sobota, 6 czerwca 2026

Od Lucasa — „Magia astrofagów”

— Więc jak z Monice?
Lucas westchnął ciężko, podpierając swoją głowę o dłonie.
Ostatnim czasem wyglądał odrobinę lepiej. Przez wakacje udało mu się całkiem wypocząć, ale tylko od nauki. Ruby jest coraz bardziej ruchliwa i ciekawska świata. Pomału też zaczyna mówić. Potrafi powiedzieć tata i…. to tyle na razie.
— Na pierwsze…. spotkanie poszliśmy do parku rozrywki — Lucas zaczął opowiadać, przyglądając się zaciekawionemu Irielowi. — Bawiliśmy się naprawdę dobrze. Wiesz, jak byłem mały, często odwiedziałem tego typu miejsca. Upolowałem jej nawet misia.
— Spotkanie? Boże, Lucas mów wprost, randka. Serio stary, nie ma co się wstydzić.
— Jeszcze nie jesteśmy razem — sprostował. — To dopiero takie… wstępne poznawanie się. Niby mówiła, że nie miałaby nic przeciwko, żeby również zajmować się Ruby. Monice jest z wielodzietnej rodziny, a jako najstarsza, można by rzec, że od zawsze kimś się zajmowała.
Lucas chwycił za leżący obok telefon.
— To już jest 16! — Krzyknął, podnosząc się. — Opowiem ci kiedy indziej Iriel, ja muszę lecieć! Opiekuj się Ruby, tak jak ci powiedziałem, dobrze?
Iriel przytaknął, obserwując jak Lucas w pośpiechu ubiera cienką kurtkę, a następnie wybiega z urodziwej kawiarenki. Za wszystko na świecie zapomniał, że dziś jest umówiony z Monice, i to jeszcze w San Francisco.

— Już myślałam, że mnie wystawiłeś — Monice poprawiła swoje loki, patrząc na rozczuchranego Lucasa.
— Przepraszam najserdeczniej… Musiałem oddać przyjacielowi Ruby na ten czas — Lucas zaczął się tłumaczyć, próbując złapać oddech.
Kobieta zaczęła się rozglądać wokół. Byli omówieni do kina.
— Na co właściwie idziemy? — zapytała Monice.
Lucas wyprostował się, rozglądając się po pomieszczeniu. Oko przykuł mu plakat filmu, gdzie główną rolę grał Gosling.
— Może… Hail Mary?
— Hmm… może być…

— I co, podobało jej się? — zapytał Iriel.
Był kolejny dzień. Spotkali się w tym samym miejscu co wtedy.
— Tak bardzo, że potem poszliśmy na mały spacer, do parku obok. Tam mi powiedziała, że… w sumie to chciałaby spróbować czegoś więcej niż tylko spotykanie się po przyjacielsku.


────
[307 słów: Lucas otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

Od Dahlii CD Isobel — „To twój ciężarek?”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Wystarczył jeden rzut oka na plecak, żeby stwierdzić, że był zdecydowanie jej. Już miała otworzyć usta, żeby wydusić jakąś odpowiedź, ale Isobel była pierwsza. Wychyliła się zza szafy.
— My to tam wuj, co ten plecak robi na twoim ramieniu? — Oskarżycielsko wskazała palcem.
Pan Falafel obrócił się na pięcie i zniknął z pola widzenia.
— Za nim!
Zanim Dahlia zdążyła zorientować, w jakiej sytuacji są, przed jej oczami mignęła burza rudych włosów.
— Wspaniale. — Mruknęła.
Po czym również zbiegła po schodach, przeskakując kilka stopni naraz w dół.

Gdy wybiegła z klatki, szybko zauważyła, w którą stronę biegną. Isobel coś wykrzykiwała w kierunku typa, oby nie obudziła całego osiedla. Jeszcze by tego brakowało, żeby jacyś sąsiedzi się zbiegali. Mogli w dodatku okazać się typami spod ciemnej gwiazdy. Dahlia oczywiście podążała za nimi, ale podejrzewała, że nowo poznana koleżanka zaraz padnie z wyczerpania. Dobrze, że w przeciwieństwie do niej, chodziła regularnie na tę głupią siłownię. I uciekała z innymi dorosłymi półbogami przed potworami.
Zastanawiała się jak najprościej zatrzymać ziutka. Owszem, były tutaj jakieś chwasty, ale bardzo słabe. W dodatku nie chciała znowu wyjaśniać, czy przekonywać, że Is ma tylko schizę po iluśtam godzinach pracy. Albo, że się uderzyła w głowę. Po zobaczeniu całej sadzonki wyrastającej znienacka z doniczki i oplatającej uciekającego. I tak to miasto całe śmierdziało bogami oraz mitologią. Nieco inną, bo rzymską, ale są pewne podobieństwa.
W pewnym momencie złodziej skręcił na schody, uciekając w dół, w stronę parku. Wtedy byłoby prościej zagarnąć go bezszelestnie jakimś krzakiem? Dahlia dużymi susami przeskoczyła rząd stopni, po czym skręciła w lewo. Zastanawiała się, gdzie w ogóle jest Isobel. Czyżby opadła z sił i teraz odpoczywa na górze?
Biegła wzdłuż wysokiego muru. W oddali słyszała, pomijając odgłosy tenisówek odbijających się od podłoża, szum wody i wrzask mew. Nie słyszała nikogo innego.
Nagle zauważyła spadający kształt. Cała scena odgrywała się niczym w zwolnionym tempie. Osoba zniżała, rude włosy w świetle pobliskiej latarni powiewały wściekle na boki. Machała nogami, Dahlia w którymś momencie zauważyła dziwne odbicie w powietrzu, które wypchnęło dziewczynę do przodu. Lądowała kolanami na barkach złodzieja. Impet zmiótł go na auto jak pacynkę. Wyrżnął twarzą, to na pewno nie było przyjemne, zawył z bólu. Isobel również się potoczyła po chodniku.
— O jasna cholera. — Krzyknęła odruchowo Dahlia, komentując całą sytuację.
— Nic mi nie jest! — Odkrzyknęła Isobel.
Po czym ruszyła od razu w kierunku Falagamusa i wyszarpywała plecak. Na to córka Demeter już była zbyt zdziwiona.
— Pojebało cię, laska.
— Patrz, mamy twój plecak! — Is wychrypiała, prawdopodobnie czując jeszce impakt z upadku.
Chciała zamachać nim wesoło w powietrzu, ale widocznie plecak miał swoją wagę i opadł na chodnik. Dahlia pomogła jej wstać, rzuciła tylko okiem na złodzieja, ale coś innego przykuło jej uwagę.
— Idziemy, szybko! — Rozkazała.
— Co się dzieje?
Nagle zawyły syreny policyjne.
— Zaatakowałyśmy gościa i ukradłyśmy mu plecak. Uciekajmy, nie wyjaśnimy się tam.
Isobel kiwnęła głową i chciała zrobić kroki do przodu, ale się zachwiała. Nic dziwnego, mimo wszystko skoczyła na kogoś. Może kolana jej rozbolały, może uderzyła się w głowę? Dahlia już nie traciła czasu na wyjaśnienia, tylko przerzuciła dziewczynę przez ramię i od razu puściła się biegiem. Nagle usłyszała typowy dla nowej koleżanki potok słów.
— Ale ciężki ten plecak. Co tam nosiłaś w nim, cegły? Na dodatkowe obciążenie na maszynę? — Rozległ się dźwięk otwierania plecaka. — O kur… czaki. Dahlia, musisz koniecznie uciec przed pałami! Pronto!
— A co ja robię?! Co tam w ogóle jest?!
— Wygląda jak eeeeeee… — Zaskakująco długo zbierała myśli. — Tak to się nazywa? Heroina? Nie, dobra. Kokaina. Wygląda to jak bochenek kokainy.
Nogi się pod Dahlią prawie ugięły. To chyba miało sens, zabranie wyświechtanego plecaka innej osoby. Co prawda nie wiedziała do końca, czy z niego by się dało zebrać jakiekolwiek informacje o niej, czy tam DNA, czy cokolwiek innego, ale poczuła dreszcze. Jak policjanci je przeszukają, to trafi do pudła na co najmniej kilka lat.
— Możesz mnie puścić, czuję się lepiej, tylko weź ten plecak! — Krzyknęła po chwili Isobel.
Gdy już postawiła ją na ziemi, biegły dalej. W pewnym momencie skręciły w alejki, byleby zgubić trop. Plecak nie był ciężki, ale Dahlia miała poczucie, że się jej wrzyna boleśnie w ramiona. Za dużo się działo dzisiaj. Isobel w pewnym momencie weszła na schody przeciwpożarowe i zajrzała przez pierwsze, lepsze drzwi, po czym pogmerała w mechaniźmie. Ustąpił od razu.
— Szybko poszło, podobnie jak ten skok w powietrzu. — Zauważyła z przekąsem Dahlia.
Zamknęły za sobą drzwi i szybko opadły na podłogę, procesując zdarzenie.
— Jaki skok w powietrzu? Ktoś się chyba tutaj nie wyspał i ma jakieś schizy. — Zaprzeczyła żywo Isobel. — Wydawało c—
Is nie zwracała uwagi na znaki koleżanki, która usilnie próbowała ją ściszyć. W tym momencie po prostu zatkała ręką jej usta. Słyszały, jak kroki przebiegały obok, w tym rozmowę przez krótkofalówkę. Mało brakowało, a by usłyszeli klasyczny potok słów. Gdy już przycichły, a dziewczyny zdążyły złapać oddech i rozejrzeć się po, jak się okazało, zamkniętym lokalu sklepowym.
— Życie już wystarczająco mi rzuca dzieciakami Hermesa, ale chociaż nie wrzucaj mnie do więzienia. — Skomentowała Dahlia, zdejmując rękę.
Spojrzały od razu na plecak znajdujący się w kącie. Jakby był niebezpiecznym zwierzęciem, zdolnym w każdej chwili do ataku. Lub tykającą bombą.
— Co robimy z tym, eee, bochenkiem kokainy?


Isobel?
────
[850 słów: Dahlia otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 2 czerwca 2026

Od Dantego CD Ivy — „For The Hell Of It”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, rok temu

Nie mogłem uwierzyć własnym uszom! Ivy, ten Ivy, zgodził się ze mną wyjść. Uśmiechałem się jeszcze długą chwilę, zanim poluźniłem napięte mięśnie twarzy.
— W takim razie o osiemnastej.
Ivy nie odpowiadał dłuższą chwilę. Widziałem, że ucieka wzrokiem; spogląda a to na szyld jednego ze sklepów odzieżowych, a to na przechodzącą parę nieznajomych. Nie podobało mi się, że mnie tak ignorował, ale nie mogłem też pozwolić, by nasza relacja już na wstępie została zepsuta. Postanowiłem udawać, że tego nie zauważam.
— Dobrze. Niech będzie.
Uśmiechnąłem się szeroko do mężczyzny na pożegnanie i odszedłem w swoją stronę. Najchętniej poczekałbym u niego w domu, ale przecież musiałem się przygotować. Znaleźć ciuchy, buty, ułożyć włosy i zrobić twarz. Miałem nadzieję, że kiedy się spotkamy, on również ubierze się inaczej niż zwykle i pozwoli mi się poznać z innej strony. Byłem taki ciekawy jego osoby. Jego upodobań do spędzania wolnego czasu, jego pijanego głosu i chwiejnych kroków. Chciałem to dzisiaj wszystko zobaczyć.
Byłem pierwszy. Czekałem przed wejściem do wybranego klubu i oglądałem się w przedniej kamerce telefonu. Wiał akurat dosyć lekki wiatr i rozgarniał moje ułożone włosy we wszystkie strony.
Ivy się nie spóźnił. Zjawił się dziesięć minut przed osiemnastą. Na ramiona narzucony miał długi, czarny płaszcz. Wyglądał oszołamiająco.
— Hej! — Przywitałem mężczyznę żywym machaniem ręki. Zauważyłby mnie pewnie z kilometra — nie bez powodu lubiłem ubierać się na kolorowo — ale sam jego widok poprawił mi humor i nie mogłem się oprzeć, by do niego nie pomachać.
Ivy podszedł zupełnie niespiesznie. Nie uśmiechnął się wcale, ale wytłumaczyłem sobie, że to pewnie ze stresu, bo wyglądał na osobę, która nie chodziła do klubów w ogóle.
— Usiądźmy gdzieś na boku.
Powiedział to od razu, kiedy złapałem za klamkę i pociągnąłem drzwi do siebie, by je otworzyć. Wolałem zazwyczaj siedzieć bliżej baru, ale postanowiłem zrobić tym razem wyjątek — wszystko po to, by zbyt szybko się nie zniechęcił i został ze mną do samego rana.
— Wolisz piwo czy drinki? — zapytałem od razu, kiedy usiadłem. Wolałem przejść do konkretów. Przecież nie będę tutaj siedział o suchym pysku. — Ja zazwyczaj zaczynam od mniejszych drinków.
— Wolałbym na razie coś… bezalkoholowego. — Przewiesił swój płaszcz przez oparcie krzesła. — Wydaje mi się, że też powinieneś tak zacząć. Czasem dobrze jest spróbować zabawy całkiem na trzeźwo. Ciągłe picie jest niezdrowe.
Przewróciłem oczami. Nie przyszliśmy tutaj przecież, żeby pić owocowe soczki. Nie przyszedłem też tutaj po to, żeby słuchać morałów, bo takich nasłuchałem się już wiele w całym życiu. Chciałem tylko dobrze spędzić czas.
— Raz można sobie pozwolić — próbowałem zachęcać go dalej. — Może wezmę ci coś, co sam lubię?
Ivy wyraźnie się zawahał. Zauważyłem przebiegający po jego twarzy cień wątpliwości i niechęci.
— Proszę, weź m-
— Zaczekaj tutaj. — Podniosłem się szybko, nie pozwalając mu celowo dokończyć zdania. — Zaraz wrócę.
Bez dalszego namawiania poszedłem do baru i zamówiłem dwa takie same drinki — kolorowe, w małych szklankach, żeby nie zaczynać od razu od większych i o całkiem delikatnych alkoholach, by nie zrazić od razu Ivy'ego. Sam drink miał pewnie ledwo pięć procent i mógł jedynie połaskotać nasze palce u nóg, ale lepiej zacząć w taki sposób, niż narazić siebie na utratę nowego przyjaciela.
Postawiłem szklanki na stoliku i usiadłem na krześle naprzeciwko mężczyzny.
— Zaufaj mi — uśmiechnąłem się, jak zawsze, całkiem przekonująco — nie będzie mocny. Chciałem tylko, żebyś spróbował moje smaki.
Nawet jeśli Ivy w głowie kwestionował swoje decyzje i tak postanowił spróbować swojego napoju. Nie skrzywił się, ale też się nie uśmiechnął.
— Całkiem dobre — przyznał. — Powiedz mi, jak często tutaj przychodzisz?
— Może cztery razy w tygodniu? — zastanowiłem się. — Czy to jakieś pytanie pułapka?
Pokręcił głową.
— Nie, ale nie uważasz, że to zbyt często?
Zmarszczyłem brwi. Nie spodobało mi się, że zaczął prawić mi kolejne morały.
— Uważam, że to nawet zbyt rzadko.
Ivy nic nie odpowiedział. Może to i lepiej? Gdybym znowu w odpowiedzi usłyszał coś w rodzaju morału, to chyba nie zdołałbym siebie dłużej powstrzymywać. Czy to, że tak często bywam w klubach było problemem? Czy to właśnie przez to mógłby mnie przestać lubić?
— A tak w ogóle, Ivy, mój drogi, jesteś może wolny?
— Jutro jestem zajęty. Właściwie, do końca tygodnia jestem zajęty.
— Nie o to pytam.
Niemożliwe, że był taki nieświadomy. Niewinny. Całkiem to urocze.
— Jeśli chodzi o resztę miesiąca, to również może być problem. Więcej raczej nie chciałbym z tobą wy…
— Poczekaj — przerwałem mu. — Naprawdę nie rozumiesz, o co pytam?
Pochyliłem się do przodu i zamrugałem parę razy. Nie do wiary.

Ivy wyjdziesz za mn?
────
[720 słów: Dante otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Od Inez CD Dahlii — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Inez zdawała sobie sprawę, że jest łatwowierna, choć na misjach zawsze stała się być bardziej uważna. Choć jej pozytywna natura nie ułatwiała dystansowania się, na co dzień naprawdę była większą kulką szczęścia. No i może faktycznie dość szybko zaufała Dahlii, ale czemu miałaby tego nie zrobić? Interesował ją fakt, że niegdyś była w Obozie Herosów. Zawsze ją interesowało jak tam jest i czy ich obozy naprawdę mocno się różniły. Przypuszczała, że tak, patrząc na historię, jednak tym bardziej chciała wiedzieć co to za różnice! No i jak miała nie zaprzyjaźnić się z kimś, kto mógł odpowiedzieć na te wszystkie pytania kotłujące się w jej głowie.
Jednak nie spodziewała się, że Dahlia będzie taka niemiła! Początkowo uznała, że to miły, niespodziewany gest z jej strony. Czemu to ona miała być testerem trucizn!? A najgorsze było to, że Inez wiedziała, że dziewczyna ma rację. Potwory często były sprytniejsze niż im się wydawało.
– Czemu mi to zrobiłaś!? – krzyknęła spanikowała i nerwowo zaczęła w miejscu przebierać nogami. – Ja nie znam się na truciznach! Mogę plotkować o tym co kto gada w iryfonach, czy przywołać ci pegaza, ale nie jestem dzieckiem Apollo!
Po chwili zobaczyła jak starsza patrzy na nią rozbawiona i zdała sobie sprawę jak głupio musi brzmieć. Zrobiła właśnie z siebie idiotkę, więc woląc nie mówić już nic więcej, jadła dalej watę.
– Nie no, ale serio, czujesz truciznę?
– Nie – odburknęła napychając się resztą słodkości.
Dziewczyny szły przed siebie znów w ciszy. Obserwowały czy nigdzie nie widać dziwnych zachowań, bądź nietypowych stworzeń. Inez dawno nie była na takiej misji i w głębi serca bardzo się tym stresowała, więc pomimo tego co zrobiła jej Dahlia, cieszyła się, że nie jestu tutaj sama.
– Latałaś kiedyś na pegazie? – Do jej uszu dotarło nagle pytanie, którego nie spodziewała się usłyszeć. Spojrzała na dziewczynę tuż obok niej. Starsza nie patrzyła w jej kierunku, jednak Velez i tak miała wrażenie, że jest realnie zainteresowana odpowiedzią.
– Tak. No wiesz, trochę mi zajęło zanim faktycznie zaczęły się mnie słuchać, ale to było tego warte. Gdy mam na przykład zły dzień nie ma nic lepszego niż lot w przestworzach. Szkoda, że my, ludzie nie potrafimy latać. To by było super ekscytujące! – Aż klasnęła w dłonie z zadowolenia, jednak po chwili uspokoiła i uśmiechnęła się nieznacznie. – Jednak robienie tego na tych majestatycznych stworzeniach jest nie mniej przyjemne, serio my-. – Dziewczyna przerwała swoją wypowiedzieć czując nagle w powietrzu coś nietypowego.
Niemal w jednej chwili obie dziewczyny stanęły gotowe do możliwego, nagłego ataku i zaczęły się rozglądać wokół. Inez trzymała mocno w dłoniach swój gastrafetes, a jej mimika twarzy od razu zmieniła się na bardzo skupioną. Teraz wyglądała zdecydowanie jak nie ona.
Już po chwili przed nimi ukazał się chłopak, na oko koło dwudziestki ze złowieszczym uśmiechem na twarzy. Gdy Velez go ujrzała w tej samej chwili zagrzmiało, a w jej głowie pojawiła się tylko jedna myśl.
– Ventus – powiedziała to na głos, tak by Dahlia to usłyszała, choć była niemal przekonana, że dziewczyna jest tego świadoma.
– Mhm, to zdecydowanie Anemoi.
Obie dziewczyny wiedziały, że mają na myśli to samo stworzenie. Cóż, są oni na tyle charakterystyczni, że naprawdę nie pomylisz z niczym innym.
– Po co tu jesteś!? Czego chcesz!? – krzyknęła Inez i ugięła kolana. Postawa, z której w każdej chwili możesz się ruszyć nie tracąc czasu. Może i nie wychodziła zbyt często na misje, ale wiedziała co robić. I mimo, że nienawidziła walczyć, to była legionistką, nie mogła pozwolić by strach ją sparaliżował. Była odważna i pewna swoich umiejętności, a to był pierwszy krok do sukcesu.
– Oh, dwójka półbogów, jak słodko. – Głos chłopaka był naprawdę nieprzyjemny; chropowaty, niemalże syczący. Inez dawno nie słyszała czegoś tak obrzydliwego. – Może chociaż wy dostarczycie mi potrzebnej rozrywki.
Teraz nie mogły się wycofać.


Dahlia?
────
[612 słów: Inez otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Dicka CD Edel — „Psi patrol gotowy do akcji!”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Z każdym obrotem tkanina coraz szczelniej owijała się wokoło Dicka, ale mimo tego, że był już praktycznie sztywną mumią, dalej zręcznie wymykał się rekom kobiet, które starały się go uratować. Szczęście w nieszczęściu, przewrócił się i znieruchomiał, co umożliwiło rozwinięcie go z zasłonki i zapobiegło niechybnemu uduszeniu. Dick wybałuszył oczy i wziął głęboki oddech.
— Teraz usiądź tutaj, okej? I nie ruszaj się...
Bardziej niż usiadł, został posadzony na leżance. Poddał się rutynowemu dla niego badaniu, które miało określić, czy ma wstrząśnienie mózgu i wszystkie kości w całości. Nie obyło się bez mimowolnego krzyku bólu przy sprawdzaniu odruchów ani bolesnego zagryzienia wargi, ale ostatecznie Dick nie był w o wiele gorszym stanie teraz, niż kiedy przekroczył próg ambulatorium.
— Będzie żył — zawyrokowała Elianne, chowając małą latarkę, którą przed chwilą wypalała Dickowi siatkówkę do kieszeni.
Dziewczyna obok łóżka odetchnęła z ulgą. Półbóg pokiwał głową i od razu tego pożałował — Fortuno, jak ona go bolała…
— Jednak najbezpieczniej będzie, jeśli zostanie tu choćby na parę godzin obserwacji. Potem musiałby ktoś go pilnować w baraku. Jakieś pytania?
— Mogę się zdrzemnąć?
Elianne popatrzyła na niego z irytacją, prawie jakby zadawał jej to pytanie przynajmniej raz tygodniowo. Dick ostrożnie podniósł dłoń do grzbietu nosa i ścisnął skórę między oczami dwoma palcami. Nie wybuchł. Jego kolano pulsowało, już troche słabiej, z zadrapań przestała lecieć krew. Coś mu jednak umykało. Może ma krwotok wewnętrzny? Przechodzi cichy zawał?
Nie, to nie to.
Poklepał się po kieszeni na piersi. Nie zgubił kremu przeciwsłonecznego, choć ten dawno rozlał się pod materiałem koszulki i Dick przesuwał palcami po tłustej plamie. Zgubił okulary przeciwsłoneczne. Jego ulubione! Lexi przywiozła mu je z San Francisco. Były bardzo fajne, w nich prawie nie bolały go oczy. I prawie nie uciskały nosa. Prawie nie wbijały się w skórę za uszami, i miały bardzo ładny kolor. Lexi mówiła, że pasują mu do włosów. Nie, to chyba….
— Gdzie jest Nuggets?


Edel?
────
[309 słów: Dick otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

Od Ricky'ego CD Kuźmy — „I was thinking… Maybe you and I should partner up?”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

— Bez przesady, przecież to bezpieczne! Ja też jestem cały! Wszyscy w Obozie są cali! Nic nie wybuchło. Znaczy, teraz teoretycznie może właśnie wybuchać i tego nie wiemy, bo fala uderzeniowa dopiero do nas zmierza, albo… ała! — Kuźma kopnęła Rickiego w nogę, bo mimo że zaczął dobrze, upewniając dzieci Wulkana o braku zagrożeń płynących z fioletowego grzybowego sosu, szybko jego słowa zaczęły się kręcić w niebezpiecznym kierunku.
— Jeśli teraz wybuchło, i tak nic nie zrobimy, więc nie musimy się martwić — dokończył pod nosem, a Kuźma zdecydowała połamać mu wszystkie piszczele. Mimo, że na pewno dzieci Wulkana nic nie słyszały!
— Pójdźcie po prostu ze mną. Z nami — poprawił się. — Nie pożałujecie! Oczywiście, to my prosimy o przysługę, ale zapewniam, że obie strony będą równomiernie zadowolone. Sama przyjemność robić z nami interesy.
W tym momencie Ricky podszedł do wszystkich po kolei i uścisnął im dłonie, patrząc bardzo intensywnie w oczy. Kolega z pryczy obok zostawił w zeszłym tygodniu na swoim łóżku otwartą książkę o samorozwoju. Kiedy syn Merkurego wylał na nią herbatę i wycierał ją rękawem, przeczytał trochę o tym, jak "zdominować swoją energią i sprawić, żeby druga osoba zaakceptowała każdą ofertę, jaką wysuniesz". Szybko przeanalizował grupę i na podstawie paru kryteriów — szerokości barków, wzrostu, odległości oczu od siebie i koloru skarpetek — wytypował lidera. Jemu dłoń ściskał szczególnie długo, i wsunął zgnieciony banknot w mankiet. W ciszy papierek spadł na podłogę, jedno z dzieci Wulkana powoli się po niego schyliło. Wszyscy patrzyli, jak po rozprostowaniu banknot okazuje się być nadpalonym monopoleonem.
— Chodźmy! — krzyknęła Kuźma i wyszła, ciągnąc za sobą Rickiego, szybko, wykorzystując szok półbogów.
Niestety, tu dziwactwa merwkurwiaka się nie skończyły — stronę dalej w nieszczęsnej książce zaczynał się rozdział o prawidłowej postawie ciała. Chłopak szedł sztywno, cały czas napinał barki i nieustannie się potykał. Próby zachowania nonszalancji nawet, kiedy leci się na żwirową ścieżkę nie kończyły się sukcesem, ale guru Rickiego nie przewidział, że jego uczniowie będą przyciągani do ziemi silniej niż normalni ludzie przez ilość śmieci w spodniach, ani że będą aż tak niezdarni. Młody heros musiał sobie jakoś radzić i bohatersko zbierał kolejne siniaki na kolanach.
Musiało to wyglądać naprawdę dziwacznie — Ricky bowiem prowadził, Kuźma szła obok, choć to była zapewne ostatnia rzecz, jakiej chciała, a za nimi podążała zdezorientowana gromadka potomków Wulkana.


Kuźma?
────
[372 słowa: Ricky otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

niedziela, 31 maja 2026

Od Niketasa CD Erin — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

– Ulfert! – woła Niketas, zamaszyście otworzywszy drzwi do domku jedenastego. Jak się spodziewał, bez jego doskonałego i eksperckiego przewodnictwa, Ulfert wyłącznie siedzi i puszcza bąki, bezpiecznie zakopany w kącie domku. Zdradza go gwałtowne uniesienie głowy, które idzie w parze ze spanikowaną miną.
Domek Hermesa jest, z założenia, za mały dla jego mieszkańców. Ulfert nie ma więc żadnej, najmniejszej choćby szansy, żeby po pierwsze podnieść się ze swojego wygodnego kącika, w którym wcale nie wbija mu się w plecy kant czyjegoś łóżka, a po drugie uciec z domku w jakikolwiek sposób. Musiałby wyminąć Niketasa w drzwiach, na co ten by mu nie pozwolił.
– Tak? – pyta, możliwie najuprzejmiej i z bólem podnosi się z podłogi, żeby stawić czoła swojemu bratu (szefowi).
– Mam dla ciebie robotę – odpowiada Niketas, tym razem odpuszczając sobie dodanie: „dobrze płatną”, bo w takim wypadku musiałby mu zaoferować jakąś stawkę, której jeszcze nie udało mu się oszacować. To znaczy, jeszcze nie wycenił, jak duży może być popyt na niejako podróbę „Boskiego Fulla”, który jednak został stworzony znacznie bardziej profesjonalnie.
– Masz ją dla mnie średnio co tydzień. Pracuję już co najmniej na czterech etatach – mamrocze Ulf, choć oboje wiedzą, że jakiekolwiek formy sprzeciwu nie zadziałają u Niketasa i jego absolutnych rządów totalitarnych.
– Ale masz wprawną rękę. Idealnie nadajesz się do tej roboty – zapewnia go grupowy, filuternie mrugając do niego oczkiem. Przy okazji chwyta go za ramię, niby w przyjacielskim geście, i brutalną siłą wyprowadza z domku. – Będziesz nam rysował etykiety.
– Znowu? – jęczy żałośnie. – Naprawdę nie możesz do tego zgarnąć kogoś od Apolla? Te „Boskie Fulle” rysował ci jakiś dzieciak od nich, nie? Dredy zielone, kolczyki? Niby czemu teraz ja?
– Nie no, najpierw rysowała Violet, ale ona wpisywała te „Strawberry Punche” i potem sam musiałem zmieniać. Ale w każdym razie, tego dzieciaka nie ma teraz w Obozie, uciekł do Minnesoty czy innego dziwnego stanu, nie wiem – tłumaczy grupowy tonem jasno wskazującym na to, że jest to sprawa niemająca najmniejszego znaczenia.
– Apollo ma też inne dzie-
– Dobra, dobra, już się tak nie wymądrzaj – ucina Niketas, bo już otwiera drzwi domku Hekate. – Hej, wspólniczko, mam naszego świetnego i BAAARDZO chętnego robotnika!
Wnętrze wygląda kompletnie inaczej niż w momencie, w którym je zostawił. Widocznie Ashon naprawdę wziął sobie do serca wszystkie groźby albo nie mógł usiedzieć na dupie przez magiczne działanie „Olimpijskiej Alfy” w wersji Beta 0.14. Aktualnie chłopak szwęda się po domku, niezgrabnie ściskając w dłoniach miotłę – wygląda na to, że trzyma ją po raz pierwszy w swoim krótkim życiu. Gdy tylko próbuje zamieść choć część kurzu, ten wzbija się w powietrze niepowstrzymaną chmurą i Ashton, zamiast pracować dalej, postanawia poczekać, aż pył opadnie. Proces powtarza się w nieskończoność, a frustracja i wściekłość na twarzy chłopaka stają się coraz bardziej widoczne. W głębi domku Erin absolutnie wczuwając się w personę szalonego i niepowstrzymanego naukowaca, już przelewa ich wspaniałą, neonoworóżową miksturę do przygotowanych szklanych buteleczek.
– Sprowadziłem dla was wspaniałego designera i w EKSKLUZYWNYM dodatku artystę! – radośnie oznajmia Niketas, a częściowo schowany za jego plecami Ulf gwałtownie kręci głową, pewnie przekonany, że to skłoni całą resztę towarzystwa do przejrzenia słabego kłamstwa i odkryją prawdziwe powołanie Ulferta. Jest nim bowiem możliwie jak najskuteczniejsze wkroczenie do nieswojego mieszkania. Opcjonalnie: zabranie stamtąd wszystkich kompletnie niepotrzebnych nikomu do życia rzeczy, w tym trzymanego w dużym słoiku rocznego zapasu landrynek albo poszewek na poduszki, których używa się wyłącznie w dnie, gdy na chatę wbija człowiekowi ta jedna snobistyczna ciotka, a we wszystkie pozostałe dni kurzą się w szafie, zakopane pod innymi poszewkami. Nic, za czym ktokolwiek by szczególnie tęsknił, jako że pod przekazanym w genach losem marnego złodziejaszka, Ulfert jest człowiekiem dobrym, tym samym tworzy coś w rodzaju ying-yang z ze swoim bratem.
Erin przygląda się Ulfowi z oświeconego wyłącznie słabymi świeczkami kąta. Akurat dzisiaj cały domek Hekate zrezygnował z zapalenia niewysłowionej ilości kadzidełek, więc herosi mogli się sobie przyjrzeć bez zbędnego przejmowania się zanieczyszczeniem dymnym równym smogowi unoszącemu się nad większością przyzwoitych miast dzisiajszego świata.
– Ty robiłeś też te „Boskie Fulle”? W sensie, etykiety? – pyta Erin miłym, zaciekawionym tonem, dzięki czemu Ulf NARESZCIE ma szansę na wytłumaczenie się i wyprowadzenie wszystkich z błędu. Udaje mu się nawet otworzyć usta, ale, jak zawsze zresztą, Niketas postanawia przerwać bratu zanim ten jeszcze uformuje jakiekolwiek zdanie w swojej głowie.
– Nie, ale wie, co robić. Dobra, paniusiu, mamy już ułożony i zapisany przepis? – grupowy zwraca się do Erin, która zaprzecza bardzo wymownym ruchem głowy. Na tyle wymownym, że wszyscy obecni wiedzą, że w trakcie tworzenia tej cudownej mikstury z dziesięć razy pogubiła się w składzie. – No, to zapisuj, proste. Chyba pamiętasz? – Kompletnie ignoruje niekoniecznie przekonującą minę dziewczyny. – W każdym razie: linią produkcyjną „Olimpijskiej Alfy” uważam za oficjalnie otwartą!
– Chyba miałeś na myśli zakład karny – mruczy Ulf, który mimo wszystko już chwycił za ołówek i losowe kartki (prawie że same wpadły mu w dłonie, a nic ważnego jeszcze na nich nie zapisano).
– Nie miałcz, tylko do pracy. Hop, hop, hop! – Niketas klaszcze w dłonie, wczuty w swoją wspaniałą rolę. – Sprzedaż otwieramy jutro, nie ma zmiłuj. Wtedy oszacuję zarobki i wasze pensje, takie tam, szczegóły i szczególiki.
– A nie umawiamy ś- – Ulfowe, zresztą dość istotne, pytanie, zostaje przerwane przez zdesperowane słowa Ashtona.
– Niketas, ale ja tu nie jestem na stałe, nie?
– Sprzątasz i pilnujesz naćpanego rodzeństwa na umowie zlecenie, jeśli ci to bardziej pasuje.


Erin?
────
[869 słów: Niketas otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]