środa, 21 stycznia 2026

Od Lotus — „Ribs”

ROK TEMU

Rutyna nie była zjawiskiem, które często gościło w życiu Lotus Wright. A powinno, bo Obóz Jupiter w półboskich kręgach cieszył się opinią, według której dyscyplina była rzeczą świętą. Lotus jednak lubiła ustalać sobie własne świętości; na przykład gofry jedzone po kryjomu w niezaplanowanych przerwach między zajęciami albo wymykanie się z treningu chwilę wcześniej, żeby znaleźć się w łaźniach kilka minut przed wszystkimi i uniknąć tłoków. Wiele drobnych rzeczy, które każdego dnia wykonywała inaczej i które zdecydowanie nie składały się na spójną całość.
Jedyne momenty, w których czuła się jak podczas wykonywania rutynowych zadań, zdarzały jej się w domu. Jakimś cudem mycie okien we własnym mieszkaniu było nudniejsze niż mycie okien w obozie (i zajmowało jej zdecydowanie więcej czasu), obiad jedzony w kuchni przy stole (zwykle w ciszy) nie smakował tak samo, a rozmowy z Aniną (często nieliczne, zależy od humoru) nie były tak pełne śmiechu. Wracając do domu czuła się, jakby stawała się o połowę mniejsza.
Kiedy zdarzało jej się mieć gorszy dzień, łapała się na tym, że nie czuje, jakby mieszkanie było jej domem. Jasne, w tym miejscu spędziła dzieciństwo, odrabiała lekcje, do tego pokoju zapraszała koleżanki, na tej kanapie obejrzała niezliczoną ilość filmów. A jednak na nic się to zdawało, kiedy wracała do cichego mieszkania i w tej samej ciszy spędzała sobotnie popołudnia, wieczory i niedzielne poranki.
Tego konkretnego sobotniego popołudnia akurat miała ochotę na porządną drzemkę, kiedy ktoś zaczął dobijać się do jej drzwi. Z niechęcią i zdawkową nieufnością wyjrzała przez wizjer; była gotowa zobaczyć kogoś z ulotkami albo co najwyżej Jehowych. A jednak po drugiej stronie drzwi dojrzała jedynie burzę jasnych loków, które ktoś próbował upchnąć pod czapką. Na szczęście Lotus całkiem dobrze znała tą jaskrawoczerwoną czapkę z doszytym Batmanem. Przekręciła oba zamki i ledwo co zdążyła nacisnąć na klamkę, kiedy blondwłosa kreatura zamknęła ją w szczelnym uścisku.
Nie widziała się z Amy od półtora miesiąca, może dłużej. W każdym razie na tyle długo, że dziewczyna zdążyła już zmienić zapach perfum. Może nawet więcej niż raz, bo wylewała je na siebie całymi flakonami, a teraz korytarz cały pachniał słodko fiołkami.
— W końcu! Zepsuł wam się dzwonek, wieki pukałam do tych drzwi. Naprawisz go w końcu? Jezu, ale ja cię dawno nie widziałam. — Z ust Amy wylał się potok słów, kiedy już wypuściła przyjaciółkę z objęć i odsunęła ją od siebie na długość ramienia. — Ogromny masz ten odrost, trzeba to będzie pofarbować — dodała, wchodząc do środka jak do siebie.
Może i to był po części jej dom.
Lotus najpierw kilkukrotnie zamrugała, bo była na to zdecydowanie zbyt zaspana, a potem z powrotem zamknęła drzwi wejściowe. Słyszała, jak Amy w kuchni nastawia czajnik, mrucząc coś do siebie. Potem na jej usta wpłynął uśmiech. Może odwiedziny przyjaciółki były czymś, czego potrzebowała dużo bardziej od paru dodatkowych godzin snu.
Przeszła do kuchni i usiadła przy stole, patrząc, jak Amy kopie w szafce z herbatami.
— No, to jak tam w szkole? — zapytała dziewczyna, wciąż stojąc do przyjaciółki plecami.
I dobrze się stało, bo dzięki temu nie zauważyła krótkiego zdezorientowanie, które przemknęło po twarzy Lotus. Zawsze na moment się zawieszała, kiedy słyszała pytania na temat jej szkoły z internatem, do której rzekomo chodziła. Ciężko jej było ukrywać większą część swojego życia przed bliską osobą i może dlatego tak rzadko się spotykały. Smak goryczy na języku wzmacniał się wraz z każdym wypowiadanym przez nią kłamstwem. Żałowała, że nie ma z tej sytuacji innego wyjścia.
Czasami myślała o tym, żeby uciąć kontakt Amy. Zerwać ten plaster boleśnie, ale raz. Może byłoby jej łatwiej, gdyby miała mniej połączeń z ludźmi, którzy nie byli w stanie przejrzeć przez Mgłę. Może czułaby się lepiej, gdyby nie musiała wymyślać coraz to nowych kłamstw. Przychodziło jej to dużo naturalniej, niżby chciała. Czasami uważała, że teraz bez Amy jej życie byłoby prostsze. A potem przypominała sobie, że to ona była jedyną osobą, przy której dusiła się ze śmiechu. Jedyną, która w pewnym stopniu znała Lotus lepiej, niż ona sama. Jedyną potrafiącą dostrzec dobro tam, gdzie ona go nie widziała.
Wtedy zwykle stwierdzała, że jest idiotką tylko przez to, że pomyślała o wyrzuceniu przyjaciółki ze swojego życia.
— W porządku. Na razie zdaję — odpowiedziała tylko, wzruszając ramionami.
Amy roześmiała się, odchylając głowę do tyłu.
— A ja poszłam na olimpiadę i załatwiłam sobie szóstkę z historii.
— Kujon.
— Nieuk.
— Oj weź już rób tą herbatę.
Lotus starała się brzmieć na poirytowaną, ale uśmiech sam cisnął się jej na usta. Choć wciąż była w tym samym szarym, cichym mieszkaniu, nagle poczuła, że jednak wszystko jest na swoim miejscu.


────
[743 słowa: Lotus otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 18 stycznia 2026

Od Quinn — „Małżeństwo jest główną przyczyną rozwodów”

Spędzanie czasu z Keithem miało swoje plusy, jak i minusy. Minusem było to, że Quinn czasem miało wrażenie, że traci kolejne szare komórki a z plusów — nawet jak chodziło nadąsane z kijem w dupie, to ten jełop potrafił poprawić im humor.
— Więc… wy nadal jesteście razem? — Quinn potarło twarz zmęczone, mające już dosyć pytań na temat swojego chujowego, totalnie toksycznego związku. Nie miało już nawet siły, tym bardziej ochoty, tłumaczyć jak to wygląda ani rozkładać łopatologicznie wszystko na czynniki pierwsze.
— Ja pierdole, typie, ty masochistą jesteś? — Keith uniósł brew i choć jego twarz wyrażała szczerze troskę, tak jednak nie omieszkał znowu zrobić jakiejś dziwnej miny.
Legionista parsknął oschle, pozbawiony humoru.
— I co? Pójdziesz z nią pogadać za mnie? Wlepisz jej wypowiedzenie albo rezygnację? O, wiem, kwitek o zwrocie w czeluści piekielne?
Keith wzruszył ramionami.
— Tak.
— S-słucham? — Quinn kaszlnęło, krztusząc się własną śliną. Ach, tak, cudowny moment, kiedy najprostsze funkcje życiowe ci nie wychodzą.
— No skoro taka z ciebie pizda, to zerwę z nią za ciebie. Chodź.
Próbowało zaprotestować, kłócić się, ale uścisk Keitha na ich nadgarstku był chyba kurwa przyklejony, bo za chiny ludowe nie potrafiło się wyrwać, nieważne jak mocno się szarpali. Syn Apolla najwidoczniej uparł się na swój plan, bo mimo szarpaniny, brnął dalej do baraku, w którym mieszkała Ashley.
Z wściekłością zapukał w drzwi.
— Słuchaj, to nie jest takie proste! — wysyczało przez zęby, próbując zniknąć, nim wrota do piekła zostaną otwarte.
— Gówno prawda. Znaczy wiesz, to nigdy nie jest proste, stary. No ale mordo ty moja, czy to serio warte łez i załamań nerwowych. Jak ci smutno to się przytul do mnie, jak nie ma tych twoich Ash w pobliżu.
Zabije go, zabije.
Rozerwie na kawałki i wypatroszy.
Jeszcze ten haha zabawny tekst, że Ash jest ich. Nie mieli już nawet ochoty próbować wyperswadować to temu baranowi, szczególnie gdy mieli ten swój zadowolony, zawadiacki wyraz twarzy. Nic nie powiedziało, po prostu zwiesiło wzrok, zaciskając przy tym szczękę. Znowu to znajome ukłucie w klatce piersiowej, najgorsze było to, że mimo wszystko znało odpowiedź, po prostu nie było gotowe wypowiedzieć jej na głos.
Ich wspaniałą rozmowę przerwało skrzypnięcie drzwi oraz pojawienie się diabła w samej osobie.
— No? Słucham?
— Witam szanowną pa- — Keith zmierzył dziewczynę z góry na dół, marszcząc nos. — Nie no, dobra, na panią to trzeba mieć wygląd i warunki. W każdym razie — klasnął radośnie w dłonie, uśmiechając się przy tym wesolutko. — Mój kolega, o tutaj, chce ci powiedzieć coś bardzo ważnego.
Odsunął się, wystawiając Quinn na pastwę Ashley. Nie zdążyło jednak otworzyć ust, najwidoczniej synalek Apolla miał inny plan.
— Zrywam z tobą w ich imieniu — wyjaśnił pokrótce. — Jako certyfikowany przyjaciel do wkurwiania ludzi.
— Absurdalne, Quinn czy ty do chole-
Przerwał, widocznie wkurwionej Ashley, przykładając marker do ust.
— Shhhh złotko. Chciałbym powiedzieć, że to nie ty, to oni, ale wiesz co? Skłamałbym, a moja mamusia nauczyła mnie nie kłamać. To totalnie ty, nigdy w życiu nie widziałem bardziej toksycznej, zapatrzonej w siebie pizdy. I to pizdy przez duże P, kochaniutka. Jesteś jak ta sterta śmieci wysypana w lesie, która zatruwa wszystkie urocze, magiczne zwierzątka w stumilowym lesie. Chcesz coś dodać, Quinn?
Te, wyrwane zupełnie ze swoich myśli popatrzyło między kipiącą ze złości Ashley a roześmianego Keitha.
— E… pierdol się, Ashley? — stęknęło, odzyskując jednak swoją pewność siebie, kontynuowało. — Jesteś najgorszym, co mnie w życiu spotkało, wiesz? I mówię to, jako osoba, która przez swoją matkę śmierdzi kanalizą. I nie jestem babą, którą próbowałaś ze mnie zrobić. Zrywam z tobą, mam dosyć.
— WOHO, MOI PAŃSTWO! MAMY TO!
Mówiąc to, Keith uniósł dłonie ku górze, pełny radości.
— Więc no, odwal się od nich, pal wroty. Papa, adios, auf wiedersehen. Mam nadzieję, że więcej na siebie nie wpadniemy.
I to serio było tyle? Keith objął ich ramieniem, odprowadzając jak najdalej od Ashley, której żyłka pękła i zaczęła coś wykrzykiwać, że jeszcze ją popamiętają i to nie koniec. Zupełnie jak w jakimś chorym filmie z dziewczyną psycholką. Może faktycznie to było takie proste? Ash jak o tym usłyszy, to zejdzie na zawał.


────
[660 słów: Quinn otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Arisu — „Long time no see"

Pokręciła tylko nieznacznie głową, kiedy jakiś starszy pan chciał przepuścić ją w drzwiach. Cofnęła się kilka kroków, odprowadzając go wzrokiem, gdy przekraczał próg i ruszał chodnikiem w kierunku, z którego przed chwilą przyszła.
Przesunęła się trochę bliżej ściany lokalu. Zaczynała się zastanawiać, czy wychodzenie z Obozu Jupiter było w ogóle dobrym pomysłem. Tam przynajmniej mogłaby się do czegoś przydać, zamiast stać jak skończona idiotka w środku miasta, czekając, Shayel łaskawie się zjawi, spóźniony.
Z drugiej strony, w obozie musiałaby znosić Atlasa. Arisu nie była do końca pewna, który z tej dwójki irytuje ją w tej chwili bardziej. Oczywiście, jasno dała farbusowi znać co powinien (lub bardziej: czego nie powinien) robić pod jej nieobecność, ale miała przeczucie, że i tak zrobi dokładnie na odwrót.
Mogła tylko zastanawiać się, co wymyśli tym razem, by nie wypełniać obowiązków. Najwyżej zabije go, jak już wróci. Jeśli ktoś inny jej nie wyprzedzi.
Zrobiła się jeszcze bardziej zła na samą myśl, że miałby zabić go ktoś inny niż ona.
– Już jestem.
Obejrzała się, rozluźniając trochę uścisk na pasku od torby. Nawet nie zorientowała się, że tak mocno zaciska palce. Shayel stanął obok, nie wyjmując rąk z kieszeni ani nie wykonując żadnego innego gestu na powitanie. Ona też się nie poruszyła. Nie zamierzała przecież wyrywać się pierwsza do takich rzeczy.
Otworzył drzwi i puścił ją przodem. Chciała zapytać, czemu się spóźnił, ale ugryzła się w język.
W kawiarni było niemal pusto. Jakaś para siedziała przy stoliku w najdalszym kącie, jakiś mężczyzna pochylał się nad blatem przy oknie. Podeszli kilka kroków bliżej lady. Arisu zamrugała kilka razy, patrząc na napisane odręcznie menu, ale rozczytanie go w dalszym ciągu wydawało się tak samo niemożliwe.
– Nie mogliśmy dokończyć rejestracji w systemie.
Przeniosła wzrok na Shayela. Nadal nie zapytała go, gdzie teraz pracuje, chociaż mieszkał w San Francisco już od kilku miesięcy i zdążyła już kilka razy się z nim widzieć. Wiedziała, że on nie powie jej tego sam z siebie (prawdopodobnie nie uważał, by było to ważne), a skoro ona nie zamierzała pytać, to musiała żyć z tą zżerającą ją ciekawością.
Lub dowiedzieć się w jakiś inny sposób. Musiała się nad tym dokładniej zastanowić, jak już będzie sama.
– Co chcesz? – zmienił temat. Śledziła jego ruchy, kiedy sięgał do torby (zauważyła na niej nowe, zaszyte rozdarcie, którego ostatnio na pewno nie miała) po portfel.
Portfel też był okropnie zniszczony.
– Herbatę.
Już tego żałowała. Jeśli chciała napić się herbaty, która faktycznie miałaby smak, to musiała przygotować ją sobie sama, nie powinna liczyć na przypadkową kawiarnię.
Shayel skinął głową, nie pytając o nic więcej i zrobił kilka kroków w stronę stojącej za ladą sprzedawczyni, samemu jeszcze zadzierając głowę i czytając menu. Arisu nie poszła za nim, zostając w tym samym miejscu i uważniej rozglądając się po lokalu.
Nigdy nie była w tej konkretnej kawiarni i zastanawiała się, czy Shayel zdążył odwiedzić to miejsce wcześniej. Nigdy nie był tym typem osoby. W sumie to bardzo rzadko widziała, by pił coś poza wodą, a z kawą to chyba nigdy go nie widziała. To nie wydawało się jej się zwyczajem, który mógł się zmienić.
Zresztą, sama kawiarnia nie wydawała się taką, do której chodzi się ze względu na klimat. Była jasna, mało przytulna. Fotele wydawały się nieprzyjemne i niewygodne, chociaż na żadnym jeszcze nie siedziała i nawet nie miała takiego zamiaru. Albo to po prostu Arisu nie znała się na kawiarniach, to też mogła być prawda.
Pisk odsuwanego krzesła sprawił, że włosy na karku stanęły jej dęba. Odwróciła głowę w stronę pary. Mężczyzna teraz stał, podniesionym głosem mówiąc coś o wzrostach wartości, akcjach i regulacjach prawnych. Kobieta nie ruszyła się z miejsca i nie wyglądała na szczególnie przejętą, więc Arisu od razu wróciła wzrokiem do sprzedawczyni i Shayela. I tak nie rozumiała, o co chodzi w tamtej rozmowie.
Dziewczyna za ladą musiała być w podobnym wieku do Arisu, miała włosy spięte w ciasnego kucyka i usilnie namawiała na coś Shayela, wskazując na witrynę cukierniczą i czekające za nią kanapki, tarty, ciasta i ich pojedyncze kawałki. Arisu podeszła do nich, poprawiając wiszącą na ramieniu torbę.
– Co jest? – zapytała, przenosząc spojrzenie między bratem, sprzedawczynią a witryną.
– Masz ochotę na jakieś ciasto?
Zmarszczyła nos, zanim zdała sobie sprawę z tego, że to nieodpowiednie. Pokręciła głową. Shayel westchnął, zrezygnowany.
– Tak jak mówiłem, będą tylko napoje. Na wynos.
Sprzedawczyni wydawała się zirytowana ich odpowiedzią, ale przyjęła płatność już bez następnego słowa.
Odsunęli się, by poczekać na zamówienie. Arisu splotła dłonie, by uniknąć zaciskania ich na pasku torby.
– Dalej gardzisz słodyczami? – zapytała, chociaż było to okropnie głupie pytanie.
– Podobnie do ciebie.
Wzruszyła ramionami.
– Nie jestem w nastroju.
Nie odpowiedział, więc stali dalej w ciszy. Shayel ze wzrokiem wbitym w menu nad ladą, Arisu znowu rozglądając się po kawiarni, tym razem ukradkiem, może też trochę mniej uważnie, z mniejszym przejęciem. Usłyszała otwierające się drzwi i spojrzała w ich stronę, przez chwilę obserwując, jak jakiś chłopak – ten zdecydowanie młodszy od niej – w pośpiechu ich mija i wpada za ladę, ledwo wymijając szykującą ich zamówienie dziewczynę.
Ta okrzyczała go, odstawiając na ladę dwa papierowe kubki i machnęła na Arisu i Shayela, nawet nie patrząc w ich stronę. Arisu zdążyła otworzyć usta, żeby jakoś to skomentować, ale jej brat pokręcił nieznacznie głową i podszedł, by je odebrać.
– Nie warto – powiedział, kiedy podawał jej jeden z kubków. Kiedy wychodzili, znowu przytrzymał Arisu drzwi, nawet nie patrząc w stronę sprzedawczyni.
Była innego zdania, ale postanowiła odpuścić.
– Jak w Obozie? – zapytał. Ruszyli przed siebie. Na ulicach dalej było zadziwiająco cicho i spokojnie, w sposób, który wzbudzał w Arisu niepokój.
Upiła łyk herbaty i skrzywiła się, dochodząc do wniosku, że faktycznie powinna żałować tego zamówienia.
– Jak zawsze. Sprzątanie, treningi.
Wolałabym podróżować. Nie powiedziała tego na głos, chociaż bardzo chciała. Zawsze bardzo chciała.
– Może Atlas nie wysadzi baraków do mojego powrotu.
Shayel spojrzał na nią, unosząc brew. Wcześniej nie opowiadała mu o Walkerze, nie było okazji.
– Idiota z kohorty. Nieodpowiedzialny bałwan, z którym musiałam pracować, okropnie wkurzający. Nikt ważny.
Dalej czuła na sobie jego wzrok.
– No co?
– Nic, nic. Jestem zdziwiony. Że ktoś ma odwagę cię wkurzać. Zwykle wszyscy chodzą wokół ciebie na paluszkach.
Parsknęła cicho. Oboje wiedzieli, że to nie do końca jest prawda, chociaż ona bardzo by tego chciała i czasami – ale tylko czasami – wmawiała sobie, że dokładnie tak jest.
Weszli do budynku, w którym mieszkał Shayel, a potem do tego samego mieszkania z widokiem na inne budynki i śmietnik. Zastanawiała się, kiedy się stąd wyprowadzi – nawet jeśli nie z miasta, to przynajmniej z tej okolicy.
Odstawili papierowe kubki na stolik. Arisu zajęła miejsce na kanapie, to samo, na którym siedziała, gdy Shayel powiedział jej, że zostaje w mieście na dłużej. W mieszkaniu było teraz dużo czyściej niż podczas tamtego spotkania. Walizki i torby leżały poukładane na górze szafy, tuż pod sufitem, a na starej komodzie piętrzyły się książki, wśród których dalej stał ten stary telewizor. Tak jak poprzednio, nie widziała nigdzie pilota.
Sięgnęła po złożoną gazetę, otwartą w połowie i porzuconą na kanapie.
– Coś ciekawego? – zapytała, nie podnosząc wzroku.
Shayel nie odpowiedział od razu. Poprawił wiszący na oparciu kanapy koc, wbijając wzrok w trzymaną przez Arisu gazetę, aż w końcu pokręcił głową.
– Nie. Niezbyt.
– Zostajesz na obiad? – zapytał, krążąc między komodą a regałem, którego wcześniej zdecydowanie tu nie było. Prawie uginał się pod ciężarem encyklopedii, słowników i kilkunastu innych opasłych tomów.
– Nie masz planów?
Wykonał gest, który mógł być wzruszeniem ramion, a mógł po prostu dziwnym tikiem nerwowym.
– Zapraszali mnie na piwo, ale… niezbyt mam ochotę – odpowiedział w końcu.
Nigdy nie miał.
– Zostanę, ale nie zamierzam gotować – ostrzegła od razu. Wydawało jej się, że wywrócił oczami i przez chwilę miała ochotę wyśmiać go za tak dziecinny gest. – Mogę zająć się krojeniem. Jeśli opowiesz coś z podróży. Na pewno dowiedziałeś się czegoś o folklorze i tradycjach regionów, w których byłeś.
Spodziewała się, że to Shayel zaraz wyśmieje ją, ale tylko skinął głową, jakby w ogóle mu to nie przeszkadzało.

────
[1300 słów: Arisu otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

Od Lairy — „To the ends of the earth..."

Poważna rozmowa była ostatnią rzeczą, na którą miała ochotę, a jednocześnie była nieunikniona. Jak się okazało — ich wybory życiowe kolidowały ze sobą.
— Obiecałaś — głos Violet przepełniony był goryczą. Może nawet pretensją, choć zdecydowanie wyrzutem, czego nawet nie próbowała ukryć. Niebieskie oczy przeszywały duszę Lairy na wskroś, a ona sama poczuła się mała, niczym dziecko karcone właśnie przez rodzica.
Córka Hekate zacisnęła szczękę mocniej, pocierając zaraz usta wierzchem dłoni gdy tylko jej dolna warga zadrżała; długie palce zacisnęła na kubku z w połowie wypitą, gorącą czekoladą.
— Wiem…
— Miałyśmy umowę, Laira. Obiecałaś.
Najbardziej zabolał nie wyrzut czy pretensja w jej głosie, a to cholerne słowo — Obiecałaś. Dobrze wiedziała, że obiecała i dlatego tak bardzo teraz pluła sobie w twarz.
Wzięła głębszy wdech, drżąc z nadmiaru emocji; tych nieprzyjemnych, trudnych, utrudniających funkcjonowanie. Miała ochotę zapaść się pod ziemię przez wyrzuty sumienia, wstyd i bezsilność, jakie ją ogarniały były nie do opisania, choć pod tym wszystkim tliła się złość.
Mówiła, że to była jej szansa. Dobrze płatna praca w zawodzie, który kochała, a który był tak strasznie mizoginistyczny. I to nie tak, że próbowała; starała się znaleźć pracę w Nowym Jorku jednak bezskutecznie a ostatnie, czego chciała to wylądować w jakimś fastfoodzie i pytać, czy do tego burgera dodać ogórka. Oczywiście dodatkowo płatnego. Miała wrażenie, że Violet momentami tego nie rozumie, że skoro ona znalazła kierunek, który ją interesuje i na pracę, względnie znośną, to Laira zrobi to samo.
— Zrozum Violet. To moja szansa, żeby wreszcie mieć dobrze płatną pracę. Jesteś pewna, że w San Francisco nie ma kierunku, który by cię interesował?
Nastała cisza, okropnie dzwoniąca w uszach, zaciskająca pętlę na szyi cisza.
— Mówiłam ci, że nie.
Już wtedy, gdy zawierała tą dziwną umowę, bała się, że mogą w przyszłości chcieć od życia różnych rzeczy.
I właśnie musiała się z tym zmierzyć. Gdyby wiedziała, że taki obóz działa właściwie jak dom dziecka — po osiągnięciu osiemnastu lat tak właściwie masz spierdalać i radzić sobie samemu, ominęłaby to miejsce szerokim łukiem.
— Więc? Co proponujesz? — Violet rozłożyła ręce zrezygnowana. Stały właśnie pod ścianą, której nijak nie potrafiły przebić.
— Nie wiem.
Nie chcę się z tobą rozstawać. Na samą myśl bycia daleko od niej, miała ochotę wymiotować. Żołądek wywracał się do góry nogami, a oczy mimowolnie wypełniały się łzami.
— Jesteś pewna, że Sam Francisco ma wszystko, czego ci trzeba?
Zacisnęła dłonie na fragmencie koszuli, aż zbielały jej knykcie.
Nie, nie ma tam ciebie.
— Tak.
— To… dobrze.
Nie, wcale nie dobrze. Kiwnęła głową, czując każdy mięsień w swoim ciele drgający z nerwów. Obiecały spotykać się raz w miesiącu, przynajmniej na kilka dni o ile życie im na to pozwoli. Miały też pisać do siebie listy.
I choć wizja przelewania uczuć na papier nie brzmiała tak strasznie, tak jednak ten dystans był przytłaczający; przecież miały zamiar zamieszkać po dwóch zupełnie przeciwnych stronach kraju.
Ich wizyty były dziwne. Obce. Jakby dystans oddzielił je od siebie nie tylko fizycznie; każde spotkanie sprawiało wrażenie tego pierwszego, podczas którego uczyły się siebie na nowo, niepewnie, starając się zapamiętać, gdzie przebiega granica, której nie należało przekraczać.
Choć tęskniły za sobą, w listach opisując, jak bardzo wyczekują kolejnego spotkania, tak, gdy przychodziło zobaczyć się w cztery oczy — rozmowy rwały się w pół zdania. Oczy uciekały zbyt szybko, jakby czując, że nie powinny obserwować drugiej osoby dłużej, aniżeli kilka sekund. Dłonie uciekały od siebie niczym poparzone i choć wracały w swoim kierunku, tak wciąż były niepewne czy mogą, czy powinny, czy to jest dozwolone.
Nieporadność wkradała się między nie bez zaproszenia.
Było w tym coś bolesnego, żałosnego wręcz, gdy tęsknota mieszała się ze strachem a chęć bliskości z dystansem, który choć znajomy, przybierał teraz inną nazwę, której nie potrafiły odgadnąć.
Każde kolejne spotkanie przepełnione było niedosytem, które wraz z niewypowiedzianą obietnicą zżerały je od środka. I coś ciągnęło je do siebie mocno, tak z równie wielką siłą trzymał je od siebie z daleka lęk. Lęk, że jeden nieostrożny ruch może zniszczyć już i tak delikatną relację.
Łóżko skrzypnęło pod ciężarem dwóch ciał, a kolejne nuty melodii wybrzmiewały ze starego radia, ozdobionego chaotycznymi gryzmołami i ledwie dającymi się odczytać napisami. Dźwięk był wytłumiony, brzmiący jakby w oddali przez stare głośniki, ale to przez nie był przyjemny, melancholijny wręcz. Ciepły.
Zbliżyły się do siebie, nieświadomie łącząc nieporadnie drgające z nerwów palce, które po zetknięciu, niemalże w ułamku sekundy, odsunęły się od ciebie, niczym porażone prądem; Ten krótki, acz niewinny gest pozostawił po sobie skórę palącą żywym ogniem.
Ciepło ciała Violet, która opierała cały swój ciężar na ramieniu Lairy, było przytłaczający, choć półbogini niczego więcej nie pragnęła niż być tu, teraz obok niej. Jakby ten jeden, subtelny gest mówił więcej, aniżeli tysiąc słów, jakby córka Hekate chciała pokazać cicho, jak bardzo jej ufa.
Czuła się przytłoczona; każdy oddech, każde delikatne przesunięcie drugiego ciała był czymś, co wysyłało miliony sygnałów alarmowych do jej systemu nerwowego niczym czerwone światło ostrzegające przed czymś niebezpiecznym, przed czym nie ma odwrotu.
A jednak te kilka uderzeń serca sprawiło, że zapragnęła więcej, miała ochotę rzucić się na to słodkie niczym nektar uczucie bliskości, ciepło drugiego ciała, które mimo wszystko było tak kojące. Liczyło się tylko tu i teraz, dwie zagubione w świecie kobiety i niewypowiedziane słowa wiszące między nimi jak gilotyna — gotowe opaść w dowolnym momencie, pozbawiając kogoś głowy.
Na moment wszystko straciło znaczenie.
Smukłe palce Violet owinęły jej ramię, ściskając lekko, wręcz nieśmiało, jakby ta próbowała zwrócić na siebie uwagę; niebieskie oczy wpatrywały się w nią, nie pierwszy raz tego wieczoru, tym razem miała wrażenie, że ich energia, uczucia płynące były inne. Jakby gdzieś tam, za tą niedostępnością kryła się cicha prośba, z każdą chwilą stając się jeszcze bardziej natarczywa.
Przesunęła się, tylko odrobinę, ten jeden raz, choć wiedziała, że nie ma już odwrotu, a tym gestem zburzyła za sobą most. Oddech utknął w jej gardle, wisząc ciężko, niczym zlepiona breja i choć płuca zaczynały palić ją żywym ogniem, jej myśli krzyczały tylko więcej i więcej.
Nie wiedziała, czy to w pokoju było ciepło, czy może to ona miała gorączkę, przez którą jej ciało wręcz płonęło… oddech uciekł z ust Lairy w chaotycznych spazmach — urwany i nierówny, niczym ryba wyjęta z wody desperacko walcząca o przeżycie.
„Jeszcze tylko trochę” powtarzała sobie w myślach.
Pochyliła głowę, jednocześnie rozpływając się niczym świeży śnieg pod wpływem jej dotyku. Druga dłoń Violet spoczęła na obojczyku rudowłosej.
Przez dłuższy moment żadna z nich się nie poruszyła, siedziały obok siebie, niezdolne do jakiegokolwiek ruchu, wstrzymując oddech, jakby zbyt głośny dźwięk miał wszystko zniszczyć. Serce Lairy biło niczym oszalałe, jakby czuła, że jeśli się pochyli, zniweluje tę odrobinę przestrzeni, jaka między nimi pozostanie nawet o parę centymetrów, jeśli pozwoli impulsowi wygrać, to wszystko zniszczy.
Mimo strachu oraz resztki zdrowego rozsądku jej ciało krzyczało by zrobić to już, teraz, zaraz. Najlepiej w tej chwili.
Violet była tak blisko, że czuła jej oddech na skórze — ciepły, nierówny, zdradzający tę samą niepewność. Palce na jej obojczyku drgnęły, jakby chciały się cofnąć, ale zamiast tego zacisnęły się odrobinę mocniej, nieco boleśnie jakby córka Hekate zapomniała się na moment.
Ich spojrzenia splątały się, uwięzione jedno w drugim. I na przodków, błękitne oczy Violet wyrażały każdą emocję, którą bały się pokazać, każde pytanie, które nie było w stanie przejść im przez gardło.
Przełknęła ślinę, gardło miała ściśnięte z nerwów tak, że aż bolało, zaś serce waliło jej w piersi niczym oszalałe. Sekunda, która przecież miała trwać tylko ulotną chwilę, zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Chciała zamknąć oczy. Przysunąć się. Na boskich przodków, całą sobą chciała skrócić ten palący dystans.
Była jednak tchórzem, strach, który był równie silny i realny co pragnienie paraliżował ją, skutecznie odsuwał a ona, nie chcąc zostać odrzuconą i zniszczyć tego, co dotychczas zbudowały — trwała w tej niepewności.
Ich czoła niemal się zetknęły.
Niemal.
I w tym „prawie” było więcej napięcia niż w jakimkolwiek dotyku, który dzieliły.
Może to chwilowa brawura, której napływ będzie później rozpamiętywać, szlochając w łóżku ale gdy Violet ułożyła drugą dłoń na jej ramieniu — pękła.
Pochyliła głowę, nieśmiało ocierając swój nos o jej policzek.
Gorący oddech Violet musnął jej usta.
Alarm.
Ostry, dźgający w uszy brzęk starego zegara stojącego na komodzie przerwał to, co nie miało jeszcze szansy się rozwinąć. Zbyt głośny, by o nim zapomnieć, sprowadził je na ziemię.
Laira drgnęła gwałtownie, jakby ktoś wylał na nią kubeł lodowatej głowy a serce, gdy tylko odzyskała świadomość, podskoczyło jej do gardła.
Oddech urwał się na kilka sekund.
Violet cofnęła dłonie niemal instynktownie, machinalnie, jakby jej dotyk nagle parzył żywym ogniem. Ich spojrzenia, wystraszone i niepewne, uciekły w przeciwnych kierunkach. Dystans, jaki między nimi się wytworzył, znów był nieprzyjemny.
— Ja… — otworzyła usta, ale głos odmówił posłuszeństwa. Przełknęła ślinę, sięgając po przedmiot z drżącymi palcami. Zegar podskakiwał lekko na komodzie, nadal wydając z siebie znienawidzony dźwięk.
Violet odwróciła głowę, wypuszczając powietrze powoli, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, jak się oddycha. Uśmiech, który pojawił się na jej ustach, był nerwowy, kruchy, bardziej wymuszony niż prawdziwy.
— Oczywiście — mruknęła cicho, zasłaniając usta dłonią.
Laira skinęła głową, zbyt szybko, zbyt mechanicznie, tłumiąc śmiech, który groził przerodzeniem się w panikę.
— Tak… jasne. Jasne.
Spojrzały na siebie na ułamek sekundy. Może była dla nich jeszcze szansa.

────
[1498 słów: Laira otrzymuje 14 Punktów Doświadczenia]

Od Ishy — „Zestaw #76968"

Wielka, żółta torba z ostentacyjnym czerwonym logiem, które swoją drogą raziło po oczach niczym najjaśniejsza żarówka, łupnęła na ziemię wypchana po brzegi. Obok mniej upadła kolejna, mniejsza, później jeszcze jedna i kolejna a na samą górę Isha postawiła najmniejszy, wsadzony w papierową torebkę przedmiot.
Parasolka, która dotąd opierała się niepewnie o framugę drzwi, poddała się grawitacji i zsunęła na ziemię, uderzając o panele cichym stuknięciem.
Dźwięk odstawianych toreb był dla niej czymś cudownym, wspaniałym. Nie tylko jej ramiona za to podziękowały, ale i szelest klocków w kartonach zwiastował to, co będzie ją czekało.
Isha oparła się plecami o drzwi, wypuszczając powietrze z płuc w przeciągłym, lekko dramatycznym westchnieniu. To chyba oczywiste, że była zmęczona, a jej ramiona paliły żywym ogniem. Na jej piekących od ciężaru dłoniach widać było czerwone ślady po wrzynających się w skórę uchwytach. Miała wrażenie, że sapie niczym parowóz czy maratończyk, który chujowo przygotował się do biegu.
Mimo wszystko — duma rozpierała ją od środka. Tym razem jej chora zawziętość na coś się przydała, wtaszczyła te wszystkie torby na szóste piętro za pierwszym razem. I to bez widny, która oczywiście, znowu odmówiła posłuszeństwa. Nie, żeby kiedykolwiek działała dłużej, aniżeli miesiąc bez jakichś usterek.
Aż wróciły do niej słodkie wspomnienia, gdy utknęła w tej żelaznej klitce na paręnaście godzin, bo ta zatrzymała się między piętrami. Przez chwilę naprawdę rozważała napisanie skargi, ale wizja kolejnego formularza i bezsensownej rozmowy z administracją skutecznie odebrała jej motywację.
Zamiast tego zerknęła na stertę zakupów rozrzuconych przy wejściu i parsknęła pod nosem, zaś na jej twarzy pojawił się pierwszy od dawna, zupełnie szczery uśmiech.
— A mówią, że pieniądze szczęścia nie dają — mruknęła do siebie, jakby roztrwonienie gotówki w ekspresowym tempie było czymś godnym nagrody. Przeciągnęła się, ignorując parszywy ból w krzyżu, przez który zapewne następnego dnia nie będzie w stanie wstać z łóżka.
Nie mając zamiaru czekać ani chwili dłużej największą torbę przetargała ciągnąc po ziemi, w bardziej dogodne miejsce by następnie z nabożną ostrożnością, jakby w środku miała jakiegoś świętego Grala (w pewnym sensie tak było), wyciągnąć stamtąd wielki, czarny karton z narysowanym szkieletem tyranozaura.
Cena na paragonie bolała zarówno portfel, jak i duszę, wiedziała też, że będzie chyba musiała zjeść ten paragon, żeby nie dostać po łbie za wydawanie swoich ciężko zbieranych napiwków oraz resztek z każdej wypłaty, które zostawały jej pod koniec miesiąca.
Cudowny, wspaniały T-rex w skali 1:12 właśnie stał przed nią w swojej pięknej okazałości, wręcz proszący się o złożenie. Kosztował… no, sporo, ale był wart każdych pieniędzy. Zaraz po nim wyciągnęła zestaw z creatora, z którego planowała złożyć triceratopsa, zaraz za nim również czaszka trójrogiego dinozaura, kolejny zestaw lego z czaszką do złożenia, tym razem trexa. No i jej ukochane cudowne, muzeum historii naturalnej, które swoją ceną wywołało u niej mini palpitacje serca.
Przedostatnia torba zawierała dwa zestawy — jeden ze Spinozaurem a drugi z Mozazaurem. Ten pierwszy nie miał co prawda dinozaura do złożenia, jednak Isha była na tyle zapatrzona w sam fakt, że ten zestaw ma Spinozaura, że tyle jej wystarczyło.
— Już wróciłaś?
Głos dobiegający z sypialni sprawił, że włoski na karku Ishy momentalnie stanęły dęba. Zamarła w pół ruchu, trzymając w dłoniach kolejne pudełko lego, jakby liczyła, że jeśli się nie poruszy, to stanie się niewidzialna. Coś jak z tym stereotypem z parku jurajskiego — jak się nie ruszysz, to tyranozaur cię nie widzi. Spojrzała w dół na kolorowe ilustracje dinozaurów rozłożone na podłodze… i w duchu pożegnała się ze swoim marnym życiem.
— Taaak… No, wróciłam — odparła przeciągle, próbując udać niewiniątko, które właśnie NIE wydało swoich wszystkich oszczędności na zdecydowanie zbyt drogie kawałki plastiku — Właśnie weszłam.
W sypialni coś łupnęło, a zaraz za tym poleciało siarczyste przekleństwo. Może znowu ten cholerny obraz spadł ze ściany? Już dawno powinna przyczepić go na gwoździe, a nie taśmę dwustronną i odrobinę nadziei. Kobieta pojawiła się zaraz w drzwiach oparta o framugę, lodowatymi, niebieskimi oczami przeszywając ją na wskroś. Chyba nie miała zbyt dobrego humoru, jej dłonie były skrzyżowane na klatce piersiowej a mina? Zdecydowanie jedna z tych, które ostrzegały przed rychłym zgonem, jeśli coś będzie nie tak, jak powinno.
Jej wzrok wędrował to od Ishy, to po rozrzucone na podłodze pudełka, to na puste torby.
— Isha… — no tak, miło było pożyć te paręnaście lat. Żegnaj okrutny świecie. — Co to jest?
— Lego — odparła machinalnie, jakby właśnie o to została zapytana. Co prawda dobrze wiedziała, że kobiecie nie o to chodzi, jednak warto było spróbować. Może ugłaska bestie i zobaczy kolejny wschód słońca? — Z dinozaurami! Zobacz, jakie zajebiste! — mówiąc to, złapała zestaw z Mozazaurem.
Grobowa cisza, którą dostała w twarz, była ciężka niż te kartony, które wtargała do mieszkania. Ciemnowłosa zrobiła krok w przód, mrużąc przy tym oczy. Z każdym krokiem jej mina z zaciekawienia powoli zmieniała się i pojawiało się na niej wymowne „Ja pierdole” w połączeniu z żyłką pulsującą na czole.
— Ile?
Włoszka otworzyła usta, jednak wstrzymała się. Zamknęła je, próbując wyczuć podstęp. Jakby jedna zła odpowiedź dzieliła ją od być albo nie być.
— Ile czego?
Kobieta uniosła brew.
— Isha.
— No co! Mogłabyś się określić.
— Więc?
— Dużo.
— Jak dużo?
Umrze. Zginie. Zabiją ją. W myślach już odmówiła modlitwę do przodków.
— Okej! Słuchaj, dobra? — odstawiła kartonik, unosząc dłonie w geście kapitulacji. — Dużo, okej? Tak no… w chuj. Ale zasłużyłam! — niosła się, gotowa do obrony swojego dobytku. — …no i była promocja — dodała już ciszej, ledwie słyszalnym głosem.
— Wydaliśmy w tym miesiącu kupę hajsu — przypomniała Anastazja chłodno, choć w jej głosie czaiło się więcej zmęczenia i rezygnacji, aniżeli złości. Chyba najgorsze minęło — A ty wracasz do domu z armią plastikowych dinozaurów.
Isha spuściła wzrok, kopiąc czubkiem buta w jeden z kartonów.
— Mozazaur nie był dinozaurem a morskim gadem… — wymamrotała na bezdechu, nie kryjąc pretensji w głosie.
Anastazja prychnęła, mimo woli.
— Jesteś niemożliwa.
— Wiem! Ale! Kupiłam ci prezent.
Mówiąc to, niewiele myśląc, wcisnęła jej w dłoń ostatnią, tym razem papierową, żółtą torbę z pretensjonalnym czerwonym logiem. W środku zapakowany był mały, w porównaniu do tych, które leżały już wyciągnięte, karton w odcieniach błękitu z wielkim napisem „DISNEY” w rogu.
— Naprawdę kupiłaś mi tego upośledzonego kurczaka? — kobieta uśmiechnęła się lekko, trzymając prezent w dłoniach. Choć starała się wyglądać na niezadowoloną, niczym wkurzony rodzic, Isha jednak wiedziała, że trafiła w jej czuły punkt.
— I tego brzydkiego chomika, którego ostatnio oglądałaś w sklepie — zniżyła głos do szeptu, robiąc dwa kroki w przód. Najwyżej oberwie w potylicę. Pochyliła się lekko w przód, nadstawiając z wymownym wyrazem twarzy; dobrze wiedziała, czego chce i miała zamiar to dostać, nawet jeśli musiała trochę przyaktorzyć.
Tym razem jednak poszło wyjątkowo szybko. Kobieta odgarnęła z jej czoła niesforne kosmyki włosów. Gest ten był im dobrze znany, pełen czułości i troski, która na co dzień nie potrzebowała słów.
Pocałunek był krótki, ledwie można go było tak nazwać, przypominał bardziej cmoknięcie w kącik ust, jednak Ishy to wystarczyło.
Chwilowo.

────
[1116 słów: Isha otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Apollodorosa CD Chaita — „Praca i po pracy"

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

— Chait?! Kto by pomyślał, że los znowu postawi nas w tym samym miejscu w tym samym czasie! — Zaskoczenie, którego doznał, po chwili zmieniło się w pozytywne odczucie. — Nie wspominam o tym bardzo, no, tylko jeśli jestem w trakcie przygotowań do targów. Nie przejmuj się, praktycznie nic nie spadło. — Zanurkowało na chwilę pod stolik i złapało druki jeno obrazów, które spadły na podłogę. Odstawienie ich na miejsce zajęło mniej niż minutę.
— Och, to… biznes idzie spoko? Ludzie kupują? Ja akurat ze znajomymi, nie jako pracownik, tylko gdzieś poszli… — Chait westchnął cicho przy oglądaniu obrazów jeszcze raz, w taki sposób, jak przy sprawdzaniu, czy towar stoi poprawnie na sklepowej półce.
— Nawet całkiem schodzą, ci powiem. — Uśmiechnęło się łagodnie do mężczyzny. Nadal przy patrzeniu na niego miało to uczucie jak przy pierwszym spotkaniu… Dziwne, oby po prostu znowu sobie wyobrażał. — Z tymi tłumami trudno kogoś znaleźć, telefonu raczej nie odbiorą, a SMS-a nie zobaczą… Chcesz posiedzieć ze mną, może ich złapiesz, kiedy będą przechodzili obok nas? — Dołożył kilka sztuk odbitek ze stempli, które sam zrobił oraz przypinek do koszyczka, jakby w odpowiedzi na nerwowe spojrzenie szatyna. — Nie przejmuj się serio, żadne się nie zepsuły przecież.
— Fajnie, że biznes idzie. Nie chcę ci czasu oraz miejsca zajmować, wiesz? — Ton głosu nie wydawał się jednak Dorosowi zbyt przekonujący.
— Nie zajmujesz mi czasu to raz, dwa, tak się składa, że mam drugi stołeczek. — Rudzielec się wyszczerzył, znowu zwinął w pół pod stolikiem, po chwili cichego szurania odginając się znowu ze składanym stołeczkiem w dłoniach. — Jak mówiłem, żaden problem słonko.
Zanim Chait zdążył zarejestrować w pełni, że został nazwany słonkiem, to już praktycznie został posadzony na plastikowym mebelku o kolorze spranej zieleni (z kolorowymi plamami zaschniętej farby na nóżkach, ale to było trudno od razu zauważyć). Doros patrzył się na niego ze swoim firmowym rozpromienionym niczym słońce w letni dzień wyrazem twarzy.
— Skoro los nas znowu spotkał, to może nasz znak, żeby się poznać lepiej co? Jeśli chcesz coś do picia, to tutaj masz butelkę wody, którą dostałem od organizatora, ale że mam swoją to wiesz, nieotwarta. Czekaj ktoś chyba do nas podchodzi, zaraz wrócimy do rozmowy. — Heros obrócił się znowu przodem do tłumu przechodzącego między szeregiem stoisk. Opowiadał o swoich produktach, jak je robi, na koniec osoba kupiła nie tylko przypinkę, ale też kopię jeno obrazu.


Chait?
────
[381 słów: Apollodoros otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

niedziela, 11 stycznia 2026

Od Dahlii CD Isobel — „To twój ciężarek?”

Poprzednie opowiadanie

Gdy potok słów zalewał uszy Dahlii i wypełniał przestrzenie w jej mózgu, nie oponowała.
Nie było to jej pierwsze rodeo, już w pracy natrafiała na sporą liczbę osób, które wylewały z siebie informacje, jak wartki potok. Zanim weźmie pierwszy wdech, żeby rzucić wyzwanie i przerwać ciąg wodny, zawsze ją porwą w strumień. Albo wyminą zręcznie, zostawiając z pytaniem zwisającym w powietrzu, którego odpowiedź pływa gdzieś w gąszczu 5 minut dalej. Albo nawet nie zaczęła się formować w źródle.
Jakby ktoś postawił Dahlii wybór: osoba, która bez przerwy papla albo milczek, wybrałaby to pierwsze.
Przy uparcie milczących osobach sprawa wygląda zazwyczaj tak, że musisz siłą wykopywać informacje tam, gdzie Ci wskazują. Przy odrobinie szczęścia pierwsze uderzenia spowodują jakieś wycieki, na tym może jako tako pracować. Gorzej, jak trafia na kogoś, kto absolutnie się niczym nie chce dzielić, tak, jakby te informacje były na wagę złota. A często chodziło się o tak błahe sytuacje, jak „co się stało w tym Starbucksie, był pan świadkiem walki dwóch kobiet?”. Dni z takimi wywiadami zaliczała do gorszych.
Przez głowę przemknęła jej myśl, czy tak właśnie się czują pozostali, którzy puszczali sobie muzykę czy podcasty przez słuchawki.
W tym momencie robiła przysiady ze sztangą.
Przysiad.
…jak miałam te pięć lat, to wskoczyłam na podobną maszynę, bo odkryłam, że siłownia nie była zamykana…
Przysiad.
…potem jakaś babcia się na mnie wydarła, bo stanęłam w butach na ławce, ale skąd miałam wiedzieć…
Przysiad.
…cały czas tego typu ludzie przychodzą do baru i rozlewają piwo, ja oczywiście odpowiadam, że nie szkodzi, ale…
W którymś momencie Dahlia przestała liczyć. Machinalnie opuszczała ciężar, podnosiła, w głowie meandrowała pomiędzy wątkami… Zdążyła już zapomnieć imienia, padło zdecydowanie za dużo nazw. Wątkami rudowłosej istoty, która próbowała ukryć zmęczenie. Przecież nie dostosowywała ciężaru, tylko od razu ruszyła na głęboką wodę.
— Ch-chciałam wtedy kupić nowy mop…
— Zmień sobie maszynę — Dahlia przerwała dobitnie, nawet nie odwracając się w stronę nowo poznanej dziewczyny. — Zrobiłaś wystarczającą liczbę powtórzeń, ćwicz na inne mięśnie.
Mówiąc to, odłożyła sztangę i wyciągała ciężary. Sama nie policzyła, ile przysiadów zrobiła, za to poczuła mocne napięcie w udach. Jako stały bywalec siłowni była do tego przyzwyczajona, ale chwilę później poczuła ból. Przesadziła.
Tamta dziewczyna nawet nie dała się zaskoczyć. No tak, prawdopodobnie w życiu była przerywana cały czas, można było się tego spodziewać. Nie wyglądała na obruszoną w żaden sposób.
— No tak, tak dawno nie byłam na siłowni, a przecież trzeba utrzymywać jakąś aktywność fizyczną. Nie tylko spacerami czy ruszaniem się w barze. Samo się nie wyrobi!
Po krótkiej przerwie wstała, wybierając jakąś równie skomplikowaną maszynę. Posiadała jakąkolwiek instrukcję, a przynajmniej tyle Dahlia wywnioskowała z okrzyku zadowolenia i stwierdzenia „tutaj to już dam sobie sama radę!”. Ta osoba kojarzyła się jej z tymi dzieciakami, których nie przerażała masywna postura oraz tatuaże, albo chociaż zbierały dużo odwagi, żeby to zignorować. Zawsze rezolutne, lubiące rozmawiać, chłonące wiedzę jak gąbka. Co prawda, bywały często problematyczne, ale nie wszystko można mieć. Była to miła odmiana po tych wszystkich ludziach, którzy się wzdrygali mimowolnie na widok blizny na twarzy córki Demeter. Po nabieraniu dystansu na ulicy, bo kojarzyła się z jakimś przestępczym światkiem. Nie zliczyła już, ile razy policja ją zatrzymywała i ile razy musiała prezentować dokumenty świadczące o tym, ze się urodziła legalnie w Ameryce.
— W ogóle, to czym się zajmujesz? Wyglądasz, jakbyś zarabiała na życie jeżdżąc na igrzyska olimpijskie. Albo łapiąc przestępców na codzień. Wiesz, jak w książkach akcji, tajemniczy glina z blizną na twarzy rozwiązuje zagadki niebezpiecznego miasta. — Świeżak zagadnął, tym razem zostawiając ciszę i przestrzeń do odpowiedzi.
Dahlia przewróciła oczami z uśmiechem. Nie liczyła też, ile razy ludzie myśleli, że pracuje fizycznie, na przykład na budowie.
— Jestem dziennikarką. Przeprowadzam wywiady, opisuję zdarzenia. I to nie są jakieś ekscytujące, kryminalne sprawy. Proza życia. — Ubiegła potencjalne pytania, już odruchowo.
Teraz podnosiła hantle, siedząc na ławce. Ignorowała zrywy bólu przy gwałtownym poruszeniu nogami, zerkając co jakiś czas na nowo poznaną osobę. Przynajmniej wagę obciążenia ustawiła już normalną, bez potrzeby udowadniania czegoś.
Dziewczyna zaczęła kolejny potok słów, tym razem nieco bardziej spowolniony. Tak, jakby zwracała nieco większą uwagę na to, co do Dahlii dociera. Rozprawiała o wypadkach czy zdarzeniach, jakie się działy w drodze do domu, na uczelnię, w pracy. Ktoś rozlał napój, bo padło niespodziewane zerwanie. Stały bywalec baru chciał sprzedawać kalesony i wszyscy go wyśmiali. Barny poślizgnął się na oleju do frytkownicy, bo w beczce na odpady była dziura. Po czym zadała pytanie, czy Dahlii nie przeszkadza, że tyle opowiada.
Odbiorczyni tej wypowiedzi zajęło parę chwil, zanim zorientowała się, że to było pytanie do niej.
— Nie, nie przeszkadza mi to. — Skwitowała. — Jaki byłby ze mnie dziennikarz, gdybym nie umiała wysłuchać?
Rzeczywiście jej to nie przeszkadzało. Specjalnie wychodziła do siłowni, do jakichś hobbystycznych klubów czy na plażę po to, żeby patrzeć na te okruchy życia. Wystarczająco czuła się odizolowana przez nadmierną elektronikę dookoła, która przyciągała te cholerne potwory, że doceniała każdą próbę przybliżenia jej świata, który funkcjonuje swoim torem. Nawet, jak ludzie byli przylepieni do komórek, to wciąż zdarzały się small talki, zdarzały się rozmowy czy gesty, które doprowadzały do jakichś znajomości, przyjaźni, czy nawet i ślubów. Wtedy miewała nadzieje, że może ten świat nie jest tak spierdolony i może kiedyś się uwolni od ciążącego nad nią widma półboskiej bezradności.
Rozmówczyni tylko się uśmiechnęła szerzej i z nowymi siłami trenowała mięśnie, wplatając jakieś drobne opowieści.
— Wielu osobom, szczególnie rówieśnikom, to przeszkadzało. A ja często tylko opowiadałam, co rano zauważyłam, kto z kim do lasu poszedł, kto na treningu oszukiwał… — Zawahała się, po raz pierwszy tego dnia. — W obozie. Matka wysyłała mnie na całe wakacje na obóz, żebym z innymi dzieciakami nabywała potrzebnych umiejętności survivalowych. Rozpalanie ognisk, strzelanie z łuku, jakieś ścianki wspinaczkowe. Wszystko bez telefonów, żebyśmy się nie uzależnili, a także uczyli się rozmawiać z innymi.
Dahlia zmarszczyła czoło, ale tak, żeby rudowłosa jej nie zauważyła. To raczej przypadek, prawda?
— O, kolejna osoba, która siedziała w obozie? Mam wrażenie, że połowa San Francisco wysyła swoje dzieciaki na obozy. Nie ma to, jak nauka bycia skautem i zdobywanie odznak. — Zaśmiała się. „Proszę, powiedz, ze siedziałaś w skautach. Oby nie ten Saturn, czy tam Jupiter, jak zwał tak zwał.” Pomyślała prędko.
— Niee, nie skauci. Po prostu… No obóz dla dzieciaków z problemami w szkole. To było przy Nowym Jorku, nie w San Francisco. Ale coś jest z tymi obozami, dużo rodziców wysyła swoje pociechy, prawda?
Mruknęła, że rzeczywiście coś z tym jest. Spojrzała na zegar i przywitała z ulgą fakt, że za 10 minut kończył się jej czas. Wystarczająco, żeby wyjść i nie czuć, że zmarnowała czas. Nie miała pojęcia, ile może być obozów dla problematycznych dzieci w okolicach Nowego Jorku, ale nie będzie ryzykować odkrycia kolejnego półboga. Wystarczy, że w tym mieście odkryła Arnar i teraz do tej pory buja się z głupimi sytuacjami, w jakie wpadają. Nie, żeby narzekała na uzyskanie relacji, którą by mogła nazwać w jakiś sposób… przyjacielską? Ale przez to trafili już na zirytowane latające lochy, meduzy wyrabiające czas pracy przy pączkach i na cholerne duchy. Jest też szansa, że następnego dnia tą trzpiotkę rozjadą blemmejowie w monster truckach i się już nie spotkają więcej, a już wystarczająco ją bolały kolejne notki o zaginięciach herosów.
— Oh, czas mi się już kończy, muszę się zbierać. — Wtrąciła się, wskazując ruchem głowy na zegar. Rozglądała się w poszukiwaniu plecaka, ale o dziwo, nie mogła go znaleźć.
„Co jest, do cholery?” pomyślała Dahlia.
Isobel?
────
[1214 słowa: Dahlia otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]