poniedziałek, 1 czerwca 2026

Od Inez CD Dahlii — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Inez zdawała sobie sprawę, że jest łatwowierna, choć na misjach zawsze stała się być bardziej uważna. Choć jej pozytywna natura nie ułatwiała dystansowania się, na co dzień naprawdę była większą kulką szczęścia. No i może faktycznie dość szybko zaufała Dahlii, ale czemu miałaby tego nie zrobić? Interesował ją fakt, że niegdyś była w Obozie Herosów. Zawsze ją interesowało jak tam jest i czy ich obozy naprawdę mocno się różniły. Przypuszczała, że tak, patrząc na historię, jednak tym bardziej chciała wiedzieć co to za różnice! No i jak miała nie zaprzyjaźnić się z kimś, kto mógł odpowiedzieć na te wszystkie pytania kotłujące się w jej głowie.
Jednak nie spodziewała się, że Dahlia będzie taka niemiła! Początkowo uznała, że to miły, niespodziewany gest z jej strony. Czemu to ona miała być testerem trucizn!? A najgorsze było to, że Inez wiedziała, że dziewczyna ma rację. Potwory często były sprytniejsze niż im się wydawało.
– Czemu mi to zrobiłaś!? – krzyknęła spanikowała i nerwowo zaczęła w miejscu przebierać nogami. – Ja nie znam się na truciznach! Mogę plotkować o tym co kto gada w iryfonach, czy przywołać ci pegaza, ale nie jestem dzieckiem Apollo!
Po chwili zobaczyła jak starsza patrzy na nią rozbawiona i zdała sobie sprawę jak głupio musi brzmieć. Zrobiła właśnie z siebie idiotkę, więc woląc nie mówić już nic więcej, jadła dalej watę.
– Nie no, ale serio, czujesz truciznę?
– Nie – odburknęła napychając się resztą słodkości.
Dziewczyny szły przed siebie znów w ciszy. Obserwowały czy nigdzie nie widać dziwnych zachowań, bądź nietypowych stworzeń. Inez dawno nie była na takiej misji i w głębi serca bardzo się tym stresowała, więc pomimo tego co zrobiła jej Dahlia, cieszyła się, że nie jestu tutaj sama.
– Latałaś kiedyś na pegazie? – Do jej uszu dotarło nagle pytanie, którego nie spodziewała się usłyszeć. Spojrzała na dziewczynę tuż obok niej. Starsza nie patrzyła w jej kierunku, jednak Velez i tak miała wrażenie, że jest realnie zainteresowana odpowiedzią.
– Tak. No wiesz, trochę mi zajęło zanim faktycznie zaczęły się mnie słuchać, ale to było tego warte. Gdy mam na przykład zły dzień nie ma nic lepszego niż lot w przestworzach. Szkoda, że my, ludzie nie potrafimy latać. To by było super ekscytujące! – Aż klasnęła w dłonie z zadowolenia, jednak po chwili uspokoiła i uśmiechnęła się nieznacznie. – Jednak robienie tego na tych majestatycznych stworzeniach jest nie mniej przyjemne, serio my-. – Dziewczyna przerwała swoją wypowiedzieć czując nagle w powietrzu coś nietypowego.
Niemal w jednej chwili obie dziewczyny stanęły gotowe do możliwego, nagłego ataku i zaczęły się rozglądać wokół. Inez trzymała mocno w dłoniach swój gastrafetes, a jej mimika twarzy od razu zmieniła się na bardzo skupioną. Teraz wyglądała zdecydowanie jak nie ona.
Już po chwili przed nimi ukazał się chłopak, na oko koło dwudziestki ze złowieszczym uśmiechem na twarzy. Gdy Velez go ujrzała w tej samej chwili zagrzmiało, a w jej głowie pojawiła się tylko jedna myśl.
– Ventus – powiedziała to na głos, tak by Dahlia to usłyszała, choć była niemal przekonana, że dziewczyna jest tego świadoma.
– Mhm, to zdecydowanie Anemoi.
Obie dziewczyny wiedziały, że mają na myśli to samo stworzenie. Cóż, są oni na tyle charakterystyczni, że naprawdę nie pomylisz z niczym innym.
– Po co tu jesteś!? Czego chcesz!? – krzyknęła Inez i ugięła kolana. Postawa, z której w każdej chwili możesz się ruszyć nie tracąc czasu. Może i nie wychodziła zbyt często na misje, ale wiedziała co robić. I mimo, że nienawidziła walczyć, to była legionistką, nie mogła pozwolić by strach ją sparaliżował. Była odważna i pewna swoich umiejętności, a to był pierwszy krok do sukcesu.
– Oh, dwójka półbogów, jak słodko. – Głos chłopaka był naprawdę nieprzyjemny; chropowaty, niemalże syczący. Inez dawno nie słyszała czegoś tak obrzydliwego. – Może chociaż wy dostarczycie mi potrzebnej rozrywki.
Teraz nie mogły się wycofać.


Dahlia?
────
[612 słów: Inez otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Dicka CD Edel — „Psi patrol gotowy do akcji!”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Z każdym obrotem tkanina coraz szczelniej owijała się wokoło Dicka, ale mimo tego, że był już praktycznie sztywną mumią, dalej zręcznie wymykał się rekom kobiet, które starały się go uratować. Szczęście w nieszczęściu, przewrócił się i znieruchomiał, co umożliwiło rozwinięcie go z zasłonki i zapobiegło niechybnemu uduszeniu. Dick wybałuszył oczy i wziął głęboki oddech.
— Teraz usiądź tutaj, okej? I nie ruszaj się...
Bardziej niż usiadł, został posadzony na leżance. Poddał się rutynowemu dla niego badaniu, które miało określić, czy ma wstrząśnienie mózgu i wszystkie kości w całości. Nie obyło się bez mimowolnego krzyku bólu przy sprawdzaniu odruchów ani bolesnego zagryzienia wargi, ale ostatecznie Dick nie był w o wiele gorszym stanie teraz, niż kiedy przekroczył próg ambulatorium.
— Będzie żył — zawyrokowała Elianne, chowając małą latarkę, którą przed chwilą wypalała Dickowi siatkówkę do kieszeni.
Dziewczyna obok łóżka odetchnęła z ulgą. Półbóg pokiwał głową i od razu tego pożałował — Fortuno, jak ona go bolała…
— Jednak najbezpieczniej będzie, jeśli zostanie tu choćby na parę godzin obserwacji. Potem musiałby ktoś go pilnować w baraku. Jakieś pytania?
— Mogę się zdrzemnąć?
Elianne popatrzyła na niego z irytacją, prawie jakby zadawał jej to pytanie przynajmniej raz tygodniowo. Dick ostrożnie podniósł dłoń do grzbietu nosa i ścisnął skórę między oczami dwoma palcami. Nie wybuchł. Jego kolano pulsowało, już troche słabiej, z zadrapań przestała lecieć krew. Coś mu jednak umykało. Może ma krwotok wewnętrzny? Przechodzi cichy zawał?
Nie, to nie to.
Poklepał się po kieszeni na piersi. Nie zgubił kremu przeciwsłonecznego, choć ten dawno rozlał się pod materiałem koszulki i Dick przesuwał palcami po tłustej plamie. Zgubił okulary przeciwsłoneczne. Jego ulubione! Lexi przywiozła mu je z San Francisco. Były bardzo fajne, w nich prawie nie bolały go oczy. I prawie nie uciskały nosa. Prawie nie wbijały się w skórę za uszami, i miały bardzo ładny kolor. Lexi mówiła, że pasują mu do włosów. Nie, to chyba….
— Gdzie jest Nuggets?


Edel?
────
[309 słów: Dick otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

Od Ricky'ego CD Kuźmy — „I was thinking… Maybe you and I should partner up?”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

— Bez przesady, przecież to bezpieczne! Ja też jestem cały! Wszyscy w Obozie są cali! Nic nie wybuchło. Znaczy, teraz teoretycznie może właśnie wybuchać i tego nie wiemy, bo fala uderzeniowa dopiero do nas zmierza, albo… ała! — Kuźma kopnęła Rickiego w nogę, bo mimo że zaczął dobrze, upewniając dzieci Wulkana o braku zagrożeń płynących z fioletowego grzybowego sosu, szybko jego słowa zaczęły się kręcić w niebezpiecznym kierunku.
— Jeśli teraz wybuchło, i tak nic nie zrobimy, więc nie musimy się martwić — dokończył pod nosem, a Kuźma zdecydowała połamać mu wszystkie piszczele. Mimo, że na pewno dzieci Wulkana nic nie słyszały!
— Pójdźcie po prostu ze mną. Z nami — poprawił się. — Nie pożałujecie! Oczywiście, to my prosimy o przysługę, ale zapewniam, że obie strony będą równomiernie zadowolone. Sama przyjemność robić z nami interesy.
W tym momencie Ricky podszedł do wszystkich po kolei i uścisnął im dłonie, patrząc bardzo intensywnie w oczy. Kolega z pryczy obok zostawił w zeszłym tygodniu na swoim łóżku otwartą książkę o samorozwoju. Kiedy syn Merkurego wylał na nią herbatę i wycierał ją rękawem, przeczytał trochę o tym, jak "zdominować swoją energią i sprawić, żeby druga osoba zaakceptowała każdą ofertę, jaką wysuniesz". Szybko przeanalizował grupę i na podstawie paru kryteriów — szerokości barków, wzrostu, odległości oczu od siebie i koloru skarpetek — wytypował lidera. Jemu dłoń ściskał szczególnie długo, i wsunął zgnieciony banknot w mankiet. W ciszy papierek spadł na podłogę, jedno z dzieci Wulkana powoli się po niego schyliło. Wszyscy patrzyli, jak po rozprostowaniu banknot okazuje się być nadpalonym monopoleonem.
— Chodźmy! — krzyknęła Kuźma i wyszła, ciągnąc za sobą Rickiego, szybko, wykorzystując szok półbogów.
Niestety, tu dziwactwa merwkurwiaka się nie skończyły — stronę dalej w nieszczęsnej książce zaczynał się rozdział o prawidłowej postawie ciała. Chłopak szedł sztywno, cały czas napinał barki i nieustannie się potykał. Próby zachowania nonszalancji nawet, kiedy leci się na żwirową ścieżkę nie kończyły się sukcesem, ale guru Rickiego nie przewidział, że jego uczniowie będą przyciągani do ziemi silniej niż normalni ludzie przez ilość śmieci w spodniach, ani że będą aż tak niezdarni. Młody heros musiał sobie jakoś radzić i bohatersko zbierał kolejne siniaki na kolanach.
Musiało to wyglądać naprawdę dziwacznie — Ricky bowiem prowadził, Kuźma szła obok, choć to była zapewne ostatnia rzecz, jakiej chciała, a za nimi podążała zdezorientowana gromadka potomków Wulkana.


Kuźma?
────
[372 słowa: Ricky otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

niedziela, 31 maja 2026

Od Niketasa CD Erin — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

– Ulfert! – woła Niketas, zamaszyście otworzywszy drzwi do domku jedenastego. Jak się spodziewał, bez jego doskonałego i eksperckiego przewodnictwa, Ulfert wyłącznie siedzi i puszcza bąki, bezpiecznie zakopany w kącie domku. Zdradza go gwałtowne uniesienie głowy, które idzie w parze ze spanikowaną miną.
Domek Hermesa jest, z założenia, za mały dla jego mieszkańców. Ulfert nie ma więc żadnej, najmniejszej choćby szansy, żeby po pierwsze podnieść się ze swojego wygodnego kącika, w którym wcale nie wbija mu się w plecy kant czyjegoś łóżka, a po drugie uciec z domku w jakikolwiek sposób. Musiałby wyminąć Niketasa w drzwiach, na co ten by mu nie pozwolił.
– Tak? – pyta, możliwie najuprzejmiej i z bólem podnosi się z podłogi, żeby stawić czoła swojemu bratu (szefowi).
– Mam dla ciebie robotę – odpowiada Niketas, tym razem odpuszczając sobie dodanie: „dobrze płatną”, bo w takim wypadku musiałby mu zaoferować jakąś stawkę, której jeszcze nie udało mu się oszacować. To znaczy, jeszcze nie wycenił, jak duży może być popyt na niejako podróbę „Boskiego Fulla”, który jednak został stworzony znacznie bardziej profesjonalnie.
– Masz ją dla mnie średnio co tydzień. Pracuję już co najmniej na czterech etatach – mamrocze Ulf, choć oboje wiedzą, że jakiekolwiek formy sprzeciwu nie zadziałają u Niketasa i jego absolutnych rządów totalitarnych.
– Ale masz wprawną rękę. Idealnie nadajesz się do tej roboty – zapewnia go grupowy, filuternie mrugając do niego oczkiem. Przy okazji chwyta go za ramię, niby w przyjacielskim geście, i brutalną siłą wyprowadza z domku. – Będziesz nam rysował etykiety.
– Znowu? – jęczy żałośnie. – Naprawdę nie możesz do tego zgarnąć kogoś od Apolla? Te „Boskie Fulle” rysował ci jakiś dzieciak od nich, nie? Dredy zielone, kolczyki? Niby czemu teraz ja?
– Nie no, najpierw rysowała Violet, ale ona wpisywała te „Strawberry Punche” i potem sam musiałem zmieniać. Ale w każdym razie, tego dzieciaka nie ma teraz w Obozie, uciekł do Minnesoty czy innego dziwnego stanu, nie wiem – tłumaczy grupowy tonem jasno wskazującym na to, że jest to sprawa niemająca najmniejszego znaczenia.
– Apollo ma też inne dzie-
– Dobra, dobra, już się tak nie wymądrzaj – ucina Niketas, bo już otwiera drzwi domku Hekate. – Hej, wspólniczko, mam naszego świetnego i BAAARDZO chętnego robotnika!
Wnętrze wygląda kompletnie inaczej niż w momencie, w którym je zostawił. Widocznie Ashon naprawdę wziął sobie do serca wszystkie groźby albo nie mógł usiedzieć na dupie przez magiczne działanie „Olimpijskiej Alfy” w wersji Beta 0.14. Aktualnie chłopak szwęda się po domku, niezgrabnie ściskając w dłoniach miotłę – wygląda na to, że trzyma ją po raz pierwszy w swoim krótkim życiu. Gdy tylko próbuje zamieść choć część kurzu, ten wzbija się w powietrze niepowstrzymaną chmurą i Ashton, zamiast pracować dalej, postanawia poczekać, aż pył opadnie. Proces powtarza się w nieskończoność, a frustracja i wściekłość na twarzy chłopaka stają się coraz bardziej widoczne. W głębi domku Erin absolutnie wczuwając się w personę szalonego i niepowstrzymanego naukowaca, już przelewa ich wspaniałą, neonoworóżową miksturę do przygotowanych szklanych buteleczek.
– Sprowadziłem dla was wspaniałego designera i w EKSKLUZYWNYM dodatku artystę! – radośnie oznajmia Niketas, a częściowo schowany za jego plecami Ulf gwałtownie kręci głową, pewnie przekonany, że to skłoni całą resztę towarzystwa do przejrzenia słabego kłamstwa i odkryją prawdziwe powołanie Ulferta. Jest nim bowiem możliwie jak najskuteczniejsze wkroczenie do nieswojego mieszkania. Opcjonalnie: zabranie stamtąd wszystkich kompletnie niepotrzebnych nikomu do życia rzeczy, w tym trzymanego w dużym słoiku rocznego zapasu landrynek albo poszewek na poduszki, których używa się wyłącznie w dnie, gdy na chatę wbija człowiekowi ta jedna snobistyczna ciotka, a we wszystkie pozostałe dni kurzą się w szafie, zakopane pod innymi poszewkami. Nic, za czym ktokolwiek by szczególnie tęsknił, jako że pod przekazanym w genach losem marnego złodziejaszka, Ulfert jest człowiekiem dobrym, tym samym tworzy coś w rodzaju ying-yang z ze swoim bratem.
Erin przygląda się Ulfowi z oświeconego wyłącznie słabymi świeczkami kąta. Akurat dzisiaj cały domek Hekate zrezygnował z zapalenia niewysłowionej ilości kadzidełek, więc herosi mogli się sobie przyjrzeć bez zbędnego przejmowania się zanieczyszczeniem dymnym równym smogowi unoszącemu się nad większością przyzwoitych miast dzisiajszego świata.
– Ty robiłeś też te „Boskie Fulle”? W sensie, etykiety? – pyta Erin miłym, zaciekawionym tonem, dzięki czemu Ulf NARESZCIE ma szansę na wytłumaczenie się i wyprowadzenie wszystkich z błędu. Udaje mu się nawet otworzyć usta, ale, jak zawsze zresztą, Niketas postanawia przerwać bratu zanim ten jeszcze uformuje jakiekolwiek zdanie w swojej głowie.
– Nie, ale wie, co robić. Dobra, paniusiu, mamy już ułożony i zapisany przepis? – grupowy zwraca się do Erin, która zaprzecza bardzo wymownym ruchem głowy. Na tyle wymownym, że wszyscy obecni wiedzą, że w trakcie tworzenia tej cudownej mikstury z dziesięć razy pogubiła się w składzie. – No, to zapisuj, proste. Chyba pamiętasz? – Kompletnie ignoruje niekoniecznie przekonującą minę dziewczyny. – W każdym razie: linią produkcyjną „Olimpijskiej Alfy” uważam za oficjalnie otwartą!
– Chyba miałeś na myśli zakład karny – mruczy Ulf, który mimo wszystko już chwycił za ołówek i losowe kartki (prawie że same wpadły mu w dłonie, a nic ważnego jeszcze na nich nie zapisano).
– Nie miałcz, tylko do pracy. Hop, hop, hop! – Niketas klaszcze w dłonie, wczuty w swoją wspaniałą rolę. – Sprzedaż otwieramy jutro, nie ma zmiłuj. Wtedy oszacuję zarobki i wasze pensje, takie tam, szczegóły i szczególiki.
– A nie umawiamy ś- – Ulfowe, zresztą dość istotne, pytanie, zostaje przerwane przez zdesperowane słowa Ashtona.
– Niketas, ale ja tu nie jestem na stałe, nie?
– Sprzątasz i pilnujesz naćpanego rodzeństwa na umowie zlecenie, jeśli ci to bardziej pasuje.


Erin?
────
[869 słów: Niketas otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 28 maja 2026

Od Lynn CD Arisu — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Arisu usiadła na ławce obok niej. Świat się nie skończył, nie wyśmiała jej, dalej była tak samo miła jak wcześniej. Lynn trudno było określić, skąd brał się ten wyraz zakłopotania na jej twarzy; z pewnością nie była to dla nieznajomej zupełnie komfortowa sytuacja, jednak jej słowa były łagodne i powoli upewniały Lynn, że w ciągu przynajmniej następnych paru minut wszystko będzie w porządku. Słuchała jej, i zadawała pytania. Kobieta nie odpowiedziała od razu, i Arisu już zaczęła się wycofywać z rozmowy, ale Lynn naprawdę chciała odpowiedzieć, porozmawiać. Mimo że będzie to trudne. Ale kiedy następny raz będzie miała okazję, kiedy ostatni raz miała okazję?
— Czego się boję? — zaczęła, żeby kupić sobie trochę czasu na zastanowienie i nie odstraszyć dziewczyny.
Brzmiało to głupio, siedziały przecież niedaleko grobu. Martwi ludzie nie mogli mieć takiego wpływu na żywych, żeby wywoływać w nich strach. Jej lęk był jednak powiązany z Nalinem, niezaprzeczalnie. Mimo że z punktu widzenia śmiertelników jego ciało od dawna rozkładało się w ziemi. Lynn nie była śmiertelniczką, była świadoma tego, jak blisko żywych przebywają zmarli, nie mogła więc tak po prostu odciąć się od kogoś, jeśli umarł. Paradoksalnie, przez jej powodzenie, śmierć czyniła wszystko jeszcze gorszym. Nalin towarzyszył jej przez większość życia, zawsze był obecny, jeśli nie obok, to w następnym pokoju. Słyszała jego głos, widziała cień na ścianie. Po jego odejściu czuła jego obecność niekiedy jeszcze bardziej intensywnie. Widziała jego dłonie w swoich, kiedy myła rano ręce, zastanawiała się, czy dalej mieliby podobny rozmiar buta, odruchowo robiła nieco więcej jedzenia, niż musiała. Czasem przyjmowała te obrazy z sentymentem, głównie jednak starała się odrzucać jakiekolwiek znaki brata. Nawet jeśli oznaczało to wymioty z wycieńczenia, skórę szarą i cienką jak papier i długie godziny w milczeniu przeplatane szlochem. Kiedy w jej głowie pojawiała się twarz brata i staw, nad którym spędzali całe godziny, starała się zignorować tęsknotę i ciepło tego obrazu, nie zasługiwała na niego. Może w ten sposób popełniała błąd. Nalin milczał w zaświatach, tak samo jak milczał za życia. Choć rozpaczliwie chciała usłyszeć, dlaczego tak właśnie się wszystko skończyło, bała się zakładać o inną możliwość niż jej winę. Kto inny mógł powstrzymać to, co się stało?
— Boję się, że jest na mnie zły. Że nie przychodzę. Albo że przychodzę.
No tak, tak naprawdę nie była stuprocentowo pewna słuszności tego, że tu przyszła. Uważała, że musiała, czuła, że nie da rady…
— Mój brat zmarł wiele lat temu i nigdy do końca się z tym nie pogodziłam. Nie dowiedziałam się, co mogłabym zrobić, żeby temu zapobiec i czuję… złość na siebie, w jego imieniu, ponieważ on nie może już być na mnie zły?
Choć pewnie jest. Albo i nie. Lynn odczuwała wiele emocji, i ciekawym sposobem na poradzenie sobie z nimi było przypisanie im wpływu martwych, mściwych energii. Chociaż nie miała pewności, przecież jako wnuczka Tanatosa rozmawiała ze zmarłymi częściej niż żywymi. Wody Styksu skutecznie zmieniały każdy nastrój, i przyzwyczaiła się do przygaszonych kolorów, bo nie mogła sobie przypomnieć już życia spod warstwy mułu. Brat był jedyną osobą, która ją rozumiała. Razem stanowili most między światem ludzi i fantastycznych istot. Teraz czuła się jak wyrzutek w obu. Nigdy nie dokończyła studiów, rzadko rozmawiała z ludźmi. Jeszcze rzadziej z nimfami. Czasem jakaś hamadriada gapiła się na nią przez okno. Lynn zaciskała poszarzałe pięści i starała się nie rozpłakać, choć czuła, jakby nie było w niej ani jednej kropli wilgoci.
— Wiem, że to brzmi bardzo chaotycznie, ale nie jestem w stanie poukładać sobie nawet tego w głowie, a co dopiero powiedzieć w uporządkowany sposób. Po prostu… byliśmy bardzo blisko, a potem się od siebie oddaliliśmy, aż zniknął. A kiedy zniknął, ja nie mogę sobie znaleźć miejsca.


Arisu?
────
[602 słowa: Lynn otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Arisu CD Lynn — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Usiadła na samym skraju ławki, robiąc to kompletnie wbrew sobie i wbrew zdrowemu rozsądkowi, który bił na alarm i krzyczał, że powinna już odejść. Pomogła już kobiecie usiąść, zaoferowała wodę – przecież nie mogła zrobić nic więcej, przynajmniej z czysto praktycznego punktu widzenia. Niestety, były takie momenty, gdy wola Arisu kłóciła się z jej zdrowym rozsądkiem i to był dokładnie jeden z takich momentów.
Przede wszystkim, chyba wcale nie chciała odejść. Nie mogła już nic zrobić, to prawda, ale równocześnie wiedziała, że odejście byłoby tak zwyczajnie nie w porządku. Czułaby się odpowiedzialna i winna, gdyby kobieta znowu poczuła się gorzej. Gdyby miała teraz czas, to obwiniałaby o tę decyzję brata i ojca. To oni nauczyli ją tej głupiej odpowiedzialności. Przecież nawet nie wiedziała, jak teraz się zachować i co dalej robić. Na pewno byli ludzie, którzy sprawdziliby się w tej roli znacznie lepiej od Arisu. I pewnie znacznie mniej by to przeżywali.
Machnęła ostrożnie ręką, próbując przekazać w ten sposób coś w stylu „nie masz za co dziękować”, bo naprawdę nie oczekiwała podziękowań. Nie zrobiła nic specjalnego. Zaraz jednak splotła dłonie, pochylając się ostrożnie, by móc przyjrzeć się kobiecie i nie wpatrywać się tylko niegrzecznie w nagrobek.
– Cieszę się, że mogłam zrobić przynajmniej tyle – odpowiedziała powoli, zastanawiając się nad tym, co chce i co może powiedzieć bez ryzyka, że zachowa się jak nieczuły potwór.
Brakowało jej doświadczenia w takich rozmowach. Nie miała nikogo, z kim mogłaby prowadzić głębsze i poważniejsze dyskusje. Przez lata stała się mistrzem w ich unikaniu, chociaż nie było to trudne, gdy nie rozmawiała z nikim więcej, niż było to konieczne.
Czy potrafiła zrozumieć strach kobiety? Nie była pewna. Czuła pewien ucisk w żołądku, gdy o tym myślała, ale nie potrafiła dokładnie określić jego przyczyny. Wydawało jej się to okropnie głupie.
Może Arisu naprawdę powinna zignorować ten głos, który chciał, by jeszcze tu została. Nie nadawała się do bycia dobrym i wspierającym człowiekiem.
Równocześnie nie mogła okłamywać samej siebie – to, że została, nie było tylko sprawką siejących zamęt nauk z dzieciństwa. Tym bardziej nie uważała się za miłą. Podłą i samolubną, tak, ale na pewno nie miłą.
Chciała usłyszeć więcej o osobie, do której należał grób. O tym, jak ci żywi sobie z tym radzili. Chciała? To raczej nie było dobre słowo. Czuła potrzebę, by to usłyszeć, chociaż nie zamierzała wypytywać i nie była pewna, czy naprawdę chce usłyszeć odpowiedzi. Pewnie i tak nie były uniwersalne, mogły co najwyżej zaspokoić niezdrową ciekawość, której nie potrafiła wyjaśnić.
– Czego się boisz? – zapytała w końcu, trochę mocniej splatając ze sobą palce. Zaraz zdała sobie sprawę, jak okropne jest to pytanie i że zdecydowanie nie powinna go zadawać. – Przepraszam. Nie chcę być wścibska ani sprawić ci przykrości, nie musisz odpowiadać – dodała, rzucając kobiecie krótkie, przepraszające spojrzenie. Opuściła głowę, mając wrażenie, że każdy, kto ją teraz zobaczy, będzie w stanie zobaczyć też to, jak głupio jej się zrobiło. Gorzej: każdy, kto ją teraz zobaczy, będzie wiedział, jak okropne pytania zadaje i że nie radzi sobie w rozmowie.
Arisu ściskała palce tak mocno, że zbielały jej knykcie. Czuła irytację, która była pewnie jeszcze głupsza od samego zadanego pytania.
Może powinna się wytłumaczyć. Powiedzieć, że też ma brata i nawet nie jest pewna, czy dowiedziałaby się o jego śmierci. Że myśl o tym, że miałaby odwiedzać jego grób, budziła w niej mieszankę bardzo dziwnych emocji, z którymi nie wiedziała, co powinna zrobić i że to jest jeszcze bardziej irytujące, bo powinno być jej to obojętne, bo i tak był tylko podłym zdrajcą. Że to, że statystycznie umrze przed nim, wcale jej nie pomaga.
Nie, to też nie był dobry pomysł. Dlatego nie powiedziała nic więcej.


Lynn?
────
[600 słów: Arisu otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

środa, 27 maja 2026

Od Kaliny do Vex — „Malunki naskalne po roku w Ameryce”

Wyszła z autobusu sześć przystanków za wcześnie, ubolewając nad biletem, za który będzie musiała zapłacić ponownie. Nie, wróć. Te kilka centów, które wyda na nowy bilet, nie będzie ceną biletu, a świętego spokoju. Wysiadła w nadziei, że dzięki temu zakończy kłótnię, która w ciągu dziesięciu minut zdążyła zahaczyć o torbę na siedzeniu, kolorowe włosy, kolczyki na twarzy oraz ogólne niewychowanie kalifornijskiej młodzieży. Nic bardziej mylnego.
— A ciebie to mamusia nie nauczyła, że starszych w drzwiach się przepuszcza? — usłyszała za swoimi plecami skrzeczący głos starszej kobiety.
Kalina odwróciła się z westchnięciem i ponownie spojrzała na ciut za bardzo energetyczną jak na swój wiek, staruszkę. I zdecydowanie zbyt irytującą.
— Byłam pierwsza — wzruszyła ramionami, trzymając ręce w kieszeniach. — Skąd miałam wiedzieć, że pani wysiada?
— Rozwydrzona młodzież! — kobieta splunęła na chodnik i wbiła w dziewczynę pełen nienawiści wzrok. — Za moich czasów, to starszy człowiek był świętością! Młodzi byli wycho…
Kalina jednak nie zamierzała jej słuchać. Postanowiła wykorzystać wolność, odzyskaną po wyjściu z ciasnego pojazdu i odwróciwszy się na pięcie, poszła przed siebie. Porzuciła pomysł o kontynuowaniu jazdy. Zresztą, zdążyła zapomnieć, po co w ogóle miała tam jechać.
— Zero szacunku. Bezczelność! Jak tak można! — trajkotała kobieta, która zdecydowała się podążać za Kaliną. Dziewczyna, bez bezpośredniej reakcji, postanowiła zacząć skręcać w przypadkowe uliczki w nadziei, że w końcu się odczepi. Niestety, starsza pani cały czas przyspieszała tempo, nieprzerwanie prawiąc swoje morały.
— Pani mnie śledzi? — zatrzymała się Kalina, zniecierpliwiona. Próbowała sprawiać wrażenie pewnej siebie, ale przez myśl przeszło jej, że kobieta może nie być zwykłą staruszką, a potworem, którego mogła porządnie wkurzyć. Nie był to najprawdopodobniejszy scenariusz, ale przecież nie niemożliwy. Zacisnęła dłoń na przedmiocie w kieszeni, przeklinając w myślach swoje decyzje, między innymi te o niezabieraniu z domu telefonu, ani niczego do obrony.
— Wy zawsze myślicie, że jesteście pępkiem świata — westchnęła kobieta pretensjonalnie. — Po co miałabym śledzić jakąś gówniarę.
Kalina nerwowo przełknęła ślinę, pospiesznie analizując plusy i minusy przyłożenia jej w twarz. Plusów wyszło więcej, ale mimo wszystko nie zdecydowała się na ten ruch. Zamiast tego wyjęła trzymaną w kieszeni zawieszkę z pingwinkiem, zdobytą jeszcze w autobusie i zmachała kobiecie przed twarzą.
— Nie zgubiła pani czegoś? — zaśmiała się. Z wielkim żalem (spodobała jej się) rzuciła zawieszkę na rosnącą metr od nich trawę i zaczęła biec przed siebie. Miała nadzieję, że to zajmie uwagę staruszki.
— Bezczelność!!! — wydarła się za nią kobieta. — Złodziejka!!! Łapcie ją!!! — krzyczała, co prawda nie biegnąc, ale dreptając szybciej. Musiało to zabawnie wyglądać, ale Kalina była zbyt skupiona na ucieczce i niestety nie była w stanie ocenić techniki marszobiegu seniorki.
Po przebiegnięciu dwustu, może trzystu metrów stwierdziła, że kobieta i tak nie ma szans jej dogonić. Na wszelki wypadek, zanim się zatrzymała, postanowiła skręcić w najbliższą uliczkę i…
— Kurwa! — krzyknęła osoba, w którą wbiegła.
Kalina na razie nie widziała ofiary, sama się za nią uważała. Wylądowała na chodniku, zaraz obok telefonu ze… śladami zębów na ekranie? Komuś musiało braknąć trzeciej ręki…
Odwróciła się na plecy i rozłożyła płasko na bruku, jednocześnie wlepiając wzrok w staranowanego człowieka. Miała wrażenie, że skądś zna te włosy, ale rażące w oczy słońce zdecydowanie utrudniało ich rozpoznanie.
— Co ty odpierdalasz?! — krzyczała dalej ofiara biegu Kaliny. — Jesteś nienor… CO SIĘ TAK GAPISZ?!
— Wybacz, siła wyższa — zaśmiała się, wstając.
Dopiero zmiana pozycji względem słońca pozwoliła jej spojrzeć na spotkaną osobę z bardziej przyjaznego oczom kąta. Teraz już bez problemu poznała fioletowo-różowe włosy, których nie widziała, odkąd półtora roku temu opuściła Obóz Jupiter.
— O, cześć Vex.
Vex stało przy ścianie, którą zdobiła jakaś mutacja słonia, klasyczny, wielki, stojący chuj, zamazane coś i trzy litery, jakby niedokończone słowo. W ręku Vex znajdował się czarny marker, o którego ukrycie niespecjalnie się martwiło. Kalinie przypomniało się aż, jak kilka lat temu musiała szorować ściany w całym obozie za ozdobienie jednej z nich zdaniem „jestem gejem, kocham cycki”. Piękne czasy. Teraz mogła zrobić to samo, ale bardziej bezkarnie… nie pomyślała o tym. Vex zdawało się korzystać z tej możliwości.
Nie była pewna, czy Vex ją pozna. Kiedy ostatni raz była w obozie, jej włosy były czerwone... albo zielone? No, na pewno nie niebieskie. Ale poza tym bardzo się nie zmieniła. Nie chciało jej się tłumaczyć kim jest i dlaczego zna jeno imię. Wystarczyło jej, że musi wyjaśnić powód swojej ucieczki. Chociaż i on postanowił wyjaśnić się sam.
— Bezczelna… dziewucha…! — w rogu uliczki stanęła zdyszana staruszka, widocznie zadowolona z siebie, że udało jej się dogonić Kalinę. Jej uwadze nie umknęło również Vex oraz piękne malowidło naścienne. — Skandal!!! Kolejna patologia!!! Dzwonię po policję!!!


Vex?
────
[736 słów: Kalina otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]