sobota, 28 lutego 2026

Od Dahlii — „Kulki, płytka i sztandar” [Walentynki]

Było tylko jedno łóżko.

Góra gratów piętrzyła się przed nimi.
Stawiała czynny opór Dahlii, która postanowiła zrobić gruntowne porządki, i raz a dobrze ogarnąć zamieszanie pamiątkowe. Odkąd nie była w stanie znaleźć wielu rzeczy kojarzących się pozytywnie z rodziną czy dzieciakami, którymi miała okazję się opiekować, zirytowała się. W dodatku podjęła decyzję impulsywnie, zapominając o zapowiedzianym przyjeździe Arnar, które chciało odhaczyć parę rzeczy z listy, a przynajmniej tak brzmiała jeno wymówka. Dahlia podejrzewała, że ostatnimi czasy po prostu szuka u niej przyjaźni. Tej głębszej, wymagającej wychylenia się ze skorupy. Nie miała jak się wycofać z obietnicy spotkania się, wyjazd już był od dawien dawna zaplanowany, zgodziła się, nawet zapisała listę potrzebnych sklepów/miejsc w Kalifornii.
Mieli jechać na przedmieście San Francisco w poszukiwaniu konkretnych lamp, robionych ręcznie. Nie dyskutowała z legendarną listą, nawet uważała to za urocze. Gdy udzielała wywiadów, natrafiała na wiele lokalnych artystów zajmujących się ceramiką czy metaloplastyką i mogła połączyć spełnianie marzeń Arnar z wspieraniem ludzi. Ileż można było patrzeć na chłamy z Amazona. Problem leżał w pogodzie. Wszystkie wiatry, bożki i inne mityczne byty się zebrały tego dnia i stwierdziły jednogłośnie, że rozpierdolą im dzień. Herosi zdążyli wystawić przez iryfon jedną gwiazdkę na usługi Pogoda Dla Ciebie i obrazić przy okazji jakiegoś pomniejszego boga, z którym daliby sobie radę. Liczyli swoje mocne i słabe strony skrupulatnie. Prawdopodobnie padło na bożka amplitud.
Z tego powodu oto stali w salonie, ramię w ramię stali naprzeciwko wyzwania. U nich stóp leżały koszyki, każdy z etykietką, zaraz obok nich stał masywny pojemnik na śmieci. Nie potrzebował napisu, wystarczająco roztaczał złowrogą aurę. Arnar zdążyło pieszczotliwie nazwać go he/him Anihilator, ku rozpaczy kobiety. W dodatku uparło się na ubranie gumowych rękawiczek oraz założenie maseczki, na to machnęła ręką.
Nie spodziewała się tak dużej ilości maskotek, kart, kostek, kamyków, gdzieś się nawet przewinęła pozytywka. Plakaty, figurki, kryształy. Bilety na wydarzenia teatralne, pałeczki, rysunki. Przedzierała się przez kartki, które nie znalazły miejsca w segregatorach, co jakiś czas odpowiadając na pytania dzieciaka Hermesa ("wyrzucić to? Gdzie to zdobyłaś? Kto ci dał? Czy to jest ważne dla ciebie?"). Za każdym razem zerkała, czy chowa znajdźkę do kieszeni. Nie miała pretensji o samo zabieranie, po prostu wolała irracjonalnie się upewnić za każdym razem, jaki to jest przedmiot. Jak kulka, to jakiego koloru? Jak karty, to z jakim wzorem? Doceniała jeno starania, ale potrzebowała jakiejkolwiek kontroli. Emocje oraz stres uderzały falami, gdy podnosiła niektóre pamiątki. Z Obozu.
— O, jakie śmieszne. Próbka z Home Depot? Mogę?
Dahlia prychnęła. Jeszcze by tego brakowało, żeby zbierała ze sklepu budowlanego te wszystkie próbn—
Nagle poderwała się i błyskawicznie wyrwała Arnar płytkę z reki. Na jeno twarzy zmalowało się zaskoczenie, aż rozdziawiło usta.
— Zostaw to! — Wyrwało się jej. Chłodno, twardo i ucinająco jakiekolwiek pytania.
Wyszła bez słowa z pokoju. Zostawiła… kolegę? Przyjaciela? Kimkolwiek Arnar było, zostało zostawione samo sobie, z pamiątkami, z he/him Annihilatorem, zielonymi kulkami w kieszeni. Skonfundowane, ze wzrokiem szczeniaczka, którego ktoś kopnął i wyrzucił do lasu.
Po dłuższej chwili wróciła. Z grymasem na twarzy. Na widok Arnar warknęła:
— No co?
Dzieciak Hermesa tylko uśmiechnął się smutno. Dahlia mogłaby przysiegać, że każdy z nich podnosił tak samo kąciki ust. Zwykle to było urocze, teraz ją to irytowało.
— Mogę zrobić herbatę i możemy… porozmawiać. Albo, albo mogę cię zostawić w spokoju. Nie chciałom ci sprawić przykr- złe słowo. Nie chciałom cię wkurwić.
— Nie wkurwia cię to?
— Że cię wkurwiam?
— Co? Nie!? — Zmrużyła oczy. Zapominała czasem, że komórki mózgowe Arnar potrafią mieć opóźnienia w dostawie myśli. — Te wszystkie jebane misje, potwory? Koledzy którzy umierają? Część tych kulek, które masz teraz w kieszeni, była od córki Hekate.
— A ta płytka, to też od zmarłego obozowicza? — Zmarszczyło brwi.
Tym razem to ona była zaskoczona.
— Uh, nie?
— No to o co ci chodzi?
— O chujów sto, Arnar!
— Na co się teraz na mnie denerwujesz, no!
— Bo to jest zjebane!
— Masz zrytą banię!
— Zaraz ci połamię ręce i wyrzucę cię przez okno! — Wysyczała, nabuzowana. Dawno nie miała takich intensywnych emocji w rozmowie z drugą osobą.
Arnar za to podskoczyło do niej idiotycznie. Nie podeszło, podskoczyło. I dźgnęło palcem w jej nos.
— Zróbmy przerwę. Zrobię ci herbatkę, bo zachowujesz się teraz irracjonalnie, jak pizda. — Pomachało palcem przed oczami. — W tym domu nie jesteś pizdeczką, Dahlia.
Całą scenę można było podmienić na corridę i nic by się nie zmieniło. Arnar machało czerwoną flagą przed rozjuszonym, czarnym bykiem. Tylko machało ją w sposób tak szkaradny, że wybiło to ją z rytmu i nawet nie miała jak się uzewnętrznić.
— Nie jestem pi—
— AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA! — Arnar zaczęło się wydzierać, idąc do kuchni.
— Prze—
— EOEOEOEEOOEOEOELELELELLELELELELLELEL NIE SŁUCHAM CIĘ LALALALALA!!!
Wbiegła za Hermesiakiem do kuchni i złapała go w ramionach. Napadnięty widocznie przygotował się na taką możliwość i bardzo swobodnie się wydostał, odpychając jej twarz. Karma za planszówki.
— Że cię jeszcze Lucien nie zabił. — Mruknęła po chwili szamotaniny. W odpowiedzi usłyszała tylko prychnięcie.
Nie była to potyczka tak poważna, jak można było się spodziewać po jej złości. Ot sparing, na kuchennych kafelkach. Dahlia próbowała przytłoczyć siłą, a Arnar wywijało się niczym węgorz, unikając najgorszych chwytów. Przy każdym wysiłku, wymagającym sprawnego uniku, wypadały szklane kulki i odbijały się od podłogi ze wdzięcznym tk, poing, tktktk, tok, tktktktkttk, tok, klink, klink, tok. Toczyły się pod szafkę. Na korytarz. Wbijały się w kolana czy plecy podczas zapasów. Bolało jak skurwysyn, ale żadne nie chciało się do tego przyznać.
W końcu oparli się o szafki, siedząc naprzeciwko siebie. Żadne z nich nie pamiętało, które się pierwsze poddało. Ciężko dysząc, spojrzeli na siebie.
— To od kogo ta płytka była? — Było bezczelne nawet i w tym.
— Nieistotne. — Odbiła piłeczkę, tym razem bez irytacji.
— Ale jesteś edgy.
Oderwała głowę od szafki i zmarszczyła brwi.
— O czym ty mówisz, Arnar. Jaka edgy?!
— Noo, te wszystkie buhuhu, nie powinniśmy się znać, jak będziesz ze mną przebywać to umrzesz, będę znikać. Jesteś edgylordem, Dahlia. Załatwię ci pelerynkę czarną i nazwę cię, o, Batdahlia. Za dnia ożywiasz dywany, w nocy chowasz się w ciemnym kącie i rozpaczasz nad swoim losem.
— Ty chuju. — Odpowiedziała z niedowierzaniem.
— Nie możemy się znać, nie powinniśmy się spotykać, potwory, jestem smutną osobą, nie jestem dobrą osobą do przebywania, nie nadaję się na przyjaciela. — Gnojek ewidentnie parodiował jej sposób mówienia, w dodatku spode łba. — Jestem tajemniczą osobą, z blizną, moją domeną jest mhhhrooook. Jak powiem cokolwiek o sobie, co jest bardziej prywatne, to świat spłonie. Nie chcę przyjaciół, chlip chlip. No i oszukuję na końskich automatach.
— Jestem Arnar, szczytem mojej kariery jest sprzątanie okruszków nachosów i popcornu po dzieciach. Nie rozumiem jak działa świat, będę ignoroważ jakiekolwiek zagrożenie. Podpierdalam portfele ludziom i potem jestem zaskoczone, że wyciągam jakieś pesos. Boję się panicznie koni, jestem bałwanem bez śladu myśli w głowie. Określam siebie jako inteligentne bezobjawowo. — Nie pozostawała dłużna. Im dłużej mówiła, tym bardziej chciało się jej śmiać. Nawet jesli poczuła się urażona jeno wypowiedzią.
— Udaję, że jestem poważna, nic mnie nie rusza. Przypierdalam się do jakiejś płytki, robię burdę i nawet nie przepraszam mojego najwspanialszego przyjaciela na świecie, który mi tak pomaga w sprzątaniu i jako jedyny ma odwagę spędzać ze mną czas. A przecież jest taki skromny, miły.
— Oh, pierdol się, Arnar. — Odparła, wciąż się uśmiechając. — Nie robię tego ze złości.
— Wiem. Ale weź się już ogarnij, co? Z Lucienem martwimy się o ciebie, wspominamy czy wszystko u ciebie okej. Możesz mi powiedzieć, jak coś jest nie tak.
— Nie, bo dalej jestem na ciebie zła.
— Masz prawo, ale zacznij rozmawiać, co?
Wstała ociężale. Zmęczyło ją to bardziej, niż sądziła.
Wstawiła wodę na herbatę. Mieli zrobić sobie przerwę. Aura w kuchni przestała już być tak przytłaczająca, zamiast denerwującej ciszy między nimi zawisła milcząca zgoda. Co jakiś czas rozlegał się stukot zagubionej szklanej kulki, którą któreś z nich trąciło przypadkowo stopą.
Gdy już rozsiedli się przy stoliczku pod oknem, z kubkami gorącej herbaty, Dahlia wyciągnęła źródło problemu.
Była to dość mała płytka szkliwiona na różne kolory. Tak, jakby ktoś rozsmarowywał pigmentami powierzchnię i wypalił, nie zważając na wyrzeźbione w niej kwiaty. Połyskiwała w słabym świetle lampy. Kobieta obracała ją w palcach, przesuwała opuszkami szczególnie po chropowatych brzegach.
— Ładne to.
— To płytka z Obozu Herosów. Przypomina mi za bardzo czasy mojej gówniażerii.
Podniosła wzrok. Nie oczekiwała, że Arnar będzie ją wysłuchiwało, bo miało skłonności do zadawania pytań, drążenia tematu i komentarzy, ale wyjątkowo skupiło się na jej wypowiedzi.
— Dlatego jej nie lubię. — Ciągnęła dalej. — Jak na nią patrzę, to myślę tylko o tym, jaka byłam arogancka. No i że zjebałam ważną dla mnie relację wtedy. Mogłabym tak wymieniać i wymieniać. W dużym skrócie, to prezent od ex.
Arnar uniosło brwi.
— To ty byłaś w jakimkolwiek związku?
To już było drugie nadepnięcie na jej odcisk, w przeciągu cholernych dwudziestu minut.
— Dziwi cię to?
— Tak. Wtedy też może jęczałaś, że nie powinnaś mieć partnera? Albo partnerki. Że twoją dusze przepełnia ból i nie powinnaś się angażować?
— Ciebie też zaczynam nie lubić i zaraz w ciebie cisnę tą płytką. Chętnie zobaczę, jak ci się rozbije na czole.
— No sorry. Opowiadaj dalej. Może jeszcze czegoś się dowiem o tobie.
— No to może zacznę od początku? — Włożyła wszelkie pokłady sarkazmu w tą wypowiedź. — Demeter łaskawie mnie wysłała w koszyku, wyplecionym z kukurydzy, do Dakoty Północnej, żeby obdarować takim złotem farmera o filipińskim pochodzeniu, który spiknął się potem z rasową filipinką.
— To ty masz rodziców? Nie jesteś sierotą wychowaną na ulicy? Cholera jasna, czego się jeszcze dzisiaj dowiem?
— Serio chcesz, żebym cię pobiła.
— Nie, ale serio, masz rodziców?
— Tak Arnar, odwiedzam ich co jakiś czas, DLACZEGO CIEBIE TO TAK DZIWI?! — Zareagowała na jeno minę.
— Najpierw się dowiaduję, ze masz ex, a potem rodziców? Jesteś człowiekiem? Jeszcze powiedz, że miałaś kilka tych ex!
— No, tak. Znowu cię to dziwi. Naprawdę balansujesz na cienkiej linie. Bez tej blizny wyglądałam dobrze.
— Dalej wyglądasz. No i co z tą płytką?
Zawahała się, po czym wbiła wzrok w tą ceramikę.


Wtedy często przesiadywała na ławie, w cieniu gruszy. Obserwowała zamieszanie, zarówno u drzewnych boginek, jak i nowych obozowiczów. Na czas wakacyjnego przyjazdu całe miejsce kotłowało, wszędzie były rozstawione walizki, zostawiali głupio bronie na wierzchu, grupowi się przepychali. Nie była może dzieciakiem całorocznym, ale przesiadywała zazwyczaj dłużej niż ci wakacyjni. Ominęło ją całe zamieszanie związane z ulokowaniem dzieciaków, w tym akurat przypadku cieszyła się, że nie jest dzieckiem Hermesa. Mieszkańcy domku 11 narzekali wiecznie na nieuznanych, satyrowie łapali się za głowę przy kolejnej rozbudowie w Obozie, a Chejron częściej niż zwykle wyjeżdżał w celu załatwienia „ważnych spraw”.
Siedząc na stole, opierając nogi o ławkę, czuła się jak postać z komiksu albo książki. Emocjonalne rozmyślanie, patrzenie w horyzont wydawało się jej cool. Uznawała się za cool kida. Fantazjowała o byciu rancherem, który dogląda swojego poletka, obok niego stoi lojalny koń i zrobi zaraz fujarkę ze źdźbła trawy. Znaczy, rancher, nie koń. Ale na pewno nie jest tym typem, który w ustach mieli łodygę zboża, bo jako osoba wychowywana na wsi twierdziła, że to akurat głupie i cringowe. Kto normalny tak robił? Pozerzy. Ale kupiłaby sobie takie porządne buty, z ostrogami, a kapelusz zamówiła u rzemieślnika. Każdy, kto miał okazję mieć kapelusz, zawsze twierdził ze powinien być zrobiony specjalnie dla danej osoby i zostaje z nią na dekady. Nie wiedziała tylko, jakiego koloru i fasonu, ale do kupna rzeczy za niebotyczne pieniądze jeszcze zostało sporo czasu. W domku Demeter, pod jej łóżkiem, znajdowała się kupka planów idealnego rancha czy rozważania, jakie zwierzęta najpierw kupić.
Obóz Herosów było tylko pewnym preludium do przyszłości, którą planowała. Aż się uśmiechnęła pod nosem, czekając, aż zamieszanie nieco ucichnie. Nawet się nie zdziwiła, kiedy u jej boku, jak spod ziemi, pojawiły się dzieci Hermesa. Cała grupa była zdecydowanie różnorodna, ale wszystkich łączyło to samo: szelmowskie uśmiechy oraz duże chęci do rozpętywania chaosu. Grusza pochylona nad ławką wyglądała tak, jakby chciała słuchać wesołej paplaniny tej grupy. Dahlia nie była jedyną osobą, która pochodziła od innego boga. Była córka Aresa, o wdzięcznie brzmiącym imieniu Lauren, oraz syn Dionizosa, Marc. Jego imię już uznawała za okropne oraz basic.
Rozmowy zeszły na klasyczny wątek - jakiego pranka tym razem zrobią? Komu zalezą za skórę?
— Sądzę, że powinniśmy wsadzić fajerwerki do Aresiaków. Oraz do nas, żeby zdjąć z nas podejrzenia, żeby zrzucić wszystko na Hefajstosiaki! — Odezwał się jeden z bliźniaków.
Kiedyś sądziła, że jego matka, pod ewidentnym wpływem, zarejestrowała go w urzędzie przypadkiem jako Salmon, zamiast Salomon. Jej teoria upadła, gdy poznała jego brata, który nazywał się Trout. Cóż, mogła tylko im współczuć marynistycznego tematu, który by się prędzej nadawał na potomstwo Posejdona.
— Niegłupie. Możemy przy okazji wsadzić papryczki chili do płatków śniadaniowych w spiżarce.
— A kto ma dostęp?
— Klucz ma któryś z tych służbistów satyrów. Można zrobić manewr z jakąś soczystą puszką.
Kolejne pomysły padały jeden za drugim, kazdy na swój sposób kuszący. Córka Demeter komentowała na żywo, jak ktoś podawał pomysły zupełnie odklejone od czapy, to rozdawała przyjacielskie kuksańce. W pewnym momencie rzuciła:
— Ej, a wyobraźcie sobie dzieci Hypnosa, które nie mają gdzie spać!
Zwróciła tym uwagę kilku osób.
— To znaczy?
— Jakbyśmy poukładali łóżka gdzieś indziej? Wiecie, tak na przewietrzenie, na przykład w lesie. Albo trochę przerobili je na inne meble? Dlaczego oni muszą mieć najlepsze materace? Driady też zasługują. Satyrowie tak ciężko pracują.

Przyjęli parę pomysłów, w tym też jej, do zrealizowania w najbliższym czasie. Gdy już przyszła pora kolacji, przyszło im też obejrzeć uznania. Siedziała spokojnie wraz z rodzeństwem, skubiąc udon i rozważając plany. Nie te, o których teraz inne Demetersiątka rozmawiały, czyli o klombach, poletkach czy grządkach. Te z wyrzuceniem łóżek Hypnosiaków podczas gdy będą mieć treningi albo jakieś kajaki. Co jakiś czas miała myśli, czy da się w ogóle sfingować uznanie, bo średnio wierzyła w swoje pochodzenie. Jakby to był, ot, prank polegający na wyświetleniu symbolu rzutnikiem. Albo masowa halucynacja. Zawsze potem dochodziła do wniosku, że żadna inna bogini nie byłaby zainteresowana gburowatym facetem walczącym z nieurodzajem kukurydzy w Dakocie Północnej. Już oczami wyobraźni widziała taką Afrodytę, która próbuje dojechać w suvie do ich farmy. Albo Atenę kontemplującą pory rozsiewu. W dodatku bardzo dobrze operowała swoimi umiejętnościami rozrostu roślin, ale niedaleko było stąd do Dionizosa. Prawie zaśmiała się pod nosem na myśl o ojcu przeżywającym flirty od jakiegoś pijaczka. Niestety, zwróciła tym uwagę towarzyszy.
— Co będziesz robić, Dahlia?
Otrząsnęła się z myśli. Rodzeństwo wlepiało w nią oczy, nieco naburmuszone. Średnio akceptowali jej niechęć do podstawowych czynności, które powinny cieszyć każdego przykładnego Demeterkaszojada. Miała już wiele rozmów z grupową, nie zawsze miłych i przyjemnych.
— Będę sprawdzać stan trawników i dróżek? Wiecie, żeby nie były nadmiernie deptane i były odpowiednio zadbane? Bez Round-upu. — Uśmiechnęła się szeroko.
Parę osób przekręciło oczami. Nowo uznana dziewczynka zdezorientowana przeskakiwała wzrokiem od jednej twarzy do drugiej. W powietrzu można było wyczuć napięcie, które można było przeciąć tylko sierpem (Ha, ha. Nie powie tego na głos, bo nie mają poczucia humoru). Ten temat trzeba było przeorać (ha, ha) i zakopać, byleby się od niej odczepili na najbliższy miesiąc. Nie, żeby wszyscy byli dla siebie aż tak niemili, po prostu inne priorytety nie były traktowane lekko.
Kiedy już zajęli się innym tematem (jaka jest najlepsza marka narzędzi ogrodowych?), Dahlia wróciła do rozmyślań o planie. Propozycja zaatakowania domku Hypnosa była nieco… personalna. Rok temu miała do czynienia z wieloma półbogami, ale ten jeden przykuł jej konkretną uwagę i ostatnio zaskakująco za dużo myślała o nim. To była tylko ciekawość, o której nikomu nie powiedziała, bo od razu by otrzymała głupie odzywki w stylu "zakochałaś się?". Oczywiście, że nie.
Na treningi przychodziły dzieciaki z różnymi poziomami umiejętności. Półbogów z pewnych domków nie trzeba było uczyć, zresztą Aresiaki lubiły sie między sobą naparzać w wolnej chwili, dzięki bogom nie potrzebowali do tego reszty Obozu, a Apollątka wolały stać z boku pretensjonalnie, pretensjonalnie napinać strzały na łuk i pretensjonalnie strzelić w dziesiątkę. Natomiast były też domki legendarne ze względu na swoją ślamazarność w walce. Dzieci Ateny wolały grać w szachy, dzieci Dionizosa pominęła skromnym milczeniem, dzieci Hypnosa wykręcały się od treningów jak diabeł od święconej wody. Takie osoby zazwyczaj przychodziły przed południem, bo wtedy reszta obozu krzątała się przy kajakach, lekcjach, wycieczkach i zwykle mało kto ich obserwował.
Dahlia zawsze wstawała rano. Była już przyzwyczajona do zaczynania dnia wcześnie, jak nie w rytm piania koguta, to w akompaniamencie wrzasków ojca. W sezonie letnim uwielbiała aurę chłodnego poranka, który koił ciało po dusznej i ciepłej nocy. Jeszcze miała pewność, że mało kto ją obserwuje, w wyniku czego mogła pozwolić sobie na pewne rytuały, takie jak obwiązywanie pięści materiałem czy trenowanie wzrostu roślin, układając je w fantazyjne wzory. Mało kto też zabierał ciężary, nikt nie podsiadał stanowiska. Idealny czas na ciszę i spokój.
Tamtego poranka, w poprzednie wakacje, jedyne co jednak czuła, to przeciążone mięśnie oraz ból promieniujący po całym barku, aż do pleców. Dzień zaczynał się parszywie, a dobijał ją chichot driad. Po co w ogóle tutaj siedziały? Nie chcąc rezygnować z treningu, wyruszyła na spacer. Jeżeli nie ma jak wyciskać ciężarów, mogła chociaż zaangażować nogi i rozejrzeć się po obozie. Popatrzeć na domki. Na stajnie. Na plac z celami łuczniczymi. Bardzo szybko uświadomiła sobie, czemu tego nie robiła - było to cholernie nudne.
Przechodziła obok dosyć dużego, odgrodzonego placu i przystanęła na chwilę, żeby poprawić taśmy. Z zamyśleń wyrwał ją świst cięciwy, który był dźwiękiem bardzo charakterystycznym dla obozu, ale nie o godzinie szóstej. To zdecydowanie było dziwne i musiała to zbadać.
Rzuciła okiem na stanowiska łucznicze i zobaczyła strzelającego. Twarz była znajoma, ale to była niska poprzeczka, postura już nie. Miała problem ze sprecyzowaniem, na kogo w ogóle patrzy, zarówno jeżeli chodziło o identyfikację po imieniu/pochodzeniu jak i płci. Osoba była tak androgeniczna, że Dahlia pomyślała "wygląda zdecydowanie jak dziecko kobiety i mężczyzny" i odrzuciła od razu tą myśl, ze względu na oczywistą absurdalność. Puszyste blond włosy oraz fakt ćwiczenia z łukiem nakierowały ją na dziecko Apolla, ale sposób, w jaki ta osoba naciągała strzałę, nie był ani pretensjonalny ani nonszalancki. Po prostu było to normalne ćwiczenie, w celu rozwijania się. Ktoś postronny mógłby stwierdzić, że nie ma w tym różnicy, strzelanie to strzelanie, ale dziewczyna już swoje widziała. Po kilku latach spędzonych w Obozie zdecydowanie czuło się różnicę. Problem leżał też w tym, że Apollosiątka lubiły mimo wszystko przebywać w grupie ludzi i tworzyć swoje centrum uwagi. Nawet jak się zapierały, że czegoś takiego nie robią.
Co najbardziej przyciągało wzrok, to okulary. Intensywnie turkusowe, widoczne z daleka. Czy było to w ogóle możliwe, że mogła przeoczyć akurat coś tak charakterystycznego? To musiał być jakiś domek pomniejszego boga, w którym hodowało się mnóstwo rodzeństwa, nie była w stanie tego wyjaśnić inaczej. W dodatku półbóg trafiał z dosyć dużej odległości, czego się nie dało opanować od razu, bo łuk wymagał konkretnej siły. Nieraz napinała większe łuki i to potrafiło być problematyczne. Nieznany heros nie zauważył jej, zbyt się skupiał na swoim treningu, co pozwoliło jej dostrzec technikę, oraz mięśnie rąk. Prawdopodobnie przez całe wakacje trenowali w tym samym czasie, nie wiedząc o sobie. Tylko kim w ogóle on, lub ona, jest? Kiedy zbliżała się normalna dla innych dzieciaków pora wstawania, wycofała się. Będzie zwracać baczniejszą uwagę na obozowiczów i finalnie znajdzie tą osobę.
Przez następne kilka dni obserwowała tego typa, każdego poranka. Kiedy przestał przychodzić, mocno się zaniepokoiła i brała udział w różnych aktywnościach, tylko po to, żeby znaleźć tego tajemniczego półboga i dowiedzieć się o nim czegokolwiek. Problem leżał w tym, że za cholerę nie była w stanie. Nie mógł mieć bardziej przeciętnego wzrostu. Włosy i ich kolor też znacząco nie odbiegały od reszty, chociaż gęstość była charakterystyczna. Czuła potężną frustrację, bo jakim sposobem nie może znaleźć jednej osoby przebywającej na zamkniętym terenie? Zgodnie z rachunkiem jej chłopskorozumowego prawdopodobieństwa było to niemożliwe. To nie był jakiś pomniejszy bóg, który odwiedzał Obóz Herosów, prawda? Podzieliła się rysopisem z najbardziej zaufanymi osobami, odpowiedzi nie uzyskała. Nie oczekiwała też, że będą dla niej rozglądać się za mitycznym gościem, zresztą nie mogła za bardzo się tym interesować, bo do końca pobytu w obozie usłyszałaby milion żarcików na ten temat. Nikt również nie znał świrka, który by trenował w tym samych godzinach porannych co Dahlia.
Zirytowana i bez nadziei na odkrycie tajemnicy chciała o tym prędko zapomnieć, dopóki nie przyszła bitwa o sztandar. Wydarzenie, wyczekiwane przez większość półbogów, było wyjątkowe, ze względu na ilość chętnych - trzeba było podzielić na cztery drużyny i to w zasadzie wyglądało bardziej jak zaawansowana kampania wojenna. Czas walki również został wydłużony, była to praktycznie okazja weekendowa. Drużyny były podzielone wyjątkowo, zamiast domkami ludzie dobierali się według roli w walce. Dziewczyna lubiła bitwy o sztandar, ale jak zobaczyła jakie grody inni półbogowie wznosili oraz jakie armatopodobne i onageropodobne maszyny konstruowały dzieci Hefajstosa, to tylko stwierdziła pod nosem „ich wszystkich pojebało”.
Nie pamiętała przebiegu bitwy dokładnie. Wyruszyła z grupą, czekali w krzakach za długo, zaatakowali jedną z fortec, ale szczegóły nie dały się wyłuskać z pamięci. A przynajmniej tak by powiedziała osobie postronnej, bo co najlepiej pamiętała, to moment zabezpieczania flagi. Czy raczej jej szukania. Wśród dwudziestu cholernych iluzji cholernych flag. Bez pewności, że właściwa się znajduje akurat na tej polance. Jedyne czego była wtedy pewna, to że klęła pod nosem soczyście.
Część drużyny szukała flagi, część z Dahlią na czele starała się wytropić jakiegokolwiek dzieciaka, który mógłby być grzecznie przekonany, gdzie ta flaga. Gdy w oddali mignęła czerwona szarfa, ruszyła pędem za nią, instynktownie. Za bardzo lubiła wygrywać, czasem impulsywność w walce przysparzała jej problemy, dobiegnięcie do posiadacza czerwonej przepaski było kwestią życia i śmierci. Zarówno ona jak i uciekający przedzierali się przez gęstwinę krzaków, w której Dahlia miała naturalną przewagę. Trochę sobie oczywiście pomogła. Inni herosi mieli mocne zdanie na temat manewrowania korzonkami wokół kostek (szczególnie medycy), ale irytowała ją ta niesprawiedliwość. Ateniątka mogły myśleć tymi swoimi wspaniałymi mózgami, Aresiątka mogły rozbijać się na okrągło, a ona nie może manewrować małą roślinką? Bez przesady.
Zwolniła, łapiąc oddech. Kucnęła przy ofierze i nie od razu zdała sobie sprawę, że patrzy na kogoś, kogo szukała od kilku tygodni bezskutecznie.
Przez nagłe odkrycie zapomniała, po co w ogóle ścigała tą osobę. Miała sporo pytań, ale niezwiązanych z flagą. Czemu ukrywasz swoje treningi? Czemu nie nosisz okularów? Czemu Cię wcześniej nie widziałam? Czemu, czemu, czemu. Jak się nazywasz? Jaki domek?
Zamiast tego zdziwiona patrzyła, jak obiekt dziwnej fascynacji się otrzepuje i szuka w trawie gumki do włosów. Tyle tajemnic w jednej osobie, a naprawdę nie lubiła zagadek i wolała mieć pewność we wszystkim. A ta osoba zdecydowanie była poza marginesem Dahlii „to znam i jest sprawdzone”. Skurwysyn nie nosił okularów na co dzień, spinał włosy grubą gumką oraz nosił workowate ubrania optycznie powiększające sylwetkę. Albo nosiła, kto wie. Nikt normalny tak nie robił. To raczej nie potwór, bo jak by miał wejść na teren Obozu?
Tak się zastanawiała, otwierała usta, a obiekt jej fascynacji rozmasowywał kostkę, sycząc z bólu. Dahlia pierwszy raz chyba widziała, jak ktoś przelewa tyle emocji na samo patrzenie z nienawiścią. Tylko się przewrócił, nie przesadzajmy, a już strzela metaforycznymi nożami. Chociaż, kto wie, nie zdziwiłaby się jakby istniał taki bóg przekazujący potomstwu nożokinezę.
— Proszę, mój stalker mnie dopadł. — Wycedził.
Cichy, ale głęboki głos. Przynajmniej mógł być mniej więcej w jej wieku, bo przeszedł mutację. Chwila.
Musiała się rozbudzić, zamiast skupić się na głosie wypadałoby zrozumieć treść. Gdy już ją przeprocesowała poczuła, jakby ktoś wylał kubeł zimnej wody na nią.
— Co?
— Nie wiem, czemu mnie śledzisz. Nie masz innych rzeczy do roboty?
— Nie jestem stalkerem! — Gniew brał górę. Nawet za bardzo.
Poczuła się jak przyłapana na niecnym uczynku, co nie miało sensu. Przecież nie stalkowała. Nie miała nic złego na myśli. Jakby chodziła sama po obozie o dwunastej, to nikt by się nie czepiał. O szóstej ogląda ludzi, wielkie problemy.
Ale sama też nie wiedziała, czemu wtedy nie podeszła zagadać.
— Jesteś. Zostaw mnie w spokoju. — Odburknął.
Chciała być miła, nawet myślała o opatrzeniu tej kostki i wyswobodzeniu go z krzaków. Chciała przeprosić, zacząć rozmowę. Zamiast tego zgrzytnęła zębami.
— Styki ci się przepaliły, typie. Nieważne, sama złapię tą głupią flagę w tych głupich iluzjach, nie potrzebuję ciebie do tego.
Podniosła się, starając się nie okazać przesadnej złości. Kontratakowała jego metaforyczne noże metaforycznym chłodem. Jest zbyt cool na inne reakcje. Prychnęła na pożegnanie i odwróciła się.
Kiedy już się upewniła, że zniknęła z jego pola widzenia, przyspieszyła kroku. Co to w ogóle była za insynuacja?! Czubek. Serce waliło jej jak oszalałe, ciśnienie pewnie miała większe niż u Hery, która się dowiaduje o kolejnym wyskoku Zeusa. Nagle jej głowę szturmowały myśli oraz scenariusze, które układała, na wypadek gdyby spotkali się… w normalniejszych warunkach. Które zakładały, ze nie będzie ruszać ustami jak rybka rozdymka. I zakładały, że nie nazwie ją stalkerką. Warknęła przeciągle, uświadamiając sobie kretynizm sytuacji i schowała twarz w rękach.
Na widok znajomych niebieskich szarf, od razu starała się przybrać neutralny wyraz twarzy. Przecież nie mogła pokazać, że ją coś ruszyło. Co jak co, ale miała za dużą renomę w Obozie, żeby ją storpedować głupią akcją. W której wcale nie pokazała, że zależało jej na odnalezieniu tajemniczego typa. Brzmiało to jak jakaś kliszowa powieść, w której bohaterka wpada na przystojnego ziutka, leżą na podłodze i patrzą sobie głęboko w o-stop. Upomniała siebie, za zawędrowanie w te rejony, które kojarzyły się jej z tanimi romansami. Ona była cool, poważny rancher nie zawraca sobie głowy takimi bzdurami.
Mimo prób ustawienia się do pionu, do końca dnia była naburmszona, nawet gdy jej drużyna wygrała. Przynajmniej się dowiedziała, po wypytaniu innych, że ten człowiek był dzieciakiem Hypnosa i nazywał się James. Był sprawcą tej cholernej sztuczki z flagami. Wstaje o szóstej, dobrze strzela z łuku, operuje umiejętnościami na wysokim poziomie, no dosłownie do rany przyłóż półbóg, pomyślała pogardliwie Dahlia. Nie chciałaby się przyznać, że poczuła się nieco zagrożona. Zabrzmiało to jak konkurencja, a jej chęć do rywalizacji była ciężka do opanowania. Oczywiście, że była od niego lepsza. Na każde wspomnienie o nim ściskało ją coś w klatce piersiowej i cierpko tłumaczyła sobie to zazdrością. I poczuciem, że zjebała trochę akcję w sztandarach.
Swoją drogą, po raz pierwszy miała dysonans poznawczy. W życiu nie rozpatrywała domku Hypnosa. Mieszkańcy wyrobili sobie opinię największych śpiochów, przez co wykluczenie tej opcji wydawało się całkiem logiczne. Była zdecydowanie pewna, że treningi łucznicze o szóstej się jej nie przyśniły (ha, ha), a z takimi umiejętnościami na spokojnie mógłby być grupowym. Dlaczego nie był? Nie, żeby Dahlia miała cokolwiek do gadania, bo również mogłaby być grupową, gdyby nie te dziecinne pranki. Nigdy zresztą nie chciała przewodzić Demetersiątkom, bo to oznaczało wytyczanie kalendarza siania, zbiorów, decyzji gdzie i jakie rabatki. Już dla odmiany by wolała zjeść kobiałkę truskawek.
Przez ten cały czas trwania obozu, kiedy mogła, to omijała cokolwiek związanego z TymGościem KtóryMnieWcaleNieObchodzi. Zadzierała nosa i ostentacyjnie tworzyła dystans nawet przy głupim mijaniu się na prostej drodze. Ludzie zadawali jej pytania, ale nigdy nie odpowiadała. Czy za bardzo wzięła do siebie oskarżenie o stalking? No, może trochę. Tylko troszeczkę. Nikt nie ryzykował drążenia tematu, bo potrafiła dawać całkiem mocne kuksańce. Wyrobiła sobie również umiejętność odwrócenia uwagi i zejścia na inny temat.
Dlatego wtedy, rok później, zaproponowała odwet z tymi łóżkami. Racjonalizowała sobie tym, że zjebał jej końcowe dni pobytu letniego w Obozie, ignorując głosik w głowie mówiący coś o potrzebie atencji.
Najważniejszego, czyli wcielenia planu w życie, nie pamiętała. Tylko wynoszenie pierwszych łóżek zapadło w pamięć, potem zapanował totalny chaos i mętlik. Nie potrafiła sobie przypomnieć, gdzie była, z kim, o co chodziło. Wiedziała tylko, że idealnie wykorzystali okazję - kalendarze ważnych osób, które by mogły im przeszkodzić, zsynchronizowały się tym konkretnym, wolnym czwartkiem. Godzina? Samo południe. Każdy wtedy był na kajakach, siedział na treningu, grał w szachy, kółko i krzyżyk, cokolwiek. Co wyszło? Wynieśli łóżka z domku Hypnosa i rozrzucili po lesie. Niektóre przypadkiem się połamały, pod naciskiem szczęk myrmek. Ups. Co nie wyszło? Zostali przyłapani i przerodziło się to w pełnoskalową wojnę, nieustępującą bitwie o sztandar. W pewnym momencie chyba została uderzona w głowę drewnianą ramą. Kto nią w ogóle rzucił? Nieistotne.
Istotne było to, że po kilku godzinach Obóz wyglądał jak wysypisko śmieci. Albo jak szpital polowy, gotowy przyjąć rannych na materacach rozłożonych w kuchni, na placu treningowym, na szczycie drzewa. Były również opcje eksluziw dla potomstwa Posejdona, bo parę materaców zostało zatopionych. Reasumując, łóżka były wszędzie, tylko nie w domkach.
Gdzie się wtedy obudziła? Pod drzewem? Na ławce? Przy jakimś domku? Co było jasne, to ból głowy, który rozsadzał jej czaszkę. Ta rama miała dla niej bardzo konkretne karmiczne przesłanie. Syknęła z bólu, gdy pod palcami wyczuła rozdarcie skóry. Niby krew była lepsza niż guz wielkości pomelo, ale wyjątkowo piekło. Skupiła się więc mocno na oddychaniu i na czymkolwiek co bólem nie było. Było to ciężkie, bo w oddali półbogowie krzyczeli na siebie, czyżby Chejron wrócił? Stała tak z parę minut, głęboko oddychając i przy okazji przypadkowo uruchamiając dary swojej matki. Czuła źdźbła trawy, jak są muskane wiatrem. Chłodną ziemię, w której wyczuwała drobne nasiona czekające na swoją kolej w cyklu życia. Ktoś właśnie kilkanaście metrów dalej nadepnął na kępkę, chyba niezapominajek, nie dałaby sobie uciąć ręki. Bo głowę już tak.
Znajdowała się na polance, tuż obok rozdartego materaca. Prawdopodobnie właśnie na nim leżała, sądząc po smugach krwi. Przeniosła wzrok, powoli kręcąc głową w kierunku przybysza. Ból głowy rozdarł mocno, po raz drugi jej mózg, kiedy zidentyfikowała Jamesa. W tym momencie miała jednocześnie satysfakcję, że dupek nie będzie miał na czym spać, z drugiej strony czuła jak organy jej podchodzą do gardła i powstrzymywała wymioty. Nieśmiało jej zaświtała myśl, że sprawy potoczyły się za daleko. Może przychodzi oznajmić jej karę? Czyżby czyszczenie wychodków? Siedzenie w tych pierdolonych truskawkach? A może przyszedł list od Demeter, który ją wydziedzicza i zostanie wygnana z Obozu na zawsze? Mogła wcześniej pomyśleć o tym, to prawda.
— Teraz to ty mnie stalkujesz. — Wychrypiała.
Nie usłyszała odpowiedzi, za to poczuła jak wrzucił na jej kolana… torebkę? Wytężyła wzrok i tańczące przed oczami kształty zlały się w końcu w uniwersalny, czerwony krzyż. Pomyślała, ze to bardzo mił- wróć. Czemu się z tego tak głupio cieszy? To tylko opatrywanie obozowicza, sama w razie potrzeby składała innych, bo wymagał tego kodeks herosa. Spojrzała na niego.
Zamiast typowych, workowatych ubrań miał na sobie ogrodniczki. To jeszcze nie było dziwne, ale ich prostota oraz kolor kontrastowały z… kurtką? Swetrem? Kołdrą? Cokolwiek miał narzucone na grzbiet, porażało patchworkiem rozmaitych kolorów, wzorów oraz wielkością. Wyglądało to jak pierzyna, a miało rękawy i nawet ściągacze. Czy to był jakiś reprezentatywny strój domku 15, w którym można było zasnąć na zawołanie? Mocno napuszone włosy dodawały objętości, okalając drobną twarz. Dalej nie miał okularów, bogowie wiedzą czemu, ale dzięki temu mogła normalnie się skupić na jego wyglądzie. Miał karnację typowego białego faceta, który siedzi w piwnicy i robi się czerwony w 2 minuty na słońcu. Za to nos miał prosty, oczy albo szare albo zielone, nie mogła sprecyzować. Jasne brwi ukrywały się za puklami włosów. Właśnie podniósł jedną z nich, zauważając jej dokładną inspekcję. Odchrząknął.
— To był najgłupszy pomysł na świecie i jeszcze go zrealizowaliście. — Jego ton nie wybrzmiewał złością. Raczej rozczarowaniem.
— Nie wiem o co ci chodzi. Poza tym, skontaktuj się z moim prawnikiem, ja nic nie będę mówić.
— Tak, tak. Cokolwiek nie powiesz teraz, zostanie użyte przeciwko tobie. — W tym momencie poczuła chłód na głowie. Konsystencja gluta do szybszego gojenia była sensorycznym piekłem. Uświadomiła sobie, jaki jest następny krok w ABC Powtrzymaj Obozowicza od Śmierci.
— Mogę sama się obwiązać, nara. Nie potrzebuję pomocy. — Złapała bandaż i sama sobie obwiązywała głowę.
— Mhm. Nie mogłaś wynosić tylko mojego łóżka, jak tak chciałaś mi dopiec?
— Tobie? Puknij się w łeb, James.
Kątem oka zobaczyła, jak Hypnosiak krzywi twarz. Nie powiedziała przecież czegoś tak obraźliwego, raczej nie był takim płateczkiem śniegu, nie?.
— Tylko nie James.
A, skrzywił się na co innego. Dobrze wiedzieć.
— Nie lubisz swojego imienia?
— Nie.
— Aha.
Zapadła między nimi niezręczna cisza. Bogowie, będzie siedział tutaj cały czas? Za jakie grzechy? Czas przerwać ten dziwny stan.
— W sumie to też nie lubię swojego imienia.
Po powiedzeniu tego od razu ochrzaniła siebie w głowie. Po co, idiotko, kontynuujesz? Przecież on cię nie interesuje. Jeszcze jakby chociaż zadała jakieś pytanie, które by sprawiło, że czegoś się o nim dowie.
— I co z tym faktem robisz?
— Jak ktoś się z niego śmieje, to dostaje w łeb. Działa, polecam.
— Aha.
— Nom.
— Nie skorzystam.
— W takim razie co ty z tym faktem robisz?
— Używam innego imienia.
— Niegłupie.
— Wiem.
— Czemu ty dalej tutaj jesteś, NotJames?
W odpowiedzi usłyszała prychnięcie. Dobry znak.
— Bo rozjebałaś mi łóżko i w ramach dobrego uczynku, oprócz naprawienia łóżek, posprzątasz strych w moim domku.
— Aha. Jak powiem ci, że masz spadać na drzewo, to nakablujesz Chejronowi?
— Dokładnie tak.
Wzruszyła ramionami.
— Mam jakiś lepszy wybór?
— Jak wolisz karę od Chejrona, to tak.
— Nie, dzięki. Jak duży jest ten strych?
— Nie jest specjalnie duży, ale jest zapuszczony. Mocno.
— Aha. — Położyła się na materacu, procesując sytuację. Głowa dalej nieludzko bolała. — O której mam jutro być?
— Może koło południa? Kiedy inni są na aktywnościach i nie będziesz mogła zrobić kolejnego pranka.
— Sprytnie. Ok.
— Jeszcze jedno.
— Tak?
— Byłobym wdzięczne, jakbyś mnie nazywała Flannery. W zaimkach bezosobowych i tak dalej.
— Nie ma sprawy. Na pewno pasuje to do ciebie bardziej, niż James.
Po raz pierwszy widziała, jak się uśmiechęło pod nosem.
Zamknęła oczy. Nie oczekiwała cudu, że akurat jej łóżko by się ostało w Domku nr. 4, a ten materac był całkiem wygodny.
Gdy już dotarła na kolację, zauważyła weteranów i Radę Starszych Kopytnych zarządzających miejscem i zliczających szkody wojenne. Chejron jeszcze nie wrócił, ale na pewno dostał informację iryfonem. W oddali odbywały się kłótnie, kto zaczął i kiedy.
Usiadła przy Demetersiątkach, które widocznie nie brały udziału przy walkach, bo były w całkiem dobrym humorze i żadne nie odniosło ran. No, dopóki się nie przyturlała tutaj.
— Coś się działo, kiedy mnie nie było? — Zagadała.
— Co ci się stało w głowę? — Grupowa uniosła brwi.
— Jak widać, jestem jedną z pierwszych ofiar wojny łóżkowej. Odcięło mnie.
— Jedną z pierwszych? Dahlia, mam nadzieję, że nie miałaś nic wspólnego z zaczynaniem tego burdelu?
— Oczywiście, że nie. Przebywałam w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie.
— Aha. No, każdy nagle się zirytował i każdy domek ma problem z łóżkami. Próbują ratować to, co zostało. parę łóżek się nadaje, a część jest połamana lub nadaje się do wyrzucenia. Dzisiaj nocujemy na materacach przy ognisku.
Tej nocy półbogowie w końcu się rozchmurzyli i wesoło brali udział w zabawach, przy okazji piekąc pianki na patykach. Jedni opowiadali historie z duchami, drudzy grali w planszówki. Przebywała, jak zawsze, z Hermesiakami grając w karty. To była całkiem urocza impreza, pełna okrzyków i ekscytacji dzieciaków, które nie doświadczyły czegoś takiego. Jak już zasnęli, to w grupkach, blisko siebie.
Gdy się obudziła, ból ustąpił. Herosi zwijali materace, czyścili je, porządkowali. Obóz wyglądał tak, jakby przechodził gruntowne sprzątanie wiosenne. W innych okolicznościach zażartowałaby, że Jezus musi sprawdzić czyste szyby na wiosnę, ale w Obozie panowała niepisana zasada "im mniej nas bogowie odwiedzają, tym lepiej".
Gdy zmierzała w stronę domku piętnastego, dopadły ją lęki. Co, jeżeli posprząta a i tak Flannery powie Chejronowi? Albo okaże się być jakąś chorą osobą zwyrolską? Tego typu pytania cisnęły się jej do głowy, a na każde z nich przygotowywała scenariusz. Tak, jak zawsze to robiła, dlatego ciężko było ją zaskoczyć. Nawet nie musiała przeżywać podobnej sytuacji, wystarczyło jakiekolwiek ubzduranie nierealnej sytuacji, nawet jak na półboskie standardy, a i tak marnowała czas na „kompendium kroków, kiedy coś się zjebie”.
Zapukała do drzwi. Jak otworzy, to będzie udawać niezainteresowaną, byleby odhaczyć. Jak trzeba będzie coś przestawić, to przestawi, ale bez łaski. Robi to tylko dlatego, że jej kaz-
Otworzyły szybciej niż się spodziewała i wydukała z siebie ciche "hej", nerwowo się uśmiechając.
Zajebiście jej poszło. Totalnie tak, jak planowała.
Flannery nie miało na sobie tej dziwacznej kurtki, za to w końcu ubrało swoje charakterystyczne okulary. Wyglądało dokładnie tak, jak zobaczyła jeno po razy pierwszy. Czy to było celowe?
— Hej. Wyspałaś się? — Zaczęło.
Kto zadaje takie pytania randomom? Czy to jakiś inside joke Hypnosiaków?
— Tak, czemu pytasz?
— Tak o. — Wzruszyło ramionami. — Koniec smalltalku, sporo roboty przed nami. Nie będę cię oprowadzać, bo chyba już wiesz gdzie i co jest. — Zaczęło uszczypliwie.
To była prawda, dzień wcześniej spędziła trochę czasu w tym przybytku, bo inaczej tego nie mogła określić. Ten domek był specyficzny, potrzebowała ze wspólnikami trochę czasu, żeby ogarnąć gdzie i co jest. Gdy człowiek do niego wchodził, buchała mu w nos mieszanka kadzideł oraz zapachy korzenne. Jeżeli to nie zwalało z nóg, to widział sporo świeczek i półmroków, znalezienie jakiegokolwiek włącznika światła graniczyło z cudem. Każdy z dzieciaków robił ze swojego łóżka fort, co się rzucało w oczy od razu. Tysiące koców, dziesiątki poduszek, miliony pluszaków zapychały przestrzeń, oddzielaną parawanami, co tworzyło mikrolabirynt. Poważnie brali sobie do serca tworzenie comfort zone. W tym momencie, gdy te comfort zone leżały rozrzucone gdzieś po lesie, pomieszczenia wyglądały zdecydowanie przestronnie, odsłaniając patchworki z podłogi. Zaczynała się szachownica, tylko po to, żeby dalej były panele drewniane. Mogła przysiąc, ze w którymś miejscu była kamienna posadzka, taka z normalnymi kamieniami i zaprawą miedzy nimi.
— Dlaczego macie różne podłogi? — Niewinne pytanie, raczej nie powinno obruszyć, prawda?
— Nie wiem.
Pogadane.
Już nie mówiąc o tym, że gdy normalni ludzie mieli zazwyczaj jeden ładny łapacz snów, Hypnosiaki miały ich od cholery i jeszcze więcej. Ten domek faworyzował niskich ludzi, Dahlia miała już serdecznie dość i przy każdym kroku odpychała je jak uciążliwe komary oraz wypluwała piórka.
— Gdzie jest w ogóle wejście do strychu?
— Dużo pytań zadajesz.
— Za to słabo na nie odpowiadasz.
— Nie mam potrzeby.
Dupek.
— Nie wiem jak ty, Flannery, ale ja lubię coś wiedzieć. Ta informacja jest istotna, nie sądzisz? przypomnę, że mam ci posprzątać strych. Chyba, że masz zamiar mnie wpuścić na strych kominem, to nie było tematu.
— Nie zmieściłabyś się przecież.
— Aha. Rozmowa chuja z butem.
Rozmówca uśmiechnął się szeroko i pociągnął za dzyndzelek, jeden z wielu, jakie zwisały z sufitów. Myślała, że to jakiś zwykły łapacz snów, chociaż nie wszystko stracone, może z sufitu nagle wyskoczy boss tych sufitowych zwisadełek, Disco Dreamcatcher™. Nagle klapa odskoczyła i zsunęły się z niej płynnym ruchem schodki. Mocno zakurzone, ale już ktoś po nich chodził.
— Mhm. Niedawno odkryte, ostatni raz z niej skorzystaliście jako bazę operacyjną podczas drugiej wojny światowej?
— Nie zdziwiłobym się.
— Dlaczego do tej roboty bierzesz mnie, a nie swoje rodzeństwo? Ukrywasz coś przed nimi?
Flannery skrzyżowało ręce i westchnęło.
— Trochę tak. Niektórzy są nieco bardziej przesądni i przypisują przedmiotom… dużo symboliki. Momentami za dużo. Nie chcę też mieć sytuacji, gdzie będzie sześć kucharek i nic nie będzie zrobione.
Dahlia złapała za poręcze, testując ich stabilność. Konstrukcja wyglądała nie najlepiej, przy pierwszym kroku zaskrzypiała złowieszczo. Pełna obaw weszła po schodkach, kiedy w końcu wspięła się na samą górę, chciała odetchnąć z ulgi. Na widok wszechobecnego kurzu porzuciła ten pomysł.
Strych wydawał się przestronny, co było dziwne. Była w stanie się wyprostować, rozejrzeć się i określić, z czym będzie pracować. Zmrużyła oczy, próbując lokalizować źródło światła, bardzo rozproszonego, ale rzeczywiście pomieszczenie było zagracone. Pół biedy, że część rzeczy była przykryta tkaninami, ale też jej to udowodniło, że naprawdę nikt od dawna nie zaglądał tutaj, ale z jakiegoś powodu jej to nie zdziwiło. Czuła, że poświęci naprawdę dużo czasu na tym cholernym strychu. Flannery stanęło za nią i wciągnęło schody do środka, na wypadek, gdyby któreś z rodzeństwa wróciło. Przy okazji postawiło reklamówkę z rzeczami do sprzątania.
— Co mam konkretnie wyrzucić?
— Coś, co nie będzie przydatne w jakikolwiek sposób. Bibeloty, pamiątki, książki. Mam zamiar zrobić z tego funkcjonalne miejsce. Zdaję się na twój osąd.
Na chwilę połechtało to jej ego.
Zaczęła, ściągając tkaniny z mebli. Na szczęście miała już doświadczenie w ogarnianiu nieużywanych miejsc z gratami (zadanie bojowe starego), że szło jej to sprawnie. Już na wstępie ułożyła plan, a samo wrzucanie bibelotów do śmieci było mało wymagające. Chociaż nie nazwałaby tego śmieciami, były interesujące na swój sposób. Mosiężne lampki, wazony, zabawki, szkiełka, kalejdoskopy, karty, listy, obrazy, lista się nie kończyła. Czasem obserwowała potomstwo Hypnosa, po kryjomu. Próbowała rozszyfrować jakiekolwiek zamiary, myśli, pytania tylko się nawarstwiały. Po wypełnionym pierwszym worku rozprostowała plecy.
— Flannery?
— Hmm? — Nie oderwało wzroku, przeglądając szafki w art deco komodzie.
— Dlaczego ja?
Zatrzymało się na chwilę, zamyślając się. Zauważyła, że za każdym razem, gdy ma cos powiedzieć, marszczy brwi w charakterystyczny sposób.
— Jesteś silna, dajesz radę z przenoszeniem rzeczy. Jestem też po prostu ciekawe. Zwłaszcza po tym obserwowaniu z rana, akcji ze sztandarem i ostentacyjnego ignorowania mnie.
— To nie było ostentacyjne.
— Nie było? Rany, to ja nie chcę wiedzieć, jak robisz to całkowicie ostentacyjnie. — Uśmiechnęło się pod nosem, w końcu zwracając uwagę na nią. — O co ci w ogóle chodzi?
— O co mi mogło chodzić, kiedy widzę kogoś, kto ukrywa fakt posiadania okularów, związuje włosy, unika ludzi i nosi ubrania zakrywające sylwetkę. Dziwne, nie?
— Zaintrygowana?
— Jeszcze jak. — Odwarknęła. Ile razy jeszcze będzie deflektować jej pytania?
— Myślę, że można umyć ten kawałek podłogi, ścianę i dosunąć tą szafkę. — Nie było zrażone jej reakcją.
Zabrała się do roboty. Im szybciej to zrobi, tym szybciej wyjdzie w cholerę.
Znalazła worek z… płytkami? Każda z nich miała fantazyjne wzory, żaden się nie powtarzał. Było w nich coś magicznie przyciągającego i nie odstawiła tego na śmieci. Z nich można było wiele rzeczy zrobić. W dodatku ich wykonanie było bez zarzutu.
— Mogę? — Podniosła jedną z nich.
— Tak.
Po przesunięciu wielu mebli dotarła w końcu do ściany, której dach nie zasłaniał. Miała dziwne wrażenie, że widziała bliki światła i majstrowała przy mechanizmie, który okazał się być okrągłym oknem. To było całkiem interesujące, że ktoś zadał sobie tyle trudu, żeby zamalować szkło i ukryć pomieszczenie. Modliła się, żeby tylko nie odkryli zwłok przypadkiem, już wystarczająco dużo sekretów ten strych skrywał.
Po kilku godzinach i przewietrzeniu, wyglądał zdecydowanie lepiej. Ciemna, drewniana podłoga nadawała przytulności, każdy mebel był z innej epoki, co nadawało wrażenie sklepu z antykami. Odkryła dywan perski, całkiem nienaruszony, który dopełniał resztę. Flannery przez ten czas się krzątało przy szafkach, próbując nadać im jakikolwiek blask. Skupione, wyglądało jak student chcący rozwiązać równania matematyczne. Jeno ruchy były metodyczne, dokładne, ale nie pretensjonalne. Tak, jak przy naciąganiu łuku.
Czego wcale nie robiło, przebywając z innymi. Przy "ostentacyjnej" próbie ignorowania zdążyła zaobserwować, że celowo robiło jakiekolwiek aktywności wolniej, czasem zrzucając rzeczy. To był kolejny powód, dla którego nie odnalazła Flannery od razu, co tym bardziej pogłębiło intrygę. Czy tego nie robi przy sprzątaniu, bo zdążyła już jeno przejrzeć? Ta opcja była najrozsądniejsza.
O co chodziło z tymi włosami? Nawet, gdy związywało je solidną gumką, były wiecznie napuszone, tak, jakby codziennie nacierało sobie głowę balonikiem. Część tych włosów zasłaniało kurtką.
— Znowu się na mnie patrzysz. — Nieco zirytowany ton wybudził ją z zamyślenia.
— Tak. Jakiś problem?
— Czuję się z tym dziwnie.
— Ah tak?
Z czystej złośliwości od tej pory wpatrywała się intensywnie w Hypnosiaka, które absolutnie nie było z tego powodu zadowolone. Nawet, gdy się odwróciło plecami, kontynuowała tworzenie niezręcznej atmosfery. Było coś w tym upajającego, w końcu znalazła jakikolwiek hak na tą osobę. A samo nie miało do zarzucenia, bo mimo wszystko sprzątała i porządkowała.
— Przestań już.
— Przestań już. — Przedrzeźniała.
Dawno nie odczuwała bycia absolutnym chujkiem, nie była w stanie wyjść teraz z tego mindsetu.
— Ile ty masz lat?
— Ile ty m-oh. Co to jest?
Odsłoniła parawan z bogato zdobionym detalem, na wzór chińskich. Wyglądał naprawdę szczegółowo, w dodatku to było drewno intarsjowane, co wymagało bardzo dużej wprawy i umiejętności. Zdążyła zapomnieć o irytowaniu rozmówcy, Myślała, że odkryje gigantyczną szafę, a odkryła potężne łóżko z baldachimem. Zrobione dosyć prosto, imponowało solidnym drewnem i wielkością. Pierwszy raz widziała kotary, przewiązane złotym sznurkiem, jak te zasłony w teatrach. To miejsce naprawdę wyglądało jak safespace, odgrodzone od świata, i to takie w którym można było zapomnieć o problemach. Flannery zjawiło się u jej boku, obserwując odkrycie. Ignorując jeno, rozsunęła kotary i od razu wpełzła do środka. Po ujrzeniu wnętrza wzięła głęboki oddech.
— O ja pierdolę.
— Co ty robisz? — Flannery mruknęło z rezerwą w stylu „mieliśmy sprzątać, a nie testować nowo odkryte łóżko”.
Niewiele myśląc, złapała szybko zaskoczonego półboga w pasie i wciągnęła do środka, niczym kraken polujący na samotną łajbę. Wyrywał się od razu i krzyczał niecenzuralne słowa, coś mówiąc o jej stanie psychicznym. Przewróciła oczami, zdając sobie sprawę z tego, że po ciemku tego nie widać. A i tak uspokoiło się względnie szybko.
Sama do końca nie wiedziała, czemu to zrobiła, zamiast korzystać z werbalnych technik zachęcania drugiej osoby. Na pytanie, o co jej chodzi, odpowiedziałaby, że to od tego uderzenia w głowę i denerwowania jej przez poprzednie wakacje. Coraz silniej wzbraniała się przed myślą, że to może kwestia jakiegoś zauroczenia popychała ją do zachowywania się jak zwierzę. To na pewno nie to.
— Oho, ciekawe. — Usłyszała.
Sufit łóżka, choć lekko przekrzywiony, wyświetlał gwiazdozbiory. Dahlia zawsze uważała te fluorescencyjne gwiazdki przyklejane na sufit za urocze, ale tutaj działa się już magia. Konstelacje pobłyskiwały delikatnie, nieboskłon był intensywnie granatowy, ze smugami innych kolorów. Całość wyglądała tak, jakby ktoś pokazywał im obraz z bardzo dobrego teleskopu, rozłożony na szerokim papierze. Jej myśli jednak szybko przeszły do faktu, że dalej przytrzymywała herosa. Co prawda skupionego w tym momencie na wypatrywaniu konstelacji.
— Tutaj jest Wielka Niedźwiedzica, a koło niej sporo, których nie znam. Tutaj są bliźnięta, a tam skorpion. Tu są chyba wszystkie… — Wyliczało skupione.
Za to Dahlia nie była skupiona. Nie przygotowywała się na możliwość, że będą siedzieć NA ŁÓŻKU, wpatrywać się W GWIAZDY i że będzie trzymać Hypnosiaka W RAMIONACH. Czuła pierwsze etapy paniki. Co ma zrobić? Zdjąć ręce i powiedzieć coś? Czekać aż powie, na chuj trzyma jeno w ramionach? Ale gdyby tak było, to już by powiedziało, że no sorry, trzeba było wcześniej powiedzieć. Wszystko to było proste, gdyby nie świadomość.
Że się jej to całkiem podobało.
To była całkiem miła przerwa od sprzątania, które zaczynało nużyć. Plan jest taki, że zdejmie ręce, powie coś o sprzątaniu, żeby wyjść na nonszalancką, pójdzie sobie do domku…
— Tutaj jest jednorożec, całkiem dobrze widoczny…
— Flannery?
— Tak?
— Siedzimy na jednym łóżku. Jedynym w domku Hypnosa.
Gratulację Dahlia, nagroda na najbardziej oczywiste stwierdzenie wędruje do ciebie.
Co było dziwniejsze, nie poczuła żadnej gwałtownej reakcji.
— Zdaję sobie z tego sprawę.
— A. Aha.
Posiedzieli chwilę w ciszy.
— Czyżbyś mnie lubiła? — Powiedziało nagle z przekąsem.
— Ta-NIE. Ani trochę. — Zapeszyła się.
Od razu też wzięła ręce przy sobie. Krzyżując na piersi. To było trochę za dużo. W dodatku Flannery zaczęło się śmiać, pogłębiając jej wstyd oraz przyspieszając panikę.
— Wiesz, że jesteś subtelna jak młot pneumatyczny o szóstej rano?
Nie odpowiedziała. To było idiotyczne, po co tu w ogóle przyszła? Nie miała też pojęcia, co to miało znaczyć z tą subtelnością. To chyba nie było tego aż tak widać? Zaraz zacznie krzyczeć. Objęła rękami kolana, chowając głowę.
Jej wycofany stan został dosyć szybko zauważony i poczuła rękę na plecach.
— Przepraszam.
— Za co niby? — Pociągnęła nosem.
— Myślałom o porozmawianiu z tobą, tak sam na sam. Zastanawiałom się, jak to zrobić, dopóki nie rozjebaliście mi domku.
— Porozmawianiu? Sam na sam? — Odparła ponuro.
— Spójrz, ciężko było przeoczyć twoje, eee, nastawienie do mnie. Dlatego pomyślałom, że to jedyna opcja na zorganizowanie… randki? — Jeno ton był zdecydowanie przekorny.
— Dziwne jesteś.
— Kto to mówi?
— Czyli z tym sprzątaniem, to wszystko było celowe?
— Tak.
— Te gwiazdozbiory też?
— Tak.
— Aha.
— Nie podobało ci się?
— Może. — Rozchmurzyła się nieco. Powoli jej wracał humor.
— Chcesz posłuchać dalej?
— Tak.
Objęło ją ramieniem.
Poczuła się dziwnie z tym, że ktokolwiek mógł zalecać się do niej, osoby nieco aroganckiej i przewyższającej większość obozowiczów, nawet i tych starszych, zwłaszcza że były zdecydowanie bardziej atrakcyjne obozowiczki, zarówno pod kątem wyglądu jak i osobowości. Odegnała od siebie te myśli.
Skupiła się na tym, żeby poczuć rozlewające się w środku przytulne ciepło.
— Flannery?
— Tak?
— Czy ty nacierasz włosy balonikiem codziennie?


Łyżka obijała się metalicznie o dno pustego kubka. Nawet nie zauważyła, kiedy wypiła herbatę.
Tu, w kuchni, opowiedziała Arnar cały skrót wydarzeń sprzed kilku lat, pomijając jakieś głupawe momenty przyprawiające o cringe, czy bycie złośliwym gnojkiem, skupiając sie na najważniejszym. Gdy skończyła, Arnar uśmiechało się od ucha do ucha.
— Czyli tą płytkę otrzymałaś dokładnie tak, jak ja teraz szklane kulki?
— Te, co są teraz rozsypane po podłodze? No, można tak powiedzieć.
Czuła się dziwnie z wyjawianiem takiej historii. Zwłaszcza osobie, z którą przed chwilą tarzała się w kuchni. Dzięki bogom, że z Flannery nie musiała się rozbijać po tym strychu. Poczuła jednocześnie ulgę, że to wyjście ze strefy komfortu się skończyło, a Arnar nie było oceniające w żaden sposób. To była jedna z tych rzeczy, za którą jeno doceniała.
Tak, jak musiała uświadomić sobie swojego głupiego crusha na dzieciaku z Obozu, tak powoli akceptowała rzeczywistość, w której ona i Arnar stają się przyjaciółmi. I to takimi bliskimi.
— Chcesz jeszcze herbaty? — Poderwała się do kuchenki.
— Nie mamy roboty do dokończenia?
— Jaka robota, Arnar? — Mruknęła przekornie. — Teraz ty mi coś opowiedz.
— A jak ja skończę swoją, to podzielisz się kolejną swoją? — Przyjęło propozycję z radością.
— Moooże. Tak. Opowiem ci jeszcze coś.
Postawiła przed Arnar kubek.
— Zaczynaj, przyjacielu.



[8018 słów: Dahlia otrzymuje 80 Punktów Doświadczenia +20 PD]

Od Lucasa — „To domówka a nie przedszkole!” — część 2 [Walentynki]

Poprzednie opowiadanie

Piąte koło u wozu

PARĘ GODZIN WCZEŚNIEJ

Wychudzona, gdyż odkąd został ojcem schudł z parę dobrych kilogramów, ręka Lucasa chwyciła garść popcornu z miski. Wpatrzony oglądał finałowy odcinek ostatniego sezonu tureckiego serialu.
— Myślałem, że będą ze sobą — skomentował, biorąc popcorn do buzi.
Ruby leżała na klacie ojca. Przysypiała, słuchając bicia jego serca i tuląc kamienia do siebie. Tak, kamienia. Tego którego Lucas ma od Louise. Mała uwielbia go, towarzyszy jej przez cały czas. I niech nikt nie próbuje ich rozdzielić! Kończy się to wybuchem płaczu. Ile to razy Lucas biegał po osiedlu szukając kamyka, bo Ruby machała nim na wszystkie strony podczas spaceru?
Kiedy na telewizorze pojawiły się napisy końcowe, Lucas sięgnął po telefon. Wiadomość od Iriela. No tak, największy bezrobotny pewnie znowu coś chce.
„Odbierz, to pilne”
— Słucham?
— Idziesz na tą impreze do Nataniela? Podobno zaprosił każdego z roku!
Lucas nic nie odpowiedział. Zerknął w wiadomości ponownie i faktycznie zauważył od niego powiadomienie.
— No dawaj — zaczął go namawiać Iriel. — Musisz trochę wyjść z domu. Stary, tak dawno sie nie widzieliśmy!
Westchnął. Zerknął na śpiące dziecko. Delikatnie pogłaskał je po pleckach. Przecież nie zostawi jej samej? Iriel ma odrobinę racji. Przydałoby się wyjść do ludzi, mimo iż ma niezbyt dobre wspomnienia z imprez.
— Pod warunkiem, że znajdziesz opiekuna dla Ruby.


— Jak coś stanie się Ruby to nie tylko Izana zatłukę. Ciebie też.
Iriel się roześmiał, pijąc drinka.
— Znam Monice. Jest naprawdę spoko, zaufaj mi. Hej Lucas, gdzie idziesz?!
Nie usłyszał go. Szukał wspomnianej kobiety.
Zaczął chodzić po mieszkaniu. Pewnie wynajmowane lub ktoś tu ma kasiastych rodziców, bo pieniądze było czuć od razu po wejściu. Marmurowe wykończenia, podłogi najwyższej jakości i salon z widokiem na centrum. Nawet pies właściciela miał posłanie warte więcej niż rozwalona kanapa Lucasa.
— Monice? — spytał, widząc jakąś kobietę z jego córką.
Kobieta odwróciła wzrok w kierunku studenta. Uśmiechnęła się do niego, poprawiając swoje czarne, kręcone, bujne włosy.
— To twoja córka, racja?
— Um..tak.. Ruby…
— Jest przesłodka! — Studentka zaczęła bujać dziecko. — Moje przyjaciółki ją uwielbiają.
— Prawda! Nie zamierzam być matką, ale Ruby jest przeurocza! — Przyjaciółka Monice potwierdziła.
Lucas się zarumienił, dziękując za miłe słowa.
— Przyszedłem powiedzieć pare informacji o Ruby. Wiesz… ufam ci, ale…
— Jesteś nadopiekuńczym ojcem, zrozumiano — Monice się zaśmiała, bawiąc się swoimi włosami.
— Więc tak. Ruby jakby była głodna lubi jeść zmielony groszek. Serio. Lubi też krakersy… ale bez soli! Ogólnie jest spokojna… nie sprawia zbyt wielu problemów.
Dziewczyny słuchały jak ojciec dziecka opowiada o jego nawykach i przystosowaniach. Z jednej strony, podziwiały jak bardzo mu zależy na córeczce.
— I najważniejsze! — Na sam koniec przypomniał sobie. — Ruby musi mieć przy sobie kamyk. Ten który… właśnie ma w buzi. Gdy go zgubi, wpada w panikę, więc naprawdę, proszę uważajcie.
— Nie masz czym się martwić — Monice zapewniła Lucasa.
— Tu jesteś!
Lucas doskonale poznał czyj to głos.
— Wzywam cię na karciany pojedynek, frajerze. Muszę się doigrać za tamto — uśmiechnął się wrednie, chwytając go za ramiona. Lucas odwrócił się na sekundę widząc jak Monice mu odmachuje.


— Umiesz grać w oszusta? Albo nieważne, gramy.
W pokoju było ciemno. Koledzy Lucasa postawili przed nim małą szklaneczkę z czystą. Nie tknął tego. Przecież nie będzie pić, jak ma ze sobą dziecko.
Izan rzucił na stół pierwszą kartę. Idealnie się złożyło, że Lucas miał pasującą kartę. Już od samego początku Izan oszukiwał, wykładając dwie karty jednocześnie. W oszuście było to dozwolone, więc Lucas ze stoickim spokojem grał dalej.
— Nie napijesz się? — Izan ćmoknął, zakładając noge na stół.
Lucas zignorował ten gest.
— Nie. Nie będę pił jak mam pod opieką dziecko.


— Oddzwonił? — Monice spytała przyjaciółki.
— Nie… — odpowiedziała. — Ale patrz kto do mnie napisał!
Ruby dalej siedziała na rękach Monice, trzymając kamyka. Do kanapy na której dziewczyny siedziały podszedł pies, czarny labrador. Zaczął merdać ogonem widząc dziecko. Ruby rzuciła kamyk na bok, wyciągając rączki do labradora. Pupila uwagę odwrócił jednak wcześniej trzymany przez dziecko kamyk. Wziął go w pysk i uciekł do innego pokoju.


Po pomieszczeniu rozniósł się ryk dziecka.
Lucas od razu się podniósł, nasłuchując. To była Ruby. Odstawił karty biegnąc do córki.
— Jesteś jak locha gdy ktoś sie zbliży do jej warchlaka — skomentował Izan, pijąc już trzeci kieliszek.
—Co sie stało? — Lucas zaniepokojony wziął córkę na ręce. Zaczął ją lulać, próbując uspokoić.
— Nie wiem… Wszystko było dobrze do momentu… gdzie jest kamyk?
— Kamień? — faktycznie. Brakowało tu kamienia Ruby. — Cholera jasna.
Tym czasem spod stołu wyłonił się pies, a w jego zębach, kamyk. Lucas oddał Ruby osobie, która stała obok. Na nieszczęście był to Izan.
Izan Odsunął dziecko od siebie, przyglądając jej się. Miała ewidetnie oczy po ojcu. Nawet kształt podobny.
— Wyglądasz jak twój paskudny ojciec — skomentował z gorzką miną.
Ruby nie przestawała płakać, a widok kogoś takiego jak Izan tylko sprawiał, że dziewczynka była jeszcze bardziej przerażona.
W międzyczasie przyjaciółka Monice szeptała coś jej na ucho, wskazując na Lucasa. Labrador znowu uciekł pod stół, co zmusiło Lucasa do uklęknięcia na czworaka i wejście również pod stół.
— Hej…. — zmrużył oczy, próbując wyczytać co jest napisane na zawieszce, którą piesek miał na obroży. — Balto? Uroczę imię.
Pies nadal nic. Nadal gryzł kamień, obśliniając go całego.
— Oddasz mi to dobrze? Patrz co mam dla ciebie! — wziął pluszową kość, która najprawdopodobniej należała do Balto.
Labrador jednak nie był chętny na wymianę. Jedynie warknął, gdy ręka Lucasa się zbliżała do jego pyska. Lucas zaczął rozglądać się dookoła. Nie było nic na co Balto byłby chętny, aż do momentu gdzie na podłogę spadł chips. Pies od razu rzucił się po niezdrowy przysmak, a syn Ateny szybko zabrał kamień spod nosa zwierzęcia.
Próbując wygramolić się spod stołu, uderzył o kolano jakieś kobiety. Zarumienił się, gdy zauważył, że to Monice, która właśnie patrzyła na niego z góry, gdy ten przed nią jest na czworaka.
— Mam kamień — odrzekł zdyszany. — Już chwilka, tylko umyje go, uspokój Ruby dobrze?
— Tylko, że… Ruby ma Izan.
— IZAN MA RUBY?!


— Nauczymy cię grać w karty, co ty na to?
Nataniel trzymał na kolanach płaczące dziecko. Naprzeciwko nich siedział Izan, biorąc do dłoni nowe opakowanie kart.
— To jest pik — pokazał pierwszą kartę. — Symbolizuje to siłe i władze, wiesz?
Ruby nie była zainteresowana.
— To kier. Jak ci się podoba? — Izan rzucił Natanielowi kartę, a ten dał ją do rąk dziecka.
Córka Lucasa rzuciła kartą, nadal płacząc.
— ZAPIERDOLE CIE!!
Do pokoju wbił Lucas. Bez pytania zabrał od Nataniela córkę i dał jej ukochanego kamyka. Ruby od razu przestała płakać, znowu się ciesząc z swojego, trochę niemrawego przyjaciela.
— Na twoje szczęście nic się jej nie stało. Inaczej wykastrowałbym cię gołymi rękoma!! — Lucas nakrzyczał na Izana siedzącego przed nim.
— Ej ej blondi! Lepiej skończmy rozgrywkę.
Bez odpowiedzi Lucas wygonił Nataniela z krzesła i usiadł do kart. Wyjątkowo były tak jak wcześniej, zanim pobiegł do Monice sprawdzić co się stało z Ruby.


— WYGRAŁEM!! HA!! I KTO WYGRAŁ!!! WIELKI AMBASADOR MARSA!!!
Była już naprawdę późna godzina. Większość albo leżała gdzieś w kącie pijana, albo wróciła do domu. Lucasowi zamykały się oczy. Zazwyczaj o tej godzinie już dawno spał.
— Ciszej bałwanie, Ruby śpi.
— Było trzeba nie przyprowadzać ze sobą tego bachora! — rzekł naburmuszony Izan.
Lucas niespodziewanie poczuł dotyk czyiś dłoni na swoim ramieniu. Była to Monice. Drapnęła go lekko swoimi długimi paznokciami po barku.
— Już się zbieram — powiedziała cicho, ale wystarczająco, żeby Izan to wszystko usłyszał. — Tu masz mojego Instagrama — pokazała mu na ekranie swojego telefonu jej profil na portalu społecznościowym. — Dodaj mnie, a się zgadmy na kolejne wyjście. Możesz wziąć ze sobą Ruby.
Izanowi wyszły żyłki na czole, a cała jego twarz zrobiła się czerwona.
— Choć wiesz… lepiej by było jakbyś przyszedł sam — Monice puściła oczko Lucasowi, po czym odwróciła się w kierunku wyjścia.
— TO JA JESTEM AMBASADOREM MARSA!!! CO WY WIDZICIE W TYM CHUDERLAWYM KUJONIE!!! I TO JESZCZE SYNU ATENY!!!! — Izan wykrzyczał, wstając z krzesła. Niestety, potknął się o nogę Nataniela.
— Bo ma metr osiemdziesiąt wzrostu. Mówiłem ci stary, że laski lubią wysokich.
— W DUPIE TO MAM!! WRACAJ TY CWELU!!!
Lucas go jednak już nie był w pokoju z Izanem. Wyszedł z mieszkania, wraz z Monice.



[1295 słów: Lucas otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia +20 PD]

Od Luciena — „Nie powiedziałbym, że ten stolik wygląda na zarezerwowany” — część 2 [Walentynki]

Poprzednie opowiadanie

„To również była najgorsza możliwa randka. Nie dla ciebie, ale zdecydowanie przez ciebie.”

Kelner odprowadził kochanków do drzwi. Pan, który przed chwilą został wrobiony w zdradzanie swojej partnerki, dalej próbował wytłumaczyć kobiecie, że to nie porozumienie, a smarkacz, który powiedział coś takiego, będzie spowiadał się przed policją; próbował nawet wykręcić numer po służby, ale Anderson wyrwała mężczyźnie telefon z dłoni, krzycząc na niego i nazywając skończonym dupkiem.
Dopiero po pięciu minutach, kiedy Lucien stwierdził, że zagrożenie zniknęło, wrócił spojrzeniem do karty menu. Chciał raz jeszcze spojrzeń na dania, które zamówiło Arnar. Nie znał się przecież na tej kuchni (czy kuchnia dla bogatych ma jakąś osobną nazwę?) i był skonfundowany nazwami potraw.
— Oddajcie mi dokumenty. — Pan Lawlient wyrósł przed nimi jak potwór w strasznie słabym horrorze. Był cały czerwony na twarzy. Lucien bał się, że mężczyzna zaraz nie wytrzyma i ich pobije. — Nie chcecie problemów, prawda? Ja też ich nie chcę. — Patrzył raz to na Arnar, raz to na Luciena. — Oddajcie nasze portfele, a się nie doigracie. Mogę zaraz zadzwonić na policję.
— Słyszał pan przecież, że to pomyłka — zaczął z udawanym spokojem Lucien. Czuł się wyjątkowo niekomfortowo w roli aktora, ale geny ojca jakoś pomagały mu zapanować nad nerwami. — Może pomylili państwo restauracje, hm? Tak czasem bywa. — Uniósł brwi i uśmiechnął się delikatnie, chcąc sprawić wrażenie pewnego siebie.
Mężczyzna uderzył dłonią o stół. Dyszał jak stary wieprz. Pewnie jak zaraz się nie uspokoi, to ten napięty guzik w jego marynarce wystrzeli prosto w twarz Luciena i wybije mu zęba.
— Nie mam na to czasu, rozumiecie? Nie mam!
Arnar otwierało już usta, by wtrącić swoje trzy grosze. Lucien zareagował szybciej, przy okazji strzelając ostrzegawczym spojrzeniem. W końcu on miał udawać aktora i to on chciał pozbyć się tego nachalnego gbura, który za chwilę zrobi im krzywdę, jeśli nie wybrnie z sytuacji.
— Proszę pana, psuje nam pan bardzo ważny wieczór — westchnął ostentacyjnie Lucien. — Widzi pan, dzisiaj wypada nasza rocznica. Tak romantycznie. W same walentynki… — Musnął palcami leżącą na stoliku dłoń Arnar. — Mógłby pan się odsunąć? Za chwilę przyjdą nasze zamówienia i…
Taylorowi puściły nerwy. Chwycił za marynarkę Luciena i pociągnął go do siebie (co nie było szczególnie trudne, zważywszy na to, że Lucien był naprawdę drobną osobą). Potrząsnął nim kilka razy i w tym szale wściekłości z kieszeni chłopaka wypadł plastikowy dokument.
Lucien wyrwał się z uścisku mężczyzny, ale nim zdążył się schylić, by podnieść „swoją” własność, Lawlient Taylor trzymał już w dłoni plastikowy dokument. Najpierw groźnie zmarszczył brwi, a potem z ulgą odetchnął. Przestał nawet zwracać uwagę na Arnar i Luciena — miał w końcu dokument potwierdzający, że on to on, a dwójka smarkaczy próbowała wykopać go z drogiej restauracji.
— Kurwa — przeklął Lucien.
Lawlient Taylor poszedł najpierw po partnerkę, a potem zaczepił kelnera, który całe zamieszanie oglądał z bezpiecznej odległości. Lucien patrzył na żywą rozmowę całej trójki i w głowie próbował wymyślić odpowiednią wymówkę; ale co wymówka mogłaby zmienić w takich okolicznościach?
— Wyciągaj winorośla. — Arnar poderwało się z siedzenia.
— Co?
— Zaraz przyniosą nam jedzenie. Nie chcę, żeby popsuli nam randkę, okej?
Lucien nie rzucił nawet żadnym „ale”, jak to miał w zwyczaju, tylko przycisnął dłoń do zimnej podłogi i poprosił w myślach młode pędy, by zaczęły rosnąć tu i teraz. Nie musiał nawet długo czekać, bo pierwsze pnącze zdążyło przesunąć się po podłodze i owinąć najpierw wokół nóg Lawlienta Taylora, następnie wokół smukłych nóg partnerki wściekłego mężczyzny, a na koniec zacisnęło się wokół stóp kelnera.
Lucien poprosił (zawsze zwracał się do winorośli w ten sposób), by zaciągnęły trójkę uwiązanych w stronę toalet.
— Teraz — szepnął do Arnar, które wykorzystało własne zdolności i w mgnieniu oka podbiegł (a tak naprawdę poleciał) w stronę trójki, która zaczęła się szamotać.
Złapał ich i wrzucił do restauracyjnej toalety dla kobiet.
— Wiąż ich.
Lucien przywołał kolejne pnącze, które złączyło trójkę ludzi ze sobą. Udało mu się nawet zacisnąć pędy wokół ich ust, by zapobiec ewentualnemu rozpaczliwemu wołaniu o pomoc.
— Co my robimy? — Spojrzał na Arnar, które teraz triumfalnie pokazywało uwiązanym środkowy palec. — Co jak ktoś będzie chciał skorzystać z toalety?
— Spokojnie, spokojnie.
Luciena zaczął ogarniać niepokój. Za każdym razem, gdy Arnar mówiło mu, by był spokojny, to działy się naprawdę złe rzeczy. Stał się może trochę zbyt podejrzany.
— Właśnie związaliśmy trójkę ludzi bo tak.
— Nie „bo tak”, tylko dlatego, bo było trzeba. — Uśmiechnęło się. — Zaraz jakąś kartkę wywieszę, że nieczynne.
— Skąd weźmiesz kartkę?
— Z kieszeni?
Sięgnęło dłonią do głębokiej kieszeni spodni (naprawdę głębokiej) i wyciągnęło trochę pogniecioną, czystą kartkę. Znalazło nawet marker (dlaczego nosiło marker w kieszeni spodni garniturowych pozostawało tajemnicą) i koślawymi literami napisało: NIE CCZYNNE! WODA SIĘ WYLIEWA! Olało też narzekanie Luciena, że robi straszne błędy.
Dumne z siebie herosiątko wyszło przed drzwi i przywiesiło kartkę na dwa skrawki przezroczystej taśmy klejącej, którą — tak, to też — wygrzebało z kieszeni.
Lucienowi nawet nie chciało się komentować, że kartka wisi strasznie krzywo i że najprawdopodobniej zaraz odpadnie.
 
Ich pierwsze dania przyszły niecałe dziesięć minut później. Pachniały… wybitnie. Lucienowi pociekła ślinka na sam wygląd jedzenia. Samo podanie było już nieziemskie, a to przecież dopiero początek, bo nie zdążył nawet spróbować swojego steka.
— Cieszę się, że tutaj jesteśmy — zaczęło Arnar.
— No, trochę przy okazji zniszczyliśmy komuś wieczór i…
Arnar pochyliło się nad stołem i przyłożyło palec wskazujący do ust Luciena.
— Shhhh… nikomu nic nie psujemy. To się nazywa wymiana.
— W takim razie daj mi spróbować swojego. — Spróbował wbić widelec w jedzenie Arnar, ale tamto szybciutko odsunęło talerz, uciekając przed sztućcem. — To się nazywa wymiana, Arnar.
— Ale… daj mi spróbować najpierw, okej?
Lucien przewrócił oczami, ale pozwolił Arnarowi pierwszejmu ugryźć meksykańskiego pierożka (straszny misz-masz kuchni tutaj mieli).
— Smakuje trochę jak burrito — oceniło.
— To meksykańskie jedzenie, jak inaczej niby miało to smakować?
— To co mówisz jest rasistowskie.
— Jakie są jeszcze inne smaki meksykańskiej kuchni, hm? — Zaczął kroić swojego steka. Nóż ledwo ledwo dawał sobie radę z takim rodzajem mięsa.
— Guacamole na przykład.
— Guacamole też masz w burrito. Wszystko sprowadza się do burrito — odpowiedział pomiędzy kolejnymi kęsami. Może mięso wyglądało na twarde i gumowate, ale w ustach rozpływało się jak wata cukrowa.
— Nieprawda! — zaprzeczyło. — Po pierwsze, guacamole może być w formie dipu.
— Aha.
— No? Możesz w tym maczać takiego pierożka.
— No to czemu nie maczasz?
— Nie mam guacamole. Chyba nie było w zestawie.
Arnar widocznie posmutniało z tego faktu. Położyło widelec i sięgnęło po menu, żeby sprawdzić, czy restauracja sprzedaje guacamole oddzielnie i czy może sobie zamówić.
— Nie sprzedają guacamole. A się nazywają taką świetną i wykwintną restauracją.
— Scam — skwitował Lucien. — Dobrze, że jednak jemy tu za nieswoje pieniądze.
Zaśmiali się razem z tego podsumowania ich obecności tutaj. Portfel pana Lawlienta wciąż miał w sobie pełno dolarów (kto w tych czasach nosi przy sobie tyle gotówki?), a portfel pani Anderson skrywał kilka kart kredytowych (kto nosi tyle kart kredytowych?).
Po chwili zjawił się inny kelner, który zapytał, czy chcą zamówić coś jeszcze, na co Lucien odpowiedział, że z chęcią, a Arnar zaczęło dopytywać o to nieszczęsne guacamole. Jak się okazało, guacamole mogą zrobić oddzielnie specjalnie na życzenie klienta, na co oczywiście herosiątko się zgodziło. Lucien natomiast zamówił dla nich kilka mniejszych pozycji, żeby spróbować innych dziwactw, które restauracja miała w swojej ofercie. — Co zamówiłeś?
— To niespodzianka — odpowiedział z dumą, bo przecież nie mógłby być z niczego tak bardzo dumny, jak nie z tego, że zamówił właśnie miskę ślimaków. — Uwierz mi, spodoba ci się.
Arnar zaufało i pożałowało bardzo szybko, kiedy na ich stole kelner postawił talerzyk z muszelkami ślimaków.
— No co? — spytał, widząc niepewność na twarzy Arnara (a raczej obrzydzenie, ale wolał sobie wmawiać, że to tylko niepewność). — To jest jedzenie, które jedzą bogaci ludzie.
— To ja jednak nie chcę być bogate.
— Spróbuj chociaż — zachęcał. — Jeden gryz. Arnar skrzyżowało ręce na piersi i pokręciło głową.
— Mój limit to ślimak.
— Zrób to dla mnieee — zajęczał. — Jeden ślimak i po sprawie, okej?
Lucien nie był zbyt zachęcający. Tak samo, jak nie był, kiedy odgrywał aktora przed parą kochanków.
— No dalej… — Wyciągnął ślimaka z muszelki specjalnym widelczykiem i podsunął dziwactwo pod nos Arnar. — Powiedz AAAAA…. za mamusię, za tatusia, za twoje karty…
Widelec podjeżdżał coraz bliżej ust Arnar. Dotykał już prawie jeno warg. Pewnie, gdyby Arnar nie zauważyło dwójki ludzim kręcących się przed toaletą dla kobiet, zmuszone zostałoby do spróbowania glutowatego mięsa.
— Poczekaj.
— No co znowu…
— Ktoś się tam kręci, widzisz?
Lucien się odwrócił. Dwójka mężczyzn. Jeden z nich wszedł do łazienki. Oznaczało to tylko jedno — zawieszona przez półbogów kartka spadła, a ktoś z obsługi usłyszał niepokojące odgłosy i poszedł to sprawdzić. Mogli zaraz zostać skończeni.
— Jeśli zadzwonili po policję — zaczął martwić się Lucien — to będziemy mieć kłopoty. Nie chcę iść do więzienia.
Arnar wybuchnęłoby głośnym śmiechem, gdyby nie to, że siedzieli w restauracji, w której panowała tak gęsta atmosfera, że można by ją pociąć nożem na kawałeczki.
— Nikt nie pójdzie do więzienia. Spokojnie.
— Jak spokojnie?! — uniósł głos. — Ty myślisz, że ci ludzie są debilami? Zobaczyli pewnie związanych ludzi! Nikt z nich nie jest półbogiem, żeby wiedzieć, że to tylko winorośla.
Podszedł do nich kelner z kolejnymi daniami. Na stół powędrował półmisek z ostrygami, talerz z kałamarnicami, meksykańskie tacos i deska z włoskimi wędlinami.
— Myślisz, że tacosy mają guacamole? — Arnar przywłaszczyło sobie talerz z meksykańskim żarciem. — Mam nadzieję, że tak. Inaczej wystawię im opinię z jedną gwiazdką.
— Tacosy chyba nie mają guacamole.
Lucien wziął dla siebie półmisek ostryg. Kochał kuchnię śródziemnomorską i owoce morza (w przeciwieństwie do Arnar, jak się zdaje). Ostrygi mógłby wciągać nawet nosem, gdyby było to fizycznie możliwe.
— Jest guacamole! — Ucieszony Arnar przytknął Lucienowi jedno taco do ust. — Spróbuj! Szybko, żeby nie wyparowało.
Lucien wziął gryza. Poczuł tylko mielone mięso, kolendrę, która smakowała jak mydło i coś jeszcze, czego nie mógł już zidentyfikować przez psujący smak okropne mydlane zielsko.
— Tak, kochanie, jest guacamole. — Uśmiechnął się.
Tak naprawdę nie wyczuł guacamole. Czuł tylko mydło.
 
Byli przy ostatnim daniu, kiedy do restauracji weszli nieproszeni goście. Dwójka policjantów rozejrzała się po ludziach, po czym poszła w stronę kelnera, który na nich czekał.
— Przyszli — szepnął Lucien do Arnar. — Co robimy?
— Czekamy. Uciekniemy przy najbliżej okazji, ale teraz nie możemy się ruszyć.
Lucien więc czekał zestresowany do granic możliwości. Patrzył z uwagą, jak jeden z policjantów ze znudzeniem ogląda kartkę, którą Arnar przywiesił jakiś czas temu. Nie wyczytał z niej zbyt dużo, bo bardzo szybko oddał ją kelnerowi i wszedł do łazienek.
Lucien wgryzł się w czekoladowe ciastko. Na sam koniec zamówili desery, żeby jakoś podsumować ich wyjście.
— Co to ma być? Nie obchodzą mnie naćpani ludzie.
Policjant wycofał się, skinął głową do towarzysza i zaczął kierować się w stronę wyjścia.
— Ale… chwileczkę! — Kelner zatrzymał dwójkę śledczych. Miał tak błagalne spojrzenie, że jeszcze chwila, a padnie na kolana i zacznie lizać im buty. — To nieporozumienie! Nikt z naszych gości ani naszych pracowników nie bierze narkotyków! Oni zostali związani!
— Co pan bredzi? — warknął ze zniecierpliwieniem mundurowy. Odgarnął z twarzy dłuższe ciemne włosy. — Nikt z nich nie jest związany. Widział pan ich oczy? Całe czerwone od ćpania! Może pan też coś bierze, hm?
— Nie! O co tutaj chodzi?! Ta dwójka smarkaczy od początku zachowuje się podejrzanie! Proszę ich przepytać! — Wskazał na siedzących przy stoliku Luciena i Arnar.
Lucien od razu poczuł na sobie znerwicowane spojrzenie kelnera. Zrobiło mu się niedobrze. Nie chciał być przesłuchiwany przez policjantów.
— Jeśli panu tak na tym zależy, to dobrze, przesłucham ich.
Dzieciak Dinizosa złapał Arnar za dłoń. Chciał pociągnąć półboże do wyjścia, ale Arnar odtrącił jego rękę. Był zbyt zajęty dojadaniem swojego deseru.
— Rozumiem, że to o was chodzi?
Policjant stanął przed ich stolikiem.
— Nie, skądże — odpowiedział Arnar z uśmiechem. — Mieliśmy tutaj rezerwację.
— I związaliście dla zabawy trójkę przygłupów winoroślami. Rozumiem.
— Jakimi winoroślami? — zaśmiał się Lucien. — Nie wiemy nawet, że ktoś siedział w łazience.
Policjant westchnął. Nie miał humoru do takich głupich rozmów.
— W tym mieście nie mieszkają tylko zwykli ludzie. Musicie o tym pamiętać. — Poprawił zsuwające się z nosa okulary. — Wiem, co widziałem. Uwolnijcie ich, jak już stąd wyjdziecie. W raporcie wpiszę, że cała trójka brała narkotyki i zwariowała. Nie chce mi się tłumaczyć głupich żartów półbogów, jasne? Mam co robić po pracy.
Lucien nawet nie zdążył odpowiedzieć. Głos ugrzązł mu w gardle. Nie spodziewał się, że… jeden z policjantów okaże się półbogiem i jeszcze zachce im pomóc.
— Nic tu po nas! — krzyknął do kelnera. — W raporcie wpisuje, że cała trójka brała narkotyki. Do widzenia! Proszę więcej nie dzwonić.
Wyszedł razem ze swoim kolegą, który był równie zszokowany, co drugi kelner. Nikt nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji.
 
— A co jeśli wpisał, że to wszystko wina półbogów? — zaczął Lucien, kiedy wyszli z restauracji. Przed samym wyjściem poluźnił ucisk winorośli, a na stoliku zostawił portfel z dokumentami. Nie potrzebował czyjegoś dowodu osobistego (w przeciwieństwie do Arnar, które wszystko ze sobą zabrało).
— Nikt w to nie uwierzy. — Wzruszyło ramionami. — Kto w tych czasach wierzy w mitologię grecką?
— Cóż… ja?
— Kochanie, ty jesteś półbogiem — zachichotało. — To oczywiste, że wierzysz w mitologię. Chodźmy, zaraz zrobi się zbyt ciemno i będziesz się bał wracać do domu.
— Nieprawda! — zaprzeczył, chociaż ostatnim razem, gdy wracali po zmierzchu, mocno ściskał dłoń Arnar, bo całą drogę miał paranoję, że zaraz napadnie na nich jakiś krwiożerczy potwór (w śmietniku siedziały tylko trzy szczury, które go wystraszyły). — Nie boję się ciemności.
Arnar nie dyskutowało. Lucien po tym wyjściu był już dość zestresowany.

[2153 słowa: Lucien otrzymuje 21 Punktów Doświadczenia + 20 PD]