niedziela, 26 kwietnia 2026

Od Havu CD Judasa — „Take me to church”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Havu poruszył się niespokojnie na siedzeniu. Oparty o jego ramię Vincent mlasnął, nie ruszając się nawet o centymetr. Dzieciak trochę zaczynał mu przeszkadzać, ale to tylko dlatego, bo znaleźli się w naprawdę niekorzystnej — i chyba też niebezpiecznej — sytuacji. Judas normalnie nie sikał aż tak długo (co za dziwne spostrzeżenie), a na dodatek siedzący przed kierownicą starzec też wyszedł z pojazdu.
— Cholera, Vincent. — Havu próbował delikatnie obudzić nastolatka szturchnięciami. Chłopak zapadł jednak w bardzo głęboki sen i dobudzenie go chyba nie było w tej sytuacji możliwe. Havu musiał podjąć próbę przełożenia jego głowy tak, by opierał się o siedzenie.
Havu najpierw złapał za klamkę drzwi, pchnął je i uchylił. Wyciągnął z trudem jedną nogę na zewnątrz i — w tym samym czasie starając się ześlizgnąć z Vincenta — wyszedł z samochodu. Typowe amerykańskie auta były ogromne, a w tych ciemnościach za dobrze nie widział. Jeden zły krok dzielił go od skręconej kostki.
Zamknął za sobą drzwi i zaczął się rozglądać. Jedynym źródłem światła był włączony samochód, który oświetlał niewielką część drogi przed sobą i trochę pobocza, na którym nie rosło nic oprócz paru małych drzewek. Miał nadzieję, że dalej znajdowali się w Kalifornii. Zmiana stanu utrudniałby im powrót do domu dziesięciokrotnie.
Okrążył pojazd, krzywiąc się przy każdym kroku, a następnie poszedł w stronę niskich drzew, gdzie — jak miał nadzieję — znajdzie Judasa. Wchodząc gołymi stopami w piach i pierwsze kępki trawy usłyszał tylko szeleszczenie, jakby spłoszył dziką zwierzynę. Zaraz jednak po tym usłyszał ryk małego silnika.
— Judas? — zawołał w ciemność. — Halo?
Odpowiedziała mu cisza, która zaraz została przerwana znowu tym dziwnym odgłosem silnika. Samochód stojący na poboczu nie burczał w taki sposób. Właściwie to tego samochodu nie było prawie słychać.
Havu poszedł dalej, starając się nie wdepnąć w coś, co mogłoby być zwierzęcym gównem albo ostrym kamieniem.
— Judas?
Minął jedno drzewo, a potem kolejne. Odgłos silnika zrobił się głośniejszy i przypominał już piłę mechaniczną. Nikt nie ścinał przecież drzew o tej godzinie.
Zaginiony ksiądz znalazł się niedługo później. Biegł bardzo szybko, potykając się o własne nogi i rozdzierając przy okazji materiał spodni na ostrych gałęziach drzew. Za nim biegł starzec z piłą mechaniczną, którą Havu wcześniej usłyszał.
— Co jest kurwa?
Judas jednak nie chciał marnować czasu na wyjaśnienia, złapał Havu za rękę i pociągnął za sobą.
— On chyba chce nas zabić!
— Co ty pierdolisz w ogóle, człowieku?!
Pozwolił się prowadzić. Ze strachu nawet nie chciał się oglądać za siebie. Wszystko to, co do tej pory zjadł, powędrowało do jego ust, a sam żołądek zacisnął się w ciasno upakowaną kulę. Musiał walczyć cały czas z mdłościami, pilnować swoich nóg, by się nie potknąć i myśleć o tym, żeby jak najszybciej, kolokwialnie mówiąc, stąd spierdolić.
Razem z Judasem dopadli do samochodu pierwsi. Havu dobiegł do drzwi od strony kierowcy i wpakował się przed kierownicę, a Judas usiadł na miejscu pasażera. Obydwoje trzęśli się jak zziębnięte kurczaki, które lada moment miały zostać zmienione w pałeczki Kentucky w KFC.
— Pospiesz się! — krzyczał Judas, a Havu próbował ogarnąć jak ruszyć tym cholerstwem.
— Zamknij mordę — odpyskował mu.
Samochodem szarpnęło dwa razy, a zaraz potem wystrzelił jak z procy do przodu. Mężczyzna nie potrafił zapanować nad takim wielkim i nieprzewidywalnym pojazdem i pierwsze metry przejechał slalomem, walcząc, żeby nie wypaść z drogi.
Ostrze piły mechanicznej trzasnęło w tylne drzwi. Starzec z jakiegoś powodu zdołał ich dogonić i nie chciał odpuścić. To był jakiś horror, z którego Havu miał nadzieję się niedługo obudzić.
— Czemu on jest, kurwa, taki szybki?! — wrzasnął, zaciskając ręce na kierownicy.
Judas zaciskał zęby i wyglądał przez okno. Nieznajomy ich gonił. Biegł z prędkością pięćdziesięciu kilometrów na godzinę.
— Otwórz okno! — krzyknął, a kiedy Judas za pierwszym razem nie wykonał polecenia, uderzył mężczyznę w tył głowy. — Otwórz okno i rzuć w niego czymś ciężkim! Trzeba się go pozbyć.
— Czym mam rzucić?! — Otworzył skrytkę i zaczął wyrzucać z niej stos dokumentów, puste butelki po piwie i niedopałki papierosów.
— Wyrzucaj po kolei!
Judas opuścił szybę i wyrzucił pierwszą salwę dokumentów. Kilka kartek przykleiło się do starca, a inne zostały rozcięte na pół przez pracujące ostrze piły. Trochę spowolniło to napastnika, ale zdecydowanie nie pomogło im się go pozbyć.
— Co się dzieje?
Vincent, który do tej pory spał twardym snem odchrząknął i słabym głosem dał o sobie znać.
— Nie przejmuj się. To element naszej wycieczki! — Havu gwałtownie skręcił w jedną z uliczek, mając nadzieję, że w końcu uda im się zgubić starca. Nie mógł przecież biec bez końca. Nie z ciężką, działającą piłą mechaniczną.
Vincent w ostatnim momencie złapał się za siedzenie i tylko dzięki temu nie wylądował na brudnej podłodze pick-upa.
— Gdzie tamten pan?! — krzyknął, zbyt zdezorientowany, żeby połapać się w całej sytuacji. Dwójka półbogów, która za niego nijako odpowiadała, nie chciała się odezwać. Havu unikał odpowiedzi, a Judas siłą woli próbował zapanować nad swoimi emocjami, żeby być tutaj jedyną trzeźwo myślącą osobą.
— Mam pewne podejrzenia — zaczął, kiedy udało mu się już zapanować nad własnym strachem. — Ten dziadek nie może być człowiekiem.
— Co ty, kurwa, nie powiesz!
— Chcę powiedzieć, że nie jest potworem. Chyba. Wydaje mi się, że to jakiś półbóg.
Havu wolał myśleć o staruszku, jak o okropnym potworze, który chce dorwać czternastoletniego Vincenta. Myśl o tym, że ktoś może być tak psychicznie spaczony, żeby biegać za ludźmi z piłą mechaniczną, chyba zbyt go przytłaczała. Z drugiej strony również go ta sytuacja bawiła, bo czuł się, jakby wylądował w residencie evil.
— To co teraz?
Judas nie odpowiedział od razu. Myślał nad rozwiązaniem tego problemu, zanim wjadą do miasta. O wiele trudniej byłoby sobie poradzić z wariatem w miejscu publicznym.
W ciemnościach minęli ogrodzone pola oraz pojedyncze domy, w których albo nikogo nie było, albo ludzie w nich spali i nie obchodził ich pędzący przez ich niewielką miejscowość samochód. Ostre światło przeszyło mały zielony znak z napisem Adelaida Rd.
Jadąc dalej na północ, Havu zaczął zwalniać.
— Co robisz? — Judas zastanawiał się, czy powinien znowu otworzyć okno, żeby rzucić w napastnika metalowymi butelkami po piwie.
— Tutaj jest cmentarz.
Ani Judas, ani Vincent nie byli zachwyceni tym spostrzeżeniem. Cmentarzy było pełno. W każdej małej i większej miejscowości. Czasem można było znaleźć opuszczone nagrobki, których nikt nie odwiedzał od dekad, więc zarosły chwastami.
Cmentarz, o którym wspomniał Havu, był właśnie takim opuszczonym cmentarzem. Nie dało się go zobaczyć, ale on doskonale wiedział, że gdzieś w pobliżu czekają na niego niespokojne dusze, które z jakiegoś powodu nie mogły wrócić do świata umarłych. Nie zaznały spokoju, więc krążyły po okolicach, czekając na dzień, w którym ktoś by w końcu je zauważył; a nie było tak łatwo znaleźć półboga na bezludziu.
— Poczekaj. — Judas złapał Havu za nadgarstek, zanim ten nie zjechał całkowicie na pobocze. — Co ty planujesz?
— Chyba chcemy się go pozbyć, prawda?
— Dlatego stajesz na jakimś bezludziu?
— Jeśli mamy do czynienia z jakimś pierdolniętym półbogiem, to nie zgubimy go jak zwykłego człowieka. — Uśmiechnął się przebiegle. Havu miał tendencje do ukrywania swoich prawdziwych intencji, a Judasa zawsze to niesamowicie wkurwiało.
Wyszedł pierwszy z samochodu i zniknął gdzieś w wysokich trawach. Vincent chciał pójść za rudowłosym, ale został siłą powstrzymany i zamknięty w pojeździe. Judas nie chciał, żeby coś mu się stało.
— Zatrzymać może go tylko coś, co nie żyje — mówił, schylając się pod gałęziami i uważając na nierówną powierzchnię. W tych trawach mogły być jakieś dziury. — Mam tutaj z kimś do pogadania.
— Przerażasz mnie człowieku.
— Zawsze możesz wrócić do samochodu. — Wzruszył ramionami. — Podobno tak super panujesz nad emocjami.
— Zrób to, co musisz, a nie się na mnie wyżywaj, okej? — Judas skrzyżował ręce i przycisnął je do klatki piersiowej. Byli zmęczeni i zziębnięci. Nie mogli dłużej biegać na zewnątrz, jeszcze w krzakach przy porzuconych nagrobkach.
Havu poszedł głębiej, zostawiając Judasa gdzieś pod jakimś drzewem, bo przez ciemność nie mógł nawet dokładnie ocenić odległości. Wiedział, że mężczyzna tam czeka tylko po tym, jak bardzo hałasował, starając się nie wpaść w żadne zarośla.
Oprócz dwóch dusz spotkał jeszcze jeden samotny szkielet. Nie spodziewał się go w tym miejscu, ale uznał, że może mu się bardzo przydać.
— Długo tutaj jesteś? — przywitał się. Musiał bardzo wysilić swój wzrok, żeby w ogóle dostrzec kupkę kości czającą się przy jednym z nagrobków. Szkielet siedział i opierał się o kamień z wyrytymi imionami zmarłych.
— Długo.
Głos miał bardzo chrapliwy. Pewnie odezwał się pierwszy raz po wielu latach.
— Jesteś mi potrzebny.
— Dawno nie było tutaj żadnego półboga.
Szkielet się poruszył. Odgłos kości uderzającej o inne kości był jednocześnie nieprzyjemny i intrygujący. Te stwory zawsze wywoływały w Havu ambiwalentne uczucia. Z jednej strony sam zajmował się komplementowaniem szkieletów zmarłych zwierząt, a z drugiej trochę ciężko patrzyło mu się na coś, co miało przypominać człowieka, trochę żyło, ale jednak nie do końca i jeszcze zawsze próbowało nawiązać kontakt wzrokowy. Szkoda, że tylko oczu nie miały, więc patrzyło im się w te puste oczodoły.
— A już na pewno dawno nie widziałem dziecka boga śmierci.
— Taka niespodzianka. — Wzruszył ramionami.
— A twój kolega? — zapytał niespodziewanie. Podniósł się już na dwie nogi i podszedł bliżej. — Może wyjść?
Judas wcale nie stał tak daleko, żeby tego nie usłyszeć. Wyszedł z krzaków, w których się ukrywał i, potykając się o przykryte trawą przewrócone nagrobki, podszedł do Havu.
— On gada?
Szkielet zaszczękał kośćmi. Musiał poczuć się urażony.
— Lepiej nic więcej nie mów.
Judas, nawet jeśli nie chciał, to musiał się posłuchać. W końcu to nie był jego plan. On nawet w razie czego nie mógłby unicestwić tego Szkieleta, który okazał się niebezpieczny dla ich dwójki.
— Czego ode mnie potrzebujecie? — Szkielet mówił bardziej do Havu, niż do Judasa, który chwilę wcześniej przez przypadek go obraził.
— Bronisz tego cmentarza, prawda? — odpowiedział pytaniem na pytanie i zanim Szkielet zdążył odpowiedzieć, mówił dalej: — Zaraz dogoni nas pewien szaleniec. Jest też półbogiem, ale chyba trochę niespełna rozumu. Zniszczy ten cmentarz, rozumiesz? Potrzebuję cię, żebyś go zatrzymał.
— Zabiję każdego, kto spróbuje zniszczyć ten cmentarz.
— Dobrze! Cudownie! W takim razie poczekajmy. On jest bardzo szybki.
Nie minęły nawet dwie minuty, kiedy do lasu wszedł starzec z piłą mechaniczną. Szedł wolno, ostrożnie stawiał kroki. W drugiej ręce trzymał latarkę, bo w tych ciemnościach nawet nie wypatrzyłby swoich ofiar.
— Uważaj — mruknął do siebie Havu. — Zaraz nas znajdzie.
Odgłos pracującej piły mechanicznej stawał się coraz gorszy. Urządzenie chyba przestawało już powoli działać, ale znajdowało w sobie resztki siły, by napędzać ostrze.
— Zakończmy to! — krzyknął. — Jest już was za dużo na tym świecie!
Brzmiało to, jak mowa schizofrenika. Skąd wiedział, czy ma do czynienia ze zwykłymi ludźmi, czy półbogami? Obserwował ich? Widział, jak Judas pozbywa się policji?
— Te wszystkie bóstwa… to bajka! — krzyczał dalej. Havu miał wrażenie, że czuje jego oddech na karku. — Świat powinien być normalny! Złożony tylko z ludzi! Prawdziwych ludzi!
Zamachnął się i uderzył o jeden nagrobek. Ciężki kamień pękł na jednym brzegu. To wystarczyło, żeby siedzący z nimi Szkielet złapał za swój miecz, który służył mu w celach obronnych.
Z klekotem ruszył w stronę starszego półboga. W tej poświacie, rzucanej przez latarkę wyglądał jeszcze bardziej przerażająco. Za dnia pewnie wyglądał jak jeden z modeli w szkołach, którym dzieci się bawiły.
— Cholera! — usłyszeli warknięcie staruszka. — Jeszcze mi ciebie tutaj brakowało! Przepadnij!
Wycelował w Szkielet. Trafił idealnie w kręgosłup, przecinając go na pół. Myślał przez chwilę, że udało mu się zwalczyć zagrożenie. Że pokonał coś, co należy do świata boskiego. Zdziwił się, kiedy dolna część Szkieletu przysunęła się do górnej, łącząc się ze sobą jak dwa pasujące puzzle. Zaraz po tym Szkielet się podniósł i rzucił na napastnika. Był niepokonany. Pokonać przecież mógł go tylko dzieciak boga śmierci.
Havu złapał Judasa za skrawek rozciągniętej już koszulki od piżamy i pociągnął w stronę drogi, gdzie zostawił samochód. Z jakiegoś powodu umówili się telepatycznie, że to rudowłosy będzie bawił się z tym ciężkim i nieprzewidywalnym pojazdem.
— Co tam, Vincent? — zapytali obydwoje, kiedy weszli już do środka.
Chłopak siedział pośrodku i wpatrywał się w nich przerażonym spojrzeniem. Musiał zauważyć szalonego starucha z piłą mechaniczną.
— Nie przejmuj się. — Havu się uśmiechnął. — To była atrapa.
Cała ich trójka wiedziała, że to nie była atrapa i gdyby nie ten Szkielet, zostawiony na opuszczonym cmentarzu, to zostaliby w niedługim czasie zmienieni w mielonkę; a na dodatek żaden z nich nie wiedział, dlaczego starzec był tak bardzo wściekły z powodu ich istnienia.
Wracali trzy godziny. Trzy najdłuższe godziny w ich życiu. Vincent nie mógł wytrzymać i ze zmęczenia padł na siedzenia, Judas dzielnie walczył z opadającymi powiekami, a Havu skazany na taką długą jazdę śpiewał pod nosem głupie piosenki.
— Co robimy z tym samochodem? — zapytał, kiedy dojechali pod dom Judasa. Ten cholerny pick-up stanowił niemały problem.
— Zabiorę go gdzieś później.
— Skasujesz go? Weź, nie rób tego, nawet go polubiłem. — Pogłaskał czule kierownicę. — Zostaw go na jakimś uboczu. Albo w jakiejś dzielnicy z ćpunami. Myślę, że się nim zaopiekują.
Judas pokręcił głową. Ze zmęczenia bolały ich wszystkie mięśnie, zaczynając od najmniejszego palca u stopy, a kończąc na uszach.
— Wysiadaj. Musimy Vincenta stąd zabrać.
To właściwie wystarczyło, żeby wykorzystali pozostałą im energię do wyciągnięcia czternastolatka z samochodu. Przenieśli go tak, jak rodzice przenosili swoje śpiące dzieci, do domu i położyli na kanapie. Ucieszona banda psów od razu otoczyła chłopaka, dołączając do niego.
— Poczekajmy, aż się obudzi. Może wtedy da radę wrócić.
— Ty w tym czasie zmień spodnie — zauważył Havu. — Podarłeś je sobie na dupie.

KONIEC WĄTKU, BĘDZIE NASTĘPNY ELO
a judas podarl se spodnie na dupie beka
────
[2160 słów: Havu otrzymuje 21 Punktów Doświadczenia]

sobota, 25 kwietnia 2026

Od Arnar CD Dahlii — „Bankowość, stara amerykańska sztuka” [AU event]

Poprzednie opowiadanie

Dziki Zachód AU

Arnar, podobnie jak drezynę, tytuł kowboja zdobyło na wspaniałej przecenie typu „znalazłom, to biorę”. Jakiekolwiek zasady, które obowiązywały na Dzikim Zachodzie ono stosowało na czuja, najprawdopodobniej w ogóle nie zdając sobie sprawy, ze jakieś istnieją. W życiu kierowało się wyczuwalnymi tylko dla niego wibracjami w powietrzu, a sfatygowany kapelusz i buty z ostrogami po prostu wyglądały tak czadersko, że nie mogło sobie odpuścić stania się kowbojem, którego największym postrachem jest jego trzeci atrybut: konie. Złamało tym samym jedną z niepisanych zasad kodeksu, a dzisiaj złamało również kolejną – z marszu zaufało dopiero co spotkanej kobiecie, zaprosiło ją na swój jedyny wóz i miejsce przechowywania całego majątku oraz podzieliło się z nią drogocenną informacją o złocie. Szanse na zostanie oszukanym w tej sytuacji wzrosły do ekstremalnie wysokich wartości (prawdopodobieństwo wyniosło prawdopodobnie jedną całość, a chciałoby więcej, ale niestety w ten sposób złamałoby fundamentalne zasady kombinatoryki i rachunku statystycznego). Czy Arnar się tym przejmowało? Tylko głupi i naiwny pomyślałby, że tak. A ono zdecydowanie było trochę głupie i trochę lekkomyślne, bo naiwnym to by się nigdy nie określiło.
Jeszcze zanim Dahlia z powrotem złapała swojego obrzydliwego, śmierdzącego i nieparzystokopytnego towarzysza doli, Arnar było bliskie zasłonięcia oczu poszarpanym rondem swojego kapelusza i zaśnięcia podczas leniwego puszczania bąków na ławeczce drezyny. Przed ostatecznym odpłynięciem powstrzymywał go wyłącznie dźwięk jego własnego głosu, gdy donośnie mówiło cokolwiek, co mu ślina na język przyniosła.
– No i wtedy mu mówię, HOLA HOLA, to moje karty i moje piwo, co mi pan… DAHLIA?????? – przerwało swoja wspaniałą i ekscytującą historię, gdy kowbojka nagle wyskoczyła z wciąż toczącej się po torach drezyny. Arnar w mgnieniu oka poderwało się z ławeczki, prawie przewróciło i przejęło dźwignię, po czym wreszcie dostrzegło, dlaczego Dahlia bez słowa opuściła jego pojazd.
W oddali (całkiem blisko) dostrzegło swojego naturalnego i odwiecznego wroga (może nie odwiecznego, ale nie pamiętało, czemu bało się koni; może to jakaś dawno zapomniana trauma z dziecińśtwa, którego niestety nie pamięta). Przełknęło ślinę, będąc w tej czynności nader dramatyczne. Palce go świerzbiły, żerby chwycić za swój wysłużony rewolwer i strzelić prosto w umięśnione cielsko potwora. Orientowało się, że mniej więcej tak kowboje rozprawiają się ze strachem: paroma celnymi strzałami uwalniają się z jego zaciskających się na płucach szponów.
Z czystego szacunku do niedawno spotkanej kobiety, Arnar zacisnęło palce na dźwigni swojej ukochanej drezyny i mimo łaskoczącego jego kark niepokoju, wzięło głęboki wdech i, teoretycznie, wzięło się też w garść. Gdy Dahlia z powrotem zasiadła na końskim grzbiecie, Arnar udało się wydać z siebie tylko żałosny półpisk zamiast pełnego krzyku strachu. Dla niego było to akurat spore osiągnięcie.
– Tylko nie patatajuj mi tu za blisko! – krzyknęło dziwnie drżącym głosem.
– Zaraz ci odpatatajuję na drugi koniec kraju – mruknęła w odpowiedzi i najwyraźniej nie miała nawet zamiaru uchylić ronda kapelusza w tym smutnym pożegnaniu.
– Czekaj! Czekajczekajczekajczekaj! – natychmiast wrzasnęło Arnar. – Ale żeby tak od razu ode mnie uciekać? Tak się zostawia przyjaciół?
– Przyjaciół? – spytała Dahlia z bardzo dobrze słyszalną kpiną. Arnar zaśmiało się w odpowiedzi, co zabrzmiało co najmniej niepewnie, ale żadne z nich tego nie zaadresowało.
– Taktak. Albo lepiej: kogoś, kto ci może załatwić szansę na niezły zarobek. – Dla potwierdzenia swoich słów, trąciło czubkiem buta jedną ze zgromadzonych na drezynie sakiew. W środku zdecydowanie coś zadzwoniło, ale ani Arnar, ani Dahlia, ani sam Bóg nie mógł mieć pewności, że akurat były to monety. Żeby dodać sobie wiarygodności, Arnar dodatkowo poruszyło brwiami w geście, który prawdopodobnie miał sugerować, że wiedziało, co robiło.
– Znaczy się, że co? – zadała bardzo ważne w tej sytuacji pytanie, które skłoniło Arnar do szybkiego zastanowienia się nad sobą.
– Przecież mówiłom – odpowiedziało tylko po paru sekundach, podczas których na szybko przewinęło w pamięci ostatnie kilkanaście, w porywach do kilkudziesięciu, minut, gdy rzeczywiście mówiło bardzo dużo bardzo różnych rzeczy. – Każdy potrzebuje pieniędzy i tak dalej. A ja mam dobre przeczucie. I umowa już przecież między nami jest, więc nie wiem, czemu ty w ogóle próbujesz sobie odjechać.
– Ano. Było coś. – Wzruszyła ramionami.
– Ano. Ano to w drogę! – zakrzyknęło Arnar i ruszyło… Dahlia ruszyła z kopyta, ono z dźwigni?? I jechali tak sobie, doborowe towarzystwo: kowbojka na koniu i osoba kowbojska na drezynie. Wspaniały duet. Idealny na okładkę książki o Dzikim Zachodzie, z dwiema ciemnymi sylwetkami na ognistym tle zachodzącego słońca.
Podczas operowania drezyną, słowa mniej cisnęły mu się na język, bo w pewnym momencie niestety dostawało zadyszki. Mimo tego, wciąż z całych sił starało się utrzymać rozmowę, przy okazji ciągle patrząc na Dahlię. Wychodziło z założenia, że jak się jedzie po torach, to zboczenie z kursu nie jest czymś szczególnie możliwym, więc trzeba poświęcać swojemu rozmówcy dziewięćdziesiąt dziewięć procent uwagi. Ostatni jeden procent wykorzystywało na poruszanie dźwignią i toczenie się do przodu z zawrotną szybkością. Chociaż, tym razem, było zmuszone poświęcić Dahlii tylko jakieś siedemdziesiąt pięć procent swojej uwagi, bo oprócz procenta przeznaczonego na monotonną pracę mięśni, to musiało skupić się na niepatrzeniu na konia. Ani w ogóle niedostrzeganiu tego, że istnieje. Co równało się z tym, że musiało skupiać się na niesłyszeniu go oraz nieczuciu go swoim niezawodnym zmysłem węchu, którego w tym momencie wolałoby nie mieć. W którymś ze swoich tobołków pewnie miało jakąś chustkę, ale problemem było to, ze musiałoby najpierw ją znaleźć, a to nie było zdarzenie gwarantowane.
– Tak jak mówiłom, chodziło wtedy głównie o tamto piwo, bo karty to były całkiem zniszczone i w ogóle do niczego, no to ja cię proszę, na co to komu niby, nie? Więc…
– Ej, chłopie! – Dahlia znowu przerwała Arnar tę samą historię i już miało jej to wytknąć, gdy zdało sobie sprawę, że jej okrzyk wcale nie był skierowany do niego. – Z torów zejdź!
Głowa Arnar momentalnie odwróciła się od Dahlii, a ramiona zamarły, bo, niestety, o hamulcu jego drezynka mogła sobie co najwyżej pomarzyć. Uśmiech szybko zszedł mu z twarzy, a zamiast kolejnej śmiesznej historyjki lub śmiechu, z ust wydostał się spanikowany wrzask.
Na torach był człowiek. Bardzo blisko. I cały czas się zbliżał. Chyba ich dostrzegł, albo usłyszał krzyk Dahlii, ale NIE SCHODZIŁ Z TORÓW i było za późno, żeby Arnar zauważyło, czmeu. Zajęło się machaniem głową na wszystkie strony, próbując odnaleźć ratunek w swoich sakwach, niebie, nawet w tym głupim koniu. który przestał wywoływać w nim aż taki lęk, jak wcześniej.
– KURWAIDIOTOPIERDOLONY!!! – rozeszło się echem po równinie. Zaraz przed tym, jak echem rozszedł się dźwięk uderzenia.
Drezyna wypadła z torów, a razem z nią wszystkie sakwy i Arnar, które potoczyło się po suchej ziemi. Poobcierało sobie przy tym wszystkie części ciała, zgubiło kapelusz i coś ciężkiego go przygniotło. Dopiero po kilkukrotnym odkasłaniu piachu, który dostał mu się do ust, zdało sobie sprawę, że w plecy wbija mu się ławeczka drezyny.
– Ja cię nie mogę – wymamrotało. Językiem sprawdziło, czy ma wszystkie zęby i inteligentnie zignorowało ból promieniujący od lewego nadgarsta aż po bark oraz krew spływającą po skroni. Czołgając się jak ledwo narodzony żółw, wytoczyło się spod ławeczki i chwiejnie podniosło się na nogi. – Czemu on się, psiakrew, nie przesunął? – rzuciło do Dahlii, która, tak mu się zdawało, stała gdzieś niedaleko.
– Coś mi się wydaje, że się chyba nigdy nie dowiemy.


Dahlia?
────
[1157 słów: Arnar otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

środa, 22 kwietnia 2026

Od Lynn CD Arisu — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

— Dziękuję — wykrztusiła z siebie Lynn, prawie nieświadomie. Jej mózg zarejestrował jakąś grzeczną propozycję, za którą należało podziękować, więc tak zrobiła. Dopiero po chwili dotarły do niej słowa już nie tak nieznajomej — że nazywa się Arisu, oferuje cień i wodę. Zrozumiała nie tylko formę, ale też przekaz. Na jej wargi wypłynął blady uśmiech.
— Dziękuję — powiedziała raz jeszcze, już w pełni przytomnie, i zaraz dodała, że chętnie usiądzie w cieniu, a bez wody się obejdzie. Na szczęście w pobliżu znajdowała się dogodna ławeczka, stojąca nawet frontem do nagrobka Nalina. Nie potrafiła określić, czy to dobrze, czy źle. Ścisnęła bukiet w dłoniach i przymknęła oczy na chwilę; pierwszy raz od niepamiętnych czasów dzisiejszego poranka nie tańczyły jej za powiekami czerwone plamki. Kiedy je otworzyła, zorientowała się, że Arisu nadal stoi przed nią. Poczuła lekkie zakłopotanie, dziewczyna była dla niej taka miła, a ona ogranicza się praktycznie do pojedynczych sylab. Za zakłopotaniem podążyło zobowiązanie, żeby coś powiedzieć, jakoś zrównoważyć niekompetencję.
— Może też usiądziesz? Ławeczka jest dość szeroka.
Na tak sformułowane pytanie trudno odpowiedzieć "nie". Były tu tylko we dwie, nie było żadnej innej istoty, która mogłaby przenieść tą sytuację na inne tory. Chociaż Lynn powiedziała parę głupstw, ich rozmowa poza tym ograniczała się do konwencjonalnych grzeczności. Po każdym z nich mogłaby się zakończyć, tak samo jak Arisu mogłaby teraz odrzucić jej propozycję. Z jakiegoś jednak powodu brnęły dalej. Czy to dobrze? W skali od jednego do dziesięciu, jak bardzo niekomfortowo się czuła? Jak bardzo za tym dyskomfortem ukrywała się jakaś wewnętrzna chęć, żeby go przezwyciężyć i zobaczyć, co się stanie? Może o to chodziło dziś rano Lynn, kiedy wstała i zdecydowała, że postara się coś zmienić? Może tego brakowało w jej każdej próbie? Może podążała dobrym torem. Koniec końców, nie miała wiele do stracenia. Ta dziewczyna może nagle przestać być miła, wyśmiać ją i uciec, i chociaż uszy Lynn piekły na samą myśl o choćby drobnym upokorzeniu, grymasie drugiej strony w reakcji na jej błąd czy porażkę, co z tego? Zdroworozsądkowo. W Nowym Rzymie od wielu lat nie była dłużej, niż to konieczne, wśród ludzi najwięcej słów wymieniała ze sprzedawcą jaj na targu. Nikt z pewnością nie pamiętał jej imienia na dłużej, niż to było konieczne, jej mały biznesik przynosił tyle rozgłosu, ile pieniędzy — czyli prawie wcale.
— Dziękuję — powiedziała już po raz trzeci. — Za to, że podeszłaś do mnie i… jesteś miła, i trochę ze mną porozmawiałaś. Inaczej bym chyba uciekła stąd, kiedy tylko upuściłam kwiaty. Rzadko przychodzę do brata, choć wiem, że powinnam robić to częściej. Sama nie wiem. Boję się? — zakończyła niepewnym znakiem zapytania, chociaż tego strachu była pewna. Czuła go. Jakby nie chciała ubierać tego przerażenia w słowa i żałowała już na pierwszej sylabie.


Arisu?
────
[443 słowa: Lynn otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Inez CD Dahlii — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

Inez dalej bujała się na krześle obserwując byłą obozowiczkę Obozu Herosów. Dahlia wpatrywała się chwilę w postawione przez siebie karty, a potem spojrzała na Velez. Dziewczyna od razu uśmiechnęła się do swojej towarzyszki. Była naprawdę szczęśliwa, że kogoś tu znalazła, nawet jeśli jej nowa kumpela była od niej znacznie starsza. Różnica wieku nigdy nie była dla niej problemem, a nawet uważała, że takie rozmowy mogły być znacznie ciekawsze. Często rozmawiała z jakimiś staruszkami, które potrafiły opowiedzieć jej jeszcze o czasie gdy na świecie była wojna, a one były młodymi dziewczynami lub nawet dziećmi. Chociaż teraz było ciężej spotkać takich ludzi, a jednak! Inez miała farta by trafiać właśnie na takie osoby. Choć oczywiście siedząca naprzeciwko kobieta nie była aż tak stara! Mimo tego różnica poglądów wciąż mogła między nimi istnieć, a to sprawiało, że rozmowa mogła się nigdy nie skończyć. Oczywiście z ludźmi w jej wieku też mogła często podyskutować, szczególnie, że w Obozie Jupiter było dużo osób, które były bardzo dojrzałe ale to nigdy nie było to samo.
– Długo masz zamiar się we mnie tak wpatrywać z uśmiechem? – mruknęła starsza, na co Velez się tylko zaśmiała.
– Wybacz! Zamyśliłam się. Czasami tak mam, wiesz jak to jest.
Dahlia pokręciła głową, jednak Inez nie mogła stwierdzić czy to z politowania, czy po prostu nie wiedziała “jak to jest”. Bez słowa ciemnowłosa sięgnęła po talię kart i zebrała trzy, które leżały na stole.
– Mam wenę, teraz ja ci powróżę – powiedziała i nie czekając na słowo sprzeciwu, które obawiała się, że mogłoby nadejść, zaczęła tasować karty. Wyłożyła na środek trzy karty. – Ta – zaczęła wskazując na kartę po lewej stronie – to twoja przeszłość. Ta środkowa to twoja teraźniejszość, a po lewej to przyszłość. – Przekręciła pierwszą kartę, na której pojawiły się trzy miecze. Zamknęła oczy zastanawiając się co może powiedzieć. Kompletnie się na tym nie znała, ale uważała to za ciekawą i dość zabawną grę. – Hmm… tak czuję to. Już wiem! – Wykrzyknęła otwierając swoje brązowe oczy wpatrując się wprost w tęczówki koleżanki. – Nieustanna walka. W swojej przeszłości natknęłaś się na dużo niebezpieczeństw, którym udało Ci się sprostać. To nie było łatwe zadanie, ale wyszłaś na prostą. Źycie kładało Ci pod nogi kłody, ale ty odepchnęłaś je wszystkie wraz z dorastaniem. Wplątałaś prawdopodobnie w wiele trudnych relacji, ale to już przeszłość. – Odkryta następna karta. teraźniejszość. Dwie monety. – Los jest przewrotny po tej trudnej przeszłości. Ciągle widzisz dwie strony monety – zachichotała na ten jakże niesubtelny żart – i ciężko wybrać Ci odpowiednią drogę. Ale starasz się wyjść z całego bagna, w które wpakowały Cię duchy przeszłości. – Ostatnia karta. Pięć kielichów. – Przeszłość ma dla Ciebie w końcu coś dobrego! Znajdziesz zaufanego przyjaciela i może ukochaną osobę! W każdym razie na pewno będziesz zadowolona i staniesz się w końcu panem własnego losu.
Skończyła mówić wpatrując się w reakcje Dahlii, z której nic nie mogła wyczytać, zmarszczyła brwi, lecz już po chwili na jej twarzy znów zawitał radosny uśmiech.
– I co? Trafiłam coś? Co powiesz?


Dahlia?
────
[484 słowa: Inez otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

wtorek, 21 kwietnia 2026

Od Kuźmy CD Ricky'ego — „I was thinking… Maybe you and I should partner up?”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

Kuźma wpada do warsztatu tuż za swoim wspaniałym, niebiezpiecznym przyjacielem i lojalnie zajmuje miejsce u jego boku. Pierwszy raz udaje jej się stanąć stabilnie na usłanej trocinami i zgubionymi śrubkami podłodze, a nie tylko zajrzeć do środka przez szczelinę w drzwiach lub niewielki skrawek akurat niezakurzonego lub niezaparowanego okna. Zazwyczaj jej wścibska obserwacja kończyła się niesamowicie szybko, gdy któreś z dzieci Wulkana podejmowało brawurową próbę wygonienia jej z okolic warsztatu piekielnie głośnym wrzaskiem, w którym złość przeplatała się z niecierpliwością i prawdopodobnie milionem innych negatywnych emocji. Wykrzyczana wiadomość zawsze miała bardzo podobną treść, coś w stylu: „TY GÓWNIARO PRZEZ CIEBIE MÓJ BRAT PRAWIE ODCIĄŁ SOBIE PALCA CO TY SOBIE KURWA WYOBRAŻASZ NAJLEPSZEGO SPIERDALAJ NATYCHMIAST” (przy czym Kuźma nie ma pojęcia, czemu ktokolwiek miałby sobie przez nią obcinać palce, ale akceptowała te informacje w milczeniu – odpowiadanie i tak niczego by nie wskórało w pojedynku z woskiem wepchniętym głęboko w uszy każdego szanującego swój słuch dziecka Wulkana). Teraz dziewczynka również spodziewa się nagłego krzyku: „AAAAAAAAAAA ILE TU KRWI”, chwycenia jej za kark, albo gorzej, za ucho, i wykopania jej gdzie pieprz rośnie. Ta perspektywa jakoś szczególnie jej nie zadowala, więc jak tak stoi obok Ricky'ego, to ktoś mógłby zrobić im zdjęcie i podpisać je: „why this [emotka_reprezentująca_kuźmę] looks so mad”.
Ricky nie daje się wypchnąć z warsztatu, mimo usilnych prób trójki odwiedzionych od pracy dzieciaków. Przed ostatecznym wyrzuceniem go z pomieszczenia chłopak zapiera się nogami, rękami, pośladkami, potem plecami i głową w sumie też. Wszyscy coś wrzeszczą, cholera wie, co, bo jedyne, co dociera do uszu Kuźmy to dźwięk cięcia metalu, skrobania metalu, gięcia metalu i żłobienia w metalu. Dziewczyna tak bardzo nie wie, co ze sobą zrobić, że bliska jest splecenia palców za plecami i przechadzania się dookoła, gwizdając. Jednak nie umie gwizdać, więc oprócz stania jak słup soli, próbuje zainterweniować. Niestety, została jej odebrana jej główna broń (niewyparzony jęzor), więc musi posłużyć się drugą, której użycie przypomina szybkie przeglądanie karty postaci w dnd, żeby znaleźć ten jeden czar, o którym zapomniało się pięć sesji temu, a jest idealny akurat w tej jednej, rozgrywającej się właśnie teraz, specyficznej sytuacji.
Zanim Kuźma postanawia rozpocząć przemianę rodem z anime o magicznych dziewczynkach, szybko przegląda w myślach swoje możliwości. Tym razem stado różowych chmurek nie zadziała, bo ktoś rzeczywiście odetnie sobie palce. Po namyśle, to w sumie żadna iluzja, jaką Kuźma jest w stanie z siebie wyprodukować, może spowodować trwałe urazy na ciele wszystkich dookoła. Kończy się na tym, że robi parę kroków w stronę szamotających się legionistów, próbując nadać atmosferze jak najwięcej… grozy. Jak panda czerwona, która staje na dwóch łapach, żeby wyglądać na straszniejszą.
Najpierw udaje jej się osiągnąć majestatyczne nic. Potem jeden z synów Wulkana posyła jej zaniepokojone spojrzenie. Następnie gapi się na nią z przerażeniem, co ona wykorzystuje na dramatyczne uniesienie ręki w może, opcjonalnie, prawdopodobnie, lecz niekoniecznie, jakimś celu. Wynikiem tych działań jest sukces. Jakimś cudem. Sukcesem jest dość głośny wrzask pełen przerażenia i uwolnienie Ricky'ego.
Kuźma decyduje, że odpowiednią reakcją na to wszystko byłby szyderczy śmiech i komentarz: „boicie się niskiej piętnastolatki?”, ale i tak nikt nie usłyszałby tej pretensjonalniej uwagi.
Wreszcie, po tych desperackich staraniach Kuźmy, dwójka niezrównoważonych psychicznie legionistów, oprócz stanowienia bezpośredniego zagrożenia dla życia i zdrowia wsystkich obecnych, powoduje jeden plus: każde dziecko Wulkana po dostrzeżeniu zagrożenia najpierw wyłączają trzymanych w dłoniach szlifierek, wiertarek i innych bardziej skomplikowanych narzędzi, które Kuźma widzi pierwszy raz w życiu (dla dodatkowej pewności odpinają je od wijących się po podłodze przedłużaczy lub listw), a następnie na migi przekazują swoim sąsiadom, że też powinni to zrobić. Chwilę to trwa, żeby w warsztacie zapadła cisza, o którą trudno nawet w godzinach późnonocnych i wczesnoporannych.
– Czego chcecie? – odzywa się jeden z robotników, zdjąwszy z uszu ogromne słuchawki.
– Potrzebujemy czegoś do transportu trumny!!! – radośnie oznajmia Ricky. – Najlepiej kółek dokręconych prosto do niej, żeby niczego nie komplikować…
– Trumny? – powtarza chłopak. Akompaniują mu zaniepokojone szepty.
– Tak, ołowionej! – Merkurwiak radośnie się uśmiecha, gdy to mówi, a Kuźma tylko kiwa głową, zachowując całkowicie poważną minę.
– A… a kto jest w tej trumnie?
– Grzyby – odpowiada dziewczyna, zanim Ricky zacznie wywód naukowo-biologiczno-chemiczno–kulinerny na temat tego, co właściwie stworzył. Nikt raczej nie chce wiedzieć, jaka to forma nowego życia.
– Że już gnije? – dopytuje syn Wulkana. Wygląda jak ktoś, kto zaraz wyciągnie telefon i zadzwoni na policję.
– Nie, co ty. Zwykłe grzyby. Fioletowe – wyjaśnia Kuźma. – Dokręcicie kółka, będzie git.
– Albo dodatkowo napęd!!! To ciężka trumna. Choooooooolernie ciężka – dodaje swoje trzy grosze Ricky.
– Grzyby. Fioletowe – chłopak przez chwilę się zastanawia. – Chodzi o narkotyki?
– Co – mówi Kuźma, a Ricky mamrocze coś do siebie o tym, że nie przeprowadził stosownych badań, których wyniki mogłyby nawet go nie zawieść i teraz wszystko stracone przez głupią centurionkę i trumnę.
– No, jak to co. Substancje psychoaktywne.
Wszystkie Wulkaniątka albo wymieniają ze sobą zaniepokojone spojrzenia, albo bezwstydnie gapią się bardziej na Ricky'ego, niż na Kuźmę, bo chyba on wydaje się lepiej wiedzieć, co robi, niż ona. Dziewczyna byłaby przeciwnego zdania, gdyby właśnie w jej krtani nie budowała się najdziwniejsza wiązanka przekleństw, które jest w stanie wymyślić i gdyby właśnie nie szykowała się do rzucenia nimi prosto w twarz temu bezczelnemu chłopakowi, który ŚMIAŁ ZASUGEROWAĆ, że ONA może mieć COŚ WSPÓLNEGO z NARKOTYKAMI.


Ricky?
────
[855 słów: Kuźma otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 19 kwietnia 2026

Od Niketasa CD Erin — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

Niketas z nutą sceptycyzmu miesza wywar i tylko trochę obawia się, że chochla spłonie od najlżejszego kontaktu z powierzchnią tego prototypu energetyka. Zwala całą winę za jakikolwiek dzisiejszy nieprofesjonalizm na zmęczenie, przy czym stwierdza, że tym razem będzie musiał kraść– to znaczy odbierać jako swoją wypłatę większą część zarobionych pieniędzy niż w przypadku „Boskiego Fulla”. Mógłby nawet powiedzieć, że współpraca z Violet nauczyła go jednego — trzeba bardzo dokładnie nadzorować swoich podwładnych, bo inaczej zaczną wymyślać dziwne triki, żeby TO ON był tym obałamuconym wokół palca. A jedna z pierwszych odwiecznych zasad niketasowej działalności polega na tym, że on nigdy nie jest niczyją marionetką.
– Joshua! – Niketas kiwa palcem na wciąż oszołomionego brata. – Jest takie przysłowie, wiesz?
– Jakiejakie??? – pyta podekscytowany, podskakując przy kotle z brokatową zupą.
– Eee, Niketas, a nie lepiej, żeby ktoś inny spróbował? Bo nie wiem, jakie to może mieć na nim efekty, jak jest- – Mało brakuje, żeby palec Niketasa w akompaniamencie z głośnym „CIIIIIII” dotknął ust Erin.
– Zatem, Joshua. Takie przysłowie: co cię nie zabije, to cię wzmocni. Chcesz przetestować? – proponuje swojemu przyrodniemu bratu, którego bynajmniej nie traktuje jako brata. Może tania siła robocza lub niewolnicy byłyby lepszymi określeniami na stosunek Niketasa do jego współlokatorów. Chyba zacznie ich tak nazywać, zanim ktoś oskarży go o nepotyzm w jego firmie.
– JASNE!!! – Entuzjazm dzieciaka wskazuje wyłącznie na jego niekoniecznie dobry stan mentalny. Duszkiem połyka cały napój zaserwowany mu w wyszczerbionym fioletowym kubku, po czym dość głośno beka. Niketas ledwo powstrzymuje się przed zestrofowaniem go i nieszkodliwym uderzeniem go w okolice głowy za bycie niekulturalnym wieśniakiem w towarzystwie swojego szefa. O, i damy. Nie zapominajmy o damach.
– I jak? – pierwsza pyta Erin, która chyba wreszcie przestała tak bardzo przejmować się etycznością ich eksperymentów na biednym Joshui.
– ZAJEBISTE!!!! LEPSZE OD POPRZEDNIEGO!!!!!!!!!!! – wrzeszczy chłopiec, wyrzucając ramiona w górę.
– Nie jesteś najlepszym królikiem doświadczalnym – ostatecznie stwierdza Niketas, trochę załamany wynikiem.
– A nie mówiłam? – wtrąca Erin. Hermesiak ma ogromną ochotę zrobić głęboki wdech i potem kurwa wydech, ale zamiast tego po prostu przywołuje na twarz swój zwykły, zawadiacki uśmiech i rzuca coś o skoczeniu chybcikiem po innego szczura, który będzie w miarę zdrowy na umyśle.
Chaos domku jedenastego nie zostaje zakłócony przybyciem Niketasa. Jest to dalej chaos jak każdego innego dnia, nawet gdy grupowy chwyta za kołnierz jednego z ekstremalnie głośnych graczy bingo (aktualnie kłócą się o zasady: jedni twierdzą, że grali w bingo rozbierane, drudzy – na papiery wartościowe) i wyciągając go z domku, tłumaczy zasady dzisiejszego zlecenia. Chłopaczek próbuje tłumaczyć się, że przecież nie wysyłał nigdzie swojego CV (a przynajmniej tego nie pamięta) i że nie podpisywał żadnej umowy, wedle której może być teraz używany jako królik doświadczalny. Jego bezsensowna paplanina trwa tak długo, że Niketas wyłącza się po mniej więcej trzydziestu czterech i sześciu siódmych procenta. Jadaczka zamyka mu się, dopiero gdy zostaje wprowadzony do środka domku Hekate. Od razu rozgląda się dookoła, wydaje się, że zaciekawiony, ale Niketas zna to spojrzenie. On po prostu szuka czegoś idealnego do szybkiego wsadzenia sobie w kieszeń i zabrania w celu zastawienia przedmiotu w najbliższym lombardzie.
– Dobra, Ashton…
– Ale ja mam na imię-
– DOBRA, ASHTON, teraz została tylko degustacja. – Niketas uśmiecha się miło, w sumie nikt nie wie, do kogo, ale to jest totalnie okej.
Gdy Erin nalewa miksturę do szklanki ASHTONA, grupowy próbuje odnaleźć Joshuę. Aż mruży oczy (dookoła jest zdecydowanie zbyt wiele osób, żeby się poświęcił i ściągnął okulary), aż wreszcie odnajduje chłopca zwiniętego w kulkę pod frędzlowatym kocem pod jedną ze ścian domku, ułożonego wygodnie na grubym dywanie. Jeżeli to taki efekt ma „Olimpijska Alfa”, to Niketas popełni na sobie defenestrację i nigdy więcej nawet nie spojrzy na tę pozbawioną jakiegokolwiek talentu córke Hekate.
– No, i jak? – znowu pyta Erin, co przykuwa uwagę Niketasa do powoli sączącego energetyk Ashtona.
– W pizdu słodkie – stwierdza chłopak po paru mlaśnięciach i jeszcze kilku łykach. – Ale w sumie to nic z tym nie róbcie.
– Konstruktywna krytyka, ta? – fuka Niketas, nagle czując się niekomfortowo w tym pomieszczeniu. Żeby poczuć się lepiej, przeczesuje włosy.
– Hm, hm, hm… – Ashton najwyraźniej bawi się świetnie. Przynajmniej nie jest natychmiastowo naćpany, więc można powiedzieć, że „Olimpijska Alfa” przestała być betą. – No, fajne.
– Super, a nie wiem, czujesz się jak po energetyku? – dopytuje Erin, choć to powinno być całkiem logiczne, bo zawartość kofeiny w takiej szklance pewnie przekracza wszelkie standardy, jakie mogą narzucić władze. Chociaż w tej Ameryce to nigdy nic nie wiadomo. Może akurat wpisują się w górną granicę standardów z tym ich specyfikiem, którym pewnie równie dobrze można byłoby odrdzewiać części samochodowe.
– Eeee, nie wiem, ja usypiam po energetykach.
– No, jak każdy. – Niketas wzrusza ramionami. – To jest taki. Prawdziwy energetyk dla herosów, rozumiesz? Co działa, jak powinny zwykłe.
– Taaaaaaaaaaaaaaaaaaaak? – pyta Ashton i od razu duszkiem wypija całą resztę napoju. – To mega fajnie super cool.
– Ty wiesz, że teraz musisz za to zapłacić? W tym świecie nie ma nic za darmo – informuje go Niketas, będąc w trakcie procesu wyciągania całkiem grubego pliku banknotów z portfela chłopaka.
– Kiedy ty to- – próbuje spytać Erin, ale przeszkadza jej w tym głośny krzyk gniewu Ashtona, który od razu próbuje rzucić się na swojego grupowego i tym samym pokazuje wszystkim obecnym, że w Obozie jest co najwyżej od wczoraj.
Niketas, swoim ulubionym zwyczajem, robi najprostszy w świecie unik – po prostu przesuwa się o krok w bok. Wkłada w ten ruch wszystko, co dał mu ojciec (akurat w tym wypadku nie chodzi mu o jakieś umiejętności bycia najlepszym na świecie krętaczem i okropnym szefem), przez co Ashton nawet nie orientuje się, że zamiast w Niketasa wpada w regał z opasłymi, pewnie magicznymi tomami.
Zanim ktokolwiek z nich jest w stanie powiedzieć „motyla noga”, połowa z tych książek radośnie wylatuje ze swojego miejsca i otwiera się na losowych stronach tuż pod nogami Ashtona, uprzednio odbiwszy się od jego głowy. W powietrze wzlatuje chmura kurzu i wszyscy, jak jeden mąż, zaczynają kaszleć, kichać, łzawić i machać we wszystkie strony rękami, żeby ten pył od siebie jakimś cudem odsunąć. Nawet Joshua się budzi, wesoło krzycząc: „SZTUCZNE OGNIE?????? ALE FAJNIE!!!!!!!!!!!” i nikt nie wie, gdzie on, do cholery, widzi jakiekolwiek sztuczne ognie (przy czym pewnie wszyscy mają nadzieję, że to dzieje się tylko w jego głowie i nic w tym przepełnionym dziwnymi badziewiami domku naprawdę nie wybuchnęło i sypało iskrami na wszystkie strony).


Erin?
────
[1029 słów: Niketas otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 16 kwietnia 2026

Od Arisu CD Lynn — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

Arisu nie mogła oprzeć się wrażeniu, że kobiecie jest słabo zdecydowanie bardziej niż trochę. Przyglądała się, jak osłania oczy dłonią, obserwowała chwiejne ruchy. Co powinna zrobić, jeśli kobieta nagle tu zasłabnie? Nie spodziewała się, by gdzieś blisko kręcił się ktoś, kto będzie mógł jej pomóc. Była niemal pewna, że w okolicy są aktualnie same – przecież już wcześniej zastanawiało ją, że wszędzie jest pusto.
Nie uważała, by jej podejście tutaj było miłe. Czuła teraz wszystko, ale na pewno nie to, że zachowała się mile.
Doskoczyła, by schylić się po bukiet w tej samej chwili, co nieznajoma, ale była od niej minimalnie szybsza (miała w końcu bliżej do ziemi). Nie zrobiła tego w pełni świadomie, raczej jako bardzo głupi odruch, którego od razu pożałowała.
Podniosła ostrożnie kwiaty i od razu się wyprostowała. Krótko przyjrzała się wiązance, chociaż sama nie do końca wiedziała po co; to nie tak, że znała się jakoś specjalnie na kwiatach czy ich aranżacji. Gdyby ktoś ją zapytał, mogłaby powiedzieć tylko tyle, że kwiatki są już odrobinę wczorajsze. Zdecydowanie nie czuła się odpowiednią osobą do krytykowania ich stanu.
– Na pewno wszystko w porządku? – Upewniła się jeszcze, ostrożnie oddając wiązankę z powrotem w dłonie kobiety. Nie chciała trzymać jej zbyt długo.
Wydawała się zbyt osobista, by mógł trzymać ją ktokolwiek inny. Ta myśl wydała się Arisu bardzo głupia i naiwna, ale nie zamierzała teraz z nią walczyć. Trzymała kwiaty sekundę zbyt długo, niż było to konieczne, jakby chciała się upewnić, że na pewno będą leżały bezpiecznie w dłoniach właścicielki.
– Tak, naprawdę.
Arisu nie potrafiła tak całkowicie uwierzyć w te słowa. Przyjrzała się krótko twarzy kobiety, ale zaraz odwróciła wzrok w stronę nagrobka. Grób brata? Przez chwilę czuła dziwny ucisk w żołądku i jeszcze dziwniejszy posmak w gardle. Musiała przełknąć ciężko ślinę i dla pewności cofnęła się z powrotem o dwa kroki. Nie sprawiło to, że poczuła się bezpieczniej.
Pomyślała, że to mogło wyglądać niegrzecznie i irytujący głos Shayela powtarzającego, jak mało jej zachowanie przypomina kapitana, znowu odbił się echem gdzieś z tyłu jej głowy. Powstrzymała skrzywienie się, bo to już na pewno byłoby niegrzeczne bardziej, niż wypada. Kobieta przecież jeszcze nic strasznego jej nie zrobiła. Nie wyglądała, jakby w ogóle miała być w stanie.
Arisu znowu przeskoczyła wzrokiem z nagrobka na nią, żeby potem znowu wrócić do kamienia. Zdawała sobie sprawę, że jak na półboga bardzo rzadko myśli o śmierci. Wiedziała, że niektórzy legioniści Obozu Jupiter nigdy nie wracają, przez kilka lat pobytu widziała, jak wracają tylko ich zwłoki, słyszała, jak umierają mimo starań Cherry. Nigdy jednak nie czuła się z tym bardzo blisko związana. Nie wydawało jej się, by w obozie był ktoś, za kim naprawdę szczerze miałaby tęsknić.
Czy brakowałoby jej ludzi, z którymi razem pracowała na rzecz Kohorty? Na chwilę jej myśli zatrzymały się na pofarbowanym idiocie, z którym wyjątkowo często sprzątała, by zaraz szybko to od siebie odrzuciła. Cieszyłaby się ze świętego spokoju.
– Jestem Arisu – przedstawiła się, z powrotem odwracając się do nieznajomej i tym razem już nie odwracając wzroku. – Jesteś pewna, że nie chcesz na chwilę usiąść gdzieś w cieniu? Mogę przynieść ci wody, jeśli potrzebujesz.
Dziwny ucisk w żołądku nie chciał ustąpić. Arisu odepchnęła od siebie nagłą, irracjonalną potrzebę powrotu do baraku i odpisania na jeden z nieotwartych listów. Powstrzymała tupnięcie nogą, które byłoby zdecydowanie zbyt nerwowe i tylko sięgnęła dłonią, by chwycić pasek od torby, zanim zdała sobie sprawę, że przecież nie wzięła jej ze sobą. Splotła ręce, udając, że od początku taki był zamiar.
I znowu zerknęła na grób. Ile lat ta kobieta żyła już bez obecności brata? Jak sobie radziła? Nie zamierzała szukać tych informacji, a tym bardziej o nie pytać.


Lynn?
────
[600 słów: Arisu otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]