środa, 2 kwietnia 2025

Od Anastazego CD Gabriela — ,,Irish coffee"

Anastazy jest człowiekiem społecznym.
Przynajmniej on to sobie wmawia.
Dla każdego raczej oczywiste jest to, że Anastazego już prędzej można określić jako człowieka cichego, niewychylającego się… no, takiego introwertyka. Albo po prostu nazwać rzecz po imieniu i powiedzieć prosto z mostu, że jest antyspołeczny, kontakty z ludźmi ogranicza do minimum i jeszcze chwila, a zacznie rozmawiać ze śrubkami i nadal im wszystkim imiona. O ile już tego nie robi. Pewnie robi. Może dlatego utrzymuje, że ma przyjaciół. Z innymi ludźmi rozmawia tylko wtedy, gdy może bez ograniczeń opowiadać o swoich wynalazkach albo z jakiegoś powodu jest nie w pełni władz umysłowych. Dlatego Gabriel wie, że gdy Anastazy wychodzi z pokoju, jest to spowodowane jedną z trzech rzeczy: musi iść do łazienki, jest głodny, albo zmuszony jest zarobić na życie (chociaż zawsze, gdy opuszcza swoją norę z trzeciego powodu, jest dziwnie przybity i zapewne ubolewa nad tym, że nie może dorobić dziesięciu nowych funkcji zmywarce klienta, tylko musi ściśle trzymać się jego wymagań, no popłakać się można). Syn Bachusa bynajmniej nie przypuszcza, że Anastazy wczłapuje do salonu ot tak, po prostu, bo to najzwyczajniej w świecie jest nierealne i możliwe, że mózg jego współlokatora został zainfekowany przez kosmitów. Brzmi to bardziej realistycznie niż Anastazy idący na spacer (co do tego, to mógłby czasem dotknąć trawy, wyszłoby mu to na zdrowie). Poza tym, po jakże zręcznej odmowie i jawnym wyrażeniu niechęci do socjalizacji, Gabriel nie śmiałby przypuszczać, że Anastazy nagle zmieni zdanie i… usiądzie na drugim końcu kanapy, ledwo co muśnie palcami pilot od telewizora i jednym ruchem natychmiast włączy Netflixa. O, to jest coś, czego można zazdrościć dzieciakom Hefajstosa: wszystkie urządzenia słuchają się ich jak wytresowane pieski swoich panów. Albo nawet bardziej, bo chyba żaden wytresowany piesek nie wykonuje poleceń w tak zastraszająco szybkim tempie.
Zanim Gabrielowi udaje się otworzyć usta, żeby wyrazić swoje niezmierzone zdziwienie rozwojem wypadków, Anastazy wcina mu się w pół wdechu, który w niedalekiej przyszłości miał się stać słowami.
— Chociaż… wiesz, w sumie to zrobię popcorn.
— My mamy popcorn? — Jego wcześniej zaplanowana wypowiedź momentalnie ucieka mu z głowy, zaaferowanej tym, że od pięciu miesięcy nie kupił nawet połowy saszetki popcornu do mikrofalówki.
— Ta. — Krótko, bez zbędnych wyjaśnień.
Po chwili z kuchni dochodzi donośny dźwięk szczękania metalu o metal. Anastazy czuje się jak Roszpunka, gdy odwraca się z uniesioną patelnią w dłoniach i napotyka skonfundowany wzrok Gabriela (swoją drogą, musiał się nieźle wyciągnąć, żeby z kanapy dojrzeć to, co dzieje się za kuchennym blatem).
Anastazy postanawia go zignorować. Znaczy, nie do końca chce go ignorować, ale jego mózg nie podsuwa mu odpowiednich opcji dialogowych, które mogłyby pasować do tej specyficznej sytuacji. Jeśli ma wybierać pomiędzy ciekawostką na temat budowy patelni oraz przewodnictwa ciepła, a nie mówieniem niczego, woli się uprzejmie zamknąć. Dodając do tego niepewność związaną ze stanem jego głosu, gdy spróbuje wypowiedzieć nieprzemyślane około dwudziestu razy, przememłane w głowie słowa, które nie do końca już przypominają słowa, po prostu stają się zbiorem dźwięków, które z siebie wyrzuca i wyrzuca je na jednym wydechu, szybko, żeby mieć je za sobą i żeby, nie dajcie bogowie, jego głos nie postanowił się załamać i narobić mu wstydu. Jeszcze większego wstydu, dodać mu jeszcze trochę do ogólnego poczucia upokorzenia, pocących się dłoni i bijącego serca. Nie może przyznać, że zwykłe oglądanie razem filmu i rozmowa go tak stresują, bo to też nie jest prawda. Bardziej… jego… niepokój wynika z konieczności obcowania z Gabrielem bez bariery w postaci urządzeń wymagających naprawy, za którymi może się skryć i beztrosko zbywać mężczyznę pomrukami, nie wkładając w rozmowę zbyt wiele, nie angażując się w nią i… zwyczajnie nie rozmawiając, ale to wszystko jest dozwolone, przynajmniej w jego przypadku, bo właśnie pracuje i nie jest w stanie w pełni skoncentrować się na drugiej osobie. Co jest bardzo logiczne i uzasadnione. Ogólnie podczas rozmów bardzo przydają mu się wszelkiego rodzaju urządzenia. Z bardzo prostego powodu: to chyba jedyna rzecz, na której rzeczywiście się zna i może się na jej temat wypowiedzieć, będąc pewnym swoich słów. Gdy nie może oprzeć się w rozmowie na swoim hobby, nigdy nie jest do końca przekonany, czy to, co chce powiedzieć, jest właściwe, bo jeśli okazuje się niewłaściwe, to powoduje kłótnię, a gdy już kłótnia zostanie spowodowana, to skończy się obrażeniem się Anastazego i jego oczekiwaniem na przeprosiny. W każdym innym przypadku to jest totalnie okej (dlatego zazwyczaj Anastazy jednak nie uważa na słowa i mówi, co mu ślina na język przyniesie), bo co mu tam, poobraża się trochę i w końcu go przeproszą, ale gdy sprawa dotyczy człowieka, z którym się mieszka… milczenie jest równie nieużyteczne, jak ograniczające. Z niektórymi osobami po prostu trzeba rozmawiać i to okazuje się największym problemem.
Podczas wsłuchiwania się w mikrowybuchy ziarenek kukurydzy, Anastazy postanawia, że dzisiejszym celem jest brak kłótni oraz brak brania najdrobniejszych uwag jako niewyobrażalną zniewagę. Proste. (Nie, wcale nie proste).
Stawia ogromną miskę popcornu na stoliku przed kanapą.
— Trochę za słony — stwierdza Gabriel, gdy tylko bierze pierwsze ziarenko do ust.
Anastazy już nabiera powietrza w płuca, żeby…
Przypomina sobie, że ma nie brać takich rzeczy do siebie.
Próbuje nie brać tego do siebie. Naprawdę próbuje!
Chyba jednak trochę mu to siadło na ego. To nie jego wina, że jest trochę inny i jego mózg postanowił wziąć to sobie do serca, o ile mózg może mieć serce.
Postanawia, że następnym razem zrobi lepszy popcorn. Zapamiętać, mniej soli. I tak zapomni. Na pewno zapomni. Nawet już nie pamięta, ile nasypał tej soli przed chwilą. Porażka.
— Co oglądamy? — pyta na tyle zgrabnie zmieniając temat, że… To nawet nie jest zmiana tematu, do cholery, dlaczego on roztrząsa wszystkie wypowiadane przez siebie słowa, próbując nadać im jakieś specjalne znaczenie, jakiś powód, przez który wyrzuca je z siebie akurat w tym momencie? Normalne pytanie, oczekujące normalnej odpowiedzi, poprzednia wypowiedziana przez Gabriela uwaga nie wymagała żadnej odpowiedzi ani kontynuacji, nie było to nic ważnego, na czym trzeba się tak bardzo skupiać i wręcz ,,zmieniać temat”, poza tym…
Czemu on się tym aż tak przejmuje?
Zaraz zacznie być zły na siebie. Obrazi się na samego siebie. To już chyba podchodzi pod któreś z zaburzeń osobowości.
Gabriel (nieświadomy wewnętrznych dylematów Anastazego), chwyta pilot i intensywnie wpatruje się w ekran.
— Hm, zobaczmy… Jakiś preferowany gatunek?
Anastazy mruga dwa razy, zanim dociera do niego, że zadano mu pytanie.
— Eee, — To niesłychanie trudne pytania dla człowieka, który przed chwilą odleciał myślami bardzo daleko. — Horrory?
— Horrory? — powtarza Gabriel i patrzy na Anastazego jak na wariata.
— A co?
— Nie, nic… — Wzrusza ramionami. — Po prostu nie wyglądasz.
— Lubię zastanawiać się, w jaki sposób osiągnęli wszystkie efekty specjalne i czy potrzebne były do tego jakieś specyficzne mechanizmy, czy po prostu posługiwali się starymi, dobrze znanymi i wyświechtanymi sztuczkami.
Gabriel automatycznie kiwa głową, scrollując przez wszystkie części ..Obecności” i ,,Annabelle”.
Anastazy przecież nie powie mu, że jego ulubionym filmem tak naprawdę jest ,,Załoga G”. 

  Gabrielku? 
──── 
 [1125 słów Anastazy otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Vex — ,,Prawdziwe poświęcenie"

Problemem pozostają próby porozumienia pomiędzy przyjaciółmi. Pewne przeciwności powodują psikusy podczas przekazywania pomysłów, prostych poleceń. Ponadto “przyjaciele” pozostają pewną… powiem: przenośnią, ponieważ powstaje problem podczas prób podpisania podanych “przyjaciół” prawdopodobnie pewniejszym pojęciem, prościej przekazującym powstałe pomiędzy “przyjaciółmi” porozumienie. Po przemyśleniu, pewniej powiem, poprzednio podane “porozumienie” przypomina przeciwieństwo powszechnie postrzeganego pośród Polaków porozumienia — “porozumienie” pomiędzy “przyjaciółmi”, prościej powiadając, przedstawia piekielny problem, pełen porywów przygnębienia. Podane porywy… Powiem prawdę, podczas prób przytoczonego “porozumienia”, przekleństwa przeważają ponad pieszczotliwymi przymiotnikami.
Przechodząc ponad powyższymi próbami przetłumaczenia ponurej postaci problemu, poniosę
próbę pełnego przytoczenia prawdziwego powodu pisanego powyżej prologu.
Ponieważ pełne półboże (pozbawione pewności postępowania podczas prób porozumiewania) poszukiwało problemów pośród posiadanych przyjaciół, prędko przystanęło przed pieczołowicie przemyślanym pomysłem przeformowania piastowanych przyjaźni. Powodem powyższych przemyśleń pozostawało pewne przekonanie. Przekonanie podejmujące przypadek poczucia porzucenia przez przyjaciół (prawdopodobnie “przyjaciół” potem przekornie przezywanych “potworami”, “prawdziwymi przeciwnikami”...), planowanych przekornych przykrości, plotek, przekomarzania… Przemilczenie problemu pozostało prędko porzucone — potrzebuje prawdy, pozyskanej prawdopodobnie prześwietnym podejściem. Przerażająco przebiegłym.
Podczas przechadzki, przytrzymało przyjaciółkę (palcami przedramię), powstrzymując próby pominięcia problemu.
— Pogrywasz? — pyta, przeszkadzając pojęciu pytania. Pozostawione “pogrywasz” przelatuje przez powietrze, pstrykają poirytowane przepływy prądu pomiędzy postaciami, posyłane przenikliwym patrzeniem.
— Próbuję pojąć… powtórzysz?
— Pytałom: pogrywasz? Próbujesz porzucić pielęgnowaną przyjaźń?
— Przenigdy! — prędko powiada, próbując poprawić parszywą pozycję, ponieważ pojmuje pewną przegraną. Przejrzana, przygryza poliki, poszukuje podpowiedzi, próbuje przekręcić problem, przerzucając postawione pretensje przeciwko przyjaciołu. — Po prostu próbujesz podeptać przyjaźń, pokazać pogardę! — przygania przyjacioło.
— Pierdolisz! — pokrzykuje. — Pretensjonalnie poszukujesz pomówień, próbując poprawić pozycję! — peroruje. Policzki postaci przybierają pomidorową pigmentację. Pomieszanie przyjaciółki przedstawiwszy pełnię, popycha powstrzymywany płacz. Ponure potoczki płyną po policzkach postaci. — Ponownie próbujesz pobudzić przygnębienie! Powiem pewnie: pojmuję pełnię postawy przyjaciółki.
Pogardliwie przekazawszy pretensje powodujące problemy porozumienia, przyjacioło postanawia pozostawić przyjaciółkę pewnemu, powszechnemu potępieniu. Porzuca przeszłość, podąża personalnym przejściem, poszukując pożądanej przyszłości, pełnej pasji. Pogodnie posyła przyszłości pełne pobłażliwości przesłanki. Pokłada presję, poszukuje przeznaczenia, pozbawione przeszłych problemów. Podziwia przewspaniałe, przecudowne predyspozycje, podziękowawszy posiadanym przeczuciom. 

 ***

 
Vex budzi się z bólem głowy. Przeszywającym jejgo czaszkę, utrudniającym najmniejsze ruchy, wybuchającym przy najmniejszym drgnięciu. Przeszkadza jejmu dotyk poszewki poduszki, kołdry, prześcieradła, ale najpierw ból musi trochę osłabnąć, żeby mogło uciec z łóżka, uciec od niechcianego dotyku nieprzyjemnego materiału.
Po chwili jest lepiej. Trochę. Tylko trochę. Zdezorientowanie pozostaje, dziwna mgła osiada na jejgo umyśle, który nie do końca pojmuje, że udało mu się obudzić.
— Kurwa, to było gorsze niż rymowana klątwa — mruczy do siebie, pocierając spocone czoło. Jejgo mózg najwyraźniej postanowił nawiedzić jągo najdziwniej skonstruowanym snem, jaki kiedykolwiek przetrwało. Nazwałoby to raczej koszmarem, bardzo chaotycznym koszmarem, od którego zbiera się człowiekowi na wymioty.
Chciałoby cokolwiek zrozumieć z tego snu, ale już po kilku sekundach o wszystkim zapomina. Na całe szczęście, bo zastanawiając się nad tym, prędzej dorobiłoby się choroby psychicznej, niż doszłoby do jakiejkolwiek konkluzji. 

 ──── 
 [442 psłowa: Pvex potrzymuje p4 Punkty Pdoświadczenia a ja nawet nie wiem jak to moge skomentować]

Od Sony CD Violet — „Gitara siema"

Poprzednie opowiadanie

LATO

— Dobra. — Sony spogląda na tarczę stojącego na szafce zegarka, jego noga szybko podskakuje (z nerwów czy ze zgromadzonej w nim energii?), trzęsąc trzymaną przez niego na kolanach gitarą. To cud, że jeszcze nie potrąciłu przez to jednej z pustych buteleczek, w których dawno temu znajdował się magiczny energetyk. — To teraz grasz sama.
Violet patrzy na nią oczami smutnego szczeniaczka, który wie, że znalazł się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie, co zresztą nie jest tak dalekie od prawdy (świadczy o tym, na przykład, kolorowy plasterek z Eevee na jednym z palców dziewczyny, bo jakąś godzinę temu jakimś cudem złamała sobie paznokieć na gitarze). Na chwilę zapada między nimi cisza, bardzo wymowna cisza, z której nawet Sony (zazwyczaj nieświadomi uczuć osób dookoła nich) są w stanie wyczytać myśli Violet: “Nie dam rady, to wszystko jest do bani, w ogóle nie potrafię grać i nic z tego nie wyjdzie, po prostu zmarnowaliśmy tyle czasu…”.
— Nie możesz ciągle polegać na mnie — jęczy Sony błagalnym tonem. — A ciągle czuję, że gdy gramy razem, to cię zagłuszam — tym razem stwierdza to bardziej oskarżycielsko, jakby przypuszczało, że Violet specjalnie gra cicho. — W ostateczności mogę ci przygrywać na pianinie. Albo wybijać rytm na bębenku, byłabym wtedy takim twoim ludzkim metronomem i nie pogubiłabyś się w rytmie, a może i nauczyłabyś się wybijać go sama, przyzwyczaiłabyś się do niego…
— Może lepiej na pianinie…? — Violet delikatnie sugeruje Sony, że jednak pierwszy pomysł podoba jej się znacznie bardziej. W końcu nadal będzie dopomagać jej linią melodyczną, prawda? Po prostu na innym instrumencie… To chyba nie będzie aż takie trudne, jak poleganie na samym rytmie.
— No, niech już będzie.
Można się spodziewać, że Sony po tylu morderczych ćwiczeniach (lub raczej morderczemu stawianiu czoła wyzwaniu bycia czyimś nauczycielem, co okazywało się znacznie trudniejsze, niż może się wydawać) będzie co najmniej zmęczone, wyzute z całej swojej energii i oklapłe. Jednak ci, którzy znają Sony trochę lepiej, wiedzą, że ich energia nie wyczerpuje się nigdy, nawet jeśli dotyczy tak prostych czynności, jak rozłożenie na środku pokoju pianina elektrycznego. Mimo że jeno ruchy wyglądają na wyćwiczone i automatyczne, w jeno oczach wciąż miga ekscytacja i fascynacja trzymanym w rękach instrumentem. Jeśli ktoś potrafi sobie wyobrazić osobę, która składa pianino elektryczne (prawdopodobnie cięższe od niej samej) energicznie, radośnie i bez wysiłku, to tak właśnie wygląda Sony. Pocieszne dziecko.
— A może jednak bym ci coś dograło na kalimbie? Dodałaby taki ciekawy smak tej piosence — rzuca w powietrze, choć raczej jest to pytanie retoryczne, bo właśnie jest na etapie dostosowywania wysokości pianina do siebie. (Violet nie do końca wie, czym w ogóle jest kalimba, więc po prostu uprzejmie się uśmiecha). — Nie przeszkadzaj sobie — mówi do Hekaciątka, sugerując tym samym, żeby po cichu ćwiczyła wszystko, czego zdążyła się nauczyć. Violet niepewnie szarpie struny, kątem oka zerkając na Sony, które właśnie próbuje znaleźć wolne gniazdko elektryczne, żeby podpiąć do niego instrument. Chwilę później z dumą zasiada nad klawiszami (chciałoby mieć teraz na sobie frak albo przynajmniej jakiś płaszcz, bo siadanie jest o wiele bardziej efektowne, gdy asystuje mu dramatyczne odrzucenie w tył długich pół okrycia) i zachęcająco kiwa głową do koleżanki. — Próba generalna. Trzy, czte-ry!
Równocześnie z mocnym uderzeniem w klawisze, Violet zaczyna grać, wciąż nieco sztywno i zbyt wolno, ale przynajmniej płynnie, pierwsze takty Nothing else matters wypełniają domek i prawdopodobnie również przestrzeń wokół niego. Szybko zauważa, że granie razem z pianinem nie jest ani trochę takie, jak sobie wyobrażała. Po pierwsze: Sony postanowiłu utrudnić sprawę i zamiast akompaniować jej melodią, wybrału akordy. Po drugie: z jakiegoś powodu te akordy są coraz cichsze, aż wreszcie Violet orientuje się, że od kilkudziesięciu sekund gra całkowicie sama. Piosenka urywa się w pół taktu, Violet ze zmarszczonymi brwiami unosi głowę, żeby sprawdzić, co z Sony i czemu przestał grać. Ku swojemu zdumieniu, widzi go wpatrującego się w nią z podbródkiem opartym na dłoni.
— Umiesz to zagrać sama — stwierdza tonem bardzo dumnego rodzica.
— Tak myślisz? Bo może jednak… Znaczy, sobota już jutro, ale może jakoś uda mi się to przesunąć i…
— No, nie przesadzaj! — Sony się oburza. Violet jeszcze nie widziała jejgo w stanie gorszym niż poirytowanie, ale teraz z twarzy Apolliniątka znika choćby cień uśmiechu, gdy patrzy na dziewczynę ostrym wzrokiem. — Grasz płynnie, nie mylisz nut, strun, poprawnie ruszasz kostką — wymienia, ostentacyjnie wyliczając wszystko na powoli odginanych palcach — cały czas grasz w równym tempie, chociaż jest ono wolniejsze od oryginału, ale to już mniejsza, kompletnie nieistotny szczegół. Umiesz to! Może to tylko wstęp, może trochę wolniejszy, może trochę uproszczony, ale grasz to prawie że perfekcyjnie, a ja mam do tego ucho, możesz mi wierzyć. I obiecuję ci, że ktokolwiek, dla kogo się tego uczysz, będzie przeszczęśliwy, że czegoś się dla niego nauczyłaś. — Podnosi się z miejsca i podchodzi do drzwi, otwierając je na oścież. Za nimi widać skrawek ciemnego nieba i jarzące się światłem okna naprzeciwległego domku. — Więc teraz bierz tę gitarę, wyśpij się i odegraj niezapomniane show!
— Dzięku-
— Podziękujesz mi, jak wszystko się uda! — woła Sony i wręcz wypycha Violet ze swojego domku. — To co, gitara siema! — salutuje jej na pożegnanie.
Dobrze że jednym z talentów Sony jest aktorstwo. Gdyby nie to, nigdy w życiu nie daliby rady tak po prostu wyrzucić kogoś ze swojego domu, bo tak po prostu nie wypada. Kierowali się jednym: jeśli Violet nie dostałaby od nich przysłowiowego kopa w dupę, to chyba nigdy by się nie ruszyła. 

 ***
 
— Jak poszło, jak poszło? — Gdyby ciekawość była demonem, to Sony teraz byłoby przez nią opętane. Jak tylko zabaczyło, że Violet wróciła do obozu, w podskokach przybiegło do niej z nieopisaną radością wypisaną na twarzy, chwyciło jej dłoń w swoje i wbiło w nią ogromne brązowe ślepia ze źrenicami tak rozszerzonymi, jakby ujrzało miłość swojego życia. Ledwo powstrzymuje się od skakania w miejscu i zbyt mocnego ściskania palców Violet, co prawdopodobnie trwale by je uszkodziło. — Masz mi wszystko opowiedzieć. Teraz i zaraz, natychmiast, bo ja już od wczoraj umieram ze stresu i chyba przejmuję się tym nawet bardziej niż ty, albo chociaż w podobnym stopniu, ale w ogóle nie mogłem spać, bo tylko myślałem o tym, co się wydarzy i jak się wydarzy i czy wszystko będzie okej i… Okej, już się zamknę.

Violet? 
 ──── 
 [1014 słów: Sony otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 1 kwietnia 2025

Zamknięcie bloga i podsumowanie walentynek


Smutna historia: był sobie kiedyś admin Aleks, który założył bloga Smells Like Teen Half-Blood. Niestety po kilku latach przewodzenia gangiem bałwanów admin Aleks uznał, że ma tego dość; w ten sposób przygotował ostatni event, walentynkowy, nie mówiąc nikomu o tym, że jest to ostatnie pożegnanie bałwanów z blogiem.
Zamknięcie bloga trzeba było w końcu poprowadzić w pozytywnej, romantycznej wręcz atmosferze, prawda? Dlatego event walentynkowy okazał się wysypem bzdurnych opowiadaniach o tym, jak półbogowie uczęszczali na terapię dla par, okazywali się kryptogejami albo kleili bukiety z patyków i słomek. Ów event tylko utwierdził Aleksa w przekonaniu, że kieruje skończonymi jełopami, które swoją głupotę przeinaczają w twórczość.
W ten właśnie sposób admin Aleks westchnął i zaczął pisać podsumowanie eventu, porzucając myśl o zamknięciu bloga, bo jest cholerny prima aprilis, a on jest zbyt głęboko w tym bagnie, żeby teraz z niego wyjść. (Schowajcie konfetti).

FABUŁA

x

2. ZLECENIE „JESTEM PRZECIEŻ NAJPIĘKNIEJSZY, A NA PEWNO NAJSKROMNIEJSZY” — ELIANNE BRIMNES I KAL THOMPSON

Zawartość listu:
ZNALEZIONO PÓŁBOGA
Uprasza się o odebranie młodego półboga płci męskiej, lat ok. 15, pochodzenia greckiego boga Apolla, z wyspy na Wielkim Jeziorze Słonym w Utah. Na pytanie o imię odpowiada: „bogowie, jestem taki piękny”.
W związku z niefortunną pomyłką lokalną klątwą została objęta niewłaściwa osoba. Proszę o jak najszybszy odbiór zguby. Ciasteczko z wróżbą gratis.
Nemezis
[Pokruszone ciasteczko z wróżbą dołączone do listu przedstawia karteczkę z napisem: „nie patrz dzisiaj w wodę”].

Pamiętacie jak Jajo, autor Kala, parę miesięcy temu wygrał Smellstober drabblem na temat Narcyza? Tym razem Kal, razem z Elianne, zostali zmuszeni do współpracy ze wspomnianym Narcyzem. A raczej nie do końca Narcyzem, bo kiedy Kal i Elianne zjawili się na wspomnianej wysepce (tutaj trzeba im dopisać za poświęcenie, ponieważ musieli się tam jakoś przetransportować i wybrali najbardziej skomplikowaną drogę, jaką miałem okazję zobaczyć na tym blogu), okazało się, że klątwą Nemezis padł przypadkowy dzieciak, który nie umiał nawet narysować sobie prostej kreski nad okiem (opinia może być nieco subiektywna z punktu widzenia Kala). Do tego to ostrzeżenie z listu, żeby nie patrzeć w wodę… co więc zrobiła nasza para?
No cóż, spojrzeli w wodę. A przynajmniej Kal spojrzał, dostrzegłszy leżące na dnie lusterko, nagle zaklęty w ten sam sposób, co przypadkowy dzieciak, a Elianne musiała go uratować z opresji. Co za ulga, że rozwiązanie było proste i choć nie polegało na pocałunku prawdziwej miłości, to na… dotyku prawdziwego przyjaciela? Oczywiście platonicznie. Tacy właśnie są Kal i Elianne. Nikt nie ma co do tego wątpliwości, nawet jeśli Kal pozwolił jej się ubrudzić błotem i nawet jej za to nie zabił. Misja zakończyła się sukcesem.

x

4. ZLECENIE „AWESOME LESBIAN COUPLE, EVIL AND INTIMIDATING HORSE” —WANDA FLIS I PHILIP MORRIS

Treść listu:
„Widzieliście, że centaury też mogą być homofobiczne? No, to teraz wiecie. Większość z nich jest naprawdę chillowa, ale Pávlos to ten gorszy przypadek dzikiej natury. Pávlos ma córkę, a córka Pávlosa ma dziewczynę, też centaurydę.
Normalnie zaproponowałbym wysłanie mu kilku koni i powinno być po sprawie (a przynajmniej tak twierdzi Zeus), ale nie wiem, czy nie uzna tego za obraźliwe. Dlatego poszukuję kogoś z dużą cierpliwością, kto jest gotowy wytłumaczyć panu końskiemu móżdżkowi, że każda miłość jest piękna. Do listu załączam dwa kaski i zestaw ochraniaczy, tak na wszelki wypadek.
~ Ganimedes”.

Dla tych dwóch dziewczyn walentynki z bogami miłości to żadna nowość! Co prawda rok temu Wanda i Philip przypadkowo wzięły ślub, a teraz musiały… pomóc wziąć ślub komuś innemu? Mocą tęczy, przyjaźni i kolorowych kucyków (niestety dosłownie) naprawić więzy rodzinne? Polecić dobrego terapeutę w celu leczenia zinternalizowanej homofobii? Cóż, ich misja nie była taka prosta, chociaż w założeniu miały przecież tylko wytłumaczyć rozwścieczonemu centaurowi, że love is love i powinien zaakceptować swoją córkę taką, jaką jest. Unikanie stratowania przez bandę centaurów i próba przeżycia morderczego paintballu, mając do dyspozycji tylko głupie, dziecięce pistoleciki, w porównaniu do karabinów swoich przeciwników, nie były w ich planach. Tak samo, jak w planach nie był zwrot akcji, że homofobiczny Pávlos tak naprawdę darzy swojego przyjaciela najbardziej męskimi uczuciami, jakimi można darzyć drugiego miłośnika Ojczyzny, kopyt i paintballu.
Ciężko powiedzieć, czy Wandzie i Philip udało się pogodzić skłóconą rodzinę. Na pewno… ujawniły pewne rzeczy, które dały im jeszcze więcej problemów do przepracowania. Można więc uznać, że misja ma neutralne zakończenie.

x

6. ZLECENIE „I NIE OPUSZCZĘ AŻ DO GRY W GOLFA” — ATLAS WALKER I ARISU HAYASHI

Zawartość listu:
„Moi Drodzy półbogowie,
Z okazji dnia zakochanych, chciałabym poprosić was o pewną przysługę.
Na polu golfowym schowały się dusze zakochanych, które za nic w świecie nie chcą wrócić do podziemi; są jednak skłonni powrócić pod jednym warunkiem — dziecko boga musi wygrać z nimi w golfa.
Nie musicie się bać. Zjawy nie szkodzą żywym.
Zapraszam waszą dwójkę pod adres: Szczypiorkowa 6/9. Pamiętajcie, by przed wejściem wziąć jeden kij golfowy.
Zimne uściski, Psyche”.

Przechodząc dalej, drogie perełeczki, mam nadzieję, że dokładnie przeczytaliście opowiadania z punktu widzenia Atlasa i Arisu. I, wy słodkie czekoladki, że podobała wam się romantyczna gra w golfa dwóch niemot z dwoma zakochanymi wygami. I że przeżywaliście cudowny czas w trakcie czytania o całujących się duchach i najbardziej kreatywnego zrzutu czułych słówek, na jakie tylko można wpaść, kochane iskiereczki. I że nie mieliście ani razu ochoty wyrwać im kija golfowego i wsadzić w gardło za kolejne użycie słowa „stokrotko” albo „diabełku” w kontekście swojego partnera.
W przeciwieństwie do naszej tytułowej pary oczywiście, której nerwy wisiały na włosku. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że Arisu i Atlas w swoim towarzystwie są kreatywni bardziej w stronę nazywania siebie „bałwanami” i „pieprzonymi farbusami”, niż „chmurkami” i „głuptaskami”. Ale poza tym poradzili sobie całkiem nieźle — jak na to, że duchy ukrywały przed nimi, że wygrać może tylko para prawdziwie zakochanych. Może i Arisu i Atlas są zakochani; zakochani w wizji przypierniczenia temu drugiemu miotłą. Ewentualnie w wizji odesłania duchów do Podziemi i zapomnienia o tym incydencie. Najważniejsze, że ich misja zakończyła się sukcesem.

x

7. ZLECENIE „KLUBOWA VIXA” — CLAUDE MCCALLISTER I KURT MUNROE

Zawartość listu:
“Nowy klub poCAŁUNek zaprasza półbogów i inne, mityczne stworzenia, na otwarcie!
Już w tym tygodniu zaplanowane zostało karaoke z Centaurami oraz rozmaite gry planszowe. Dodatkowo oferujemy -15% zniżki od każdej pary na wszystkie zimne napoje.

Choć, kto wie, czy to nie tutaj spotkasz prawdziwą miłość…
a może poznasz gorzki smak miłosnego zawodu.

Anteros!”.

Wiecie, jak zniszczyć fasadę emo swojego wrednego krasza? Wystarczy zabrać go do baru karaoke i kazać mu śpiewać Beyoncé. Znaczy, emo krasz nie zrobi tego dobrowolnie, bo uprzednio musi wypić parę procentów, porozmawiać z bogiem nieodwzajemnionej miłości i zakwestionować swoją moralność, ale mogło być gorzej, prawda? Jak na życie półboga, zmuszenie Claude’a i Kurta do zabawienia publiczności składającej się z pijanych centaurów, złośliwego bożka i zaśpiewania Beyoncé wcale nie wydaje się takie złe. I jeszcze ten dziwny, futrzasty mikrofon wręczony przez bóstwo, który zdaje się odgryźć ci nos, jeśli pomylisz tekst Halo (słusznie, każdy powinien go znać).
Nie wydaje się też złą opcją pocałowanie swojego krasza. Żeby zadowolić publiczność, oczywiście. Bo na pewno nie z żadnego innego powodu. A w ogóle to kto puścił Crazy in Love?
Chociaż w teorii ich misja zakończyła się sukcesem, to pamiętajcie, żeby w trakcie podobnych przygód nie kłamać, bo inaczej urośnie wam długi nos jak u Pinokio. Ewentuanie krasz zniszczy waszą bransoletkę przyjaźni. Obie rzeczy są równie straszne.

x

8. ZLECENIE „BUKIET NA MEDAL” — ADAM MAN I YASMIN MABROUK

Zawartość listu:
KONKURS NA NAJŁADNIEJSZY BUKIET
Już w ten weekend na alejach Koperkowych odbędzie się konkurs na najpiękniejszy bukiet. W jury zasiądą specjalni goście, najlepsi z najlepszych, którzy ocenią wasze prace!
Ale, ale! Wygrać może tylko bukiet stworzony z miłością, a wszelkie kłótnie i nieprzyjacielskie postawy nie będą mile widziane.
Pozdrawiamy, organizatorzy konkursu”.

Powiedzcie mi: ile rzeczy może się wydarzyć w trakcie konkursu na najładniejszy bukiet?! Wychodzi na to, że dużo, ale tylko Adam i Yasmin mogą sensownie odpowiedzieć na to pytanie. Kto by pomyślał, że ktoś odważy się ściągać pomysł na cholerny bukiet? Kreatywność może i jest ważna, ale próba popisania się przed dwiema boginiami zasiadającymi w jury jest jeszcze ważniejsza. A kiedy już odpędzicie się od gapiów, to będziecie musieli uporać się z dziwnie zainteresowaną wami adoratorką.
I z dwiema boginiami, które muszą rozstrzygnąć sprawę bukietowego plagiatu, a kluczem do tego wszystkiego okazuje się miłość. Na tym ostatnim jednak nasza dwójka powinna najwyraźniej popracować — ich bukiet zostaje oceniony na drugie miejsce, co pozwala im ukończyć misję w sposób neutralny.

x

10. ZLECENIE „PUŁAPKA NA PISKLAKA” — AYE TANUTCHAI DARAYON I CHAIT MURRAY

Zawartość listu:
DARMOWA WEJŚCIÓWKA DO POKOJU ZAGADEK KADECEUSZ
Zapraszam was, tak, właśnie waszą dwójkę, do wzięcia udziału w grze. Nie musicie posiadać żadnej wiedzy ani urządzeń. Wszystkiego dowiecie się na miejscu pod wskazanym, na odwrocie listu, adresem.
Bogowie patrzą, a sam Merkury ocenia. To wasza szansa, by zabłysnąć na Olimpie!
Adres: Karciana 4/20, piętro 5.”

Nic tak nie łączy dwóch ludzi, jak pociągi, niezdiagnozowana depresja i boski escape room. No i gra w butelkę. Bardzo niezręczna gra w butelkę, na którą zostali skazani Aye i Chait, bo wraz z przekroczeniem progu pokoju zagadek Merkurego, prawdopodobnie opuściły ich wszystkie komórki mózgowe.
Graliście kiedyś w „7 minut w niebie”? Mniej więcej tak wyglądała misja Aye i Chaita, tyle że zamiast w szafie, siedzieli w pomieszczeniu pełnym idiotycznych zagadek, a nad nimi wisiała wizja bycia ukatrupionym przez boga. A kiedy już bóg łaskawie postanowił ich wypuścić, zmusił ich do zawarcia narzeczeństwa... Można powiedzieć, że misja zakończyła się sukcesem, jeśli sukces interpretujemy jako bardzo niezręczne kilka godzin sam na sam, o którym nie będą chcieli pamiętać i obiecanie bogu, że już zawsze będą chodzić ze sobą na festiwale kolejowe.

x

11. ZLECENIE „TERAPIA MOCĄ PÓŁBOGA” — VEX MORTON I ALMA KISS

Zawartość listu:
„Potrzebujemy kogoś, kto przetestuje naszą najnowszą terapeutkę w Dialogu Serca. Musimy mieć pewność, że poradzi sobie nawet w najbardziej beznadziejnej sytuacji. Kto sprawdzi się w tym lepiej niż półbóg? Terapia umówiona jest na przyszłą środę, o 12, reszta danych na odwrocie.
Aha, jest tylko jedna sprawa. Test zakłada terapię dla par. I lepiej dla was, żeby terapeutka nie zorientowała się, że jednak nie jesteście parą. Nie martwcie się na zapas, przecież was nie rozszarpie, jeśli pozna prawdę. Mówię tylko tak na wszelki wypadek”.

Wyobrażacie sobie potrzebować terapii tak bardzo, że uniwersum postanawia wam podsunąć ją pod nos? Że szemrana terapeutka o długich pazurach sama z siebie oferuje swoją pomoc? A co najgorsze, wyobrażacie sobie być tak zdesperowani — to jest nie mieć wyboru — żeby tę pomoc przyjąć? To właśnie przydarzyło się Vex i Almie, którzy mieli jedyną w swoim rodzaju okazję wypróbowania półboskiej sesji terapeutycznej dla par.
Z harpią. I z Vex. Tak naprawdę nie wiadomo, które z nich było w tej sytuacji gorsze. Alma musiała nie oddychać za głośno, siedzieć wyprostowana i otrzymała jedyny w swoim rodzaju bon na narzekanie na Vex do woli. Skoro przyszli na terapię dla par, to musieli przede wszystkim być parą z problemami, prawda? A przynajmniej musieli być w ogóle parą. I to tylko w oczach harpii. Biorąc pod uwagę, że harpia nikogo nie zjadła, można założyć, że misja zakończyła się sukcesem. (Oraz jeszcze poważniejszym uszczerbkiem na zdrowiu psychicznym tej dwójki, niż przed wspomnianą terapią).

x

12. ZLECENIE „RUMOUR HAS IT” — JUDAS COHEN I HAVU KOSKINEN

Zawartość listu:
„Ty również uważasz walentynki za beznadziejny, kiczowaty zwyczaj? Świetnie się składa!
Poszukuję dwójki chętnych, którzy skłonni są pomóc mi zniszczyć ten dzień choć jednej obrzydliwie w sobie zakochanej parze. A może odznaczacie się talentem większym niż przypuszczam i Wasza praca pozwoli na zebranie jeszcze większych plonów?
Na odwrocie tego listu znajdziecie dane rezerwacji do luksusowej restauracji, gdzie, przy pobliskim stole, wraz z dwoma innymi zaprzyjaźnionymi parami zasiądą wasze główne cele. Szepczcie w odpowiednie uszy, przekazujcie odpowiednie wiadomości i z odpowiednią finezją przekręcajcie prawdę.
Pamiętajcie, plotka jest jak płomień — czasem wystarczy mała iskra, by po chwili wszystkich pochłonęło morze ognia. Ale nie dajcie płomieniom się sparzyć, ponieważ konsekwencje mogą być srogie. Jeśli jednak odniesiecie sukces, sprawię, że Wasze imiona znajdą się na wszystkich językach i trafią we wszystkie uszy!
Fama

Czy kiedykolwiek mieliście dość admina Aleksa? Czy chcieliście zniszczyć mu życie? Ośmieszyć go publicznie? Może i powstrzymało was sumienie, ale za to nie powstrzymało Judasa i Havu, których misją było… zniszczenie komuś randki. A tym kimś okazała się szóstka osób żywcem wyciągniętych z telenoweli, gdzie wszystko kręciło się wokół mężczyzny imieniem — nie zgadniecie — Aleks, uwikłanego w sieć tajemnic.
Judas i Havu mieli tylko jedno zadanie: zniszczyć komuś randkę. A że zlecenie zostało im nadane przez boginię plotek, to nic więc dziwnego, że i plotki stały się ich główną bronią. Czego się nie spodziewali, to tego, że w plotce wymyślonej na poczekaniu może być nuta prawdy, a oni zostaną wciągnięci w idiotyczny scenariusz, gdzie głównymi wątkami będą: zinternalizowana homofobia (znowu?), Homoseksualizm przez duże H, zła siostra bliźniaczka. No ale zniszczenie życia sześciu osobom było tylko dalszym etapem w zniszczeniu randki — mężczyźni swoje zadanie wykonali z sukcesem. Aż za dobrym, jak na złośliwość Famy.

NAGRODY

Fabularnie półbogowie może i otrzymali różne lizaki, kupony na terapię czy traumę na całe dalsze życie, ale skupiając się na sensownych nagrodach, za każde opowiadanie walentynkowe na konto postaci wypadało dodatkowe 20 Punktów Doświadczenia. Tylko nie przepierdolcie na głupoty — akurat, jak próbujemy usilnie złopatologizować mechaniki.
Wszystkie pary zmierzyły się także w głosowaniu na walentynkowych zakochańców, którzy poradzili sobie najlepiej i dostaną kolejne 20 PD jako nagrodę publiczności. „Poradzili sobie najlepiej” jest jednak w przypadku naszych wygranych pojęciem raczej względnym — pierwsze miejsce w głosowaniu na najlepszą walentynkową parę zajęli Judas Cohen i Havu Koskinen z „Rumour has it”. Nie ma to jak stare, dobre plotkowanie. Razem z niszczeniem komuś życia, i to jeszcze przypadkowo.
Gratulacje dla Zirco i Julka. Miłość do Boga i swojego kolegi znowu zwyciężyła.
Miejmy nadzieję, że bawiliście się dobrze. Z niecierpliwością czekamy na feedback od osób, które w evencie brały udział po raz drugi i mogą porównać zmianę systemu przeprowadzania misji. To znaczy — serio. Powiedzcie nam, co było lepsze. Nikogo nie zabijemy, nie jesteśmy harpiami. (Chyba). (Nie patrzcie w oczy Asx).


x


Grafiki użyte w poście należą do Freepik, max.icons, Good Ware, Eucalyp, winnievinzence.

Od Keitha do Quinn — ,,Kłopoty nie mają zapachu"

W realnym życiu takie historie zawarte są we filmach, komiksach, grach… i tak dalej. Historie o osobach, które w swoim uniwersum nie wyróżniają się; żyją swoim szarym, nastoletnim życiem – zazwyczaj określane mianem nerdów czy pozerów innej kategorii, w każdym razie niekoniecznie akceptowani w społeczeństwie. Potem dzieje się coś pozornie zwyczajnego na poziomie ugryzienia pająka, wypadku przy pracy w laboratorium i tak dalej, jednak okazuje się, że owa ofiara, która do tego czasu była zwykłym npc, nabywa zdolności sprzeczne z prawami fizyki i nagle w przeciągu kilku dni musi uratować całe miasto przed niewyżytym emocjonalnie złolem, który swoją tragedię musi odbić na jednym, cholernym Nowym Jorku. Owszem, zawsze jest to Nowy Jork.
Acz w tym momencie jesteśmy w San Francisco. Jesteśmy zwyczajnym, wyluzowanym nastolatkiem i o dziwo lubianym w liceum. Pewnej nocy, wracając z imprezy u kumpla, cudem unikasz ataku czegoś, co zdecydowanie nie było człowiekiem. ,,Przysięgam, nic nie piłem, ani nie brałem” – zwierzasz się matce ze wszystkiego. A co ona na to?
— Keith, spotkało Cię to, ponieważ przespałam się kilka razy z rzymskim bogiem, a ty jesteś herosem.
No, może jednak użyła innych słów. Nie była tak bezpośrednia. Powoli opowiedziała o wszystkim, ostrożnie dobierając słowa, aby tylko jej syn zrozumiał. O Apollu. O tym, jak go spotkała, o tym, jak wszystkiego się dowiedziała, o tym, jak żyją tacy, jak oni, o tym, co powinni zrobić dalej.
Zaś dla niego wciąż było to realne życie. Nie z komiksów, nie z gier, nie z seriali. Świat rzeczywisty, który nabrał obrotu, znanego mu wcześniej z fikcji. Kiedy upewnił się, że żadne z nich nie zażyło wcześniej żadnej substancji od bujnej wyobraźni i czy przypadkiem w kalendarzu nie wisi kartka z dnia pierwszego kwietnia, wsiąknął w fotel i wziął kilka głębokich wdechów. Słowo ,,nierealne” przewinęło się z tysiąc razy, zanim doszedł do siebie.
Jak byście się czuli na jego miejscu? Czy istnieje sposób, aby się odnaleźć w pomieszczeniu, w którym nagle stoi się na suficie?
Syn rzymskiej wersji Apolla stanął u progu Obozu Jupiter – jego nowego miejsca zamieszkania. Co do tego akurat miał dobre przeczucia. Nie musiał zmieniać szkoły, mógł odwiedzić mamę, kiedy chciał. Jednak przybył tu, aby następnym razem nie zostać zaskoczonym przez potwora. Przejść trening, poznać wielu innych, takich jak on i zrozumieć, kim właściwie jest.
,,Czwarta kohorta”, usłyszał od chłopaka, który miał go wprowadzić. Nie pamiętał jego imienia, choć nie raczył zaprowadzić go dalej niż do miejsca, gdzie mieszkają dzieciaki z tej całej ..czwartej kohorty”. Jednak pierwsze, co zrobił, jak tylko odstawił swoje rzeczy, to wleciał z przytupem do łazienki. Nie zwracał uwagi na to, czy to damska, męska… po prostu potrzebował odizolowania się przez parę chwil. Towarzyszyła mu burza emocji; cała tęczowa paleta. Głównie pozytywnych, lecz główną siłą był stres, objawiający się skrętem żołądka.
Przy drzwiach od jednej z kabin stała mamrocząca do siebie blondynka, ozdabiając klozet czarnym markerem permanentnym bardzo bezpośrednimi cytatami. Osoba ta nosiła ze sobą dziwną woń. Z lekka nieprzyjemną, kojarzącą się z zapachami wsi, lecz przynajmniej dla Keitha znośną, gdyż chłopak od dziecka miał bardzo słaby węch. Ciężko mu było nie zagadać.
— Narysuj kutasa. — Polecił z uśmiechem. — Jakiegoś bydlaka.
— Huh? — Artysta uniósł brew.
— Ah, wybacz moje maniery. — Ukłonił się. — Jestem Keith. Keith Mishra. Dopiero mnie przydzielono do czwartej kohorty. 


Quinn? 
 ──── 
 [533 słowa: Keith otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Keith Mishra

ŻYCIE BOGATE,PEŁNE SEKRETÓW, W SZARYM CZŁOWIEKU

zdjecieKeith MishraON/JEGO — 17 LAT — PÓŁBÓG — AMERYKANIN/JAPOŃCZYK — 0 PD — 0 PU — 100 PZcynamonowawiedzma

SYN APOLLA

poniedziałek, 31 marca 2025

Od Sylvie — „Not now, not never" — część 1

Czasy licealne

Do dziś pamiętam ból obtartych od chodzenia pięt i ciężar mojej szkolnej torby, trzymanej przez cały dzień na lewym ramieniu.
Mimo to wtedy nigdy bym nawet nie zwróciła na to uwagi. Tak dobrze się przecież bawiłam, a raczej bawiłyśmy. Co i rusz słyszałam dźwięczny chichot towarzyszki, która mimo trzeźwości, nie potrafiła utrzymać prostego kroku. Zamiast stawiać stopy w mniej więcej podobnych od siebie odstępach, jej ciało mimowolnie nagabywało ją do zakręcania się, a następnie wpada we mnie, zmuszając mnie do oddania jej tym samym. Nawet spadnięcie jej okularów słonecznych z nosa nie przeszkodziło jej w powtórnej próbie staranowania mnie na chodniku pełnym pieszych; była po prostu zbyt pochłonięta figlarną zabawą.
Instytucji, którą nasz szanowny pan dyrektor nazywał najlepszą na całym świecie, a może nawet i w Nowym Jorku, nie dzielił duży dystans od galerii handlowej. Z tego powodu stała się ona częstym miejscem schadzek okolicznych nastolatków, w tym oczywiście i nas, jednak o tej porze raczej nie powinno być tam nikogo. Zerwałyśmy się wtedy bowiem z dwóch matematyk, które zwykle ciągnęły się przez niemiłosiernie długi czas. Domyślałam się, że wieczorem dostanę przez ten wybór srogie kazanie, jednak to ona zaproponowała, a ja po prostu nie mogłam jej odmówić.
— Chodźmy do tego nowego sklepu — rzuciła, stając nade mną na ruchomych schodach. — No wiesz, tam gdzie mają niby fajne miniówki.
Zgodziłam się z nią. Lubiłam się z nią zgadzać, bo mogłam wtedy ponownie zobaczyć, jak promiennie się do mnie uśmiecha, jak błysk w jej oczach ponownie się pojawia. Pamiętam, że czułam wtedy coś, czego nie czułam w innych momentach, nie mogłam tego odwzorować nigdzie indziej.
Mimo tego, co zakładałyśmy, miejsce było dość oblegane. Trzymałam ją wtedy za ramię, by nie zgubić jej w tłoku; zainteresowane towarem kobiety chodziły w każdą możliwą stronę, przebierając wystawę aż po samo dno. Przyznam, chętnie sama zrobiłabym to samo, patrząc na to, jak cudowne były niektóre z sukienek, czy koszulek, które trzymały, jednak moja uwaga była skupiona w większości na innym temacie. Gdy zatrzymałyśmy się przy jednej z wystaw, postanowiłyśmy się rozdzielić w poszukiwaniu wymarzonych ubrań. Jednak mimo trzymania rąk pomiędzy wieszakami, mój wzrok wciąż uciekał w inną stronę. Kątem oka zerkałam co kilka chwil na nią, przyglądając się temu, w jaki sposób zastanawiała się nad wyborem spódnicy; jej dłoń wędrowała między włosami, zaczepiając palce w lekko spuszonych już od dotyku lokach. Jej brwi były nieco zmarszczone, a zaróżowione pomadką usta rozdziawione i wydęte. Wpatrywała się w manekiny, a ja w nią.
— Pójdę ją przymierzyć — odezwała się do mnie, trzymając jeden z wieszaków. — Weźmiesz moją torbę?
Wzięłam. Obydwie skierowałyśmy się w stronę przymierzalni, gdzie ona schowała się za kurtyną, a ja usiadłam na jednym z plastikowych krzeseł. Położyłam obydwie torby na skrzyżowanych kolanach, zauważając, że ta należąca do niej, jest zdecydowanie lżejsza. Pomyślałam sobie, że może dziewczyna zdążyła na krótkiej przerwie zjeść całe swoje śniadanie.
Z głośników dochodziła do mnie dudniąca popowa piosenka, która od dwóch tygodni nieustannie mielona była przez wszystkie stacje radiowe. Nie rozumiałam wtedy jeszcze wszystkich odniesień, które z czasem okazały się zbyt sprośne dla umysłu przeciętnego nastolatka, jednak wtedy była to moja ulubiona nutka. Więc czekałam dalej, nucąc pod nosem dwuznaczny tekst i wpatrując się w moje podskakujące stopy.
— Hej, Sylvie, chodź zobaczyć! — krzyknęła, wyjawiając się zza zasłony.
Z podłogi spojrzałam się na nią, jednak momentalnie poczułam jak gorący płomień przeszył moje policzki. Zauważyłam, co faktycznie na sobie miała; białą, powiewającą spódniczkę z falbanką, kończącą się w połowie uda, ledwie zakrywającą wszystko to, czego uczą nas, by zakrywać. A mimo to tak wiele dla niej robiła. Wyglądała pięknie.
— Jest... urocza — zapewniłam, wstając z siedzenia. — Powinnaś ją wziąć.
Wtedy też odważyłam się z powrotem na nią spojrzeć; zakręciła się kilkukrotnie wokół własnej osi, wprawiając spódniczkę w ruch. Widok skaczących falbanek zdecydowanie przekonał ją do zakupu, co spowodowało pojawienie się niewielkiego uśmiechu na jej twarzy. Widziałam, jak jej palce lekko zgięły się pod wpływem ekscytacji. Sama nieświadomie odwzajemniłam ten gest.
 
Szłyśmy wtedy między między kolejnymi restauracjami i przeróżnymi kafejkami, wypatrując w stadzie wyborów idealnego miejsca, by przysiąść na krótki lunch. Co chwilę któraś z nas z zaciekawieniem podnosiła wskazujący palec w stronę jednego z lokali, by zachęcić drugą do chociażby zapoznania się z menu, chociaż każda z prób kończyła się rezygnacją. Jednak mimo łączącej nas wybredności, co do rodzaju ulubionego jedzenia, zdołałyśmy postawić na przytulną kawiarnię, która schowana była na samym końcu alejki. Z zewnątrz była ona ozdobiona drewnianymi panelami, zaś w środku przywitała nas zachęcającą witrynką, pełną słodkich smakowitości. Nie wpatrując się w nią nawet przez dziesięć sekund, momentalnie zrozumiałam, że jest to miejsce dla mnie.
— Z podwójną gałką lodów, jeśli można — oznajmiłam, odpowiadając nastoletniej kasjerce na pytanie „z jakimi dodatkami ta gorąca czekolada?”.
Po odebraniu zamówień, usiadłyśmy przy jednym z okrągłych stolików. Znajdował się na nim wazon z kilkoma fiołkami w środku, od czego zaczęłam rozmowę. Dziewczyna chętnie pociągnęła, kosztując zamówionego przez siebie sernika. Ja natomiast dotknęłam niebieskich płatków, by upewnić się, że roślina jest prawdziwa.
Nie wiem dokładnie, ile czasu tam spędziłyśmy. Pamiętam jednak, że o wiele więcej, niż początkowo planowałyśmy. Mimo tego żadnej z nas wcale się nie spieszyło, najważniejsza była dla nas bowiem rozmowa. I to właśnie podczas niej, gdy skończyłyśmy już konsumować zamówione desery, słońce pośpiesznie wyszło zza chmur. Przez znajdujące się obok dziewczyny okno wpadło do pomieszczenia nieco więcej światła, wprost na nią. Promienie delikatnie otuliły jej twarz, podświetlając każdy detal, który potrafię wymienić. Pieprzyk pod prawym okiem, rozmytą kredkę na ustach, spadające kosmyki włosów. Jej śmiech dzwonił w moich uszach, wprawiając bębenki w ruch. Dłonie wciąż wędrowały po wydeptanej ścieżce nękanych kosmyków, a powieki były lekko przymknięte. Czułam jej waniliowe perfumy, nieznośnie drażniły moje nozdrza. Mimo tego, czułam się z nią wtedy tak swobodnie...

──── 
 [937 słów: Sylvie otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]