właśnie jest w tym, że nie mogę jej przetargać dalej bez zerwania sobie co najmniej dziesięciu mięśni, jeśli wiecie, co mam na myśli. No i mamy szkopuł taki, fajny byłby jakiś wózek widłowy albo coś, ale tego w Obozie chyba nie mamy. Zreszyą, już ustaliliśmy, że kółka, no i będą kółka – rozgadany prowadzi ich w stronę baraku piątej kohorty. Zanim wychodzą z warsztatu, Kuźma zauważa, że syn Wulkana z miną pełną boleści zakłada na dłonie bardzo grube rękawiczki i jest poklepywany przez swoje rodzeństwo, które cicho życzy mu powodzenia. – W ogóle, jak masz na imię?
– Alvin – odpowiada bardzo smutnym, ale równocześnie zdeterminowanym tonem. – W tej trumnie coś jest?
– Eee, nie wiem czy W. Raczej obok, mam taki makaron z grzybami, który własnie musimy zuty… Znaczy. Makaron z grzybami, którego możesz spró-
– Nie – stanowczo ucina Kuźma.
– No eeeeeeeeeeej!
– Chcesz, żeby on też przeżył to, co ty przeżyłeś w ambulatorium? Albo coś jeszcze gorszego?
– Jesteś dobra w straszeniu ludzi, wiedziałaś? – Ricky chichocze pod nosem, nie zważając na to, jak mocno krzywi się Kuźma po usłyszeniu jego słów. – W każdym razie, musisz i tak uważać na tę trumnę, bo jest z czystego ołowiu, dlatego grzyby tego nie przeżrą, jak przeżarły wszystko inne. A myślałem że serio będą dobrym sosem do spaghetti.
– Chyba… chyba jednak muszę wrócić, wiecie? Wziąć jakiś… kombinezon albo coś… – mamrocze Alvin, nerwowo bawiąc się swoimi rękawicami.
– Nie martw się – kąśliwie rzuca Kuźma. – Jak widać, wciąż żyję. Niestety.


Ricky?
────
[638 słów: Kuźma otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Raine umiera


Raine Cardenas


Życie półboga ma to do siebie, że zazwyczaj kończy się zbyt wcześnie i w brutalny sposób. Nie umniejsza to jej tragedii i zawsze pozostanie niesprawiedliwe. Niestety, czasami jedyne, co inny półbóg może zrobić, to pozostawienie w miejscu śmierci czegoś ważnego dla zmarłego przyjaciela — istotnej pamiątki, wspomnienia, lub siatki z pieczarkami.

Od Filemona CD Raine — „Grzybiarze wcale nie są lepsi od Karyn”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Filemon podjechał pod budynek banku i zatrzymał się przed stojakiem na rowery. Zawsze bał się, że pewnego dnia ktoś ukradnie mu ten rower, bo jest bardzo ładny i nawet z daleka można stwierdzić, że dużo kosztował, ale jakoś zaganiał te myśl i o tym zapominał.
Rower przypiął na dwa zabezpieczenia — bo uważał, że to w jakiś sposób uchroni jego ulubiony sprzęt przed kradzieżą — a klucze wcisnął do kieszeni spodni. Miał już wchodzić do budynku, w którym codziennie cierpiał, kiedy zauważył tego samego dzieciaka, co wcześniej. Granatowe włosy, crocsy i… miecz w jednej ręce. Tym razem nie była to siatka ze świeżymi pieczarkami. Tym razem był to miecz i na pewno nie zabawkowy (chociaż Filemon próbował sobie wmówić, że jest to plastikowa zabawka).
Młody grzybolog uciekał przed czymś dużym i obrzydliwym. Filemon zauważył charakterystyczną czerwoną skórę potwora, przez którą zjeżyły mu się włosy na karku. Stał dłuższą chwilę przed wejściem, ignorując notorycznie zamykające się i otwierające automatyczne drzwi za plecami.
Pewnie, gdyby ruszył się wcześniej, odwrócił i zignorował krzyki oraz ryki potwora, nie musiałby uczestniczyć w tym, w czym zaraz będzie. Raine go bardzo szybko zauważył. Uniósł rękę i pomachał do niego błagalnie, czego nie dało się w żaden sposób nie spostrzec. Filemon miał na nosie okulary. Doskonale wiedział, że machnięcie jest skierowane ku niemu.
Zacisnął zęby. Nie ruszył się z miejsca nawet na krok, patrząc jak Raine ucieka przed ogromnym potworem. Zastanawiał się, co widzieli zwykli ludzi. Co widziałby on, gdyby nie został przeklęty półbóstwem? Dwumetrowego faceta z kominiarką na twarzy? A może niewyróżniającego się z tłumu typowego patusa?
Dotychczas nie mieszał się w sprawy półboskie. Ignorował umierające na ulicach dzieci, bo próbował wieść życie zwykłego śmiertelnika, którym przecież nie był. Przechodził obojętnie obok małych mitologicznych stworzeń. Nie rozmawiał o bóstwach, bo udawał niewierzącego, którego nie interesują nawet mitologiczne książki. To wszystko działo się do dzisiaj.
Pierwszy raz od kilku lat Filemon dotknął palcami swój zegarek nie w celu sprawdzenia, która jest godzina, czy w celu nastawienia wskazówek. Dotknął go w taki sposób, w jaki przywoływał kiedyś swoją broń. Zegarek przekształcił całą swoją konstrukcję, magicznie zmieniając się w długą włócznie z naostrzonym grotem.
Raine ufał Filemonowi bardziej, niż powinien. Nie miał przecież gwarancji, że obcy mężczyzna, który na dodatek za każdym razem był dla niego wredny, pomoże mu w zagrożeniu życia.
— Pierwszy raz widzę coś takiego! — krzyknął, przybiegając do Filemona. Mężczyzna przewrócił oczami. — Co to jest?!
— Coś, co cię pewnie zaraz zabije — syknął.
Mógł nie tłumaczyć Raine z czym będą musieli się mierzyć, ale skoro był już na tyle miły, by wyjść ze swoją prawdziwą tożsamością oraz pomocną dłonią, to w innych kwestiach może pozostać dupkiem.
— Obronię cię! — odkrzyknął z pełnym entuzjazmem. — Dobry z ciebie facet, wiesz? Naprawdę! Jesteś moim najlepszym przyjacielem.
Filemon zamknął na dwie sekundy oczy. Raine był strasznie naiwny skoro uważał, że jest w stanie coś zdziałać przeciwko takiej bestii.
— Najlepiej byłoby, gdybyś stąd uciekł.
Raine jednak nie słuchał. Musiał uznać, że jest jakimś bohaterem, który uratuje swojego nowego przyjaciela — którym Filemon nie był — i postawi na szali własne życie. Rzucił się do przodu i zaczął wściekle wymachiwać rękoma w stronę potwora, by zwrócić jego uwagę. Filemon stał zaraz za nim i wściekle zaciskał palce na drzewcu włóczni.
Nawet jeśli Filemon mógłby z boku popatrzeć na żałosne poczynania Raine, to nie chciał być świadkiem kolejnej bezsensownej śmierci. Obrócił w rękach włócznie i uderzył Raine samą drewnianą częścią. Cios w kolana był na tyle dobrze wymierzony i na tyle mocny, że od razu posłał półboże na ziemię.
Złapał Raine za materiał spodni i pociągnął do siebie, jakby był wypchaną watą zabawką.
— Co, bawisz się w bohatera? — Posłał mu groźne spojrzenie. — Jak chcesz się zabić, to proszę bardzo! Nie będę ci nawet w tym przeszkadzać, dzieciaku.
— Razem możemy go pokonać! — Wyrwał się Filemonowi i dosyć niezgrabnie stanął na prostych nogach. Była zima, a Raine wciąż chodził w tych samych crocsach. — Ogólnie, to uważam, że on wcale nie jest taki wielki!
Potwór akurat zdążył do nich dobiec i uderzył wielką łapą w chodnik tuż obok ich dwójki. Filemon odskoczył do tyłu, trzymając przy sobie Raine, który nawet nie zdążyłby zrobić uniku, gdyby nie pomocny mężczyzna z banku.
— Może jednak jest trochę wielki — wyszeptał. — Ale! Ale uważam, że jesteśmy w stanie go zabić razem!
Większych farmazonów Filemon nie słyszał od wielu lat. Kto mógłby być tak odpowiedzialny, by lecieć w stronę wielkiego, chyba czterometrowego, potwora z myślą, że jest w stanie zrobić mu jakąś realną krzywdą? Odruchem każdego myślącego człowieka była ucieczka.
— Słuchaj, nie bawi mnie to.
Filemon z całych sił próbował odciągnąć Raine od potencjalnej śmierci. Nie wiedział, dlaczego to robił i dlaczego tak bardzo zależało mu, żeby półbogowi nie stała się krzywda, ale nie mógł dłużej patrzeć na te żałosne próby odgrywania super bohatera. Raine przez cały czas mu się wyrywał, krzycząc coś o pomocy i o tym, że znalazł najlepszego przyjaciela na świecie i że na pewno wspólnie będą w stanie zabić tę bestię.
— Patrz na to. — Raine zacisnął palce na rękojeści swojego miecza. — Wezmę go z tej strony, a ty z drugiej!
Filemon nie wiedział, o której stronie Raine mówi. Potwór był duży, ciągle próbował uderzyć ich swoimi łapami, a na dodatek nie posiadał widocznych słabych punktów.
— Nie! — krzyknął, poirytowany. — Zabieraj się stąd, dzieciaku!
Raine pozostał głuchy na te słowa. Rzucił się biegiem w stronę potwora. Uniknął jeden z jego ataków, a Filemonowi nie pozostało nic innego, jak pobiegnięcie za nim.
Cholerny dzieciak, przeklinał w myślach, uważając, by nie dostać w głowę. Co tak duży potwór robił na ulicy San Francisco i dlaczego kręcił się akurat w okolicy jego miejsca pracy?
Raine udało się zranić potwora. Z niewielkiej ranki polało się parę kropel krwi, ale to byłoby na tyle. Potwór tak się wściekł, że czekać mogło ich już tylko najgorsze. Zamachnął się, odtrącając od siebie wirującego z mieczem Raine. Półboże poleciało na bok, uderzając o ścianę innego budynku.
Filemon zacisnął zęby i pobiegł w jego stronę, zostawiając w tyle potwora. Nie to było najważniejsze. Od początku nie chciał z tym czymś walczyć.
Raine osunął się na bok. Z jego głowy leciała strużka ciemnoczerwonej krwi.
— Widzisz? — Uśmiechnął się słabo. Tak samo jak wtedy, kiedy wciskał mu siatkę z pieczarkami. — Udało mi się.
Filemon zamknął na chwilę oczy. Ten dzieciak był niesamowicie głupi.
— Poczekaj tutaj. Zadzwonię po pomoc.
Nie zdążyłby. Po prostu zwyczajnie nie zdążyłby nawet wyjąć telefonu, by zadzownić po pogotowie. Rozwścieczony potwór ich dogonił. Uderzył wielką łapą w ścianę, przy której leżał Raine. Filemon tylko widział lecące kamienie prosto na głowę półboża. Mógł tylko patrzeć. Śledzić lot betonowych odłamków.
Z zaciśniętymi zębami, dudniącą krwią w uszach i złością odbiegł od miejsca zdarzenia. Miejsca tragicznego wypadku. Raine patrzył na niego w tak samo niewinny sposób, jak wtedy, kiedy przyszedł pytać się o cholerny kredyt na grzyby. Był dziwny. Dziecinny. Przekonany, że jest w stanie coś zrobić przeciwko trzy razy większemu przeciwnikowi od siebie.
To kończyło się za każdym razem tak samo. Znów czuł smak metalicznej krwi na języku, chociaż od tamtego dnia minęło już wiele lat. Znów poczuł w sercu to samo ukłucie żałosnej winy, chociaż nie mógł nic zrobić. Nie uchroniłby Raine przed betonowymi odłamkami. Nie był w stanie nawet go odciągnąć. Raine już i tak był ranny. Jednak to uleczyło poczucia winy, które właśnie odczuwał.
Zatrzymał się dopiero trzy ulice później. Zdyszany i spocony. Ręce trzęsły mu się z nerwów. Raine. Może był dziwny. Może był upierdliwy. Nie zasługiwał jednak na taki koniec; to że jednak urodził się jako półbóg nijako sprawiło, że śmierć dogoni go szybciej, niż śmiertelnika.
Nie poinformował nikogo, że nie przyjdzie do pracy. W tej chwili chciał tylko wyciągnąć z siebie to cholerne pochodzenie, które sprawiało, że już do końca życia, nieważne, jak bardzo by się ukrywał, musiał oglądać bezsensowne śmierci dzieciaków.
 
Kilka dni później zjawił się w miejscu, gdzie ciężkie betonowe odłamki zwaliły się na głowę niewinnego Raine. Uklęknął pod ścianą budynku i w miejscu niewidocznym dla ludzi położył siatkę z pieczarkami. Może to chociaż trochę pomoże dzieciakowi w odnalezieniu się po tamtej stronie. Bardzo chciał w to wierzyć.
On sam już obiecał sobie, że nie dotknie półboskiej broni nawet w chwili największego zagrożenia. Nienawidził wszystkich półbogów. Świat byłby lepszym miejscem, gdyby nie istnieli.

KONIEC WĄTKU PONIEWAŻ RAINE DOKONAŁ ŻYWOTA ŚWIĘTEGO AMEN
────
[1353 słowa: Filemon otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

Od Chaita CD Apollodorosa — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Pierwszych kilka tygodni minęło zadziwiająco spokojnie – może nawet trochę zbyt spokojnie jak na gust Chaita, ale przecież nie był paranoikiem, który jakoś bardzo by się tym przejmował i zaczął wszystko bardzo dokładnie analizować, rozkładając na zbyt małe i zbyt szczegółowe elementy. Inaczej: może czasem był paranoikiem, ale nie takim. I doskonale zdawał sobie sprawę, że szukając problemów na siłę, może co najwyżej wyolbrzymić te problemy, które tego nie wymagały. Oczywiście nie był też na tyle głupi, by założyć, że uśmiechnęło się do nich szczęście, bo to nawet jak na niego mogłoby być zbyt naiwne.
Zresztą, na co dzień i tak nie miał tyle wolnego czasu, by usiąść i naprawdę zacząć się nad tym zastanawiać. Do tego dalej nie mógł przestać myśleć o potwornej agentce nieruchomości, chociaż kiedy wrócił w tamto miejsce jakiś czas później, nie było śladu po jej obecności. Nikt nic nie wiedział, nie udało mu się też dowiedzieć nic o potencjalnych dziwnych sytuacjach w tamtej okolicy.
Dlatego, dopóki w tej lokalizacji wszystko było w porządku, to z tego korzystał. I widział, że Apollodoros też z tego korzysta, więc tym bardziej nie zamierzał tego psuć.
Lato powoli mijało, ale nie widział końca festynów. W grafiku miał wpisane jeszcze dwa festiwale, a w ukradkowych spojrzeniach, które rzucali mu szef i jedna z koordynatorek, wyczuwał, że mają dla niego jeszcze jakieś kolejne bojowe zadanie. Mógł tylko mieć nadzieję, że będzie ono przyjemniejsze od tej jednej roboty w parku i że nie będzie wymagało podróży przez pół Stanów Zjednoczonych tak jak poprzednia wakacyjna propozycja.
Tak, biorąc pod uwagę to, jakie zlecenia mu się trafiały i to, ile zastępstw w barach i knajpach brał w ciągu ostatnich dni, zdecydowanie nie miał czasu, który mógłby swobodnie poświęcić na zastanawianie się nad dziwnym spokojem w wynajmowanym budynku i okolicy.
Ale przez to wszystko miał też wrażenie, że częściej mija się z Apollodorosem, niż razem rozmawiają. Wiedział, że w rzeczywistości nie wygląda to tak źle, ale było mu głupio; znajome naprawdę bardzo mu pomagało. Chait bardzo doceniał to, że nie musi zbyt często zbliżać się do kuchni i to, że Apollodoros jest też zwyczajnie miłym towarzystwem, kiedy już udało im się spędzić razem chwilę czasu.
Myśl o tym wracała za każdym razem, kiedy wracał do mieszkania o trochę zbyt później i mało ludzkiej godzinie, co w ciągu tych kilku tygodni było synonimem „często”. Chait mógł tylko cieszyć się, że akurat dzisiaj nie bił swojego rekordu – było dopiero po dziewiątej, po ulicach jeszcze kręcili się ludzie. Otworzył stare drzwi do budynku, które kilka dni temu zaczęły chodzić trochę ciężej, ale jeszcze nie na tyle ciężko, by ktoś próbował to naprawić. To nie był żaden podejrzany sygnał, to nie był nawet problem, na który zwróciłby uwagę, gdyby akurat się nad tym nie zastanawiał. Do tablicy korkowej przyczepione były ogłoszenia o nocnych imprezach, jakaś podejrzana ulotka typu „kupię sprzedam zamienię mieszkanie” – też nic szczególnie dziwnego. Trochę podłego, gdyby ktoś starszy miał dać się oszukać, ale to tyle. Mignęło mu ogłoszenie o znalezionych kluczach z podanym numerem telefonu, by je odzyskać. Napisana odręcznie kartka zasłaniała wiszące już od dawna ogłoszenie. Mówiło coś o rozłożeniu trutki na szczury, pamiętał, że po przeczytaniu go (już dobrych kilkanaście dni po tym, gdy się wprowadzili) rozmawiał o tym z kilkoma sąsiadami, ale niczego się nie dowiedział.
Brak spotkania z niechcianymi lokatorami sugerował, że w takim razie problem mógł być już rozwiązany, po prostu nikt nie zdjął ogłoszenia.
Sięgnął po zakopane w odmętach plecaka klucze, a potem po cichu wszedł do mieszkania.
Odetchnął z ulgą, widząc zapalone światło i to, że Apollodoros siedzi jeszcze w kuchni.
– Hej – przywitał się, zamykając za sobą drzwi.
– Hej. Ciężki dzień?
Chait pokręcił głową.
– Dużo sprzątania po wydarzeniu. A ty?
Oczywiście, nie spodziewał się, że znajome będzie już spać. Mimo to obawiał się, że w jakiś sposób zakłóci mir domowy, albo zrobi jakąś inną głupotę. Tak, Chait doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie ma to większego sensu i że tak naprawdę nie robi nic złego.
– Dzisiaj jeszcze spokojnie, dopiero szykuje nam się spotkanie autorskie. Zostawiłom ci kolację w lodówce.
Chait uśmiechnął się w podziękowaniu. Zrobiło mu się jeszcze bardziej głupio.
– Dzięki. Naprawdę doceniam, że nie muszę robić sobie zupki chińskiej.
– Nie można żyć tylko na jedzeniu instant, a skoro i tak szykuję obiad, to naprawdę nie problem, żeby zrobić też dla ciebie.
Chait rozumiał ten tok myślenia. Działał tak samo, jeśli akurat było coś, co mógł zrobić dla siebie i dla kogoś innego.
I tak czuł się głupio. Nie chciał wykorzystywać Apollodorosa.
– Dzięki – powtórzył, odkładając plecak pod ścianę i podchodząc do lodówki.
Przez chwilę się nie odzywali. Chait zastanawiał się, czy i jakie pytanie zadać, albo co jeszcze powiedzieć. Wybijał palcami rytm na drzwiczkach lodówki, nie do końca zdając sobie z tego sprawę.
– Dalej nie zdjęli tego ogłoszenia o trutce – powiedział w końcu.
Też umiesz wybrać temat, debilu.


Apollodoros?
────
[800 słów: Chait otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja CD Sony — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

LATO

— Dzięki — mówi, wsiadając do zagraconego, zadymionego samochodu.
Jedną z pierwszych rzeczy, jaką zrobił, oprócz odgarnięcia chusteczek z siedzenia było odsunięcie szyby. Miał nadzieję, że nie zostanie za to okrzyczany, z powodu zakłócania działania klimatyzacji. Brak reakcji pozwolił mu jednak odetchnąć ulgą (oraz świeżym powietrzem) i przyniósł nadzieję, że nie udusi się fajkowym dymem. Niedługo po nim do auta wsiadła również Sony.
— To co, jedziemy? — zapytała ochoczo, czekając aż pojazd ruszy.
— Jedziemy — odparł od niechcenia Adam i wyrzucił wypalonego papierosa za okno, trafiając do śmietnika. Mikołaj widząc to ucieszył się, że ksiądz postanowił jednak nie robić z auta komory gazo… dymnej. — Ale przypominam, do Pensylwanii i ani metra dalej.
— A może jednak?
— Nie namówicie mnie.
— Transylwanii? — zdziwił się Mikołaj, cały czas skupiony bardziej na szukaniu tlenu, niż na rozmowie. — To nie jest w drugą stronę?
— Pensylwanii, tam gdzie wampiry — wyjaśniła Sony, rzucając mu rozbawione spojrzenie.
— Marna podróba — przewrócił oczami. — Wampiry są w Rumunii, a Rumunia w Europie.
— Czyli ty tam mieszkasz?
— Co?
— Co?
— Co? — papuguje ich Greg, podczas gdy Adam odpala silnik.
Ledwo ruszyli, a Sony zaczęła dobierać się do stojącego na podłodze sześciopaka energetyków. Mikołaj niepewnie przyglądał się, jak jego towarzysz mocuje się z folią, jednocześnie kątem oka patrząc na reakcję siedzącej z przodu dwójki. Nie był pewien, czy to dobry pomysł — dobre wychowanie mówiło, że nie. Sony jednak, oprócz nieudolnych prób cichego rozerwania folii, zdawała się nie zwracać na to uwagi.
— Bierz — odezwał się Adam, rozbawiony.
Sony wzdrygnęła się, wystraszona jego głosem, ale już bez skrępowania wyjęła z folii dwie puszki, z których jedną podała Mikołajowi. Chłopak podziękował skinieniem głowy.
— Wiesz co, jesteś drugim normalnym księdzem, jakiego spotkałem — stwierdził po chwili.
— Normalnym? — zdziwił się Adam. — To znaczy?
— No, takim ludzkim, z którym da się porozmawiać — wyjaśnił. — Albo coś.
— No to musisz mieć nisko zawieszoną poprzeczkę — zaśmiał się Greg. — Nawet nie rozmawialiście.
— Ale ma rację — wzruszyła ramionami Sony.
— No, mam na myśli, że wydajesz się… mogę mówić księdzu na "Ty"?
— Mów — odparł Adam takim tonem, jakby wszystko było mu obojętne.
— Dzięki… dziękuję… no, nieistotne, wydajesz się być normalny w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Jak nie ksiądz. Nie lubię księdzy… księdzów?
— Księży
— To jak książę… wracając. Ciężko jest lubić księży. Są dziwni.
Sony otworzyła usta, jakby chciała się wtrącić, ale postanowiła słuchać, co Mikołaj ma do powiedzenia. Ten z kolei zorientował się, że zabrnął w niezbyt pewne rejony i zaczął się bać, że za chwilę powie jedno słowo za dużo i zostaną wysadzeni nie w Pensylwanii, a w Nowym Jorku.
— Ciekawe — mruknął Adam, zachęcając Mikolaja, aby kontynuował wywód.
— Znaczy, ja nie chcę księdza urazić… po prostu miałem styczność z dużą ilością księżów… księży i jedyny normalny, jakiego spotkałem, to był taki ksiądz Szczepan z którym miałem religię w siódmej klasie. Nie kazał nam klepać formułek i grał z nami w LoLa. Wcześniejszy nas terroryzował… a później-
— Grasz w LoLa? — przerwał mu Greg, prześmiewczym tonem.
— Nie! — zaprzeczył momentalnie, odsuwając od siebie wszelkie oskarżenia i skojarzenia. — To znaczy, grałem kilka razy, ale zawsze z księdzem. Szkoda było zmarnować okazję.
— Wyglądasz, jakbyś grał — wzruszył ramionami mężczyzna.
— Wcale nie! O a potem w pierwszej liceum ledwo miałem na koniec dwóję z religii, bo się na mnie uwziął po tym, jak we wrześniu przyszedłem na jego lekcję w tęczowej koszulce. Śmieszny człowiek. O albo w podstawówce inny miał do mnie problem, że nie wziąłem udziału w konkursie o papieżu. I potem do końca podstawówki musiałem chodzić na konkursy o papieżu, bo sobie mnie upatrzył i wymyślił, że to muszę być ja… Wiedział ksiądz, że Jan Paweł II nosił czerwone buty?
W aucie zapadła cisza. Nie odezwała się nawet Sony, która w tej chwili była zajęta odrywaniem zawleczek od pustych puszek, walających się za fotelami. Mikołaj zaczął się zastanawiać, czy powiedział coś nie tak, czy po prostu wszyscy przestali go słuchać po pierwszym zdaniu. Nie był pewien, którą opcję woli.
— No, podsumowując, księża są dziwni — stwierdził obojętnym tonem, ale po chwili zdecydował się sprostować. — To znaczy, ci polscy! Może tutaj ci fajni to standard, nie znam się, nie chodzę już na szczęście do kościoła. Znaczy, nie na szczęście! Po prostu nie…
— Mikołaj chciał powiedzieć, że jesteś super — podsumowała Sony, (w końcu) ratując towarzysza z dołka, który sam pod sobą wykopał.
— Dokładnie!
— Mhm — mruknął Adam, próbując skupić się na drodze i tym, żeby zaraz nie zatrzymać się na jakimś idiocie, który prawo jazdy wygrał w chipsach. A takich w tym kraju jeździło sporo.
— No iiiii uważam, że skoro jesteś tak super, to może dasz się namówić żeby pojechać troszkę za Pensylwanię? — kontynuowała Sony. — Tak troszeczkę?
— A może jest jakaś droga na skróty do tego Pitssburga, która prowadzi przez Minnesotę? — podłapał Mikołaj.
Adam zatrzymał się nagle na czerwonym świetle z takim impetem, że gdyby Sony i Mikołaj nie zapięli pasów, obydwoje straciliby zęby.
— Jeszcze chwilę, a wysiądziecie nie w Pitssburgu, a… gdzie my jesteśmy — spojrzał na nawigację. — Wylecicie w Ithace — odparł zirytowany.
— O, to stąd był ten Odyseusz? — zaśmiał się Mikołaj, a Sony posłała mu ostrzegawcze spojrzenie.
— Przepraszamy! — prawie krzyknęła. — Ale wiesz, że cię uwielbiamy, prawda?
— Właśnie, przepraszamy, będziemy już cicho — dodał Mikołaj.
Obiecana cisza trwała jednak tylko do momentu, w którym w głowie chłopaka pojawiły się kolejne, sprzeczne informacje. Nie minęło pięć minut, a ciekawość wygrała.
— Ej, Adam — zaczął. — Ty jesteś księdzem… chrześcijańskim, nie?
— Katolickim — sprecyzował.
— I jesteś herosem? — zadał następne pytanie. Dopiero po chwili zorientował się, że może niekoniecznie był to najbezpieczniejszy pomysł. Adam jednak nie dostrzegł w jego słowach niczego dziwnego.
— No, tak.
— I wierzysz w to i to? To sobie nie zaprzecza? Trochę hipokryzja, gościu.


Sony?
────
[911 słów: Mikołaj otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Caroline CD Mikołaja — „A Ty jesteś z Chin czy co?”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA, ROK TEMU

Caroline zawsze lubiła w sobie to, że potrafiła szybko myśleć i adaptować się do nowych sytuacji. Pewnie dużo do gadania miały tu jej boskie korzenie i ADHD, ale bądź co bądź była to jedna z niewielu rzeczy wynikających z jej dziwnego pochodzenia, które faktycznie się przydawały.
Głównie dlatego znalezienie się w sytuacji, w której nie miała pojęcia, co powinna zrobić, było tak poniżające. Mimo niepokoju, który powoli zagnieżdżał się w jej głowie i brzuchu, starała się nie zgrzytać zębami i myśleć nad najbardziej rozsądnym rozwiązaniem. Zgubili się, zapadał zmrok i zapowiadało się na deszcz; byli w dupie. To już wiedziała. W skupieniu zagryzła dolną wargę, wpatrując się w leśną ściółkę. Była na niemal sto procent pewna, że w żadnym punkcie nie zboczyła ze ścieżki, chociaż to byłaby ta lepsza opcja. Gorszą była wiadomość, że las się z nimi bawił. Albo coś się z nimi bawiło. Nie potrafiła stwierdzić, co było gorsze.
Westchnęła i założyła kosmyki splątanych już włosów za uszy.
— Mamy dwie możliwości — zaczęła w końcu. — Możemy albo się cofnąć, a ja spróbuję zorientować się, w którym momencie zeszliśmy ze ścieżki. Albo możemy iść dalej do przodu i szukać skraju lasu. Może i idziemy naokoło, ale na pewno nie weszliśmy w głąb. Musielibyśmy pójść w całkowicie inną stronę. Jestem pewna.
Cóż, przynajmniej próbowała brzmieć na pewną. Dzięki temu miała zarówno przywrócić sobie trzeźwość umysłu i równocześnie uspokoić Mikołaja. Mógł ją czasami irytować, ale to przez nią znalazł się w tej sytuacji i miała zamiar coś z tym zrobić.
— Nie ma sensu się cofać. Chyba — powiedział chłopak, drepcząc po ściółce w tą i z powrotem.
— Okej. Dobra. Do tej pory szliśmy po prostu na wschód. Możemy albo iść dalej w tym samym kierunku, albo skręcić odrobinę na południe, ale to może nam wydłużyć drogę. Kurwa, nigdy nie słuchałam kiedy tłumaczyli jak nie zgubić się w lesie — mruczała pod nosem, nerwowo skubiąc końcówki włosów. — Chuj, idziemy na wschód. Tylko tempo, bo jak się zrobi całkiem ciemno, to w życiu stąd nie wyjdziemy.
To powiedziawszy, szybkim krokiem ruszyła przed siebie.
— Ale na pewno wiesz, co robisz? — zapytał Mikołaj, szybko ją doganiając.
— Szczerze? Nie mam pojęcia, ale mam dobre chęci — odpowiedziała, siląc się na uśmiech.
Była zmęczona, głodna i gryzły ją myśli o tym, że do usranej śmierci nie wyjdą z tego lasu. Wiedziała jednak, że jeśli pozwoli sobie na całkiem negatywny odbiór sytuacji, straci jakikolwiek rozsądek i motywację. Zignorowała więc ból w poobijanych kolanach, burczenie w brzuchu, gęsią skórkę na ramionach i parła przed siebie, mając nadzieję, że jest do dobry kierunek.
Gdzieś nad nimi rozległo się ciche, niskie grzmienie. Caroline naprawdę liczyła, że był to grzmot. Nie chciała nawet myśleć o innych rzeczach, które mogły tak brzmieć. Równolegle do momentu, w którym zaczęło grzmieć, Mikołaj bardzo przyspieszył kroku, niemal jakby dostał skrzydeł. Ley spojrzała na niego kątem oka, ale niczego nie skomentowała. Miała większe problemy, którymi powinna się przejmować.
Cichy szum opadających na liście kropel wypełnił ciszę. Do nich realnie nie docierało praktycznie nic; ot, co jakiś czas odrobina wody spadała im na nos. Mimo to Caroline zaczęła kląć pod nosem. Przez deszczowe chmury zrobiło się ciemniej.
— Może jednak powinniśmy się cofnąć — bąknął Mikołaj gdzieś po jej lewej, ale dziewczyna tylko stanowczo pokręciła głową.
— Wtedy na pewno nie wrócimy przed zmrokiem. Chodź, jeśli idziemy w dobra stronę, to zostało nam już niewiele.
Dalej nie znała tej okolicy, niczego nie rozpoznawała. Była coraz bardziej zdesperowana i czuła, że kręcą się w kółko, kiedy nagle usłyszeli głosy.
— Ale z ciebie frajer! Mówiłeś, że wejdziesz najdalej!
Tylko raz obejrzała się, czy Mikołaj na pewno za nim idzie, zanim popruła w kierunku, z którego dochodziły głosy. Kiedy z hałasem godnym stada dzików wpadli na mikroskopijną polanę, grupa dzieciaków z jedenastego domku zaczęła z piskiem uciekać między drzewa. Caroline nawet nie zdążyła na nich nakrzyczeć, że kręcą się po lesie prawie po nocy, bo biegały tak szybko, że nie chciała ich zgubić.
Niecałe dwieście metrów dalej wyszli z lasu, choć do samego końca nie wiedziała, gdzie jest granica; tak ciemno było między drzewami nawet blisko skraju. Tutaj oczywiście nie padało; wszyscy radośnie zbierali się na kolację.
Ley pochyliła się, opierając dłonie na kolanach i wzięła głęboki oddech. Odezwała się dopiero po jakichś trzydziestu sekundach, podnosząc głowę i spoglądając na Mikołaja.
— Wiszę ci za to piwo.


Koniec wątku Caroline i Mikołaja.
────
[708 słów: Caroline otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Lotus — „I dream of getting out”

Lotus z każdą kolejną porą roku coraz częściej zastanawiała się nad tym, co tak właściwie powinna robić ze swoim życiem. Zanim okazało się, że jej ojciec nie był jedynie przypadkowo poznanym mężczyzną, którego jej matka poznała w muzeum, planów miała na pęczki; chciała zostać wynalazcą, astronautą, kierowcą pociągu, operatorem wózka widłowego i miała jeszcze wiele innych opcji, a najlepiej byłoby wykonywać każdy z tych zawodów naraz. Wszystko to legło w gruzach, kiedy pierwszy raz Anina uwierzyła, że jej córka widzi potwory.
Trzynastoletnia Lotus Wright zdecydowanie nie była bezproblemowym dzieckiem, choć w większość kłopotów wpadała nieumyślnie. Nawet kiedy naprawdę starała się siedzieć bezczynnie i udawać, że wcale jej tam nie ma, coś w jej otoczeniu zawsze coś się psuło, zaczynało grać czy robiło inne dziwne rzeczy. Nic nie dawały tłumaczenia, że dziewczynka nie ruszyła nawet palcem i to nie jest jej wina. Po pierwszych kilku wpadkach wszystko po kolei spadało na nią. Przez jakiś czas Lotus próbowała się wykłócać, ale szybko straciła werwę, bo nigdy niczego to nie wnosiło.
Przestała mówić o tym, że te rzeczy dzieją się bez udziału. Gdy wokół niej działo się cokolwiek dziwnego, nawet o tym nie wspominała. Nikomu, w tym matce. Matka nigdy nie powiedziała wprost, że jej nie wierzy, ale podchodziła do tego nad wyraz obojętnie, jakby kompletnie nie obchodziło jej, czy Lotus naprawdę kłamie. Lotus, będąc jeszcze małym dzieckiem uporczywie starała się przekonać chociaż własną mamę, że jest niewinna, ale poddała się, kiedy nie przynosiło to żadnych skutków. Myślała czasami o tym, że może to przez te „wybryki” Anina zachowuje się tak neutralnie wobec własnej córki. Więc Lotus nie mówiła jej o cieniach, które widziała kątem oka. Sama zrzucała to na rozkojarzenie i bujną wyobraźnię. Nie wspominała o tym, że czasami czuje się, jakby śledziło ją coś, czego nie jest w stanie zauważyć. Przecież mogło jej się wydawać.
Dotychczasowe życie Lotus legło w gruzach, gdy pewnego dnia wracała z matką z wieczornych zakupów w supermarkecie. Nie miały samochodu, więc obciążone torbami, szły na skróty przez niezbyt przyjemne uliczki San Francisco. Latarnie były brudne, przez co ich światło wydawało się zamglone, w tle głośno ujadał pies. Lotus szła za matką i myślała tylko o tym, że pada z nóg i bardzo chciałaby już być w domu. Wieczorne powietrze było chłodne i dlatego cała zesztywniała, kiedy nagle poczuła ciepły powiew na karku, któremu towarzyszył odór zgnilizny. Zamiast wypuścić z dłoni papierową torbę, z całej siły zacisnęła na niej palce i odwróciła głowę.
Głośny krzyk rozdarł ciszę, gdy napotkała spojrzeniem bursztynowe ślepia. Nie pamiętała tego, że zamknęła oczy, a Anina znalazła się zaraz za nią i przyciągnęła córkę do piersi. Pamiętała tylko intensywny kolor oczu istoty i ciepły oddech na karku.
— Co widziałaś? Frances, co widziałaś? — pytała gorączkowo Anina, z rozpędu używając pierwszego imienia córki, chociaż wiedziała, że tego nie znosi.
W odpowiedzi usłyszała jedynie szloch. Próbowała wydobyć z córki jakiekolwiek wyjaśnienia, mając nadzieję, że może Lotus zobaczyła coś związanego ze swoim ojcem, chociaż nie miała o tym pojęcia. Od lat czekała na jakąkolwiek wiadomość od dawnego partnera. Niestety, córka miała jej niewiele do zaoferowania. Anina zaciągnęła zapłakaną dziewczynkę do mieszkania i opowiedziała jej, kim naprawdę był jej ojciec. Mówiła na zmianę z zachwytem i z goryczą. Lotus nie zapamiętała szczegółów tej rozmowy — wiedziała jedynie, że płakała tak długo, że na koniec ból prawie rozsadzał jej czaszkę.
Kilka dni później, z świetnym wyczuciem czasu, znalazła ją Lupa, a Lotus starała się nie myśleć o tym, z jaką ulgą opuszcza dom.
Teraz Lotus nie miała pojęcia jak pogodzić swoją półboską naturę ze zwykłymi, śmiertelnymi zajęciami. W teorii nikt jej tego nie zabraniał, ale w praktyce miała do odbębnienia jeszcze siedem lat stażu jako legionistka, a potem najlepiej, jakby osiedliła się w Nowym Rzymie, bo tam zawsze było coś do roboty.
Czasami zastanawiała się, jakby wyglądało jej życie, gdyby jej ojcem był zwykły śmiertelnik. Może zostałby, żeby uczestniczyć w jej życiu. Może miałaby rodzeństwo. Może jej relacja z Aniną wyglądałaby całkiem inaczej.
Może byłaby szczęśliwa.

────
[656 słów: Lotus otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]