piątek, 26 czerwca 2026

Od Lotus — „Zróbmy sobie świnkę morską”

— Chcę świnkę morską.
— Co?
— No. Chcę świnkę morską.
Amy popatrzyła na przyjaciółkę tak, jakby ta zakomunikowała jej, że chciałaby zostać szambonurkiem. Nie, żeby Amy miała coś do szambonurków — żadna praca nie hańbi. Nie miała też żadnego problemu do świnek morskich. Po prostu jedno i drugie było dość oderwane od rzeczywistości, kiedy siedziały w kuchni i jadły lody.
— Skąd ten pomysł? — zapytała jedynie, łyżeczką mieszając zawartość kubka.
Lotus wzruszyła ramionami.
— Po prostu są słodkie. Znalazłam kiedyś jedną, ale była… chora. Wolałabym mieć zdrową — powiedziała, wierzchem dłoni wycierając czekoladową smugę z czubka nosa.
Niestety nie miała szczęścia, jeśli chodziło o zachowywanie czystości podczas jedzenia; cud, że jeszcze nie wybrudziła sobie koszulki.
— Nie mówiłaś nigdy, że lubisz gryzonie.
— Bo nigdy o tym nie myślałam. Ale teraz je lubię.
Amy przyglądała jej się przez chwilę, a potem wróciła do swoich lodów. Była przyzwyczajona do tego, że Lotus mówi różne rzeczy. A Lotus była przyzwyczajona do tego, że Amy zawsze słucha. Był to pewien system, który działał od lat.
— Lucy chciała świnkę morską. Może przypomnę rodzicom. Nigdy jej tego nie zabronili. — Amy postukała łyżeczką o brzeg kubka. — Jeśli to doszłoby do skutku, możesz wpadać i ją głaskać.
Twarz Lotus cała rozjaśniła się w uśmiechu. Lucy była dziewięcioletnią siostrą Amy, która swoją energią prawie dorównywała Lotus. Dobrze się dogadywały. Czasami za dobrze; odkąd Lotus nauczyła dziewczynkę używać śrubokrętu, w domu przyjaciółki wiele rzeczy magicznie się psuło. Na miejscu zdarzenia często znajdowano leżące luzem śrubki.
— Jezu, serio? Ale byłoby zajebiście.
Amy odwzajemniła jej uśmiech.


— Ma na imię Puszkosława — powiedziała dumnie Lucy, kucając przed klatką, która zajmowała sporą część podłogi jej pokoju.
— Bardzo dostojnie. — Lotus pokiwała głową, moszcząc się na dywanie zaraz obok dziewczynki.
Wlepiła wzrok w puszyste stworzonko, które siedziało w rogu klatki i równie intensywnie odwzajemniało jej spojrzenie.
— Prawda? Mama powiedziała, że głupie, ale mama się nie zna.
Lotus roześmiała się, odgarniając czerwone włosy z oczu.
— Zna się, ale akurat Puszkosława to świetne imię — wyjaśniła, muskając opuszkami palców pręty klatki.
Amy westchnęła, stojąc w drzwiach do pokoju siostry. Dalej nie rozumiała fenomenu świnki morskiej, ale jeśli sprawiała ona tyle szczęścia zarówno jej siostrze, jak i najlepszej przyjaciółce, to mogła przymknąć oko. Lotus odwróciła się w jej stronę.
— Kupmy sobie drugą.
— Nie ma mowy. Chodź, odgrzejemy Lucy obiad.


────
[371 słów: Lotus otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

Od Theodore'a — „Everyone deserves sunshine” cz. 1

Theodore chyba w żadnym momencie swojego życia nie nazwałby go prostym. Jak tylko wyszedł z piaskownicy, zostawił ich ojciec Alice, więc od tamtej pory siostra patrzyła na niego jak na obrzydliwego robaka. Potem odkrył w sobie pasję do posługiwania się pięściami, przez co matka musiała non stop świecić za niego oczami, a on sam co najmniej dwa razy miał złamany nos. Ledwo się ogarnął, a nagle okazało się, że jego ojcem jest pierdolony rzymski bóg, a Theo musi najpierw spędzić tygodnie z legendarną wilczycą, a potem zamieszkać w obozie, w którym niemal przez rok kazali mu tylko czyścić kible i przepraszać za to, że żyje.
Nie była to definicja najlepszego życia pod słońcem.
Mimo to w końcu wszystko zaczęło się układać. Nie był już in probatio, więc w Obozie Jupiter żyło mu się zdecydowanie lepiej. Coraz rzadziej bywał w domu, ale podczas jego wizyt Alice już nie patrzyła na niego aż tak spod byka. Marie może i nie mówiła mu wprost, że tęskni, ale czasami wydawało mu się, że w jej oczach widzi błysk czegoś, co sprawiało, że w gardle rosła mu gula. Był też Charlie — zawsze uśmiechnięty, zawsze z roziskrzonym spojrzeniem, zawsze na miejscu. Jedna z niewielu rzeczy w życiu Theodore'a, które były stałe.
Potem poszedł na jedną imprezę walentynkową i wszystko chuj strzelił.
Charlie dobijał się do niego cały następny dzień po tym feralnym wieczorze, ale bezskutecznie. Powiedział Alice, że jeśli pojawi się pod drzwiami, ma go po prostu nie wpuszczać. Może nie obchodziło jej, o co chodzi, a może po prostu pamiętała, w jakim stanie odbierała wczoraj brata z imprezy. Na pewno jedno z dwóch, bo o nic nie zapytała. Theo zamknął się w pokoju, całkowicie wyłączył swój ledwie zipiący laptop i ledwo się do kogokolwiek odzywał, a zaraz następnego ranka wrócił do obozu.
Jakoś nie czuł już, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Zajmował myśli zajęciami w obozie, nauką, wszystkim, w co mógł się wepchnąć. Jego towarzystwo stało się jeszcze gorsze do znoszenia, bo mniej skupiał się na tym, żeby trzymać swoje umiejętności w ryzach. Każdy, kto nie chciał w środku dnia zasnąć i wyłożyć się na trawie, skrupulatnie unikał przebywania z nim.
Theo odwoływał wizyty w domu dzień przed — jedną, bo musiał uczyć się na egzamin, żeby zaliczyć przedmiot (który już od dawna miał zaliczony), a drugą dlatego, że nagle dostał od pretora bardzo ważne zadanie niecierpiące zwłoki (na palcach jednej dłoni mógł policzyć sytuacje, w których to bezpośrednio Vergil kazał mu coś zrobić). Za trzecim razem nie znalazł już wymówki. Minęło prawie półtora miesiąca od walentynek i choć San Francisco zaczynało już witać się z wiosną, pustka, którą Theodore czuł w klatce piersiowej, stale się powiększała.
W domu okazało się, że Alice się wyprowadziła. Jeszcze przed tym, jak odwołał pierwszą wizytę w domu. Marie bardzo starała się wyglądać, jakby wszystko było w porządku, ale widać było, że nerwy ma w strzępkach. Theo żałował, że zostawił ją w tym samą, ale przecież o niczym nie wiedział. Boski ojciec dał mu w genach umiejętność usypiania wszystkich dookoła, nie jasnowidzenia. Niestety. Cała ta sprawa z Alice wprawiła go w jeszcze gorszy nastrój niż do tej pory. Siostra wyniosła się z domu akurat w chwili, w której pozwolił sobie mieć nadzieję na to, że między nimi mogłoby być lepiej.
Następnego dnia lało. Kiedy Theodore próbował w słabo oświetlonym pokoju rozwiązywać zadania z matematyki, ktoś zaczął dobijać się do drzwi. Westchnął i zsunął się z krzesła. Marie ledwo co wyszła z mieszkania, żeby dotrzeć do pracy na popołudniową zmianę. Mogła zapomnieć kluczy; czasami jej się zdarzało. Theo doczłapał do drzwi wejściowych i nawet nie wyjrzał przez wizjer, po prostu je otworzył. Zaraz potem pożałował, że jednak nie skorzystał ze starego, dobrego wizjera.
W drzwiach stał Charlie. Deszcz pozlepiał jego jasne włosy w strąki i przemoczył bluzę do suchej nitki. Theo nieraz próbował wpoić przyjacielowi ideę parasolki, ale nigdy mu się to nie udało. Chłopak mrugał, próbując pozbyć się kropel deszczu, które osiadły mu na rzęsach. Uśmiechnął się przy tym niepewnie, sprawiając, że jego twarz nabrała miększych, bardziej chłopięcych rysów. Theodore przesunął wzrok na jakiś punkt ponad jego ramieniem, równocześnie zaciskając dłoń na klamce drzwi.
— Hej — bąknął Charlie, wycierając poznaczoną kroplami wody twarz rękawem bluzy, co oni trochę mu nie pomogło. Opuścił dłonie wzdłuż boków. — Mogę wejść?


────
[708 słów: Theodore otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 23 czerwca 2026

Od Chaita CD Dahlii — „Haul Away Joe”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Nie odpowiedział Dahlii od razu. Na chwilę znowu spojrzał w miejsce, w którym doszło do nieprzyjemnej rozmowy, marszcząc brwi i ściągając usta w wąską linię.
Pracował jako animator od lat. Nie, że jakoś bardzo wielu, ale jednak lat. Wiedział, że ludzie są różni. Oczywiście, że w swojej karierze spotkał też tych okropnych. Przed oczami na chwilę stanął mu nawet jeden konkretny kierownik z jego normalnego, codziennego miejsca pracy. Ten sam, z którym pracował jakimś cudem zawsze wtedy, gdy obowiązki zmieniały się z „animator dla dzieci i osoba pilnująca porządku” na „cholerny półbóg wpadający w kłopoty”. Sam siebie nie lubił za to, jak fałszywie miły zwykle dla niego jest. Zwykle też nie mógł nic na to poradzić.
Ten konkretny mężczyzna wydawał się jednak jeszcze gorszy. Nie była to pewnie żadna obiektywna cecha, na którą Chait mógłby się powołać. Wydawał się po prostu dziwnie nieprzyjemny, bardziej, niż było to konieczne w danej sytuacji. Chaitowi przeszło przez myśl, że wydarzyło się jeszcze coś, czego nie usłyszał, ale to też nie miało sensu.
– Och, tak. Pewnie. Do jutra – rzucił w końcu, odwracając się do Dahlii i uśmiechając prawie bez rezygnacji. Nawet uniósł dłoń i pomachał jej delikatnie na pożegnanie. Miał nadzieję, że nie odebrała tego jako olewające lub niegrzeczne. Nie zamierzał przecież być niemiły akurat w stosunku do niej.
Może powinien ją zatrzymać i zapytać, czy wszystko w porządku. Tak, na pewno powinien, przecież on też był odpowiedzialny za walkę na plastikowe szabelki.
A i tak nie ruszył się z miejsca. Przez cały dzień nie zająknęli się słowem o tym, czy już wcześniej skądś się znali – nie chciał stwarzać sytuacji, w której będą zmuszeni o tym porozmawiać. Myśli Chaita od razu uciekły w stronę Aye, które przez jedno głupie pytanie do dzisiaj nie mogło zaznać spokoju od jego towarzystwa, w połączeniu z najgłupszymi możliwymi powodami przebywania w tym właśnie towarzystwie. Przyznawanie się do boskiego pochodzenia i wspólnego pobytu w obozie nigdy nie kończyło się dobrze. Nieważne, czy mieszkali w tym samym mieście, czy w dwóch różnych stanach. Zresztą, ten dzień był wystarczająco męczący, nie chciał jeszcze dodatkowo zmuszać Dahlii do rozmowy o irytującym szefie.
Poczekał, aż ta zniknie za zakrętem, zanim sam ruszył do wyjścia. Podejrzewał, że to było jeszcze bardziej niegrzeczne niż ta późna, pospieszna odpowiedź. Pozostało mu uznać, że to nie jest problem na teraz, bo teraz i tak już nic z tym nie zrobi. Jeszcze raz obejrzał się za siebie, na drzwi do szatni. Miał nadzieję, że reszta współpracowników okaże się bardziej sympatyczna, niż na razie mu się wydawało.
Poprawił plecak na ramieniu, przyspieszając kroku. Na pewno przesadzał, przecież nie mogło być aż tak źle. Nigdy nie było aż tak źle.

*

O dziwo nie wpadł na Dahlię w innych miejscach – ani ogarniając kilka spraw w okolicy parku, ani pod drzwiami hostelu, w którym się zatrzymywał. Podejrzewał, że to nawet nie było za bardzo prawdopodobne. Bo dlaczego niby miałoby być? Chyba po prostu nie potrafił przestać myśleć o tamtej sytuacji. I o tym, że jednak powinien od razu zapytać, czy wszystko w porządku.
To on zwykle był tym, który zbierał baty za głupie zachowania, a każde to zachowanie było głupsze od ich sparingu. Czuł się zwyczajnie niekomfortowo, że teraz jakimś cudem go to ominęło (nie miało znaczenia, czemu go to ominęło. Naprawdę).
Jeszcze zanim wszedł na teren parku rozrywki wiedział, że zapyta Dahlię o całą tę sytuację jak tylko ją zobaczy. I o to, co konkretnie miała na myśli, mówiąc o zabawie. Miał nadzieję, że nie zrozumie go źle. Nie miał nic przeciwko kłopotom. Przyzwyczaił się. Podejrzewał, że szef z jego pracy w Nowym Jorku też jest jak najbardziej przyzwyczajony i tylko czeka na telefony ze skargą, że kogo on tutaj wysłał. Podczas poważnej rozmowy w biurze on będzie zrezygnowany, a Chait tylko wyszczerzy zęby i przeprosi, kompletnie nie mając tych przeprosin na myśli.
Z tą myślą przemknął korytarzem, jeszcze tylko na krótki moment zatrzymując się przed wejściem do szatni, tak w ostatniej chwili zastanowienia się nad sensem życia i reszty pracy w tym miejscu. Nic szczególnie głębokiego, mimo wszystko.
Wszedł do środka, kiwając głową jakiemuś chłopakowi, z którym złapał kontakt wzrokowy. Odpowiedział tym samym gestem, ale bez uśmiechu. Chait nie zamierzał się o to obrażać. Zamiast tego rozejrzał się, szukając w tłumie Dahlii. Zobaczył ją przy jednej z szafek, więc tylko złapał mocniej pasek plecaka i od razu do niej podszedł. Nie było sensu czekać.
– Dahlia. – Uśmiechnął się na przywitanie, mierząc ją tylko odrobinę zmartwionym spojrzeniem. Odpowiedziała mu, ale nawet za bardzo tego nie zarejestrował. – Słuchaj, ech… Wszystko w porządku? Po tej wczorajszej… – Zawahał się. – Sytuacji?
Mówił pół tonu ciszej, nie chcąc zwracać uwagi innych pracowników. Ich reakcje wczoraj nie wydawały się szczególnie zachęcające. Albo po prostu sobie to wyobrażał. Dlatego na razie wbijał wzrok w Dahlię. I jeszcze raz poprawił plecak, udając, że to wcale nie jest nerwowy gest.


Dahlia?
────
[800 słów: Chait otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Isobel CD Kaliny — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

Isobel nigdy nie miała ojca, który dawałby jej bojowe zadania. Te zwykle wymyślała sobie sama, ale to już przecież nie była taka frajda. Poza tym zawsze musiała sama trzymać latarkę. Zmarnowany potencjał. Dlatego choć miała cała listę ważnych rzeczy do zrobienia, zgodziła się pomóc nieznajomej.
— Isobel. Tak w ogóle — powiedziała, żeby osoba stojąca przed nią dostała jakiś inny przydomek.
Wyciągnęła rękę do dziewczyny i energicznie nią potrząsnęła.
— Kalina. Isobel, fajne imię.
— Zajebiste, co nie? Dzięki, twoje też jest ciekawe. — Is wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
Skoro to miały już z głowy, z powrotem odwróciła się do półki z lampami. Sama przyszła tu tylko po jakiś obrus (przeczytała gdzieś, że w każdym domu musi być chociaż jeden, ładny obrus dla gości), ale widok tak… nietuzinkowej alejki z lampami zaciekawił ją na tyle, że zapomniała o obrusie. Teraz już znowu o nim pamiętała, ale przecież mogła poszukać go za parę minut.
— Trudny wybór — westchnęła, przechadzając się wśród półek.
— Strasznie! Za dużo ładnych rzeczy — odpowiedziała Kalina, dotrzymując jej kroku. — Stoję tu już z piętnaście minut i w ogóle nie mogę się zdecydować. Piekło na ziemi.
Is wodziła wzrokiem po różnych ciekawych egzemplarzach. Wszystkie przykuwały uwagę, ale gdyby tak miała zatrzymać się przy każdej i dokładnie ją obejrzeć, siedziałaby tu chyba aż do zamknięcia. Nawet, gdyby robiły to z Kaliną we dwie. Trzeba było jakoś minimalizować stratę czasu, chociaż wcale nie było to takie łatwe.
— Potrzebna ci jest jakaś mniejsza czy większa? — zapytała w końcu, odwracając się do dziewczyny.
— Szczerze, to taka średnia. Nie ogromna, bo mnie nie stać, ale też nie jakaś maleńka, bo potrzebuję światła — wyjaśniła Kalina, zatrzymując się przy lampie w kształcie kaczki. Dotknęła jej plastikowego dzioba. — No, mniej więcej takiego rozmiaru. Tylko nie ta konkretna, bo ten plastik wygląda, jakby miał się spalić po godzinie. Za cienki — dodała.
— Okej. Wielkości tęczowej kaczki. Zakodowane — powiedziała Isobel, skinając głową tak służbowo, jakby co najmniej odbierała polecenie od pułkownika.
W końcu swoje zadania traktowała poważnie. Znalezienie odpowiedniej lampy było naprawdę odpowiedzialnym zadaniem, którego nie każdy mógłby się podjąć. A przynajmniej tak sobie wmawiała.
— Co myślisz o tej? — zapytała, wskazując palcem na lampę w kształcie kota siedzącego po turecku z bębenkiem w przednich łapach, któremu z pleców wystawał stelaż z żarówką.
Kalina podeszła bliżej i nieznacznie przekrzywiła głowę w bok, przyglądając się zmrużonym, plastikowym kocim ślepiom.
— Żarówka jest za mała, będzie chujowo świecić — zadecydowała w końcu, przechodząc dalej. — Jakbym wkręciła większą, to stelaż mógłby tego nie przeżyć. Wiesz, jak jest — dodała, muskając opuszkami palców kolejną lampę, która jednak najwyraźniej nie przyciągnęła wystarczającej uwagi.
— Szkoda, jakby się zawaliła na kota. Śmieszny ma pyszczek — skwitowała Is, lekko pstrykając plastikowego kota w nos.
Sama by sobie postawiła taką na stoliku nocnym, tylko średnio miała fundusze na takie bzdety. Może tu kiedyś po nią wróci, jeśli nikt w tym czasie nie wykupi tego arcydzieła. Byłaby straszna szkoda, jakby miała się kurzyć u kogoś innego.
— O, ta wygląda okej.
Z rozważań nad biednym plastikowym kotem wyrwał ją głos Kaliny, która stała już kilka kroków dalej i podnosiła inną lampę. Is podeszła bliżej i przyjrzała się jej dokładniej.
— To… żaba? — zapytała, nie do końca pewna siebie.
— Ropucha. Chyba. Ten cylinder i okulary trochę zniekształcają obraz — wyjaśniła Kalina, wyciągając przed siebie zdobycz. — Ale jakby nie patrzeć, jest całkiem urocza.
— No, każda potwora znajdzie swojego amatora, czy jakoś tak. Ale nie wysiedziałabym z nią w pokoju. Cały czas wygląda, jakby się na mnie gapiła — wzdrygnęła się lekko i wyjęła lampę z dłoni Kaliny, żeby pokazać jej swoją perspektywę. — Widzisz?
Dziewczyna zmrużyła oczy, jakby prowadziła z biedną lampą bitwę na spojrzenia.
— Może faktycznie trochę dziwnie się patrzy. Kto wie, może ożywa w nocy — wzruszyła ramionami i machnęła ręką, żeby Is odstawiła lampę z powrotem na półkę.
Wymieniły się opiniami na temat jeszcze kilku co to durniejszych lamp, kiedy nagle Isobel zatrzymała wzrok na jednej z nich. Zakochała się od pierwszego wejrzenia.
— Bogowie słodcy, a co to za cudo? — zapytała, zbliżając się do upatrzonego przedmiotu.
Niemal z nabożną czcią podniosła lampę i zaprezentowała ją Kalinie. Lampa była tak właściwie krokodylem w okularach przeciwsłonecznych, który siedział pod parasolem. Parasol był tak naprawdę kloszem, pod którym znajdowała się żarówka. Brakowało tylko drinka z palemką.
— Nie wiem, jak ty, ja bym brała w ciemno.

Kalina?
────
[696 słów: Isobel otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Arisu — „Long time no see” cz. 3

Poprzednie opowiadanie

– O proszę, jeszcze żyjesz.
Shayel spojrzał na nią, unosząc brwi, ale przepuścił ją w drzwiach mieszkania, nawet tego nie komentując. Przeszła obok niego z dumnie uniesioną głową, łapiąc pasek torby i zrzucając ją na brzeg kanapy (dalej tej samej. Prawdopodobnie miała nie zmienić się nigdy). Na to też nie zareagował. Usłyszała, jak zamyka drzwi, a potem kątem oka zobaczyła, jak przechodzi do ciasnej kuchni, stając na palcach, by sięgnąć do jednej z szafek.
– Napijesz się czegoś? – zapytał, wyjmując kubek i odwracając się do niej. Kosmyki włosów opadały mu na oczy i potrząsnął głową, żeby odgarnąć je na bok. Arisu przez chwilę odniosła wrażenie, że ich rozmowy za każdym razem są identyczne.
– Herbaty.
Nie musiała mu odpowiadać, bo już sięgał po pojemnik. Z tej odległości nie była w stanie przeczytać, co na nim jest. Z bliższej pewnie też by nie była – litery wydawały się zbędnie ozdobne. Podejrzewała, że nie jest to dobry znak.
Mimo to usiadła na podłodze obok kanapy, opierając się o nią plecami. Nie była jeszcze pewna, po co do niego przyszła. Ostatnim razem widzieli się latem, teraz za oknem spadały już liście, a pogoda była jeszcze bardziej nijaka. Starała się nie myśleć o tym, że widuje się z Shayelem średnio co kwartał. Nie była pewna, czy jej to odpowiada, czy przeszkadza. I jeśli przeszkadza – czy dlatego, że widzi go tak często, czy tak rzadko. Jakimś cudem wydawało jej się, że wszystkie te możliwości są prawdziwe w tym samym czasie, ale to przecież nawet nie miało sensu.
Na pewno myślała o nim częściej, niż zanim zamieszkał w San Francisco. I mogła z pełnym przekonaniem stwierdzić, że akurat to ją bardzo irytuje. Nie lubiła o nim myśleć. Nie lubiła tego, że jego głupia moralność wraca do niej częściej, niż do tej pory. Była głupia, naiwna i nie dało się przełożyć jej na codzienne życie. Tak samo jak tego, co wmawiał jej ojciec.
O nim z jakiegoś powodu też myślała teraz częściej.
Podniosła się trochę, by ze swojego miejsca na podłodze spojrzeć na stół. Ściągnęła leżący na nim magazyn. Prawdopodobnie jedyną kolorową rzecz w zasięgu jej wzroku, co pewnie bardzo źle świadczyło o samym Shayelu. Dziwiło ją, że w XXI wieku wychodzą jeszcze papierowe magazyny. A jeszcze bardziej to, że Shayel takie czyta.
Spośród mieszających się literek i słów wyłapała coś o tundrze. Zmarszczyła brwi, zamykając gazetę jeszcze raz. Na pierwszej stronie spośród wielu barw udało jej się wyłapać coś o roślinności arktycznej.
– Czy tobie skończyły się dobre… nie, jakiekolwiek książki? – zapytała, odkładając magazyn z powrotem na stół. Zmarszczyła przy tym nos, przenosząc wzrok na brata, który dalej stał nad kubkiem herbaty. Wydał z siebie westchnięcie, które mogło być tylko westchnięciem pełnym rezygnacji.
– Nie.
Bardzo, bardzo oczekiwała wyjaśnień. Tych, o które nie zamierzała pytać, ma się rozumieć. Nie zamierzała wykazywać zainteresowania większego niż to absolutnie konieczne.
– Jeden z… innych pracowników archiwum… – Shayel sam zaczął, co Arisu przyjęła równocześnie z ulgą i z irytacją. Czy widział, że ją to ciekawi? – Usłyszał, jak rozmawiam z kimś o podróżach. Uznał, że mnie to zaciekawi.
Zdecydowanie nie wyglądał na zaciekawionego. Nie potrafiła mu się dziwić, ale prychnęła z rozbawieniem, odwracając wzrok. Shayel jeszcze przez chwilę patrzył na nią z czymś, co pewnie mogło być odebrane jako dezaprobata, ale czego zdecydowanie nie odebrała w ten sposób.
W końcu jednak się poddał. Podszedł do niej i postawił na stole kubek z parującą herbatą. Minęła kolejna sekunda, zanim zdecydował się usiąść obok niej na podłodze. Skinęła mu głową w podzięce i znowu zapadła cisza. Arisu sięgnęła po herbatę, gotowa pozostać w tym milczeniu tak długo, jak będzie musiała, choćby do końca swojej dzisiejszej wizyty.
Shayel jej nie zaprosił, znowu odwiedziła go sama z siebie. W ciągu pięciu poprzednich lat w obozie nie wychodziła nigdzie tak często, jak w ciągu ostatniego roku i oczywiście, że to właśnie jego o to obwiniała. Od kiedy zamieszkał w San Francisco, przestał wysyłać jej listy. Rozumiała to. Więcej, uważała, że kompletnie ją to nie obchodzi, bo przecież i tak nigdy ich nie czytała. Dalej dziwnie było wiedzieć, że jest tak niedaleko. To tyle.
Jak na złość, on też się nie odzywał. Siedział przy drugim końcu kanapy, oparty o nią jednym ramieniem, przewracając karty magazynu, który go nie interesował. Mimo wszystko Arisu w jakiś sposób cieszyła się, że miał w pracy kogoś, z kim był na tyle blisko, by wymieniać się takimi rzeczami. Shayelowi nie robiło to różnicy, prawdopodobnie. Może powinna kiedyś go o to spytać.
– Może przynajmniej gazety czytasz teraz online?
Prawie sapnęła z irytacją. Oczywiście, że musiała w końcu się odezwać. Była czasami taka żałosna.
– Zostawiłem dzisiejszy numer w pracy.
Oczywiście. Powstrzymała się od wywrócenia oczami. Był taki przewidywalny. Musiał to zauważyć, bo znowu się odezwał:
– Przecież wiesz, że nie jestem fanem technologii.
Tak, tak. Wiedziała. Nie mogła nawet się z tym kłócić, chociaż bardzo chciała.
– Ale jak podróżowaliśmy, to z ojcem czytaliście też online.
Mogła nie zaczynać tego tematu. Shayel skinął głową.
– To prawda. Tak łatwiej dowiedzieć się, że… kolejny poseł w Polsce uniknął więzienia, albo cokolwiek innego.
Teraz ona skinęła powoli głową. Nigdy nie uważała swojego argumentu za dobry. Po prostu czuła potrzebę, by zwrócić na to uwagę. Chyba czuła też większą niż zwykle potrzebę, by faktycznie z nim rozmawiać, a nie tylko siedzieć w ciszy. Akurat o to nie mogła obwiniać Shayela. Zdecydowanie jej się to nie podobało. Pewnie powinna obwiniać kobietę z cmentarza, ale nie miała serca, by to robić.
Upiła łyk herbaty i od razu zmarszczyła nos.
– Jest okropna.
Shayel mruknął coś cicho.
– Mogę nalać ci soku – zaproponował. Odstawiła kubek z powrotem na stół.
– Nie, nie. Nie trzeba. Tylko błagam, gdziekolwiek to kupiłeś, nie rób tego nigdy więcej.
Przez chwilę miała wrażenie, że Shayel się uśmiechnie. Normalnie pewnie by jej to wystarczyło. Teraz jeszcze bardziej ją zirytowało.
– Oczywiście. Musiałem trochę oszczędzić w zeszłym miesiącu.
Arisu spojrzała na niego, marszcząc brwi, ale pokręcił głową, jakby próbował pokazać, że to nic takiego.
– Potrzebujesz pomocy? Mogę opuścić obóz i—
– Nie.
Prawie podkuliła ramiona, chociaż nie zabrzmiał inaczej. Dalej mówił spokojnie, może nawet trochę bez przejęcia. Może to dlatego tak ją to zirytowało. Nie tłumaczył się dalej, co zirytowało ją jeszcze bardziej. Co za skończony idiota. Prawie zaczęła się o niego martwić, a on traktował to tak olewczo? Powstrzymała prychnięcie. Mógł tylko marzyć o tym, że jeszcze kiedykolwiek się nim przejmie.
Podniosła się, przesiadając się na kanapę. Nie chciała nawet siedzieć na tym samym poziomie co on. Koc, który teraz zakrywał obicie, był miękki i gładki, dużo bardziej przyjemny od materiału na siedziskach. Jednak musiał coś zmienić przez tych kilka miesięcy mieszkania tutaj. Do tej pory była pewna, że nie zmienia nic, bo siedzi gotów do wyprowadzki.
Może jednak tak nie było.
Z irytacją sięgnęła po leżący na podłokietniku zeszyt. Mniej zniszczony niż zwykle – musiał być nowszy. Shayel nie protestował, ale w zasadzie to prawie nigdy nie protestował, gdy zaczynała grzebać w jego rzeczach.
Może dlatego, że i tak średnio była w stanie przeczytać, co pisze. Czasami było lepiej, ale zazwyczaj było gorzej lub po prostu źle. Nawet Shayel przyznawał, że to wina jego charakteru pisma, a nie tylko dysleksji Arisu. Miał przynajmniej tyle honoru.
Przekartkowała kilka stron z różnymi liniami i dziwnymi symbolami, które zrozumieć mógł tylko Shayel. Na jednej mignęły jej jakieś opisy i rzucone luzem zdjęcia starych monet. To kolejna rzecz, którą pewnie mógł trzymać online, ale z tylko sobie znanego powodu tego nie robił. Nie było sensu z nim dyskutować.
– Byłeś na jakimś filmie? – zapytała, wyjmując spomiędzy kartek świstek papieru. Shayel zadarł głowę, by na to spojrzeć.
– Nah. To bilety do muzeum.
To faktycznie było bardziej w jego stylu. Była pewna, że i tak każde muzeum w okolicy widział już co najmniej kilka razy i że pójdzie jeszcze kilka następnych. Kiedyś, oczywiście, chodziła razem z nim.
– Możesz iść ze mną następnym razem.
Zgodziła się, zanim zdążyła uznać, że to zły pomysł. I prawie od razu tego pożałowała.

────
[1300 słów: Arisu otrzymuje 15 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 21 czerwca 2026

Od Caroline CD Weroniki — „Och moja piękna szpada kobieto”

Poprzednie opowiadanie

Widząc zdezorientowaną minę Weroniki, Caroline uśmiechnęła się jeszcze odrobinę szerzej. Życie w Nowym Jorku było z pewnością mniej intensywne, ale teraz dochodziła do wniosku, że także mniej ciekawe. Siłownia trzy razy w tygodniu to nie to samo, co dobry sparing. Co prawda nie taki, jaki przeprowadziła przed chwilą, bo tego nie nazwałaby dobrym sparingiem. Weronika najwyraźniej bardzo wypadła z rytmu bez kogoś, kto ustawiłby ją do pionu. Caroline cieszyła się, że swoją wizytę w Obozie Herosów może poświęcić na coś tak szlachetnego.
— Rewanż! Oszukane zwycięstwo to nie zwycięstwo, a sromotna przegrana! — zawołała Weronika, choć wciąż podpierała się dłońmi o podłoże i z pewnością wyglądała, jakby mroczki latały jej przed oczami.
— Gówno nie przegrana — odezwał się ktoś w tłumie, wywołując tym grymas na twarzy Weroniki. Temat fekaliów był chyba dla niej nie wystarczająco wyniosły.
— Laska, nie oszukiwałam — powiedziała Caroline, spoglądając na nią z góry. Satysfakcjonujące. — Trzeba umieć skupić się na mieczu.
Wbiła czubek swojego ostrza w ziemię i podparła się na nim z niemal znudzoną miną. Nie, żeby ona szczególnie świetnie radziła sobie z przegrywaniem, ale jej wygraną był w stanie potwierdzić tłum gapiów. Weronika miała tupet żeby w ogóle sugerować jej, że oszukiwała. Na szczęście Caroline uczyła się panowania nad sobą.
— Twoje zagranie było bezkompromisowo niehonorowe. Wstyd zalałby mnie całą, gdybym chociaż pomyślała, żeby zachować się tak haniebnie jak ty — fuknęła Weronika, podnosząc się z ziemi.
Ze zdecydowanie zbyt dumną w porównaniu do sytuacji miną otrzepała dłonie o i tak już brudne spodnie. Jeszcze wyżej uniosła podbródek, jakby chciała podyskutować z bogami. Ley była pewna, że ma im mnóstwo do powiedzenia. Zastanawiała się, czy Weronika kiedykolwiek się z którymś z nich spotkała. Obstawiała, że nie, bo za te gadki już by ją ktoś spalił. Obrzuciła dziewczynę uważniejszym spojrzeniem; tam, gdzie uderzyła ją płazem miecza, skóra już była zaczerwieniona. Nie planowała zaatakować mocno, ale pewnie wykwitnie tam później siniak.
— Dostałaś w głowę. Idź lepiej sprawdź, czy nic ci się tam nie poprzestawiało. Chociaż może tak byłoby lepiej. — Ostatnią część mruknęła bardziej do siebie, niż do Weroniki.
Rzeczona poszkodowana wyglądała na oburzoną.
— Rany wojenne dodają szlachetności. Poza tym, dobry wojownik nie odmawia rewanżu — powiedziała z taką dozą pogardy, na jaką było jej stać.
Caroline przewróciła oczami. Rozmawiając z Weroniką zawsze czuła się, jakby grała w bardzo kiepskim, czarno-białym filmie, ale tym razem przechodziła samą siebie. Najwyraźniej przegrana nie działała dobrze na jej nerwy.
— Strasznie męczysz dupę — westchnęła Ley, ale sprawnie z powrotem uniosła swój miecz.
Weronika uśmiechnęła się tryumfalnie, choć nie wyglądała już na tak zadowoloną z siebie, jak wcześniej. Podniosła z ziemi swoją szpadę, która przy jej upadku odleciała metr dalej. Mało to było wyniosłe, ale zaraz wyprostowała się jak struna i stanęła w pozycji, która zapewne miała reprezentować gotowość do walki. Caroline za to wydawała się raczej znudzona - bez problemu wygrała pierwszy sparing, więc wygrana i tak leżała po jej stronie. Rewanż to była tylko formalność, żeby Weronika dała jej święty spokój.
— Tym razem nie wywiniesz się moim umiejętnościom — powiedziała w końcu hardo Weronika, wyprowadzając pierwsze pchnięcie.
— Mniej gadaj, więcej rób. Może się w końcu czegoś nauczysz.
Ley całkiem bawiło obserwowanie Weroniki, kiedy udawała, że wcale jej to nie wkurwia. Robiła wtedy śmieszną minę — dumne spojrzenie, zmarszczone brwi i usta wykrzywione w grymasie złości.
— Nie potrzebuję uczyć się od kogoś, kto walczy jak zwierzę — sarknęła Weronika.
— Zwierzę, z którym przegrałaś — odpowiedziała Caroline z promiennym uśmiechem, który w połączeniu z tym, jak szybko się poruszała, nie wyglądał szczególnie przyjaźnie.
Przytyki Weroniki bardziej ją śmieszyły, niż irytowały. Średnio była w stanie traktować tą dziewczynę na poważnie. Wszystkie słowa, które padały z jej ust brzmiały, jakby urwała się z jakiejś kiepskiej pseudofilozoficznej książki. Może nawet odrobinę jej współczuła. Życie z takim stylem bycia nie mogło być łatwe.
— To nie była przegrana, tylko potknięcie.
Tak, z pewnością ktoś ją gnębił w dzieciństwie.
— Ty to robisz specjalnie? Czy trzeba ci przypieprzyć moc-
Zanim Ley zdążyła dokończyć przytyk, Weronika nagle zachwiała się na nogach. Szpada wyleciała jej z dłoni.
— No bez jaj. — Caroline złapała ją za ramię zanim zdążyła polecieć do przodu i rozbić sobie nos o twarde podłoże. — Japierdole, aż tak mocno to nie dostałaś — burknęła, odrzucając swój miecz na ziemię.
— Co ty robisz? Możemy kontynuować — zaprotestowała Weronika, ale jej głos nie był już tak mocny, niż wcześniej.
— Ktoś mnie jeszcze za to udupi — mruknęła ponuro Caroline, nie do końca delikatnie ciągnąc ją w stronę skrzydła szpitalnego.


Weronika?
────
[723 słowa: Caroline otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Elianne CD Kala — „O pierścionku odnalezionym”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA V

Elianne nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy ostatnim razem ktoś nadskakiwał jej tak, jak teraz robiła to Florence. Była zbyt przyzwyczajona do ludzi, którzy ze względu na jej dziecięcą, wiecznie uśmiechniętą twarz uważali, że mogą jej z łatwością wejść na głowę. Na szczęście to, że trafiła do obozu dla rzymskich herosów w wieku dziewięciu lat, pozwoliło jej wyrobić pewną odporność. Odmiana była całkiem przyjemna.
Florence była przemiła i ciągle ją zagadywała. Nie w ten irytujący, wścibski sposób - po prostu wydawała się ciekawa, jaka tak naprawdę jest dziewczyna, którą interesował się syn jej partnera. Eli miała nadzieję, że będzie zadowolona z wyników.
— Tak, mam trójkę rodzeństwa. Braci. Cała wesoła gromada — odpowiedziała na jedno z pytań z nieznacznym uśmiechem, wybierając jedną z owocowych herbatek, które zaproponowała jej kobieta.
— Jeju, całe życie z facetami! Jak to przetrwałaś? — dopytała Florence ze śmiechem, już zabierając zbędne opakowania herbat, z których dziewczyna nie skorzystała.
— Jakoś z mamą dałyśmy radę — wyjaśniła Eli zdawkowo. Nie było sensu tłumaczyć, że spędziła z nimi na stałe tylko połowę dotychczasowego życia.
— Jasne, no tak. Kal za to na pewno się cieszy, że jest jedynakiem, prawda?
Florence uśmiechnęła się do chłopaka, który w odpowiedzi posłał jej dość cierpiętnicze spojrzenie.
Kąciki ust Eli wciąż unosiły się w uśmiechu, choć kątem oka wciąż widziała, że Kal chyba nie cieszy się z jej obecności tutaj. Wciąż wpatrując się w kobietę, ostrożnie sięgnęła po jego dłoń pod blatem stolika, tak, żeby nie ściągnąć uwagi Florence i nie wprawić go w jeszcze większe zakłopotanie. Po cichu chciała mu przekazać, że jest okej. Czuła, że Kal jest spięty, ale nie puściła jego dłoni.
— To pani lokal? Bardzo przytulny — rzuciła, zmieniając temat.
— Boże, jaka pani! Mów mi Florence. I tak, to moja piekarnia. Mała, ale własna. Cieszę się, że ci się podoba — zaszczebiotała kobieta, stawiając przed nimi ozdobny talerz z równiutkimi kawałkami sernika. — Częstujcie się.
Ciężko było jej odmówić. Eli średnio miała ochotę na ciasto, ale uśmiechnęła się uprzejmie i nałożyła sobie porcję na mały talerzyk. Zanim zdążyło paść kolejne pytanie, dzwonek wiszący nad drzwiami wydał z siebie głośny, wysoki odgłos i Florence zostawiła dwójkę nastolatków, żeby stanąć za ladą. Elianne wykorzystała ten moment, żeby uważniej przyjrzeć się Kalowi.
— Jest bardzo miła. Jesteś zły? — zapytała cicho, a Kal ledwo zdążył otworzyć usta, zanim odpowiedziała sobie sama: — jesteś. Zjemy ciastko i pójdziemy.
— To jest jakaś porażka — wyrzucił z siebie chłopak, palcami wolnej dłoni ściskając nasadę swojego nosa. Drugą, pod stolikiem, wciąż trzymała Eli. Teraz ścisnęła ją mocniej.
— Jest okej. Serio. Napij się herbaty. Zaraz wyjdziemy — dodała nieco łagodniejszym głosem.
Była trochę rozdarta pomiędzy tym, żeby nie zrobić przykrości Florence, a chęcią pozbycia się z twarzy Kala miny, którą ostatnio widziała, kiedy ktoś kazał mu czyścić parapety brudną ścierą. Nie była do końca pewna, dlaczego jest aż tak niepocieszony, ale wiedziała, że sama się do tego przyłożyła zgadzając się na propozycję Florence, więc chciała jakoś temu zaradzić. Kiedy kobieta była zajęta obsługiwaniem klienta i na chwilę zniknęła na zapleczu, Eli przelotnie oparła głowę na ramieniu Kala. Kiedy na powrót się wyprostowała, zabrała się za swój sernik. Posłała Kalowi uśmiech, kiedy powoli sięgnął po swój kubek.
— Jak sernik? Nawet nie próbowałam, mam nadzieję, że wyszedł — powiedziała rozpromieniona Florence, kiedy już mogła do nich wrócić. Otrzepała dłonie o swój fartuch.
— Przepyszny, nie ma się pa… Nie masz się o co martwić.
Elianne uśmiechnęła się, ostrożnie odkładając widelczyk na talerzyk. Upiła łyk swojej herbaty, patrząc na uradowaną Florence.
— Super, to zjedz jeszcze kawałek. Kal, ty nie jesz? — zapytała, nieznacznie marszcząc brwi.
— Jedliśmy wcześniej obiad. Ja nie mogłam się powstrzymać przed sernikiem, ale Kal ma silniejszą wolę niż ja — gładko wyjaśniła Eli ze śmiechem. Zabębniła palcami o swój kubek. — Będziemy się już zbierać? Muszę jeszcze kupić lakier do włosów. Dziękuję za herbatę i ciasto. Naprawdę bardzo miło było mi panią poznać — dodała, po raz kolejny uśmiechając się do Florence.
— Kochana, to nic takiego. Zostańcie jeszcze parę minut, dopijcie herbatę. Jak nie zobaczę pustych kubków, to was nie wypuszczę. — Florence na wpół poważnie pogroziła im palcem.
Najwyraźniej nad tym nie będą w stanie przejść.


Kal?
────
[667 słów: Elianne otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]