piątek, 13 marca 2026

Od Kai CD Oriany — „My kink is karma”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Odkąd kierowniczka zniknęła, restauracja zaczęła borykać się z wieloma problemami. Pracownicy nie nadążali z zamówieniami, Oriana ledwo ogarniała cały zespół, a Kaya od tygodnia nie była nawet na pięciominutowej przerwie. Jedli w biegu, pili w biegu, do toalety wymykali się tylko w chwilach, kiedy naprawdę nie mogli już wytrzymać. To była istna tragedia. Chaos, którego nie dało się opanować.
Po kolejnym okropnym zamknięciu Kaya wyszła na zewnątrz, żeby zapalić papierosa. Robiła to tylko wtedy, kiedy wiedziała, że Oriana tego nie zauważy. Od początku znajomości wiedziała, że dziewczyna jest wyjątkowo cięta na palaczy i wolała się jej nie narażać.
Tym jednym razem nie udało się jej uniknąć menadżerki. Ten jeden raz zauważyła grymas na twarzy Oriany nie z powodu denerwujących klientów, a z powodu śmierdzącego dymu papierosowego.
Kaya uśmiechnęła się niezręcznie i szybko wyrzuciła peta na ziemię. Zdeptała go butem i odchrząknęła.
— Ciężki dzień, co? — zagaiła. Nie chciała, by rozmowę zaczęła Oriana. Poczułaby się wyjątkowo niekomfortowo, gdyby zaczęła swoje kazanie na temat szkodliwości papierosów i używek samych w sobie. — Masz jakieś wieści od szefowej? Kiedy wraca?
— Wiem tylko, że wyjechała na dłużej. — Wzruszyła ramionami. — Pomożesz mi posprzątać?
— Jasne!
Wróciły do środka. Kai zrobiło się trochę słabo na widok brudnych stolików i mokrej podłogi. To wszystko zrobili ludzie, którzy przyszli tutaj na jedzenie. Nie rozumiała, jak można być taką świnią, żeby nawet nie wynieść śmieci do śmietnika. Na dodatek ze wszystkiego nienawidziła sprzątać takich obrzydliwych brudów, ale… dla Oriany mogła przemóc obrzydzenie i niechęć.
Poszła po mop i wiadro z wodą oraz płynem do mycia podłóg. Wolała zająć się najpierw tym, żeby te brudne stoliki zostawić sobie na koniec.
— Hej, rozliczałaś dzisiaj kasę?
Przerwała mycie podłogi. Oriana podeszła do niej ze ściągniętymi brwiami.
— Nie. — Pokręciła głową. — To robił… jak on miał na imię?
— Hudson?
— Tak, to ten.
— Dziwne — mruknęła już bardziej do siebie.
— Coś się stało? — dopytała. Przyzwyczaiła się, że Orianę musiała ciągnąć za język i wręcz zmuszać do dalszej rozmowy. Gdyby tego nie robiła, to zapewne nigdy nie poznałyby się bliżej.
— Ostatnio za każdym razem, gdy Hudson jest na kasie, to mamy sporo na minusie.
— Może myli się przy wydawaniu reszty?
Kaya w pierwszej kolejności nawet nie pomyślała o kradzieży — sama miała problem z liczeniem drobnych, kiedy ktoś płacił gotówką.
— Nieważne. — Machnęła ręką. — Później to sprawdzę.
Nie zdążyła nawet zapytać o coś jeszcze, bo Oriana zniknęła za ladą. Pozostało jej tylko skończyć sprzątać.
 
Przez godzinę, którą Kaya poświęciła na porządkowanie sali, Oriana siedziała w pokoju menadżera i liczyła pieniądze z kasy. Nie mogła zrozumieć, dlaczego brakowało aż trzystu dolarów. To zdecydowanie za dużo.
Kaya zapukała grzecznie do drzwi. Nie wchodziła nieproszona, ale dzisiaj wyjątkowo walczyła z chęcią wejścia bez zaproszenia.
— Możesz iść do domu — powiedziała Oriana.
Normalny człowiek by się ucieszył. Była w końcu dwudziesta trzecia i po tak ciężkim dniu wypadało chociaż trochę odpocząć. Kaya jednak nie należała do tej normalnej grupy ludzi, więc dalej stała pod drzwiami i nasłuchiwała.
— Stoisz tam jeszcze?
Uznała to za okazję.
— Mogę wejść?
Usłyszała szuranie. Miała nadzieję, że Oriana właśnie wstała i idzie otworzyć jej drzwi.
— Nie. — Mogła się spodziewać takiej odpowiedzi, ale wciąż się zawiodła. — Wracaj do domu. To nic ważnego.
W tym momencie nawet odrobinę nienormalna osoba odpuściłaby i poszłaby do domu. Kaya jednak nawet nie była odrobinę nienormalna. Była zdecydowanie bardzo nienormalna.
Złapała za klamkę i uchyliła drzwi. To było najgłupsze, co mogła zrobić, bo gdyby nie to, że Oriana była dla niej miła i ją tolerowała, to z pewnością dostałaby za takie zachowanie srogi opierdol.
— Nie prosiłam, żebyś…
— Podejrzewasz go o kradzież, prawda? — przerwała jej. — To nie jest taki głupi pomysł. Pomyśl o tym w ten sposób — szefowa wyjechała na urlop, a restauracja ledwo radzi sobie z ilością zamówień. To idealny moment, żeby coś podpierdolić z kasy, co nie?
Oriana zamrugała. Nie powiedziała nic. Była w zbyt dużym szoku.
— Okej.
— Źle myślę? — zdziwiła się. — Nie mów mu potem, że go podejrzewałam o kradzież.
— Nie, w sensie… — próbowała jakoś wyjaśnić swój punkt widzenia, ale trochę przeraził jej słowotok ze strony Kai. — Myślałam, że to przypadek, ale coraz mniej wygląda mi to na przypadek. To nic, czym powinnaś się martwić. To mój problem.
— Mogę pomóc. — Wzruszyła ramionami. Zachowywała się, jakby to było nic takiego. — Zawsze chciałam się pobawić w detektywa.
Oriana westchnęła. Zdecydowanie się jej nie pozbędzie.
— Nie będziemy bawić się w detektywów. — Spróbowała chociaż przywrócić Kayę do porządku.
— Tak będzie zabawniej — zachęcała menadżerkę. — Musi się coś dziać, prawda? I w ogóle… lepiej podejść do tego ze spokojem.
— Nie jesteś zmęczona? — zmieniła na chwilę temat. — Jest prawie północ, a ty próbujesz mi pomóc z jakąś nic nieznaczącą sprawą.
— Można powiedzieć, że brakowało mi trochę ekscytujących doświadczeń. — Gdy to mówiła zawijała wokół palca biały kosmyk włosów. — To kiedy zaczynamy śledztwo?
Weszła do środka, czując, że tą rozmową Oriana ją do czegoś zaprosiła, chociaż tak naprawdę dziewczyna cały ten czas próbowała się pozbyć współpracownicy.
— Macie tu kamery? — zapytała, dostrzegając komputer. — Może się coś zapisało?
— Nie wiem, czy mam ochotę zajmować się tym dzisiaj — przyznała. — Wróćmy do domu. Jest zbyt późno, a ja nie lubię zostawać tutaj po godzinach.
— Jeśli tak wolisz. — Ostatni raz przyjrzała się monitorowi, który akurat teraz musiał być wygaszony. — Ale od jutra się tym zajmiemy, co nie?

Orianka?
────
[856 słów: Kaya otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Artema CD Edgara — „I Want You To Know That I'm Awake”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Artem nie był typem psiarza i trochę nie wiedział, co ma zrobić ze skaczącym na niego jamnikiem. Edgar w tym czasie ściągał z nóg buty, a piesek nie przestawał się wokół nich kręcić, widocznie zadowolony, że w końcu znalazł się w ciepłym miejscu i nie musi wyżerać śmieci ze śmietników.
— Nie zatrzymam go.
Chciał postawić sprawę jasno. Nie chodziło nawet o bezpieczeństwo żab. Artem zwyczajnie uważał, że byłby tragicznym właścicielem dla pieska. Szczególnie takiego małego, bo jeśli kiedykolwiek zdecydowałby się na psa, to wybrałby większego przedstawiciela tego gatunku.
— Proszę.
Edgar złożyło ręce jak do modlitwy i błagalnie spojrzało na Artema.
— Wiesz w ogóle kto jest jego właścicielem?
Przeszli do salonu. Odkąd ich relacja się trochę… poprawiła, Artem wyniósł terraria z powrotem do drugiego pokoju. Chociaż żab nie dało się zauważyć na pierwszy rzut oka, Edgar panikowało na sam widok szklanego pudła.
— Raczej jest bezdomny. Widzisz jaki jest wychudzony i brudny? — Usiadło na malutkiej kanapie. Nadal było dosyć spięte i nie czuło się komfortowo, gdy przebywało w mieszkaniu Artema. — Sprawdzę to jeszcze u weterynarza. Potrzebuję po prostu tymczasowego miejsca dla niego.
— Oriana ci zabrania mieć psa?
Jamnik wskoczył na kanapę i wgramolił się Edgarowi na kolana. Jego brudne łapki odcisnęły ślady na spodniach policjanta.
— Nie tyle, co Oriana. — Podrapało pieska za uchem. — Właściciel mieszkania nie byłby z tego powodu zadowolony.
Artem zacisnął wargi. Nie chciał mieć na swojej głowie psa, ale też nie miał serca wyrzucać Edgara z mieszkania razem z tym bezbronnym stworzeniem.
— Mogę go zatrzymać — westchnął. — Ale na chwilę.
 
Edgar zabrało psa do weterynarza niedługo po tej rozmowie. Chciało sprawdzić, czy pies na pewno jest bezdomny; a było tego prawie pewne po jego wyglądzie i tym, że nigdzie nie widziało ogłoszeń o zaginionym psie.
To, co usłyszało przerosło chyba wszelkie oczekiwania. Spodziewało się, że pies jakimś cudem może mieć właściciela, ale uciekł na tyle daleko, że ogłoszenia o zaginięciu tutaj nie dotarły. Spodziewał się także, że jest zwyczajnie bezdomny lub został porzucony i nie ma nawet chipa. Nie spodziewał się natomiast, że pies okaże się zwierzakiem nijakiego Terry'ego Janssena, zamordowanego około trzy miesiące temu dzieciaka.
To oznaczało tylko jedno — pies tragicznie stracił właściciela i przez trzy miesiące krążył wokół miejsca masakry, bo był tak bardzo zżyty z dzieckiem. Egdar mogło go tylko oddać do schroniska, ale widząc te maślane orzechowe oczka, nie mogło się do tego przemóc. Można powiedzieć, że się trochę w tym jamniku zakochało.
— Nie uwierzysz!
To były pierwsze słowa, które rzucił już od progu do Artema, kiedy wrócił z psem od weterynarza.
— Pies ma właściciela, a my go przetrzymujemy nielegalne w mojej chacie?
— Gorzej. — Rzuciło swój płaszcz w kąt, bo nawet nie chciało się fatygować, żeby go odwiesić na wieszak. — O wiele gorzej.
Poszło do salonu razem z ucieszonym, nieczego nieświadomym, pieskiem.
— Ten pies należał do tego zamordowanego dzieciaka.
— Którego? Dużo ich umarło chyba, co nie?
Artem nie siedział. Stał w wejściu do salonu z założonymi na piersi rękoma.
— Terry Janssen. Okazuje się, że ten pies musiał przez trzy miesiące krążyć wokół miejsca, gdzie go zamordowano. Smutne, prawda?
— Mam nadzieję, że moje żaby też by tak tęskniły, gdybym umarł.
— Nie żartuj sobie — warknął, poirytowany. Edgara musiało to teraz szczególnie boleć. Zdążyło zapomnieć o tej sprawie tylko na chwilę, bo teraz przypadkowy pies musiał to wszystko zniszczyć. — Nie chcę go oddawać do schroniska. Przywiązał się do mnie… chyba.
— Nie zostanie u mnie dłużej — ostrzegł go Artem. — Mówiłem serio. Znasz mnie.
Edgar przegryzło wargę. Od początku znajomości wiedział, że Artem nie pozwalał sobie na przekraczanie postawionych granic. Tej upartości nie przerwałby nawet jamnik z orzechowymi, wielkimi oczami.
Patrzyli się na siebie w ciszy, Edgar z nadzieją, że Artem może jednak się złamie, a Artem czekał, aż Edgar odpuści.
— Nieważne. Pogadam o tym z Orianą.
— Masz w ogóle dla niego jakieś rzeczy?
— A co? Znasz jakiś dobry sklep zoologiczny?
Artem znał dobry sklep zoologiczny. Chodził tam co jakiś czas, żeby kupić robaki dla swoich żab. Nie patrzył co prawda na dział z psimi rzeczami, ale musieli mieć jakieś obroże i smycze.
— Nazywa się on jakoś? — zapytał Artem, kiedy wchodzili do sklepu. Mały towarzysz truchtał tuż obok nóg Edgara. Chyba już sobie wybrał właściciela.
— W bazie danych zapisany jest jako Ryjek. Całkiem urocze imię, co nie?
— Widać, że nazywał go dzieciak — prychnął śmiechem. — Zostawiasz mu to imię?
Edgar przykucnął przy alejce z psimi przysmakami. Wziął do ręki jedno opakowanie i pokazał pieskowi.
— Nie ma sensu go zmieniać. Wątpię, że zacząłby reagować na inne.
Uniosło wzrok. Artem tylko wzruszył ramionami.
— Nie znam się na psach i na ich żarciu.
Edgar przewróciło oczami i podniosło się proste nogi. Skoro tak, to uznał, że przysmaki będą dobre i je weźmie.
Potem jeszcze wybierali miski, jakieś legowisko, obroże i smycz. Edgarowi zabrakło rąk do noszenia tego wszystkiego, więc Artem cały czas robił za tragarza. Obładowany psimi rzeczami wrócił do mieszkania Edgara.
Oriana otworzyła im drzwi niechętnie i jeszcze bardziej niechętnie spojrzała na jamnika. Poznała go już i powiedziała Edgarowi, że nie mogą go zatrzymać; ale rozmowa z Edgarem czasem polegała na odbijaniu piłeczki od ściany.
— Rozumiem, że nie mam zdania na ten temat? — Spojrzała na rzeczy, które trzymali w rękach. To jedno wielkie legowisko zrobiło na niej szczególne wrażenie. — Świetnie.
— Nie denerwuj się. Nie będzie ci wchodzić do pokoju — powiedział tylko Edgar i szybko poszedł do siebie. Artem cały czas szedł za nim z wypchanymi po brzegi siatkami oraz legowiskiem pod pachą. Musiał wyglądać komiczne.
Artem wcisnął się do pokoju i zamknął drzwi nogą. Siatki z zakupami cisnął na łóżko Edgara.
— A może zmień mu imię na takie groźne?
— Twoja żaba nazywa się cukierek, z tego, co pamiętam.
— Pierdol się, nie znasz się na imionach. — Położy legowisko na ziemię. Ryjek od razu wszedł je obwąchać. — Psa bym nazwał demon.
— Musisz aż tak podkreślać swoją męskość?
— Na każdym kroku. — Uśmiechnął się złośliwie. — Trzeba jakoś zaznaczyć dominację.
Na ich nieszczęście ściany w tym mieszkaniu były zrobione chyba z kartek — na tyle cienkie, że Oriana słyszała praktycznie każde ich słowo i poirytowana musiała dawać im znak pukaniem, żeby byli trochę ciszej.
— Odpukaj swojej przyjaciółce, Edgar. Zaznacz dominację.

zdominuj mnie prosze uwu
────
[1000 słów: Artem otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Podsumowanie walentynek

Odkąd Asx bije mnie batem (niebieska karta w toku, dziękuję, że pytasz–... NIE, ASX, NIC NIE MÓWIŁEM), podsumowania eventów pojawiają się całkiem szybko — w tym przypadku na przykład mamy podsumowanie walentynek tylko miesiąc po walentynkach, a nie (prawie) dwa, jak w zeszłym roku. Z tego względu tym razem czeka was nudne podsumowanie, a nie radosne zamknięcie bloga z autorskim fanartem Judavu wykonanym w Paintcie.

STATYSTYKI

W tym roku event walentynkowy wyglądał nieco inaczej. Do wykorzystania mieliście 14 (bardzo walentynkowa liczba, prawda?) przygotowanych przez nas uprzednio promptów. Niektóre bardziej lubiliście, innej mniej, część w ogóle nie została wykorzystana i zamierzam zwalić to na fakt, że event pokrył się z końcem semestru i sesją studentów debili.
9 opowiadań napisaliście solo z punktu widzenia jednej postaci. Dostaliśmy także 5 dwuczęściowych mini-wątków od blogowych par. Łącznie 19 opowiadań pojawiło się na blogu z okazji walentynek.
Statystyki dotyczące wybieranych przez was najchętniej promptów prezentują się tak:

♡ Pierwsza miłość: 0
♡ List miłosny: 1
♡ Kurs tańca: 0
♡ Piąte koło u wozu: 1
♡ Sparing: 0
♡ W walentynki wszędzie są promocje dla par, więc czemu nie poudawać jednej, oszczędzić trochę i dobrze się przy tym bawić?: 2
♡ Wszyscy wybierają się na walentynkową imprezę w parach i trochę głupio wyglądałoby pójście solo. Może możecie po prostu pójść razem: 1
♡ To była absolutnie najgorsza randka, o jakiej można pomyśleć. Absolutnie. Najgorsza: 0
♡ To również była najgorsza możliwa randka. Nie dla ciebie, ale zdecydowanie przez ciebie: 1
♡ Takie rzeczy zdarzają się przecież tylko na filmach, więc dlaczego to ty teraz tkwisz z kimś w windzie pomiędzy piętrami, a głośnik zaciął się na możliwie najgorszym dżinglu?: 3
♡ Było tylko jedno łóżko: 1
♡ To miał być tylko miły gest. To, że przy okazji spłonęła kuchnia, to całkiem niemiły dodatek: 1
♡ To były wasze ostatnie wspólne walentynki: 1
♡ „Ostatni raz powtarzam, żaden bukiet nie był zamawiany na ten adres–... och”: 2

Z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu tylko jedna osoba wybrała prompt z jednym łóżkiem (dziękuję za uratowanie honoru, Szczypior), a aż 3 razy zdecydowaliście się napisać o uszkodzonej windzie. Wiecie, przy półbogach częściej psują się rzeczy martwe i te sprawy. Z całą pewnością nie była to wina chęci torturowania postaci przez ich autorów.

NAGRODY

Za każde opowiadanie przydzielaliśmy postaciom dodatkowe 20 Punktów Doświadczenia wspomniane w poście z ogłoszeniem eventu. Dodatkową nagrodą miało być kolejne 20 PD i jednorazowy immunitet na ostrzeżenie dla osoby/pary, która wygra w głosowaniu publiczności. Chociaż głosowanie się odbyło, to wzięła w nim udział zawrotna liczba dwóch osób. W związku z tym nie decydowaliśmy się na drugą turę głosowania. Pozostaje ono nierozstrzygnięte, nikt nie dostaje dodatkowej nagrody, buziaka w czółko nie będzie, można się rozejść.

Wszystkim studentom debilom i uczniom debilom, którzy znaleźli czas na wzięcie udziału w evencie, gratuluję niezawodnego gospodarowania czasem i przekazuję, że w Lidlu jest aktualnie promocja 5+5 na piwo. Od teraz obowiązuje zakaz komentowania „KIEDY AU EVENT???????????????” pod groźbą bana.

Od Dahlii CD Chaita — „Haul Away Joe”

Poprzednie opowiadanie

Sezony ogórkowe były dobijające, szczególnie latem.
Z roku na rok przybywało jej coraz mniej zleceń, co miało związek z brakiem zainteresowania gazetami w tych czasach. Już się przyzwyczaiła, że świat coraz bardziej zasuwał w stronę wszechobecnej technologii opierającej się na prądzie, ale opcja utraty stałej pracy była stresująca. W dodatku dowiedziała się, że chcą produkować masowo gównoartykuły na stronie internetowej za pomocą AI, na co tylko reagowała westchnięciem. Może wróci do Obozu, założy obok wioskę o jakiejś wdzięcznej nazwie, na przykład Nowe Saloniki, i będzie sadzić choćby marchew? Boscy rodzice mogliby naprawdę pomyśleć nad paczkami ze wsparciem finansowym dla dzieci, biorąc pod uwagę wszechobecność prądu. Czy by się dało pozwać boga za brak BHP i narażanie na większy uszczerbek na zdrowiu? Wysoki sądzie, w tych czasach to nawet żelazka mają wi-fi i AI.
Wszystko to sprawiało, że łapała się każdego zlecenia. Wszystko, byleby utrzymać mieszkanie, siebie i mieć jakieś grosze na kupno działki gdzieś w dupie USA. To był też na szczęście idealny sezon na szukanie pracy w parkach rozrywki, w których kiedyś pracowała, ale mimo dobrych zarobków wolała siedzieć w mieście.
Parki rozrywki były o tyle fascynujące, że dzieci się jej tak nie bały. Nawet gdy się przebierała za jakiegoś złodupca, im to nie przeszkadzało, a młodsze dzieci były na tyle przyklejone do tabletów, że im było wszystko jedno. Dahlii to pasowało, dorośli ludzie też jakoś przyjaźniej się odnosili do niej, myśląc, że blizny są narysowane. Z pracownikami sprawa była nieco inna, szczególnie gdy przyjeżdżali imigranci z problematycznymi nawykami. Dalej wzdrygała się na myśl o zasyfionym baraku, obok którego miała nieszczęście pomieszkiwać wtedy.
Gdy przyjechała, z zadowoleniem stwierdziła, że tak dużo się nie zmieniło. Owszem, sama struktura dla gości się zmieniała, ale kulisy były identyczne, zasady również. Było to na swój sposób satysfakcjonujące, że nie musieli uciekać się do rozwiązań „ułatwiających życie”, od których tylko głowa bolała.
Od tygodnia kierownicy i bywalcy narzekali, jak to mieli w zwyczaju, na nowo przybyłych. Nie wchodziła z nimi w dyskusje, ale miała swoje zdanie na ten temat i współczuła tym, którzy byli zostawieni sami sobie. Pamiętała swoje pierwsze kroki, pamiętała również wywalczenie jakiegokolwiek respektu i od tamtej pory informowali ją o wszystkim, co powinna była wiedzieć. Ile czasu i pieniędzy może zająć wydrukowanie kartek z zasadami? Naklejenie strzałek na podłodze? Manager nie przyjmował tego do wiadomości, w dodatku komentował coś o upadku czasów, prowadzeniu za rączkę i płatkach śniegu. Przynajmniej tym razem doceniał ich obecność, bo bardzo dużo ludzi zachorowało (ktoś mówił o epidemii dżumy, oby w żartach), a część się wykruszyła z niejasnego powodu.
Pośród nowych osób zauważyła znajomą twarz. Jednak nie na tyle znajomą, żeby mogła sobie przypomnieć, jak ma na imię i skąd go zna. Raczej nie mieszkał w San Francisco? Aparycja też nie pomagała, bo nie wyglądał na tyle charakterystycznie na tle innych ludzi, ot krótkie i rozczochrane włosy, sympatyczna twarz i oczy porzuconego szczeniaka. Oby nie kojarzyła z Obozu, już wystarczająco wpadała przypadkiem na innych półbogów. Tak, jakby los igrał z nią, bo im czym więcej się izolowała od innych, tym bardziej ich przyciągała i zawracali jej głowę. Miała z nikim się nie spotykać, a teraz pomaga Arnar w odhaczaniu rzeczy z tej głupiej listy, jeszcze prawdopodobnie dostanie zaproszenie na ślub, gdzieś w rzędach z przodu. Jak nie ono, to jeszcze ci z rzymskiego obozu, ściągający na nią arcyciekawe potwory. Tu, w tym cholernym parku rozrywki, liczyła na to, że będzie odpoczywać od nich. Jeszcze dostaje tego typa do pary, według starej zasady „przydziel świeżaka do weterana”.
Nawet jeżeli go kojarzyła, to widocznie nie było to obustronne. Albo starał się tuszować ten fakt i mu to dobrze wychodziło. Jeżeli nie chce jej znać, czemu by miała zmienić status quo? Co prawda, byłoby miło, jakby przestała mieć pustkę w głowie za każdym razem. Jeżeli półbóg, to jaki domek? Raczej nie z tych najsilniejszych bogów, oni mieli swoją charakterystyczną aurę. A może bez sensu szuka, bo to śmiertelnik? Tak czy siak, nie ma zamiaru wchodzić w rozważania, bo jeszcze będzie źle wykonywać swoją pracę.
— Poradzimy sobie sami, mamy dzisiaj proste rzeczy.
Stanęła przed tablicami, z naklejonymi tabelkami i nazwami stanowisk.
— Masz swoją kartę?
— Tak. — Wyciągnął szybko plastik z kieszeni spodni.
— Na niej masz swój numer. Jak nie wiesz, co robić, to możesz tutaj poszukać. — Stuknęła w tablicę, przy dziale pirackim. — Masz tutaj też godziny swoich zmian.
— Ma sens.
— Przypomnij mi, jak masz na imię?
Na ułamek sekundy się zawahał, po czym odpowiedział z uśmiechem.
— Chait.
— Chait, idziemy teraz na strefę. Tam się przebieramy. — Przejechała kartą przez rejestrator czasu pracy. — Pamiętaj, żeby zawsze zbliżyć tą kartę, jak zaczynasz robotę i ją kończysz. Karta jeszcze zapewnia ci wstęp na strefy dla pracowników, także postaraj się jej nie zgubić. Jak pewnie zauważyłeś, kierownik jest dosyć… drażliwy.
— Ciężko przeoczyć. Ciekawe, jakie ma ciśnienie na co dzień.
Uśmiechnęła się pod nosem. Wytłumaczyła mu jeszcze parę rzeczy, wykorzystując fakt, że droga na piracką strefę była jedną z dłuższych w tym przybytku. Chait był całkiem w porządku, jeszcze wspominał coś o doświadczeniu w pracy z dziećmi, słuchał jej uwag i odpowiadał grzecznie. Przez ten cały czas jednak się zastanawiała nad tym, jak specyficzne było imię i jak z tego powodu miała déjà vu. Na pewno kiedyś się widzieli, praktycznie znała tylko jedną osobę z tym imieniem. Z obozu, bo pamiętała rozważania z Hermesiakami, jakie w ogóle dzieciaki teraz mają imiona. Który to był rok? Drugi czy trzeci w obozie? Ile mogła mieć wtedy paciorków, które w tym momencie leżały gdzieś na dnie szafki w mieszkaniu w San Frisco, czekające na zapomnienie?
Gdy byli już przebrani (Chait obwiązał sobie głowę czerwoną chustą i przytroczył sobie pas z repliką strzelby, Dahlia stawiała na prostotę za pomocą koszulki w niebieskie pasy), wdrapali się na statek. Mieli towarzyszyć głównemu aktorowi, kapitanowi, który wygrażał śmiejącym się dzieciakom. Nie mieli bezpośredniego kontaktu z odwiedzającymi, bardziej stanowili tło i pilnowali, czy jakiś łobuz nie przeskakuje przez barierki. Bycie piratem było o tyle wspaniałe, że mogli pozwolić sobie na trochę straszenia plastikową szabelką. Gdy któryś z aktorów chciał odpocząć, przenosił jakieś skrzynki czy beczki z miejsca na miejsce. Dahlia nawet nie musiała mówić, samo stanie z założonymi rękami budziło respekt. Za to Chait miał swego rodzaju dryg, pomijając jego koszmarny „piracki” akcent, wchodził chętnie w rozmowy, machał końcówką liny nad głowami dzieciaków i wtórował kapitanowi. Innymi słowy, dobrze mu wychodziło i nie trzeba było go pilnować.
Kiedy mieli przerwę, mieli zapewnioną wodę oraz jakieś przekąski. Były to zazwyczaj brzydkie wypieki oraz uszkodzone lizaki, które nie mogły być wystawione do sprzedaży w strefie gastronomicznej, ale były wciąż zdatne do spożycia. Kiedy skończyła jeść swoją bułkę, zagadała od niechcenia.
— Skąd jesteś, Chait?
Nawet nie był zaskoczony pytaniem. Możliwe, że się spodziewał, że w końcu zacznie go wypytywać.
— Mieszkam teraz w Nowym Jorku. A ty?
— Właśnie w San Francisco, stąd mam blisko. Do Nowego Jorku stąd to szmat drogi. Samolot?
Chait prychnął śmiechem, kręcąc głową.
— Żartujesz?
— Chciałbym. Skorzystałem z podwózki, żeby trochę przyoszczędzić.
— Nie zazdroszczę.
Nowy Jork. To by pasowało, większość dzieciaków z Obozu Herosów przechodziła do tego nieszczęsnego miasta. Nie drążyła dalej, zawsze mogą ignorować fakt, że prawdopodobnie mijali się kilka razy dziennie przy tych cholernych polach truskawek. Czy też jedli kolację przy ognisku, wrzucając ofiary dla swoich boskich rodziców. Mogą, na przykład, poudawać śmiertelników. „Totalnie mamy normalne życie, żaden potwór na nas nie czycha i naszym największym zmartwieniem jest zgubienie karty oraz podatki, haha”.
Słońce już tak nie grzało, przez co wszyscy mogli paradować z ulgą w przebraniach, szczególnie po przerwie. Jerry, odgrywający kapitana, był potrzebny do odegrania scen przy rollercoasterach, przy których zbierało się najwięcej ludzi. Dahlia i Chait zostali sami na mniejszym statku, na większym dział się jakiś pokaz z kartami.
— Co mamy robić?
— To, co tej pory. Chyba że wolisz robić coś innego.
— A jakie są opcje?
Zważyła w rękach plastikową szabelkę. Odwróciła się do Chaita, z miną „rzucam ci wyzwanie”.
— Masz ochotę na sparing?


Chait?
────
[1304 słów: Dahlia otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 12 marca 2026

Od Havu CD Judasa — „Take me to church”

Poprzednie opowiadanie

LATO, rok temu

Havu nie miał na sobie butów ani skarpetek. Jego bose stopy grzęzły w jeszcze chłodnym piachu. Nieprzyjemne uczucie potęgowało chęć ucieczki stąd; ale dokąd mieli uciec, jak dookoła otaczała ich tylko plaża i śpiące jeszcze miasteczko?
W oddali zauważyli mężczyznę z psem. Musiał wyjść na spacer zaraz po wschodzie słońca i teraz kierował się w stronę swojego domu. Zauważył trójkę przybłędów na plaży i przystanął, żeby im się przyjrzeć. Havu poczuł potrzebę zażartowania z tej niezręcznej sytuacji. Uniósł rękę i pomachał do faceta. O dziwo spotkał się z odpowiedzią. Może był już przyzwyczajony do dziwaków chodzących po plaży po dziewiątej rano?
— Całkiem fajna sztuczka — powiedział do Vincenta.
Chłopak przykucnął i smutno wpatrywał się w niskie fale, uderzające o brzeg. Wyglądał jak przygnębiony szczeniaczek.
— Nie wyszła mi — odpowiedział. Nie chciał nawet wstawać. Rysował palcem w mokrym piasku. — Jak zawsze. Nigdy się nie nauczę.
— Ja uważam, że to całkiem śmieszne. — Wzruszył ramionami. — Dlaczego akurat plaża?
— Nie wiem.
Vincent mówił całkowicie szczerze. Nie wiedział, dlaczego teleportował się akurat na plażę, ale podejrzewał, że mogło mieć to związek z jego myślami. Chwilę przed tym, jak rozwinął między dłońmi tęczę na oczach półbogów, przez myśl przebiegło mu wspomnienie o wyjeździe nad morze z matką. Był straszny ukrop. Pamiętał, że musiał chować się w cieniu, rzucanym przez malutkie drzewko.
— Pomyślałem sobie coś.
— Pomyśl teraz, jak wrócić — zaproponował spokojnie Judas, chociaż Havu zauważył grymas na jego twarzy. Dosyć nieznaczny, ale widoczny dla kogoś, kto spędzał z nim zdecydowanie za dużo wolnego czasu. — Może pomyśl o psach?
— Wtedy nas teleportuje do schroniska.
— Może być schronisko. — Judas przykucnął obok Vincenta. — Tylko żeby było to schronisko w San Francisco, okej?
Vincent się odwrócił. Koszulka, którą miał na sobie była trzy rozmiary za duża i wyglądał w niej jak biedny ziemniak w worku. Może gdyby nie ta piżama, to nie wyglądałby teraz aż tak żałośnie.
— Mogę spróbować.
Podniósł się i wziął głęboki oddech. Wyciągnął dłonie przed siebie i skrzywił się na twarzy; brwi ściągnął ze sobą, usta wykrzywił w dziwnym grymasie. Między palcami chłopaka pojawiła się malutka tęcza, która po paru sekundach prysnęła jak bańka mydlana.
Vincent odetchnął. Na czole pojawiły mu się pierwsze kropelki potu. Musiało kosztować go to sporo wysiłku.
— Nie… nie mogę.
Spuścił wzrok. Wstydził się spojrzeć dwójce półbogom w oczy, bo to przez nich się tutaj znaleźli i teraz nie mógł ich nawet odprowadzić do domu. Stopy zapadały mu się w piasku coraz bardziej, a słońce zaczynało parzyć go w kark, a chłodny wiatr znad oceanu owiewał chłopakowi twarz.
— Chodźmy stąd. Chyba że chcesz zbudować ze mną zamek z piasku, Vincent?
Havu mówił całkowicie poważnie. Był gotów grzebać w piasku przez następną godzinę, jeśli miało to pomóc Vincentowi w odcięciu się od przytłaczających myśli. Nie miał powodu się obwiniać — znaleźli się tutaj przez czysty przypadek.
— Nie masz nawet czym tego zamku zbudować — zauważył Judas. Jako jedyny był tutaj niszczycielem dobrej zabawy. — Gdzie w ogóle chcecie iść w tych piżamach?
— Wstydzisz się swojej piżamy w wilki?
— Nie wypada tak raczej wychodzić do ludzi — odparł zgryźliwie.
— Samiec alfa boi się swojej prawdziwej tożsamości.
— To zwykłe wilki. O czym ty do mnie mówisz?
Gdy zaczęli się przedrzeźniać, Vincent się od nich oddalił. Z daleka zauważył budynek, który przypominał plażową restaurację. Nie czekał, aż dwójka dorosłych ludzi przestanie się ze sobą kłócić i poszedł tam sam. Zmarnowali jakieś piętnaście minut na stanie w zimnych piachu.
— Vincent?
Pierwszy nieobecność dzieciaka zauważył Judas. Musiał zadziałać jakiś instynkt ojcowski, bo przerażenie od razu pojawiło mu się w oczach.
— To twoja wina — zganił winę na Havu. — Rozpraszasz mnie.
— Czym? Piżamką w serduszka? — zaśmiał się. Rzeczywiście miał na sobie koszulkę w czerwone serduszka. To była ostatnia piżama, którą Judas mógł komuś pożyczyć. — Dlaczego dorosły chłop śpi w piżamie w serduszka?
— Proszę, zamknij się.
— Masz też jakąś w jednorożce? Albo w jakieś…
Nie dokończył nawet zdania. Judas zignorował go od razu, jak tylko zauważył machającego do niego z daleka Vincenta. Gdyby nie był taki stary, to pewnie pobiegłby szybciej, niż to zrobił przed chwilą. Ten bieg raczej można było nazwać marszem (co nie jest dziwne, w końcu znajdowali się na plaży, a ich nogi grzęzły w piachu).
Vincent czekał przed wejściem do niewielkiej restauracji. Akurat w ofercie mieli śniadania, a w środku zajęte były tylko dwa stoliki. Pewnie kolejni, co nie mogli spać i od razu po wyjściu z łóżka poszli się przejść.
— To bar czy restauracja? — zapytał Havu, wchodząc do środka. Dogonił ich bardzo szybko. Jeszcze nie miał takich problemów z kolanami, co najstarszy z ich trójki półbóg. — Wygląda bardziej jak bar.
W rzeczywistości restauracja w dzień była… zwykłą restauracją, ale wieczorami zmieniała się w bar, gdzie ludzie mogli się bawić i pić przeróżne drinki. Z racji ich sytuacji w głowie Havu narodził się pomysł, żeby wykorzystać okazję i też spróbować zabawy w takim miejscu.
— Chcesz coś jeść, Vince?
Judas okazał się bardzo hojny (tylko dla Vincenta), bo nawet nie zaczekał na odpowiedź i zamówił mu jakieś nachosy z sosem serowym.
— Zostańmy tutaj. Podoba mi się. — Vincent z uśmiechem jadł swoje nachosy. — San Francisco jest nudne.
— Młody ma rację.
Tylko Havu mógł się z nim zgodzić. Tylko i wyłącznie.
— Nie możemy tutaj zostać. Gdzie będziemy mieszkać? W szałasie na plaży?
Vince i Havu spojrzeli na siebie. Wymienili się jednoznacznymi uśmiechami.
— Czemu nie? Możemy się wybudować pod restauracją.
— Zostajemy tutaj na chwilę, a potem idziemy szukać drogi powrotnej. Jakiegoś stopa złapiemy albo zamówię taksówkę.
— Zapłacisz za tę taksówkę tysiąc dolarów.
— No i? Mam pieniądze, to zamierzam z nich skorzystać.
— To w takim razie zamów mi coś do picia. Tylko dzieciaka karmisz.
Vincent akurat kończył jeść swoje nachosy. Z wyczekiwaniem spojrzał również na Judasa, bo ksiądz nie pomyślał, że biorąc taką słoną i tłustą pozycję, wypadałoby dobrać jakiś napój.
Nie mając wyboru, mężczyzna wstał i w swojej pięknej wilczej piżamce poszedł zamówić jakieś owocowe picia. Havu nie wyraził się jasno, co chciałby wypić (tak naprawdę pomyślał o alkoholu, ale było zbyt wcześnie), więc musiał się zadowolić jakimś smoothe jagodowym. Vincent za to dostał sok pomarańczowy.
Chwilę później Vincent powiedział, że musi do toalety i znikł w odmętach restauracji.
— To kto jest twoim ojcem ?— zaczął Judas. Przypomniała mu się, że miał o to zapytać.
— Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
— I tak jestem w piekle, bo siedzimy na jakiejś plaży, chuj wie, jak daleko od domu i przy okazji nie mam przy sobie nawet telefonu. Odpowiedz mi na pytanie.
— Zgaduj.
— Nie denerwuj mnie już, dobrze?
Denerwowanie Judasa zawsze przychodziło mu ze zbyt dużą łatwością, ale dzisiaj nie potrzebował nawet próbować.
— Co ta informacja zmieni w twoim życiu? — Wziął słomkę między zęby i dopił resztkę fioletowego napoju.
— Chciałbym cię w końcu lepiej poznać. — Wzruszył ramionami. — Chyba tak się powinno robić, prawda?
Brwi Havu zawędrowały bardzo wysoko na jego czole.
— Przestań, to trochę dziwne. Idź sobie lepiej kup coś do picia, staruszku.

Staruszku?
────
[1122 słowa: Havu otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Oriany CD Kai — ,,My kink is karma"

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Poczekała na nią w cierpliwości, sama zajmując się gdzieś na boku grafikowymi rzeczami. Musiała ogarniać właściwie część całej roboty, bo kierowniczka, jak to główne narzędzie każdej firmy, jedyne co robiła, to siedziała w biurze całe dnie — tak naprawdę nic nie robiła.
Zajmowała się więc przeglądaniem CV, kierowaniem zmianami i przydzielaniem zadań. Jedyne, czego nie robiła, to nie mogła usiąść w spokoju po ciężkim dniu tabaki czy prowadzić, z jakiegoś powodu, rozmów kwalifikacyjnych — co nie miało takiego znaczenia, bo dużo zatrudnionych brało się właśnie z tego, że mieli kontakty i usłyszeli, że są tu inni półbogowie. Nie miała na to żadnego wpływu. Tak właściwie, nabór opierał się tylko i jedynie na kontaktach.
Kątem oka patrzyła na posturę kobiety, która z dokładnością przykładała się do swojej pracy, ale mimo to, uwinęła się bardzo szybko.
— Jaką kawę wolisz? —  zapytała, odkładając telefon na stół i podchodząc do ekspresu, gdy zbliżyła się do niej Kaya. — Wolisz posmak bardziej delikatny, z nutą czekolady, orzechowy, owocowy…?
Kaya zamrugała, choć już powinna wiedzieć, jak wiele mają do wyboru opcji, jeśli chodzi o ziarna kawy. Chwilę się zastanawiała, zaplątując wokół palca biały kosmyk.
— Latte, coś orzechowego.
— Jakiś syrop? Karmel, waniliowy?
— Może być… a obydwa?
Orianie zadrżała aż brew, gdy wyobraziła sobie słodkość napoju, ale tego nie skomentowała, wlewając po pół pompki syropu do szklanki.
— Na zimno chcesz, co nie?
Włączyła urządzenie, wsypała wybrane ziarna i wyjęła z szafy dwie, eleganckie, lśniące wysokie szklanki ze szkła kryształowego o tłoczonym, kunsztownym wzorze, których przypadkowe zbicie przyrządziłoby zawał serca kierowniczce. Zawsze, wyjmując jakiekolwiek talerze, kubki, szklanki czy sztućce, nie pozwalała sobie na automatyczne ruchy i kontrolowała to, co robi, z obawy, że dostanie jej się za wyrządzenie jakiejś szkody.
— Na ciepło.
Córka Ateny, rozgoryczona faktem, że znowu musiała stanąć na palcach, aby sięgnąć do szafki, z rezygnacją odłożyła szklankę i wzięła jeszcze bardziej wyrafinowaną filiżankę.
Kobieta czekała w ciszy, aż jej menadżerka przyszykuje napój. O tej godzinie już było na tyle parno, że Oriana potrzebowała rozbudzającej, pełnej smaku dawki kofeiny w postaci schłodzonego lodem napoju.
— Studiujesz coś?
— Studiowałam. Uh… kognitywistykę — odparła, przewidując kolejne pytanie Kai. — Ty?
— Nie. Nie wiem, czy planuję.
Nie miała zamiaru o to pytać, ale dobra. Zmusiła się, aby posłać jej lekki uśmiech.
— Podoba ci się tu jak na razie?
— To test?
Oriana prychnęła śmiechem, odbierając te słowa pół-poważnie.
— Nie. Czemu? Nie spowoduję, że szefowa cię wyrzuci, nawet jakbym bardzo chciała. Jestem tylko menadżerem.

 
Wyszły na taras. Wspólnie rozłożyły krzesła przy stolikach i usiadły przy jednym z nich, pod osłaniającym je przed słońcem, białym parasolem. Kaya napiła się karmelowo-waniliowego latte, Oriana pokusiła się na zimne americano z łyżeczką cukru, które swoim mocnym smakiem zgorzkniało na jej języku. Przyszły wcześniej do restauracji z racji, że Kaya nadal miała szkolenie, ale jak się okazało, zostało im bardzo dużo zapasowego czasu.
Pożałowały, że nie zostały w środku, gdzie działała klima, bo na dworze właśnie zbliżał się moment górowania słońca, przez co jego promienie paliły ich skórę. Odkryte przedramiona Kai stały się czerwonawe.
— Mamy nieograniczony dostęp do kawy?
— Tak. Ale, jak zaczniesz tu ciągle ją pić, to już nie przestaniesz i skończysz jak ja — rzuciła Oriana, nie patrząc na białowłosą.
— Czyli jak? 
 — Uzależnisz się tak, że już tu zostaniesz, tylko dla darmowej kawy.
Nie rozmawiało się z nią źle. Jako pracownica też nie była zła i to było najważniejsze, bo Oriana wierzyła zasadzie, że w pracy się pracuje, a nie nawiązuje przyjaźnie, przez co zazwyczaj była do innych chłodna i trzymała na dystans, szczególnie że jest od nich stanowisko wyżej. Mając jednak wrażenie, że Kaya jest dość otwarta i się nie speszy żadnymi posunięciami, pozwoliła sobie rozwiązać trochę język (co nie zmieniło faktu, że i tak czuła się ciągle przy niej zesztywniała, gdyż to ona ciągle rozpoczynała jakiś temat, a Oriana po prostu zmuszała się, by sprawić, aby nie było między nimi zbyt długiej ciszy).

ZIMA

Została. Nie zwolniła się tak szybko, jak to robiła połowa osób, zatrudniająca się w tym miejscu — co nie było zbytnio zadziwiające. Została na tyle długo, że Oriana przyzwyczaiła się do jej obecności, a nawet przestała jej przeszkadzać swoimi nagłymi napadami energii, bo potrafiła je albo złagodzić, albo zignorować.
Często prosiła półboginię o zrobienie kawy, a Oriana ją robiła. Jeśli Kaya nie podkreślała, czego dokładnie chce się napić, robiła jej karmelowo-waniliowe latte, które kobieta zawsze chętnie piła, z uśmiechem na ustach, barwiąc filiżankę swoją czerwoną szminką, którą potem Oriana zmywała.
— Jak długo będzie na urlopie? — spytała Kaya, mając na myśli ich przełożoną, która tak po prostu, bez słowa, z dnia na dzień znikła i dopiero później to przez Orianę każdy dowiedział się, czemu jej nie ma.
— Mam nadzieję, że jak najkrócej. — Wzruszyła ramionami.
— Wiesz… mogę ci pomóc z czymś, jeśli chcesz.
Słowa ,,nie, dzięki” zastąpiła pokręciem głowy i uśmiechem. Nawet zdobyła się na ściśnięcie ramienia Kai w oznace wdzięczności.
W mieście zrobiło się spokojniej i nie było słychać już niepokojących wiadomości, które krążyły latem, jakby zatopiły się one pod śniegiem. Zapomniała już, co zadziało się w restauracji parę miesięcy temu — właściwie, w ogóle to na nią nie wpłynęło i nie poruszała tego tematu z nikim poza Edgar.
Miała tylko nadzieję, że gdy śnieg stopnieje, to nie odkryje dawnych spraw. 

 Kaya? 
──── 
[853 słowa: Oriana otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Chaita do Dahlii — „Haul Away Joe”

Nie spodziewał się, że wywiezie go za pracą gdzieś poza Nowy Jork. Nigdy nie brał takiej opcji pod uwagę – nie było potrzeby. Zawsze znalazło się coś do roboty. Czasem tracił tę robotę przez szczury, czasem trwała tylko jeden sezon, ale zawsze trafiała się jakaś kolejna i naprawdę nie miał na co narzekać.
Możliwe, że nie miało to żadnego znaczenia. Prawdopodobnie nie miało, bo to nie tak, że wyjeżdżał przez brak pracy. W sumie to nawet nie wyjeżdżał na stałe. Raczej nie zdecydowałby się na wyjazd na stałe. To jeden z jego pracodawców – ten, z którym pracował regularnie, związany z organizacją festynów i zajęć dla dzieci – dał mu znać o nowej propozycji pracy. Kolejnej pracy na chwilę. Chait nie wiedział, czy szef polecił go, ponieważ uważał go za dobrego pracownika, czy zwyczajnie z litości.
Albo sadyzmu. Po czasie skłaniał się głównie ku tej opcji. Pokonał zdecydowanie zbyt wiele kilometrów i nie potrafił docenić tego, że nie pokonał ich najbardziej uciążliwym środkiem transportu, jaki miał do wyboru. Wolałby pokonać je w sposób bardziej odpowiedni dla gówniarza Iris, ale głupio było odmówić, gdy inny pracownik zaproponował mu wspólną podróż. Nie jechali dokładnie w to samo miejsce, na polu bitwy Chait miał zostać już kompletnie sam.
Spodziewał się, że nie dojadą na miejsce w jednym kawałku, więc faktyczne pojawienie się pod bramą parku rozrywki było zadziwiająco miłym, przynoszącym ulgę uczuciem.
W miejscu przyszłej swojej nowej pracy tymczasowej pojawił się na czas, nawet chwilę przed, po tym, jak udało mu się przespać kilka godzin w tanim hostelu pół godziny piechotą od parku. Pracodawca zapewniał swoim pracownikom zniżki, co też przyjął z pewną ulgą.
Ostatnio coraz częściej pojawiał się przed czasem, a nie na styk lub grzecznie spóźniony. Normalnie pewnie ludzie by go za to chwalili, ale wśród jego grona znajomych był to raczej powód do nowych żartów.
Poczuł się przytłoczony okolicą, jeszcze zanim udało mu się dobrze wejść na teren obiektu. Zapytał o pomoc jednego z pracowników, uśmiechając się do niego grzecznie i ignorując palące, oceniające spojrzenie, którym go przywitano. Optymistycznie założył, że stoi za tym zmęczenie okropnie ciężką pracą, a nie jakiś prywatny problem do przyjezdnych.
Pracownik wskazał mu drogę pełnym zniechęcenia gestem, na który Chait zareagował jeszcze szerszym uśmiechem, trochę zbyt beztroskim „dziękuję!” i machnięciem dłonią tak energicznym, że starczyłoby tego dla nich obu. Poprawił jeszcze zwisający z ramienia plecak, kierując się do odpowiedniego budynku.
Dopiero przekraczając próg, poczuł, że chyba jednak odrobinę się stresuje. Pracował na festynach, jako animator i na obozach z dziećmi, ale nigdy w tak ogromnym parku rozrywki. Zakładał, że tutaj może to wyglądać nieco inaczej. Przeszedł wąskim korytarzem, z dłońmi dalej zaciśniętymi na ramionach plecaka, bezmyślnie przeplatając między palcami regulację.
Zajrzał do pierwszego napotkanego pomieszczenia. W środku kręcili się jacyś ludzie. Większość z nich musiała być w jego wieku, niektórzy może trochę starsi, kilku młodszych, ale bardzo niewiele. Jeden chłopak, z tych trochę młodszych, od razu go zauważył.
– Nowy?
Chait skinął głową.
– Tutaj możesz zostawić rzeczy. Zaraz będziemy rozdzielać obowiązki, to pewnie ci powiedzą, co i jak.
Chciał dodać coś jeszcze, ale ktoś coś do niego zawołał. Obejrzał się przez ramię, potem spojrzał przepraszająco na Chaita i wyszedł, rzucając jeszcze coś o tym, że w razie pytań służy pomocą. Chait i tak nie planował korzystać z tej oferty, bo dzieciak i bez tego wyglądał na rozchwytywanego. Jakoś sobie poradzi. Jak zawsze.
Odłożył plecak we wskazane mu miejsce, witając się z kilkoma innymi, tymczasowymi pracownikami i przeszedł do sąsiedniego pomieszczenia. Stanął trochę z boku, by nie przepychać się między ludźmi i oparł się o ścianę, starając się nie przyglądać pozostałym zbyt nachalnie.
– Potrzebujemy dodatkowych ludzi w kilku sekcjach.
Podniósł głowę, dopiero gdy usłyszał mocny, stanowczy głos. Należał do mężczyzny, trochę starszego od reszty znajdujących się w pomieszczeniu osób. Obrzucił ich wszystkich spojrzeniem kogoś, kto nie do końca lubi swoją pracę, a potem kontynuował. Chait był w stanie tylko w połowie skupić się na jego poleceniach: ktoś miał iść przebrać się za jakąś postać, kilka innych osób miało pomóc gdzieś indziej, ktoś w jeszcze jakimś innym miejscu. Mężczyzna przez cały ten czas ani razu nie spojrzał na Chaita.
Wskazani pracownicy zbierali się powoli, niektórzy bardziej ociężale od innych, ale pomieszczenie stopniowo pustoszało.
– Dobra, a wasza dwójka. – Tutaj w końcu mężczyzna spojrzał na Chaita. Ten wyprostował się, uśmiechając przyjaźnie. – Wy pójdziecie do sekcji pirackiej, bo kilku aktorów się rozchorowało.
Piraci. Chait prawie parsknął śmiechem. Znał jedną osobę, której coś takiego albo bardzo by się spodobało, albo śmiertelnie by się obraziła. Nie rozmawiał z tą osobą już bardzo długo.
Dopiero kiedy kierownik (Chait nie był pewny, czy tu funkcjonuje takie nazewnictwo. Zamierzał go używać, bo było logiczne) wskazał kierunek i ruszył do wyjścia, nie przejmując się tym, czy trafią na miejsce, Chait spojrzał na tę drugą osobę. Wysoką, dobrze zbudowaną kobietę, o ciemnych włosach i z bliznami na twarzy.
Zmarszczył na sekundę brwi, ale zaraz wyszczerzył zęby w uśmiechu, mrużąc delikatnie oczy. Nie chciał, by źle odebrała jego zachowanie.
– Chyba dalej musimy poradzić sobie sami – zauważył zamiast przywitania.
Na usta cisnęły mu się inne słowa, myślał też o czymś kompletnie innym niż szukanie ich nowego miejsca pracy. Nauczony doświadczeniem nie zadał tego pytania, które pojawiło mu się z tyłu głowy, bo zwykle kończyło się ono bardzo źle.
Zresztą, pewnie i tak tylko mu się wydawało. Wiedział, że przed nim nie stoi śmiertelniczka, ale to przecież jeszcze nic nie znaczyło.
Uniósł dłoń, by puścić kobietę przodem w kierunku, który wcześniej wskazał im kierownik.


Dahlia?
────
[900 słów: Chait otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]