niedziela, 21 czerwca 2026

Od Caroline CD Weroniki — „Och moja piękna szpada kobieto”

Poprzednie opowiadanie

Widząc zdezorientowaną minę Weroniki, Caroline uśmiechnęła się jeszcze odrobinę szerzej. Życie w Nowym Jorku było z pewnością mniej intensywne, ale teraz dochodziła do wniosku, że także mniej ciekawe. Siłownia trzy razy w tygodniu to nie to samo, co dobry sparing. Co prawda nie taki, jaki przeprowadziła przed chwilą, bo tego nie nazwałaby dobrym sparingiem. Weronika najwyraźniej bardzo wypadła z rytmu bez kogoś, kto ustawiłby ją do pionu. Caroline cieszyła się, że swoją wizytę w Obozie Herosów może poświęcić na coś tak szlachetnego.
— Rewanż! Oszukane zwycięstwo to nie zwycięstwo, a sromotna przegrana! — zawołała Weronika, choć wciąż podpierała się dłońmi o podłoże i z pewnością wyglądała, jakby mroczki latały jej przed oczami.
— Gówno nie przegrana — odezwał się ktoś w tłumie, wywołując tym grymas na twarzy Weroniki. Temat fekaliów był chyba dla niej nie wystarczająco wyniosły.
— Laska, nie oszukiwałam — powiedziała Caroline, spoglądając na nią z góry. Satysfakcjonujące. — Trzeba umieć skupić się na mieczu.
Wbiła czubek swojego ostrza w ziemię i podparła się na nim z niemal znudzoną miną. Nie, żeby ona szczególnie świetnie radziła sobie z przegrywaniem, ale jej wygraną był w stanie potwierdzić tłum gapiów. Weronika miała tupet żeby w ogóle sugerować jej, że oszukiwała. Na szczęście Caroline uczyła się panowania nad sobą.
— Twoje zagranie było bezkompromisowo niehonorowe. Wstyd zalałby mnie całą, gdybym chociaż pomyślała, żeby zachować się tak haniebnie jak ty — fuknęła Weronika, podnosząc się z ziemi.
Ze zdecydowanie zbyt dumną w porównaniu do sytuacji miną otrzepała dłonie o i tak już brudne spodnie. Jeszcze wyżej uniosła podbródek, jakby chciała podyskutować z bogami. Ley była pewna, że ma im mnóstwo do powiedzenia. Zastanawiała się, czy Weronika kiedykolwiek się z którymś z nich spotkała. Obstawiała, że nie, bo za te gadki już by ją ktoś spalił. Obrzuciła dziewczynę uważniejszym spojrzeniem; tam, gdzie uderzyła ją płazem miecza, skóra już była zaczerwieniona. Nie planowała zaatakować mocno, ale pewnie wykwitnie tam później siniak.
— Dostałaś w głowę. Idź lepiej sprawdź, czy nic ci się tam nie poprzestawiało. Chociaż może tak byłoby lepiej. — Ostatnią część mruknęła bardziej do siebie, niż do Weroniki.
Rzeczona poszkodowana wyglądała na oburzoną.
— Rany wojenne dodają szlachetności. Poza tym, dobry wojownik nie odmawia rewanżu — powiedziała z taką dozą pogardy, na jaką było jej stać.
Caroline przewróciła oczami. Rozmawiając z Weroniką zawsze czuła się, jakby grała w bardzo kiepskim, czarno-białym filmie, ale tym razem przechodziła samą siebie. Najwyraźniej przegrana nie działała dobrze na jej nerwy.
— Strasznie męczysz dupę — westchnęła Ley, ale sprawnie z powrotem uniosła swój miecz.
Weronika uśmiechnęła się tryumfalnie, choć nie wyglądała już na tak zadowoloną z siebie, jak wcześniej. Podniosła z ziemi swoją szpadę, która przy jej upadku odleciała metr dalej. Mało to było wyniosłe, ale zaraz wyprostowała się jak struna i stanęła w pozycji, która zapewne miała reprezentować gotowość do walki. Caroline za to wydawała się raczej znudzona - bez problemu wygrała pierwszy sparing, więc wygrana i tak leżała po jej stronie. Rewanż to była tylko formalność, żeby Weronika dała jej święty spokój.
— Tym razem nie wywiniesz się moim umiejętnościom — powiedziała w końcu hardo Weronika, wyprowadzając pierwsze pchnięcie.
— Mniej gadaj, więcej rób. Może się w końcu czegoś nauczysz.
Ley całkiem bawiło obserwowanie Weroniki, kiedy udawała, że wcale jej to nie wkurwia. Robiła wtedy śmieszną minę — dumne spojrzenie, zmarszczone brwi i usta wykrzywione w grymasie złości.
— Nie potrzebuję uczyć się od kogoś, kto walczy jak zwierzę — sarknęła Weronika.
— Zwierzę, z którym przegrałaś — odpowiedziała Caroline z promiennym uśmiechem, który w połączeniu z tym, jak szybko się poruszała, nie wyglądał szczególnie przyjaźnie.
Przytyki Weroniki bardziej ją śmieszyły, niż irytowały. Średnio była w stanie traktować tą dziewczynę na poważnie. Wszystkie słowa, które padały z jej ust brzmiały, jakby urwała się z jakiejś kiepskiej pseudofilozoficznej książki. Może nawet odrobinę jej współczuła. Życie z takim stylem bycia nie mogło być łatwe.
— To nie była przegrana, tylko potknięcie.
Tak, z pewnością ktoś ją gnębił w dzieciństwie.
— Ty to robisz specjalnie? Czy trzeba ci przypieprzyć moc-
Zanim Ley zdążyła dokończyć przytyk, Weronika nagle zachwiała się na nogach. Szpada wyleciała jej z dłoni.
— No bez jaj. — Caroline złapała ją za ramię zanim zdążyła polecieć do przodu i rozbić sobie nos o twarde podłoże. — Japierdole, aż tak mocno to nie dostałaś — burknęła, odrzucając swój miecz na ziemię.
— Co ty robisz? Możemy kontynuować — zaprotestowała Weronika, ale jej głos nie był już tak mocny, niż wcześniej.
— Ktoś mnie jeszcze za to udupi — mruknęła ponuro Caroline, nie do końca delikatnie ciągnąc ją w stronę skrzydła szpitalnego.


Weronika?
────
[723 słowa: Caroline otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Elianne CD Kala — „O pierścionku odnalezionym”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA V

Elianne nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy ostatnim razem ktoś nadskakiwał jej tak, jak teraz robiła to Florence. Była zbyt przyzwyczajona do ludzi, którzy ze względu na jej dziecięcą, wiecznie uśmiechniętą twarz uważali, że mogą jej z łatwością wejść na głowę. Na szczęście to, że trafiła do obozu dla rzymskich herosów w wieku dziewięciu lat, pozwoliło jej wyrobić pewną odporność. Odmiana była całkiem przyjemna.
Florence była przemiła i ciągle ją zagadywała. Nie w ten irytujący, wścibski sposób - po prostu wydawała się ciekawa, jaka tak naprawdę jest dziewczyna, którą interesował się syn jej partnera. Eli miała nadzieję, że będzie zadowolona z wyników.
— Tak, mam trójkę rodzeństwa. Braci. Cała wesoła gromada — odpowiedziała na jedno z pytań z nieznacznym uśmiechem, wybierając jedną z owocowych herbatek, które zaproponowała jej kobieta.
— Jeju, całe życie z facetami! Jak to przetrwałaś? — dopytała Florence ze śmiechem, już zabierając zbędne opakowania herbat, z których dziewczyna nie skorzystała.
— Jakoś z mamą dałyśmy radę — wyjaśniła Eli zdawkowo. Nie było sensu tłumaczyć, że spędziła z nimi na stałe tylko połowę dotychczasowego życia.
— Jasne, no tak. Kal za to na pewno się cieszy, że jest jedynakiem, prawda?
Florence uśmiechnęła się do chłopaka, który w odpowiedzi posłał jej dość cierpiętnicze spojrzenie.
Kąciki ust Eli wciąż unosiły się w uśmiechu, choć kątem oka wciąż widziała, że Kal chyba nie cieszy się z jej obecności tutaj. Wciąż wpatrując się w kobietę, ostrożnie sięgnęła po jego dłoń pod blatem stolika, tak, żeby nie ściągnąć uwagi Florence i nie wprawić go w jeszcze większe zakłopotanie. Po cichu chciała mu przekazać, że jest okej. Czuła, że Kal jest spięty, ale nie puściła jego dłoni.
— To pani lokal? Bardzo przytulny — rzuciła, zmieniając temat.
— Boże, jaka pani! Mów mi Florence. I tak, to moja piekarnia. Mała, ale własna. Cieszę się, że ci się podoba — zaszczebiotała kobieta, stawiając przed nimi ozdobny talerz z równiutkimi kawałkami sernika. — Częstujcie się.
Ciężko było jej odmówić. Eli średnio miała ochotę na ciasto, ale uśmiechnęła się uprzejmie i nałożyła sobie porcję na mały talerzyk. Zanim zdążyło paść kolejne pytanie, dzwonek wiszący nad drzwiami wydał z siebie głośny, wysoki odgłos i Florence zostawiła dwójkę nastolatków, żeby stanąć za ladą. Elianne wykorzystała ten moment, żeby uważniej przyjrzeć się Kalowi.
— Jest bardzo miła. Jesteś zły? — zapytała cicho, a Kal ledwo zdążył otworzyć usta, zanim odpowiedziała sobie sama: — jesteś. Zjemy ciastko i pójdziemy.
— To jest jakaś porażka — wyrzucił z siebie chłopak, palcami wolnej dłoni ściskając nasadę swojego nosa. Drugą, pod stolikiem, wciąż trzymała Eli. Teraz ścisnęła ją mocniej.
— Jest okej. Serio. Napij się herbaty. Zaraz wyjdziemy — dodała nieco łagodniejszym głosem.
Była trochę rozdarta pomiędzy tym, żeby nie zrobić przykrości Florence, a chęcią pozbycia się z twarzy Kala miny, którą ostatnio widziała, kiedy ktoś kazał mu czyścić parapety brudną ścierą. Nie była do końca pewna, dlaczego jest aż tak niepocieszony, ale wiedziała, że sama się do tego przyłożyła zgadzając się na propozycję Florence, więc chciała jakoś temu zaradzić. Kiedy kobieta była zajęta obsługiwaniem klienta i na chwilę zniknęła na zapleczu, Eli przelotnie oparła głowę na ramieniu Kala. Kiedy na powrót się wyprostowała, zabrała się za swój sernik. Posłała Kalowi uśmiech, kiedy powoli sięgnął po swój kubek.
— Jak sernik? Nawet nie próbowałam, mam nadzieję, że wyszedł — powiedziała rozpromieniona Florence, kiedy już mogła do nich wrócić. Otrzepała dłonie o swój fartuch.
— Przepyszny, nie ma się pa… Nie masz się o co martwić.
Elianne uśmiechnęła się, ostrożnie odkładając widelczyk na talerzyk. Upiła łyk swojej herbaty, patrząc na uradowaną Florence.
— Super, to zjedz jeszcze kawałek. Kal, ty nie jesz? — zapytała, nieznacznie marszcząc brwi.
— Jedliśmy wcześniej obiad. Ja nie mogłam się powstrzymać przed sernikiem, ale Kal ma silniejszą wolę niż ja — gładko wyjaśniła Eli ze śmiechem. Zabębniła palcami o swój kubek. — Będziemy się już zbierać? Muszę jeszcze kupić lakier do włosów. Dziękuję za herbatę i ciasto. Naprawdę bardzo miło było mi panią poznać — dodała, po raz kolejny uśmiechając się do Florence.
— Kochana, to nic takiego. Zostańcie jeszcze parę minut, dopijcie herbatę. Jak nie zobaczę pustych kubków, to was nie wypuszczę. — Florence na wpół poważnie pogroziła im palcem.
Najwyraźniej nad tym nie będą w stanie przejść.


Kal?
────
[667 słów: Elianne otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Od Vex CD Kaliny — „Malunki naskalne po roku w Ameryce”

Poprzednie opowiadanie

Melodramatycznie przewraca oczami, bo przecież doskonale wie, że rozwścieczona staruszka, która myśli, że wszystko jej wolno, jest gorsza od policji. I to z bardzo prostego powodu. Jakikolwiek szanujący się stróż prawa poczekałby co najmniej pół godziny od przyjęcia zgłoszenia i dopiero wtedy postanowiłby łaskawie odpalić samochód, żeby przejechać swoim rozklekotanym gratem na drugi koniec miasta, wciąż kurczowo ściskając nadzieję, że jednak nie będzie musiał niczego robić i sprawa załatwi się sama. Kiedyś któryś z nich spisał Vex, bo nikt nie pozwolił mu odejść spokojnym krokiem z miejsca zdarzenia, tylko jakiś osiłek trzymał herosowi ręce za plecami i wrzeszczał do ucha, że mu dzieci budzi. Potłuc butelek na ulicy już nawet nie można.
– A weź spierdalaj – sugeruje babci, celując w nią odkręconą końcówką markera. Staruszka desperacko ściska w roztrzęsionej od wściekłości lub reumatyzmu dłoni swoją jedyną broń (telefon) przed zdeprawowanym nastolatkiem i losową hipiską, ale wciąż nie uczyniła najważniejszej części swojego ataku (nie odblokowała telefonu, nie mówiąc już o wpisaniu numeru, a o rzeczywistym zadzwonieniu nawet nie myśląc).
– Jak ty się do starszych odzywasz!!! – wrzeszczy kobieta już mocno zachrypniętym głosem, bo drze się tak od dobrych kilkunastu minut, albo w ogóle cały dzień, bo wszystko dookoła nie pada jej pod buty i nie całuje podeszw, żeby ona mogła na spokojnie kupić w pobliskim sklepiku paczkę papierosów, wiśniówkę i resztę potrzebnych do przetrwania itemków. – W ogóle szacunku do autorytetu nie masz gówniarzu!!!
– A ty do młodych, stara kurwo – fuka Vex i z pewną dozą zadowolenia odnotuje zaskoczone, ale takie zaskoczone z nutą podziwu, spojrzenie Kaliny (której imienia kompletnie nie pamięta i również nie przypomina sobie, skąd ona może go znać). Ma tylko nadzieję, że dziewczyna nie spróbuje go powstrzymać przed radosnym wpierdoleniem osiedlowej babci.
– DOSYĆ TEGO!!! – postanawia wrzasnać staruszka, a zza załomu uliczki do Vex i Kaliny docierają głosy zaniepokojonych przechodniów, którzy próbują dowiedzieć się, kto zaatakował biedną babuleńkę.
– Niech już pani odpuści, na serial się pani spóźni.
– DZWONIĘ – babcia bardzo głośno zagłusza wszelkie próby odwrócenia jej uwagi, jakie dzielnie poniosła Kalina. Niestety, przez trzęsące się palce staruszka nie może trafić w żaden z klawiszy, które byłyby jej w tym momencie potrzebne.
– Ale proszę pani, zaraz się zaczyna coś tureckiego, pewnie teraz jest taka godzina, co seniorzy akurat siedzą w domach…
– JA CI ZARAZ DAM MAŁOLATO – ostrzega babcia, ale swojej groźby nie spełnia, bo brak na nią miejsca w kolejce zadań do wykonania.
Wedle zasady „pokemony trzymają się razem, nawet jeśli tak w sumie to się nie znają”, Vex chwyta Kalinę za szmaty i zaciąga ją w miejsce, które w głowie określa: „gdzieś na pewno, chuj wie gdzie dokładnie, ale tam na pewno nie będzie tej starej szajbuski”.
– Gdzie wy idziecie!! ZNOWU UCIEKACIE, NIEWDZIĘCZNE BACHORY!!! TA WSPÓŁCZESNA MŁODZIEŻ, NIE TO CO KIEDYŚ!!! – Babcia w krzyk (stara się dreptać za półbogami w typowym babciowym tempie, bo trochę się już zmęczyła), a zza zakrętu wreszcie wychyla się jakiś mężczyzna w średnim wieku. – ŁAPAJ ICH PAN!!!
– Ich? – Niepewność w głosie łysawego facecika najwyraźniej doprowadza dostojną starszą panią do naprawdę ekstremalnie białej gorączki, jeszcze bielszej niż kilka sekund wcześniej.
– A KOGO? MNIE? WNUSIU ICH TRZEBA SZYBKO JA BĘDĘ DZWONIĆ NA POLICJĘ A TY ICH ŁAPAJ!!! WANDALE NIEWDZIĘCZNE!!!
– Ale… ale tak w sumie to to jeszcze dzieci są…
– DZIECKA CZY NIE DZIECKA, WANDALE I ZŁODZIEJE!!!
Półbogów w ich niekoniecznie bardzo spiesznej ucieczce odprowadzają nieboskie wrzaski babci, która teraz skupia się na wylaniu jątrzącego jej wnętrzności gniewu na nic niewinnemu magistrowi inżynierowi elektrotechniki, co pewnie nigdy w życiu nie mógł się zdobyć na zabicie choćby najdrobniejszego insekta. Przed zniknięciem w kolejnej uliczce, Vex udało się jeszcze wystawić w stronę facecika i babci środkowego palca, którego niestety żadne z nich nie zauważyło, ale za to nastolatkowi udało się osiągnąć boską satysfakcję wynikającą z samego popełnienia tego czynu.
Vex z początku próbowało nadać ich ucieczce tempa całkiem szybkiego, a przynajmniej odbieranego jako takie przez osoby do stu trzydziestu centymetrów wzrostu. Jednak towarzyszący temu marszobiegowi wysiłek szybko przerósł nieszczęsne dziecko Marsa, które na swoich plecach oprócz bagażu traum musi dźwigać również całą jedną wielką butlę z tlenem. Marszobieg staje się więc zwykłym marszem, gdy tylko znikają z pola widzenia tamtej przeklętej staruszki i mogą bezpiecznie ukryć się za ścianą. Kalina, która najwyraźniej ma niezłe płuca, niemal wyprzedza Vex. Ale tylko niemal. Spotyka się to ze sporym zaskoczeniem z jego strony, bo trochę za dużo było w tym myśli i dziwnego znaku, że dziewczyna naprawdę zna go całkiem nieźle.
Po czym zdaje sobie sprawę z tego, że przecież wciąż ściska jej koszulkę i trzyma ją na wyciągnięcie ręki, więc dziewczyna nie mogła zrobić nic innego, jak posłusznie zwolnić (chyba w międzyczasie głośno sprzeciwiła się takiemu traktowaniu, ale Vex było zbyt skupione na oddychaniu, żeby jej słuchać).
– Sorry. – Wreszcie ją puszcza i nawet przeprasza, choć wcale nie jest mu przykro. Odwraca się do niej i patrzy w punkt niedaleko jej twarzy, żeby na szybko dodać: – A teraz lep- KURWA JA PIERDOLĘ—
Zatacza się w przeciwną stronę, niż w tą, w którą próbowało iść, kurczowo trzymając się za głowę. Jest prawie pewne, że chyba złamało sobie oczodół albo inną kość policzkową.
Oszołomienie i rozlewające się po twarzy ciepło sprawiają, że dopiero po paru sekundach docierają do niego słowa Kaliny (ledwo je z siebie wydusza, bo jakoś na równi z krzykiem Vex zaczęła się śmiać), które tym razem go, a nie tamtą staruchę, doprowadzają do białej gorączki.
– Czy ty właśnie weszłoś w słup?


Kalina?
────
[888 słów: Vex otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Kaliny do Isobel — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

'Co myślisz?'
'Pojebało cię?'
Z westchnięciem odłożyła telefon do kieszeni i wróciła do spaceru między regałami. Była na misji. To znaczy, sama nazwała to zadanie misją - tak było ciekawiej. Poprzedniego wieczoru zepsuła lampkę w mieszkaniu i obiecała Amandzie, że ją odkupi. Z pozoru prosta sprawa, ale byłaby jeszcze prostsza, gdyby jej współlokatorka nie krytykowała każdej znalezionej przez nią opcji. Przed chwilą zanegowała świecącego tyranozaura, wyskakującego z jaja, a gdy Kalina wysłała jej psa, który ma na głowie żyrandol (a przy okazji robi kupę), kazała jej znaleźć normalny sklep.
Problem tkwił w tym, że Kalina już była w „normalnym sklepie” i patrzyła na „normalne” lampy. Ich pierwszym problemem był fakt, że są nudne jak flaki z olejem. No bo kto chciałby mieć na biurku zwyczajną, szarą czy niebieską lampę, kiedy może mieć kurę znoszącą świecące jajo? Na właśnie taką kurę teraz patrzyła i widziała jej same zalety. Była jasna, oryginalna, a przede wszystkim tania. Dużo tańsza niż nowe, szare abażury. Może była delikatnie uszczerbiona, ale to nie ujmowało jej urokowi. Wysłała zdjęcie Amandzie, a odpowiedź dostała niemal od razu.
'Japierdole.'
'Wiesz co?'
'Obojetne mi to juz, nie mam czasu'
'Sama cos wybierz, przezyje jakos'
'BYLE NIE TO'
Szybko odpisała jakieś „oki <333" i zadowolona wróciła na początek działu z lampami. Postanowiła przejrzeć wszystkie opcje jeszcze raz, bez stresu o aprobatę współlokatorki. Ponownie przyjrzała się wiszącej małpie, trzymającej żarówkę, kotu o świecących oczach, krasnalowi ogrodowemu oraz kilku dinozaurom. W końcu jej uwagę przykuła doniczka w kształcie głowy ze stopami i tym sposobem trafiła na dział ogrodniczy. Donice okazały się być jeszcze ciekawsze niż lampki. Jedne były w kształcie butów, drugie ludzików i gnomów, a trzecie zwierząt. To właśnie przy tych ostatnich kucała rudowłosa dziewczyna, przyglądająca się właśnie doniczce w kształcie słonia.
— O matko, jaka fajna! — odezwała się Kalina, podchodząc do nieznajomej.
— Prawda??? — uśmiechnęła się tamta w odpowiedzi. — Szkoda, że taka droga.
— Ew — Kalina spojrzała na wskazywaną przez nią cenę. — Za wielka, żeby wynieść oknem — zaśmiała się.
Doniczka rzeczywiście była wielka. Tak właściwie, była to raczej donica. Stojący na płytkach słoń sięgał dziewczynie do kolan i wyglądał, jakby był odlany z betonu.
— A wiesz jaka ciężka? — spytała w odpowiedzi. — Jak słoń.
Słowa Isobel rozśmieszyły Kalinę bardziej niż powinny, na co tamta również zareagowała śmiechem. Już miała się pożegnać i odejść, ale wpadł jej do głowy pewien pomysł.
— Wyglądasz na kogoś, kto ma dobry gust — stwierdziła i nie czekając na reakcję dziewczyny bardziej stwierdziła, niż spytała: — pomożesz mi.
— Okej — Isobel wyglądała na zaskoczoną, ale bez wahania się zgodziła. — W czym?
— W wyborze lampy — odparła i zaczęła iść w stronę działu z lampami. Po drodze postanowiła zapobiec niezręcznej ciszy i opowiedzieć historię starej lampy. — No bo, muszę kupić nową lampkę, bo poprzednia się zepsuła. Znaczy, teoretycznie to ja ją zepsułam, ale to przecież nie moja wina, że Amanda, w sensie moja współlokatorka, postawiła ją na stole w kuchni. Puzzli sie jej zachciało. Od miesiąca blokuje stół. No i przeciągnęła kabel przez całą kuchnie, ktoś musiał w końcu się na tym wywrócić, nie? Więc fajnie by było jakby ta była na baterie. No i muszę kupić nową. I teoretycznie powinnam kupić taką samą… ale ona była brzydka. Nie szkoda mi jej. Poza tym, takie były tylko w sklepach meblowych a tam jest za drogo. Gorzej niż ten słoń. Tu jest taniej. No i pokazywałam Amandzie różne opcje, ale nic jej się nie podobało no i w końcu stwierdziła że ma to w dupie i kazała mi wybrać samej. A ja nie wiem która jest najfajniejsza… — opowiadała w tempie dorównującym katarynce. Isobel nawet nie próbowała jej przerywać. W końcu wskazała palcem na kilka opcji. — Myślałam o tej, tej, tej… i może o tej. O i ta jest fajna. Tamte też mają potencjał, ale na nie nie patrz bo są za drogie — wskazała na najwyższą półkę.
— Ale ktoś musiał mieć kolekcję — zaśmiała się Isobel przypominając sobie, że są w sklepie z używanymi rzeczami.
— Więc… którą byś wzięła?


Isobel?
────
[649 słów: Kalina otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja do Weroniki — „Ach te klasyki”

Spacerował po obozie, przeklinając jesienną pogodę i rozglądając się w poszukiwaniu jakiejś żywej duszy. „Musicie nauczyć się doceniać słońce” — powiedział pewnego dnia Chejron i sprawił, że dziewięćdziesiąt procent obozowiczów zamknęło się w domkach i opuszczało je jedynie na posiłki i, opcjonalnie, obowiązki. Chłopak dziwił się, że nikt nie korzysta z pięknego (i zapewne krótkiego) okienka pogodowego — ciepłego słoneczka, delikatnego wiatru i udawania, że czarna chmura deszczowa w oddali nie istnieje.
Podszedł do jeziora, aby opłukać długopis, który ucierpiał na skutek spotkania z błotem. Biedna, żółta kaczka na sprężynce zmieniła kolor na brązowy tak samo, jak niegdyś czerwone trampki i dół jego nogawek. Zachciało mu się przeskakiwać przez kałuże. Przynajmniej jego rozpadający się notes nie ucierpiał, jego nie mógłby po prostu wypłukać. A co gorsza, musiałby od nowa szukać ludzi i pytać ich o to samo.
Rozejrzał się dookoła i pod jedną ze ścian dostrzegł fioletowowłosą dziewczynę. Siedziała na ławce i czytała książkę. Rzucił okiem na krzywą tabelkę w notesie i wytarł długopis o koszulkę. Zawahał się na moment zastanawiając się, czy na pewno chce jej przeszkadzać. Ale tylko na moment. Z głupim uśmiechem usiadł obok córki Ateny.
— Hejjj Rrrronika! — przywitał się, w myślach skacząc z radości i powtarzając „zawsze chciałem to zrobić!”. Imię dziewczyny zapamiętał bez większych problemów (co w jego przypadku było dość rzadkie) głównie dzięki skojarzeniu z „Heathers” i odkąd tylko je poznał czekał na taką okazję. — Sonda uliczna!
Weronika niechętnie podniosła wzrok znad książki i obdarzyła Mikołaja zażenowanym spojrzeniem. Chłopak na wszelki wypadek cofnął się na koniec ławki, cały czas próbując zachować ten sam, niezbyt przekonujący wyraz twarzy.
— Co? — odezwała się w końcu po chwili ciszy. Przymknęła książkę, zaznaczając stronę palcem i zaczęła przyglądać się trzymanym przez chłopaka przedmiotom. Po jej ironicznym uśmieszku widać było, w którym momencie zauważyła kaczy długopis. Więcej uwagi dziewczyny zabrała jednak krzywa tabelka. — Co to jest?
Mikołaj jednak już jej nie słuchał. Skupił się na okładce trzymanej przez Weronikę książki, a raczej na znajdujących się na niej informacjach, zapisanych cyrylicą. Próbował przypomnieć sobie alfabet, wyuczony przez niego na początku liceum podczas fazy, która brzmiała mniej więcej „jestem taki inny, czytam klasyki!”. Trwała ona może kilka miesięcy, a rozpoczęła się przez wyuczenie na pamięć monologu z „Kordiana” na potrzeby teatralne. Następnym etapem był dość performatywny zachwyt nad „Lalką”, a potem przeżycie „Szewców”. W ich wyniku chłopak poczuł, że nie tylko stracił iq, ale też szacunek nowej klasy, gdy przez cały wrzesień nazywał ludzi sflądrysynami i trylobitami sylurskimi. Ale przynajmniej zdobył punkt więcej na sprawdzianie z geologii i dowiedział się, że flądra nie jest gatunkiem foki.
Gdy po przebrnięciu z trudem przez „Sklepy Cynamonowe” sięgnął po „Mistrza i Małgorzatę”, postanowił przerzucić się na wschodnią literaturę, licząc na więcej odciętych głów i gadających kotów. Na ziemię ściągnął go, nomen omen, „Idiota”, którego przeczytał równe pięćdziesiąt dwie strony, odłożył na półkę i włączył AO3. Już nigdy więcej go nie otworzył. Tak samo jak kupionych w tym czasie sześciu innych książek. Jeśli dobrze rozszyfrował cyrylicę, książka Weroniki była napisana właśnie przez Dostojewskiego. Tytułu jednak już się nie podjął.
— Jak widać, nie każdy z tego wyrasta… — skomentował pod nosem i dopiero słysząc własne słowa zorientował się, że powiedział to na głos. Przełknął nerwowo ślinę i szybko rozważył plusy i minusy tłumaczenia się. Postanowił liczyć na to, że dziewczyna nagle ogłuchła.
— Z czego? — spytała niechętnie, podnosząc wzrok znad notesu.
Uśmiech zniknął z twarzy przerażonego Mikołaja, który szukając inspiracji do sensownej odpowiedzi, zaczął rozglądać się dookoła w panice. W końcu z powrotem spojrzał na narysowaną przez siebie tabelkę, a dokładniej małą żabkę przy jednej z dwóch kresek pod „tak”. Pod „nie”, z mojego kronikarskiego obowiązku, było ich aż siedem.
— To znaczy… z nieumiejętności pływania! — próbował wybrnąć. — Boooo… to jest bardzo ważne! Co jak nas zaleje? Umiesz pływać? — spytał, w końcu przypominając sobie cel zaczepienia Weroniki.


Weronika?
────
[625 słów: Mikołaj otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 9 czerwca 2026

Od Arnar CD Dahlii i Luciena — „Duchokonie??? Bardzo straszne naprawdę brawo”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA IV

Wiedza nie wypełnia ich umysłów w magiczny sposób, powietrze nie migoce od fascynującego brokatu zwiastującego pojawienie się bogini na środku korytarza ani zniknąd nie rozbrzmiewa nieznajomy, donośny głos. Nawet nigdzie nie pojawia się tęcza, co w zamkniętym pomieszczeniu byłoby całkiem interesującym zjawiskiem. Bogowie są od zawsze znani z bycia niewysłowienie leniwymi istotami, dla których nawet najprostsze przekazanie informacji stanowi czynność na tyle trudną do zrobienia, że starają się uprościć ją do najbardziej elementarnego kiwnięcia palcem. Zwłaszcza jeśli prosi ich o to jakieś marne herosiątko. Wtedy dodatkowo mają tendencję do rozumienia wszystkiego na opak albo niedokładnego wykonania powierzonego im zadania.
Biorąc pod uwagę światowej klasy debilizm i ogólne nieogarnięcie życiowe Arnar, ono nigdy nie dowiedziałoby się, że coś miało zostać mu przekazane. Irys wykonując swoją pracę, za którą Dahlia musiała wybulić niezłą kasę, postanowiła, niczym jakaś marna podróba Batmana, wyświetlić wiadomość od córki Demeter w punkcie ogólnodostępnym dla wszystkich. Na środku czystego, bezchmurnego nieba, które ciężko byłoby doprosić o tęczę, gdyby nie wspaniała boska interwencja. Dla zwykłych śmiertelników litery pewnie przybierają postać smutnych, trochę zdeformowanych chmurek, a każdy półbóg z wadą wzroku jest aktualnie biedny i niedoinformowany, bo iFajstosy w całej swej innowacyjności nie posiadają jeszcze żadnego odpowiednika Twittera. Na razie Hefajstosiaki wypuściły wersję beta aplikacji o kreatywnej nazwie Iriphonny, której ikonka przypomina słabą apkę randkową dla osób ze społeczności queerowej. Jeszcze nie dodali opcji zmiany profilowego, które defaultowo jest soczystą emotką truskawki, co zdecydowanie zniechęca półbogów do instalacji.
Arnar, jak zawsze, ratuje ktoś inny niż jego mózg lub cokolwiek powiązanego ze świadomością. Na niebo zwraca uwagę wyłącznie dzięki Lucienowi, który w konsekwencji ataku paniki szarpie się właśnie z klamką najbliższego okna, próbując otworzyć je bardziej niż na szerokość kilku marnych centymetrów (czyli tym samym wyrwać je z ramy).
– Ejejejej, kochanie, popatrz! – Arnar próbuje zwrócić uwagę Luciena na napisy na niebie, ale on nie ma najmniejszego zamiaru go słuchać. Wreszcie odpuszcza molestowanie klamki i skupia na złapaniu do płuc jakiegokolwiek powietrza. Szybkie wdechy i jeszcze szybsze wydechy skutecznie rozpraszają Arnar, które choć raz w życiu próbuje skupić się na czymś, co rzeczywiście może im pomóc. Nie na co dzień obserwuje się sekretne wiadomości wyświetlane na niebie. – Uwa-uwaga. herme… herOsi? Dzik. Dziki. Dziki labiryyynt w… o. To chyba o nas chodzi. Dziki Labirynt w naszym hotelu – oznajmia skonsternowane Arnar, ledwo odczytawszy chwiejne litery. W jego głowie układa się bardzo chwiejny i niekoniecznie dobry plan, którego osią mają być nowo zdobyte informacje. – Dobra, Lucien? Czas na wydostanie się stąd.
– Co? – odpowiada mu płaczliwie, ledwo wyduszone słowo. Zaczerwienione oczy wbijają w Arnar smutne spojrzenie, za którym widocznie nie ma zbyt wielu koherentnych myśli. Dobrze przynajmniej zobaczyć, że chłopak jest w stanie opanować swoją panikę na tyle, że by zacząć w miarę normalnie oddychać.
– Jesteśmy w dzikim Labiryncie – radośnie odpowiada Arnar, co wydaje się tylko jeszcze mocniej pogrążać Luciena w ogromnej dziurze pesymizmu.
– Czyli nie znajdziemy Dahlii? I co to w ogóle znaczy, że dziki Labirynt?
– Nie no, znajdziemy. Ja to w ogóle myślę, że to ona wysłała nam tę wiadomość, ale nie wiem, czemu pojawiła się na środku nieba, to trochę takie, wiesz, ekstrawaganckie rozwiązanie, nie? A dziki Labirynt, no, nie wiem, może po prostu nikt go jeszcze nie udomowił i nie wie, jak się zachować – odpowiada Arnar i swoim bardzo dobrym sposobem prze do przodu, nie zwracając uwagi na to, że literalnie nie ma pojęcia, w jakiej części hotelu są, a tym bardziej które to piętro. – Poza tym. Dahlia wróci, jak skończy sikać.
– Coś długo sika – kąśliwie zauważa Lucien, drepcząc za Arnar i nerwowo rozglądając się dookoła.
– Może ma zaparcie.
– Gubisz się w zeznaniach – oskarża go chłopak, wyraźnie coraz bardziej zdenerwowany tą sytuacją.
– Oj tam, kochanie, trzeba po prostu wrzucić na luz i oswoić Labirynt. – Arnar nie traci swojego optymizmu, chociaż te słowa brzmią dziwnie w jego ustach. Ostatnim, czym rzeczywiście by się zajęło, jest oswajanie czegokolwiek lub kogokolwiek, bo w tej sztuce jest piekielnie niedoświadczone (chyba że zaliczamy do tego jego przyjaźń z Dahlią).
– Ty nigdy nawet nie wyprowadzałoś psów ze schroniska, o czym ty w ogó-
– Ktoś tu jest?!
Wydaje się, że głos dochodzi zza załomu korytarza, na którym aktualnie znajdują się Lucien i Arnar. Może być to wrażenie złudne, biorąc pod uwagę niemożliwy do pojęcia układ hotelu, ale Hermesiątko i tak zakłada, że jeżeli ktoś tu jest, to właśnie za załomem korytarza. Ignorując zdrowy rozsądek i ściskającą jego przedramię dłoń Luciena, który bardzo gwałtownie kręci głową i układa usta w słowa: „Arnarze Bakke, NIE”, ono nie tylko stawia parę kroków w domniemanym kierunku, z którego dochodzi niezidentyfikowany głos, ale też postanawia nie zachować absolutnej ciszy.
– Tak!! My!!! – krzyczy na tyle głośno, żeby ta nadprogramowa osobistość usłyszała go nawet w przypadku znajdowania się gdzieś indziej niż za mistycznym załomem korytarza.
– My, czyli kto?! – odwrzaskuje Ktoś i rzeczywiście wyskakuje zza tego zakrętu, mierząc w parkę półbogów krótkim sztyletem (skutkuje to przerażonym piskiem Luciena, który na śmierć zapomina o tym, że posiada podobny, może nawet dłuższy sztylet). – O. Nie jesteście potworem?
– No chyba ci się coś ostro pomyliło – mamrocze roztrzęsiony Lucien, wycierając spocone dłonie o spodnie. – To ty tutaj sprawiasz większe zagrożenie.
– Co wy tu- ooo, pewnie jesteście niczego nieświadomymi gośćmi i mam okazję uratować was z opresji?! – pyta podekscytowana, jak się okazuje, dziewczyna i aż klaszcze w dłonie, uważając, żeby nie pociąć się swoim sztyletem. – Jestem Khai, przyjaciele mówią na mnie Khai, jakby co!
– Siema, a ja jestem Arnar. – Ściskają sobie dłonie, a coś dziwnego w wypowiedzi nowej koleżanki zauważa wyłącznie Lucien, który wygląda, jakby próbował przeprocesować, czym różni się „Khai” od „Khai”. Przynajmniej Arnar (które wybrało opcję niekwestionowania niczego) wyczytuje to z jego skonfundowanej miny i prawie niezauważalnie poruszających się ustach, które raz po raz układają się w kształt imienia dziewczyny. – A to Lucien – dodaje z uśmiechem, bo chłopak nie wygląda na skorego do przedstawienia się samodzielnie.
– Świetnie, super, fajnie!! – oznajmia wciąż niezmiernie podekscytowana Khai. – To nie pierwszy raz, jak kogoś ratuję, żebyście wiedzieli. Jestem kimś w rodzaju tutejszego superbohatera i, nikomu nie mówcie, ale potrafię parę różnych sztuczek, które mogą nas stąd wyprowadzić! - opowiada tonem rasowego przewodnika wycieczek szkolnych, który bardzo chce wzbudzić zainteresowanie w znudzonych uczniach podstawówki.
– Bardziej nas interesuje, gdzie jest wyjście, a nie jakieś sztuczki – życzliwie informuje ją Lucien. – Zgubiliśmy naszą koleżankę. Przyjaciółkę. Eee, moją kuzynkę z trzeciej wody po kisielu. Nieważne. Nieważne, trochę mi…
– Kochanie, spokojnie. – Arnar pocieszająco głaszcze chłopaka po roztrzepanej czuprynie i odwraca się do Khai. – No, to prowadź!
– Pewnie nie do końca rozumiecie, co tu się dzieje – zaczyna Khai, gdy już prowadzi ich w stronę, z której prawdopodobnie przyszła (przy czym Arnar i Lucien wiedzą, że to raczej ich nigdzie nie doprowadzi i więcej sensu rzeczywiście miałoby wyskoczenie przez okno). – I nie wiem, czy dacie radę w ogóle to zrozumieć…
– Nie no, proste, przecież był ten wielki napis na niebie i w ogóle. – Arnar próbuje wzruszyć ramionami, ale wczepiony w jego rękę Lucien skutecznie mu to uniemożliwia.
– Widzieliście go?
– Taaaaak??
– Jesteście herosami?
– A myślałaś, że czym, koniem? – prycha Lucien, ale jego prychnięcie bardziej przypomina żałosny kwik.
– Słońce, nie mów tak. Proszę. Bo jeszcze tu przyjdą. – Nagle Arnar przybiera znacznie poważniejszy wyraz twarzy i Lucien rzeczywiście wyszeptuje przeprosiny.
Khai przez moment po prostu stoi, trochę zszokowana, jako że to, w jaki sposób postrzegała rzeczywistość jeszcze chwilę temu, okazało się całkowicie niepoprawne. Przenosi wzrok z Arnar na Luciena i z Luciena na Arnar, podczas gdy oni wbijają w dziewczynę spojrzenia pragnące natychmiastowego wydostania się z tego przeklętego hotelu. Wszystko kwituje śmiech Khai, niekoniecznie zrozumiały dla pozostałej dwójki.
– Sorry, ja jestem z Obozu Herosów, więc wiecie…
– Ale ja przez sześć lat byłom grupowym! Ty tak serio nie pamiętasz? – pyta Arnar, choć samo nie pamięta Khai i jakby teraz powiedziała, że też była grupową, to by chyba pierdolnęło głową w ścianę tego cholernego labiryntu. – On w sumie też. – Lucien posłusznie kiwa głową na te słowa.
– Przez SZEŚĆ LAT?
– Tak????
– Okej dobrze wiedzieć to teraz chodźmy – Khai usilnie próbuje zamaskować niezręczność sytuacji. Arnar to akceptuje, bo dla co jak co, ale ono niezręczności się nie boi (tylko dlatego, że dla niego niezręczność nieszczególnie istnieje). Lucien wydaje się tylko trochę bardziej przerażony niż zazwyczaj, co też wychodzi wszystkim na plus. – To, skoro mamy się-
– Czy ja nie słyszałom rżenia przypadkiem. – Arnar odwraca się i bardzo uważnie skanuje cały korytarz, który nagle wygląda na znacznie dłuższy, niż chwilę wcześniej. – Jak nic słyszałem rżenie.
– Daj już spokój z tymi końmi! – jęczy Lucien, a zdezorientowana Khai aż opadają ręce. – Po prostu chodźmy, jak wyjdziemy, to tam już w ogóle nie będzie koni! Ja ci przysięgam, nigdy już nie zażartuję z tego głupiego kaktusa, pozwolę ci go w końcu wyrzucić!
– On tam jest – szepcze Arnar, ze zmrużonymi powiekami wpatrując się w zbyt długi korytarz. Gdzieś na jego końcu coś miga czerwienią. Jak nic właśnie stuka na niego kopytem. – ON TAM JEST – powtarza, tym razem już z większą dozą paniki w głosie (ogromną) (przekraczającą panikę Luciena) (poprzeczka akurat jest dość wysoko). – MUSIMY STĄD NATYCHMIAST SPIERDALAĆ – oznajmuje i od razu rusza przed siebie, ciągnąc za sobą Luciena.
Khai stoi parę kroków przed nimi, ale nagła szarża przerażonego Arnar, które co jedną dwudziestą szóstą kroku zerka za siebie, sprawia, że parę kroków powoli przestaje być jakimikolwiek krokami. W tej niemożliwej do opanowania sytuacji Khai cofa się, nie zdążywszy się obrócić.
Na jej nieszczęście, rozwiązały jej się buty. To znaczy, już dawno były rozwiązane i dopiero teraz żałuje, że nie chciało jej się na moment schylić i z powrotem zasupłać sznurówek.
Zwykłym zrządzeniem losu, wszystko idzie nie tak, jak powinno. Piekielnie długi dywan, którym wyłożona jest podłoga korytarza, zwija się pod jej nogami. Khai nadeptuje na jedną ze swoich sznurówek, może też podłoga nagle staje się krzywa, że dopomóc w zniszczeniu brawury dziewczyny. Albo ona po prostu nie potrafi chodzić do tyłu.
W każdym razie Lucien w desperacji próbuje zacisnąć palce na jej koszulce, ale okazuje się zbyt wolny.


Lucien?
────
[1622 słowa: Arnar otrzymuje 16 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 7 czerwca 2026

Od Weroniki — „Później będzie tylko zupa z kotem”

Nikt nie zauważył, kiedy wkradła się na salę. Na szczęście to nie był jakiś gigantyczny teatr, ot jeden z wielu pomniejszych, ale za to oszczędzał na bezpieczeństwie. Kiedy będzie miała własną pracę, w tym własne pieniądze, to wyśle im maila ze wskazówkami, co należy koniecznie poprawić. Na ten moment tylko prychnęła, gdy cieć zrobił leniwy obchód, nawet nie zaglądając do schowka. Nie oczekiwała też, że kamery są lepsze. O ile nie były atrapami.
Ale dzięki temu była w stanie obserwować niezauważona próby grupy baletowej. Sala była dosyć duża, z wydzielonymi balkonami (chociaż bardziej adekwatną nazwą były pseudobalkony), właśnie skryła się w jednym z nich. Rzadko kiedy ustawiali światło, a gdy to robili, nigdy nie rozjaśniali widowni.
Ważyła telefon w rękach. Rozpisywała w głowie plusy i minusy włączenia go, szacowała też swoje szanse na przeżycie. Nawet nie patrzyła w kierunku grupy baletowej. Potrzebowała bezpiecznej przestrzeni, w której mogła posłuchać miłej dla ucha muzyki. Westchnęła i nacisnęła przycisk włączania. Ekran zabrzęczał, mignąwszy logiem producenta. Startował zdecydowanie za długo, a Weronika pomyślała o tym, że musi się kiedyś szarpnąć na te głupie iFajstosy. Przeliczyła wcześniej pieniądze w portfelu i spodziewała się, że z dwudziestoma dolarami, minus bilet powrotny do Obozu, nie da rady kupić czegoś lepszego.
Ekran w końcu rozbłysnął, obnosząc się pęknięciami. To była jej wina, mogła lepiej pilnować dzieciaków, mogła nie brać go z domku, mogła też uniknąć typa, który wpadł na nią. Powodów było wiele, ale jednego nie była w stanie zrzucić na siebie. Ten telefon miał już dobre 6 lat i po prostu zdychał. Miała duże nadzieje zobaczyć powiadomienie przy SMS-ach, ale nic się nie pojawiło. Głupia, od jakiegoś czasu nie dostawała od niego wiadomości, to czego się spodziewała? Scrollowała w górę, cały czas czytając wiadomości. Głównie jej. „Hej, jak tam konferencja?”, „Przeczytałam dzisiaj tę książkę, o której miałeś wykład”, „Kiedy wrócisz do domu?”. „Czemu nie odpisujesz?”.
Z grobową miną sprawdzała resztę apek. Weszła w maile, żeby wyczyścić jak zawsze spam i newslettery, dopóki nie zobaczyła nowej wiadomości. Rozpoznała nadawcę, było to imię i nazwisko jej ojca. Serce zabiło mocniej. Może ojciec rozpisał się w mailu, bo w zwykłej wiadomości skończył się limit znaków? Weszła w treść maila, przeczytała pierwsze zdanie i prawie cisnęła komórką przez salę. Ojciec pomylił adresatów, zamiast do jakiegoś studencika, który miał poprawić rozdział, wysłał do niej. Najbardziej w tym wszystkim zirytowało ją to, że zrobił jej taką nadzieję.
— Dupek. — Szepnęła.
Jeszcze kilka lat temu by zrobiła raban i na siłę pojechała na jego wykład. Dzisiaj wiedziała, że to nie ma sensu, nie miała już trzynastu lat. Po prostu musi ciężej pracować, być lepsza z tej literatury. Wtedy będzie miała o czym porozmawiać z ojcem i w końcu dojdzie do jakichś dyskusji, w których udowodni mu, że nie jest gorsza niż jego studenciaki. Może będą w końcu wymieniali się teoriami. Albo zagrają w szachy, kto wie. Może w końcu będzie jak dawniej.
Już miała wyłączyć komórkę, gdy zobaczyła wyskakujące powiadomienie z konfy Ateniątek. Nie angażowała się w ogóle w ich sprawy. Tam dzieciaki pisały same głupoty typu six seven, rizz, a Weronika była ponad to. Kliknęła dymek, tylko dla kontynuacji dołowania się. Wyskoczyły jej jakieś obrazki oraz slogany.
— Czym, do cholery, jest ten Boski Full? OLIMPIJSKA ALFA? Jakiś nowy brainrot? — Mruknęła pod nosem obojętnie, dopóki nie zwróciła uwagi na to, gdzie był sprzedawany i przez kogo.


────
[552 słowa: Weronika otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]