poniedziałek, 18 maja 2026

Od Anastazego do Havu — „Ustęp (ale nie mickiewiczowski)”

– Zrobisz mi ten telefon? – Kuźma przechyla się przez oparcie kanapy, obserwując szykującego się do wyjścia Anastazego. O ile w tej pozycji jest w stanie obserwować coś więcej niż kawałek ściany nad jego głową.
– No.
– A kiedy? – nachalnie dodaje, teraz wisząc głową w dół w pozycji tak ryzykowanej, że gdyby mężczyzna nie skupiał się wyłącznie na swoich sznurówkach, to przestraszony krzyknąłby coś w stylu: „Przestań, bo spadniesz, rozwalisz sobie nos i będziemy musieli jechać do szpitala!”. Albo by nie krzyknął, żeby nie wpuszczać do mieszkania ducha PolskiejMamy™.
– Kiedyś na pewno – odpowiada, podając jej tę jakże precyzyjną datę. – Nie spal mieszkania, jak mnie nie będzie.
– Jeśli zagrożę, że spalę, to zrobisz mi ten telefon szybciej?
– Nie – ucina Anastazy i próbuje udawać, że wcale go ta groźba nie przestraszyła (niestety, większość rzeczy, które mówi Kuźma brzmi dziwnie strasznie). Próbuje przekopać się przez miliony kurtek i bluz na wieszkach w przedpokoju, bo gdzieś w tym motłochu zostawił klucze, ale nie wie gdzie i ile miesięcy temu. Dopiero po zanurkowaniu w kieszenie swojego rozpadającego się płaszcza udaje mu się chwycić znajomy brelok przedstawiający wehikuł Pana Samochodzika.
– A mogę pójść z tobą?
– Aż tak ci się w życiu nudzi? Serio? – Mężczyzna wpatruje się w nią z uniesionymi brwiami. – Do pracy idę. Zadanie domowe odrób, a nie.
– Ja po prostu zawsze chciałam się nauczyć jak naprawiać te wszystkie, wiesz, sprzęty kuchenne i łazienkowe. Przecież to bardzo przydatne w życiu – oznajmia, dalej próbując odnaleźć najwygodniejszą najdziwniejszą pozycję na sofie.
– Jak ci się tak nudzi, to idź na spacer, a nie maltretuj kanapę – rzuca Anastazy na odchodne i wychodzi z mieszkania.
Po paru minutach wraca, bo w roztargnieniu zapomniał skrzynki z narzędziami.

Na podany adrest trafia spóźniony. Pierwszy raz znajduje się w tej części miasta i najpierw w ogóle musiał się zorientować, do jakiego pociągu metra wsiąść i na jakiej stacji wysiąść, co było zadaniem niesamowicie trudnym, bo akurat tutaj iFajstos Anastazego co chwilę traci zasięg. Mapy i GPS postanowiły sabotować go na każdym kroku i dość długo zwyczajnie kręcił się w kółko, pytając ludzi, gdzie jest i którą mamy godzinę. Na całe szczęście powstrzymał się od pytania o datę, bo wtedy zostałby uznany za kogoś gorszego niż creep próbujący zdobyć serca losowych dziewcząt, które przygotowują się na wieczorny Girls Night.
– Kto tam? – pyta szeleszczący, dobiegający z domofonu głos.
– Złota rączka – odpowiada Anastazy, niekoniecznie wiedząc, czy na pewno zadzwonił pod dobry numer. Lekka mżawka osiadła gęstymi kroplami na szkłach jego okularów i cały świat jest dla niego teraz jedną wielką rozmazaną plamą. – Do pana… pana Koskinena?
Bzzzzzzzzzzzzzzzzz – odpowiada domofon.
Anastazy próbuje równocześnie wchodzić po schodach, nie upuścić skrzynki z narzędziami i wyczyścić okulary. Jego klient dostrzega go właśnie w takiej dziwniej, powyginanej pozie, a syn Hefajstosa to go w ogóle nie dostrzega, dopóki nie słyszy trochę zdziwionego „Dzień dobry”.
– Dobry – mówi szybko i równie szybko zakłada przekrzywione okulary. Smugi przysłaniają mu świat w podobnym stopniu, jak kropelki wody, ale na ten moment postanawia to zignorować. – W czym problem? – pyta, wprosiwszy się do mieszkania. Rudy facet, prawdopodobnie Koskinen w swojej własnej osobie, szczerzy się głupkowato i w trochę przerysowanym geście drapie się w kark.
– No, wiesz. To taki trochę. Gówniany problem – odpowiada wymijająco, a Anastazy ni cholerę nie rozumie, o co mu niby chodzi.
– Aha. Gówniany – powtarza i stawia ciężką skrzynkę na podłodze, żeby rozmasować skostniałe palce, w które od niemal godziny wbijał się plastik. – Ale z czym ten problem?
– Ha, ha. – Anastazy nie śmieje się razem z Koskinenem. – Ee, no z kiblem.
– A. A. Aha. Aha. To dlatego. Okej, Jezu – szamocze się ze słowami i przykłada dłoń do czoła w geście kompletnego załamania samym sobą. Prostego żartu nie potrafi zrozumieć. – Nieważne. Zajmę się tym.
– A ile się będzie za to należało? – natychmiast dopytuje Koskinen, jeszcze przed wskazaniem Anastazemu drogi do łazienki.
– No, zależy ile potrwa naprawa. – Wzrusza ramionami. – Dwadzieścia pięć dolarów za godzinę.
– A jeśli potrwa krócej??
– To sobie możesz obliczyć proporcjami, jeśli tak to cię ciekawi – odpowiada Anastazy, na moment zapominając, że typowy Amerykanin nie za bardzo potrafi liczyć. Chociaż, jakby nie patrzeć, nazwisko stojącego przed nim mężczyzny nie jest klasycznie amerykańskie, więc może choć trochę zna się na matematyce.
– Ta, już się do tego rwę – prycha Koskinen, najwyraźniej niezadowolony ze skąpej odpowiedzi Anastazego.
– Gdzie ta łazienka? – pyta Hefajstosiak, bardzo profesjonalnie ignorując zirytowaną minę mężczyzny.
Są momenty w ludzkim życiu, gdy człowiek chciałby stracić jakiś ze swoich zmysłów. Czasem nawet parę z nich. Anastazy najczęściej ma tak ze słuchem – wolałby nie słyszeć głupiego amerykańskiego gadania, które mija się z jakimkolwiek sensem. Albo wolałby nie musieć wysłuchiwać szczebiotania starszych babć, które obszernie opowiadają mu o swoich poglądach politycznych, podczas gdy on próbuje w spokoju wymienić uszczelkę w ich kranie. Tym razem jednak chciałby być pozbawiony węchu. Jakichkolwiek receptorów zapachu. Po wejściu do łazienki bardzo chce zapytać Koskinena: „Człowieku, co ty wlewasz do tego ustępu?”, ale postanawia zachować profesjonalizm. Z zawodową zimną krwią musi zabrać się nawet do najgorszej roboty i najlepiej nie pytać o to, co znajduje w czyimś kiblu.
O ile nie jest to coś naprawdę, naprawdę dziwnego.
Woli nie myśleć o szerokiej zawartości toalety. Cokolwiek tak śmierdzi, nie może być rozpuszczonym trupem albo innym zagrażającym jego życiu i zdrowiu dziwactwem. Zawsze po skończonej robocie będzie mógł pozwać Koskinena. Jeśli to przeżyje i będzie mu się chciało, bo z doświadczenia wie, że czasem nie warto wracać do zostawionego w tyle mieszkania nawet myślami, nie mówiąc już o biciu się z byłym klientem w sądzie. Wystarczy zablokować numer i nie myśleć już nigdy więcej o znalezionych w zatkanych zlewach zębach.


Havu?
────
[911 (ten numer to kłopoty) słów: Anastazy otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Kala CD Elianne — „O pierścionku odnalezionym”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA V

Jemu za to San Francisco wydaje się obskurne. Jak zawsze zresztą. Piękne miasto pełne obsranych przez gołębie chodników, unoszonych przez wiatr śmieci i żulów proszących o przysługi o znacznie wyższej wartości niż parę drobniaków na najtańsze piwo w pobliskim sklepie. Kal mógłby jeszcze przeżyć to absolutne zniszcznie całego miasta, jego powolne rozpadanie się na strzępy, gdyby nie pogoda – ona już jest kroplą, która przeważa osobistą czarę goryczy chłopaka. Nieważne od pory roku, San Francisco stanowi ostoję dla wszelkiej wilgotności i pochmurności, przyprawiając Kala o kolejne epizody depresyjne i przymus noszenia związanych włosów, bo inaczej po pięciu minutach byłyby wyłącznie napuszoną wełną. Codziennie pól godziny spędza na wybraniu pasującej do jego stroju szpilki do włosów, po czym cały dzień próbuje odgonić od siebie myśl, że jednak wybrał złą, wygląda jak ostatni kretyn i każda mijana przez niego osoba w myślach sobie z niego kpi.
Wychodząc na spotkanie z Eli był bliski wciśnięcia na głowę losowej czapki i pierdolnięcia wszystkich szczotek, gumek, szpilek i spinek w cholerę, ale przegrzebanie ogromnej szafy w przedpokoju to zadanie, które przerosło go tego ranka. Tuż przed wyjściem z drogerii, Kal prędko przejrzał się w najbliższym lustrze i na szybko poprawił fryzurę, której i tak nie dało się już odratować. Po wyjściu, oprócz ust Elianne, na policzkach poczuł chłodny i mocny podmuch powietrza. Już chyba wolał deszcz.
– Kawę, mówisz – mamrocze, ledwo słysząc cokolwiek przez huczący w jego uszach wiatr. Założyłby kaptur, ale nie może zdecydować, czy będzie to lepsze dla jego włosów, czy właśnie gorsze.
– No! – potwierdza Elianne podniesionym głosem, przytrzymując grzywkę na czole. Kal powstrzymuje się od kąśliwej uwagi, że to i tak nie pomoże jej niemożliwym do ujarzmienia włosom, a jej fryzura już dawno straciła kształt. – Jakaś kawiarnia, gdzieś tu chyba była blisko… O!
– To jest piekarnia i do tego taka piekarnia, do której nie mam za-ELI SŁUCHASZ TY MNIE W OGÓLE – krzyczy sfrustrowany, ale jest już za późno. Eli zdecydowanie zapomina, że powinna skonsultować z nim wparowanie do losowej PIEKARNI, która nigdy nawet nie stała obok kawiarni. Mimo tego chłopaka nie dziwi, że sklep przyciągnął Elianne: przytulne, utrzymane w pastelowym, kwietnym motywie wnętrze całkiem nieźle wpasowuje się w jej gust.
– Kal? – odzywa się głos zza lady i on już wie, że jest zgubiony. Stracił krótką chwilę, podczas której jeszcze mógł wybiec z piekarni i udawać, że nigdy go tam nie było.
– hEj FlOrEnCe – duka, pragnąc jak najszybciej zniknąć z powierzchni Ziemi. Ściska ramię Elianne, która BARDZO próbuje zorientować się, co się dzieje, ale zamiast tego jest powoli zaciągana w stronę wyjścia przez Kala, który nie ma najmniejszego zamiaru niczego tłumaczyć.
– Kochanie, coś się stało? – Trudno powiedzieć, czy niska kobieta brzmi bardziej na zszokowaną, czy zmartwioną. – Czemu nie jesteś w szkole? Ach. Tak. Sobota. Potrzebujesz cze-
– Yyy, nie, ma-Fl-mhmppgg, nie, nic nie… Wszystko okej. Tak. Wszystko. Wszystko okej – mamrocze Kal, próbując ponaglającym spojrzeniem zmusić zdezorientowaną Elianne do ucieczki.
– Och! – wykrzykuje kobieta, gdy wreszcie zauważa, że oprócz chłopaka ktoś inny też znajduje się w piekarni. – To ty musisz być… Eli, zgadza się? – zatrzymuje się na moment, celując pulchnym palcem w dziewczynę, która, wciąż nie odzyskawszy głosu, kiwa głową. Florence najwyraźniej jest dumna z siebie, że nie pomyliła jej z jedną z licznych koleżanek Kala. – Nie mówiłeś, że idziesz na randkę! – strofuje chłopaka, a on nawet nie ma sily na udawanie niezręcznego uśmiechu albo przeprosiny, że nie mówi jej wszystkiego. Po prostu wzrusza ramionami, utrzymując beznamiętny wyraz twarzy. – Jeju, a ja w fartuchu… Dobrze, nieważne, już, sekundkę… Dzieci, nie stójcie tak w progu, zaraz wam zrobię herbatkę, pogoda dzisiaj straszna, to się trochę rozgrzejecie – szczebiocze Florence i zaraz znika na zapleczu, w pośpiechu rozwiązując pasek roboczego fartuszka.
– Czekaj! – sprzeciwia się Eli, gdy Kal chce wykorzystać moment na taktyczny odwrót. – Kto to w ogóle jest?
– Mogę ci wytłumaczyć, jak będziemy w tej cholernej kawiarni.
– No chyba nie, przecież ta pani poszła nam robić herbatę, to będzie niemiłe!
– Na bogów, Eli! – jęczy Kal, już trzymając dłoń na klamce. – Naprawdę nie ma potrze-
– Wytłumaczysz mi, co się dzieje? – przerywa mu, a chłopak wreszcie ulega. Jeszcze mu kłótni brakuje do pełni szczęścia.
– To moja… Inaczej. To dziewczyna mojego taty – wzdycha z miną młodopolskiego dekadenta.
– Że… że co proszę? – Elianne marszczy brwi, najwyraźniej jeszcze bardziej zdezorientowana niż wcześniej. – TO BYŁA WENUS? – krzyczy szeptem, a Kal bardzo gwałtownie, z przerażeniem wypisanym w oczach, kręci głową.
– Nie, gdzie tam, Wenus, skąd ci to w ogóle do głowy przyszło? Po prostu… no, wiesz. Mój tata. Znalazł sobie. Dziewczynę. Kobietę. I, ee, to ona? Śmiertelniczka? – precyzuje, najlepiej jak jest w stanie.
– Nie powiedziałeś mi, że masz mamę? – W tym momencie Eli najwyraźniej przechodzi przez co najmniej dziesięć stanów żałoby.
– W sensie, od początku wiedziałaś, że mam mamę, ale po prostu nie mamę – tłumaczy pobieżnie. – To trochę świeża sprawa, okej? I sprawa bardziej mojego ojca, niż moja.
– Czemu jej nie poznałam w tamte walentynki?
– Skończ już.
– Powiedz mi teraz, to się nie będzie ciagnął smród – upiera się, krzyżując ramiona na piersi.
– Była wtedy… Cholera, no, nie pamiętam. Jakiś MasterChef albo inne… jakiś tam konkurs, eee… W każdym razie, gdzieś musiała pojechać, nie było jej. Poza tym, to nie jest nic pewnego, jakby, nie żeby byli chociaż narzeczeństwem albo coś… – Nic z tego, co mówi, nie wydaje się satysfakcjonować Elianne. Kal ma ochotę rzucić się pod rozpędzony samochód, byleby tylko uniknąć tej rozmowy i każdej przyszłej rozmowy, w ogóle to zapomnieć o potrzebie prowadzenia konwersacji z innymi ludźmi. – Przepraszam, okej? Możemy o tym nie rozmawiać akurat teraz? – pyta, szepcząc szybko i trochę niewyraźnie, bo z zaplecza wynurza się burza fioletowych loków.
– Możecie ściągnąć kurtki! – informuje ich Florence z radosnym uśmiechem na twarzy. Ze stukotem obcasów podbiega do jedynego stoliczka w pomieszczeniu i stawia na nim tacę z pięcioma pudełkami herbat oraz dwoma kubkami, jakimś cudem nie wylawszy z nich ani kropli. – Nie wiedziałam, jaką lubisz, złociutka, więc tu masz owocowe, tu kolejne owocowe… tu też owocowe, tutaj jest taka z imbirem, rozgrzewająca, tutaj zwykła czarna, a tutaj cukier. Kal, tu masz swoją, już posłodziłam. – Wskazuje na błyszczący, różowy kubek z napisem: „Jeśli przechodzisz przez piekło, idź dalej”. Ten Elianne najwyraźniej pochodzi z tego samego zestawu, tyle że na nim wygrawerowano „Spróbuj być tęczą w czyjejś chmurze”. – Podać wam do tego ciasto? Mam taki świeżo upieczony serniczek, zaraz wam pokroję…
Przyparty do muru (Eli już usiadła), z miną niesamowicie zgnębioną, Kal siada na jednym z dwóch niskich krzeseł i wbija wzrok w swój kubek. To nawet nie tak, że nie lubi Florence. Kobieta jest słodka, sięga mu do ramienia i z całych sił stara się zachowywać jak jego prawdziwa mama. Po prostu chłopak nie może powstrzymać wrażenia, że jej sposób bycia najzwyczajniej w świecie przynosi mu nic więcej, jak wstyd i przypał przed każdym, kto akurat jest w pobliżu.


Elianne? ────
[1111 słów: Kal otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 17 maja 2026

Od Weroniki do Caroline — „Och moja piękna szpada kobieto”

Historycy uwielbiają mówić o imperiach, jakby człowiek rodził się dopiero wtedy, gdy nauczył się liczyć podatki. A przecież pierwszą oznaką cywilizacji nie było ani pismo, ani prawo — tylko chwila, w której ktoś uznał, że obcy ból jest ważniejszy od własnego głodu. Reszta to już administracja.
Zabawne zresztą, że ludzie przez tysiące lat patrzyli w niebo, zanim wymyślili dla niego poprawne słowo. Najpierw była trwoga, potem poezja, dopiero na końcu gramatyka. Tak samo z miłością: najpierw gotowość do ruiny, później pieśni o ruinie, a dopiero potem moraliści próbujący wszystko ponumerować.
Ale oczywiście współczesny człowiek wierzy, że istnieje dopiero wtedy, gdy zostawi po sobie cyfrowy ślad. To bardzo wzruszające. Mrówki też zostawiają ścieżki.
Zadowolona z siebie Weronika przechadzała się po obozie, klejąc zdania w mentalnym notatniczku. Na punkt honoru postawiła sobie uporządkowanie, złożenie i uszeregowanie pokoi w pałacu pamięci. Wbrew pozorom było to bardziej męczące niż sprzątanie realnego pokoju w swoim domku. Gdzieś musiała uporządkować filozoficzne myśli, tuż obok najlepszych ironicznych odzywek Anno Domini 2025. Daleko gdzieś w tyle zostawiła pokój, zabarykadowany na kilka spustów, w którym trzymała jakiekolwiek informacje związane z Niketasem. Nie, żeby chciała. O wrogach trzeba wiedzieć wszystko, żeby nie zaskoczyli. A Niketas zaskakiwał ku rozpaczy galaxowłosej grupowej domku.
Tak się kręciła, że nie zauważyła, kiedy prawie wpadła na inną dziewczynę. Prawie, bo jej nieskazitelna intuicja w ostatniej chwili kazała jej odskoczyć krokiem zwiewnym, niczym baletnicy. Już miała porządnie ochrzanić prowodyrkę zdarzenia, kiedy zauważyła grymas na znajomej twarzy.
— Och, brutalna siła, która ugięła się pod moją filozofią, ironią oraz szpadą! — Skomentowała złośliwie.
Kojarzyła ją z pojedynku, który w jej myślach był zdecydowanie jednym z lepszych. W końcu wygrała z córką boga wojny. Potomstwo Aresa to nie byle kto, całymi dniami siedzą na treningach, a nocami biją się na poduszki. Są pierwsi do walk na miecze, topory, katapulty i bogowie wiedzą co jeszcze, żeby to dotarło do ciebie, drogi czytelniku, że grupowa domku Ateny pokonała nie byle kogo, żadną tam płotkę… Z gracją baletnicy, językiem ostrym jak brzytwa. W jej głowie.
Zawsze ignorowała resztę obozowiczów, która śmiała coś mówić o tym, że w starciu z Caroline ledwo wygrała, była spocona jak dzik, dwa razy się potknęła w drodze do domu ze zmęczenia. Kiedyś krzyknęła ze złości na swoją siostrę, która mruczała pod nosem, że Caroline pewnie tego dnia miała okres czy tam zły humor, bo tak to by zwinęła Weronikę, jak precelka. Powiedzmy, że była czuła na tym punkcie.
Dziewczyny przez chwilę mierzyły się w niepisanym konkursie, wkładając możliwie jak najwięcej pogardy oraz lekceważenia. To były spojrzenia, którym obdarzało się zazwyczaj zdeptanemu na chodniku robaka. Głównie karalucha.
— Ironicznie to możesz zrobić baranka o ścianę, Weronika. — Odburknęła.
Po czym minęła córkę Ateny.
— Wszystko na świecie jest głupstwem oprócz samego śmiechu. — Skwitowała Weronika.
Po czym ruszyła dalej w swoją drogę. W myślach przeklinała na Caroline, bowiem przez nią powstał bałagan w pokoju „cytaty z literatury na każdy dzień”. Jak można przeszkadzać Nice w czynnościach umysłowych? Niedorzeczne, kiedyś karma spotka tą troglodytkę. Przez chwilę zamyśliła się jednak nad czymś innym. Przecież Caroline wybyła do miasta, prawdopodobnie Nowego Jorku, to czemu tutaj jest? To się nie godzi.
I tak była do tyłu z obowiązkami. Próbowała je nadrabiać, kiedy rusz, tylko dlatego, że utknęła w kiblu na dłuższy czas przez głupie zagrywki Niketasa, który podrzucał jej na spotkaniach grupowych ostre rzeczy. Od których dostawała bólu brzucha. Wyliczyła, że mogła poświęcić czas na myślenie o dzieciakach Aresa na dokładnie 5 sekund w ciągu dnia i limit został przekroczony już dawno.
Przed kolacją atmosfera była spokojna, chociaż Weronika wyczuła pewną nerwowość, kiedy przyszła na plac treningowy. Zignorowała to, że to ona mogła ją wywołać, zamiast tego skupiła się na tym, czy ekwipunek treningowy był zgodny z zasadami HAACP, nie przemieszczał się znienacka i nie był obsmarowany jakimś psikusem Hermesiaków. Połowę mieczy kazała oddać do wyważenia, część do polerowania, ku rozpaczy trenujących.
— Bez dyskusji! To niebezpieczne. Możecie ten czas przeznaczyć na, na przykład, zajmowanie się tymi mieczami! Po co wam miecze, skoro nie umiecie o nie dbać!? Sio mi stąd.
Skrzyżowała ręce i kręciła głową na pozostałe wyposażenie. Rozwalone, zniszczone… wyrzygane? Wolała się nie upewniać.
— Jak zawsze dzieci Aresa muszą przejawiać zwierzęce zapędy. — Skomentowała na głos.
Pałac pamięci miał schowek na miotły, w którym przechowywała zdania na temat innych obozowiczów.
— Dzieci Ateny, jak zawsze, uważają się za lepszych. — Usłyszała z tyłu.
Odwróciła się na pięcie, trochę zbyt nerwowo jak na jej gust, i zobaczyła Caroline. Ważyła ona miecz w dłoni, wymachując nim w powietrzu.
— Bo jesteśmy. Nie ma w tym żadnej filozofii, myśl poleci śmielej i trafi, czego nie można powiedzieć o zwykłym kamieniu.
— Uważaj, żeby ten kamień nie rozbił ci okna samozachwytu.
— Czy to zaproszenie do konfrontacji? Oby nie baletowej, tutaj zwycięzca byłby tylko jeden. — Wsadziła w tą wypowiedź jak największy akcent ironii.
— Ot, sparing. Tylko się nie zafilozofuj na śmierć.
En garde!
Weronika wyciągnęła pierwszą, lepszą szpadę i ustawiła się w pozycji, podobnie jak jej przeciwniczka. Wymieniały się wzrokiem. Weronika zauważyła, że Caroline jest w lepszej kondycji (czyżby Nowy Jork wpływał dobroczynnie na nerwy?), ale nie miała zamiaru się poddawać. Znaczy to tylko, że walka będzie lepsza i może coś wyciągnie z tego sparingu.
Brzdęki szabli się rozległy gwałtownie po terenie. Naprzeciw wykwintnej gracji występowało bezczelnie błoto, blokując możliwość tworzenia, jakże, efektownych piruetów. Jesień uderzyła z całych sił, utrudniając treningi i wspólne posiadówki. Wszystko przez Chejrona, który stwierdził, że półbogowie powinni doświadczyć od czasu do czasu jakiejś gorszej pogody. Wspominał coś o docenieniu słońca oraz możliwości treningu w grząskim terenie, ale Nika wtedy była zajęta walką o ołówek z Grupowym Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać.
Caroline widocznie lepiej się czuła w tych warunkach (czy trzeba wspominać coś o zwierzęcych upodobaniach potomstwa Aresa?), wymierzając celne ciosy, które ciężko było sparować. Nika uciekła do tego, co zna najlepiej.
— Ach, nie oczekuj, że dam ci fory. Szczególnie po tej żałosnej walce, w której próbowałaś forsować brutalną siłą!
Zaatakowała.
Caroline niewzruszona odbiła cios.
— Mhm.
— Za to aprobuję rzucenie wyzwania. Zawsze warto próbować chronić honoru swojego rodzica. Czyżby ktoś dostał szlaban za przegranie walki?
— Sądzisz, że Ares zwróciłby uwagę na sparing? A co, twoja matka oglądała i klaskała w dłonie z zadowoleniem? Wow, pojedynek na wykałaczki, super sprawność umysłowa, Weroniko! Dostajesz naszywkę dzielnego skauta. — Odbiła ironią.
Weronice przestało pasować to, że cały czas przeciwniczka była defensywna w walce. Niczym sęp, który wyczekuje błędu ofiary.
— Lepsza naszywka dzielnego skauta niż pochwały od boga dzikusów.
Córka Ateny już miała przygotowany plan, rozstawiony jak figury na planszy. Zrobi zwód, szybki blef, uniknie i wtedy powinna mieć czyste okno do zaatakowania. Rozplanowane co do każdego szczegółu. Dopóki Caroline nie otworzyła ust, niech bogowie ją przeklną na wieki.
— A nie żelki od Niketasa, cukiereczku?
Nika wybałuszyła oczy.
— Co, ale skąd t— Wydukała z siebie.
To wszystko, co mogła powiedzieć, zanim dostała płazem miecza w skroń. Straciła równowagę i wylądowała ogłuszona zadkiem w błotku.
— Brutalna siła i żelki wygrały! — Krzyknęła Caroline do grupy wiwatujących obozowiczów.


Caroline?
────
[1138 słów: Weronika otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

sobota, 16 maja 2026

Od Sony CD Lairy — „A fisher of fish”

Poprzednie opowiadanie

Sony z trudem przychodzi liczenie sytuacji, w których zabrakło mu słów. Nie brakuje mu palców ani miejsca na kartkach, brakuje mu dokładnych, jasnych wspomnień. To były pojedyncze, niewarte zapamiętania momenty. Gdy słowa nie chciały wyjść z jego gardła i uformować się w dobrze znane kształty na języku, Każda taka chwila wydaje się Sony okropnie odległa, jakby próbowała wbić się w pamięć kogoś innego. Albo siebie przed tym, gdy odważyło się mówić.
Patrzy na Lairę, na trzymane w jej dłoniach pokrowce i na spakowaną torbę, a niewidzialne szwy zamykają mu usta na dobre. W mózgu pojawia się pustka, której nie spotkało od lat i która pojawia się w najgorszym momencie. Bez słowa, z miną wyrażającą wyłącznie czysty szok, wyciąga dłonie po szorstkie pokrowce.
Coś tu śmierdzi, ale Sony nie jest w stanie dostrzec, co dokładnie. Ono nigdy nie oddałoby komuś swoich instrumentów, a już na pewno nie najpiękniej brzmiącego, obklejonego naklejkami bębenka. Musiałoby wiedzieć, że już nigdy więcej na nich nie zagra, a to stanowi dla niego dość niewyobrażalny koncept.
– Wow. Dziękuję – duka Sony po zbyt długiej chwili milczenia, opierając dłuższy z pokrowców na ramieniu. – Ale dlaczego?
– Jak to, „dlaczego”? – pyta Laira z uśmiechem na twarzy, ale nawet Sony dostrzega, że w tej minie nie ma oni odrobiny radości.
– Nie masz zamiaru już nigdy łowić? – doprecyzowuje pytanie. – Bo czemu masz oddawać mi coś, co jest twoim hobby. Takim, które robisz codziennie, nieważne, jaka jest pogoda i co masz zaplanowane. I które sprawia ci radość. To dziwne – tłumaczy, marszcząc brwi w zdegustowanej minie bardzo podejrzliwego dzieciaka. Laira dalej uśmiecha się w ten smutny, nieszczery sposób i patrzy nie w twarz Sony, skupiając się raczej na krajobrazie za otwartymi na oścież drzwiami.
– To nie takie proste – odpowiada wreszcie, choć niczego to nie tłumaczy. Sony nie jest już nieświadomym świata dzieciaczkiem. Równie dobrze mogłoby zostać grupowym domku siódmego, jakby tylko chciało. Ma zamiar to powiedzieć, domagać się jakiegoś lepszego wytłumaczenia, ale ubiega go Laira, której wreszcie udało się dosunąć zamek torby. – Hej. Dbaj o ten sprzęt w moim imieniu.
– Ale! – potyka się na własnych słowach, obserwując, jak Laira zarzuca sobie bagaż na ramię. – Ale chociaż czasem coś napisz. Albo, albo, jeśli napiszesz, albo zadzwonisz, to mogę do ciebie przyjechać, co ty na to?Jeszcze nigdy mnie nie było w San Francisco, ale mogę być ten pierwszy raz, to nie jest aż tak daleko. To nie drugi koniec świata. Odwiedzę cię i pójdziemy razem na ryby, przywiozę to wszystko i w ogóle…
– Okej. – Dziewczyna kiwa głową, choć wydaje się nieobecna.
Sony nie obchodzi, czy to etycznie poprawne i dopuszczalne, tak zmuszać kogoś do przytulenia. Laira lekko poklepuje go po plecach w geście delikatnego zasygnalizowania, że ma się od niej odkleić i wrócić do jakichkolwiek obozowych zajęć, jakie miało w planach. Mówi coś o pociągu albo o autobusie, a Sony, próbując nie stracić z oczu porzuconych na ziemi pokrowców, przegrzebuje wszystkie swoje kieszenie, tylko jednym uchem słuchając mamrotu Lairy.
– Masz. Prawie zapomniałom – śmieje się i wsuwa na nadgarstek przyjaciółki własnoręcznie zrobioną bransoletkę przyjaźni. Takie same dostali od niego Erico i Emiliano, gdy się wyprowadzali. Na całe szczęście pamiętali o pisaniu i dzwonieniu. – I jeszcze to. – Wciska w dłonie Lairy wypchaną kopertę. Pełną zdjęć, suchych liści i rysunków.
– Dziękuję. Trzymaj się, dzieciaku.

JESIEŃ V

Wiadomość o jej śmierci trafiła do Sony późno. Zbyt późno, żeby mogło dołączyć do jakiejkolwiek ceremonii pogrzebowej. Ostatecznie nie wie, czy jest temu wdzięczne, czy wciąż wściekłe – może gdyby ją prawowicie pożegnało, to szybciej pogodziłoby się z jej utratą?
Pokrowce z wędką i spławikami wylądowały w kącie domku siódmego, a teraz oczy Sony zazwyczaj prześlizgują się po nich, jakby nie istniały. Jakby w tamtym miejscu nie było niczego więcej oprócz obdartej ściany, którą powinni odmalować już lata temu, ale wciąż o tym zapominają.
Trudno mu nawet przesiadywać nad jeziorem. Na bosaka spacerować przy brzegu, stawiać ostrożne kroki na skrzypiącym molo. Co jakiś czas zdaje sobie sprawę, że tam zawędrowało, że właśnie siedzi w tym samym miejscu, w którym uczyło się łowić, nazwało swoją pierwszą rybę, rozpoczęło krótką przyjaźń. Pogrążone w myślach zbyt głęboko, by pamiętało, jak się tam znalazło.
Raz wyciągnęło z pokrowca wędkę. Zważyło ją w dłoni, przesunęło palcami po żyłce. Pustka, którą ta krótka czynność obudziła w jego klatce piersiowej, wystarczyła, żeby próbowało zapomnieć o łowieniu i o dręczączej obecności zbierających kurz pokrowców. Wciąż nie chce o tym myśleć. Nie chce mieć głowy zaprzątniętej wyłącznie ponurymi myślami.
Dlatego postanawia zrobić to, co potrafi najlepiej.
Siada pod ścianą domku dziewiątego, z kieszeni wyciąga trzymający się na granicy śmierci telefon. Na Mapach Google szuka kolejnego celu wartego osiągnięcia, do którego podróż sprawi mu więcej przyjemności, niż pobyt na miejscu.


koniec wątku Sony i Lairy
────
[766 słów: Sony otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii CD Isobel — „To twój ciężarek?”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Znużona, pośród gwaru ludzi, którym by nie dała nawet paprotki do popilnowania, zastanawiała się, co tu w ogóle robi. Pierwsze wrażenie? „Demeter, zabierz mnie stąd, możesz zamienić mnie w roślinkę, cokolwiek” pomyślała. Dotarła jednak do konkluzji, że nic by tutaj nie przeżyło za zasłoną gęstego dymu.
Gdy wróciła do domu i wzięła prysznic, zastanawiała się, czy ten plecak jest jej w ogóle potrzebny. To tylko plecak. Nie ufała losowym zbiegom okoliczności, a kradzież wyświechtanego przedmiotu, w siłowni pełnej ludzi z bogatszym wyposażeniem, należała do nich. Nie mając nic lepszego do roboty następnego dnia (dalej dostawała coraz mniej zadań, bo nie posługiwała się elektroniką), poszła do dzielnicy, w którym rzeczony bar miał się znajdować.
Była to bez wątpienia obskurna speluna, samo znalezienie jej zajęło trochę czasu. Na szyld natrafiła wyłącznie dlatego, że jej uwagę zwrócił przebiegający obok szczur. Dahlia cieszyła się, że nie ubrała się w smart casual, tylko włożyła pierwszą lepszą bluzkę, ale nawet i w niej czuła się zbyt elegancko. Zeszła po schodkach i wraz z otwarciem drzwi uderzyły jej w twarz kłęby dymu papierosowego. Miejsce było tak old school, że nawet mieli swoją tablicę ze zdjęciami (prawdopodobnie) tubylców, którzy prezentowali swoje zdobycze wędkarskie.
Nie pokazała swojego szoku, ale było ewidentne, że Isobel ni wuja nie pasowała do tego miejsca. Wizualizowała o wiele czystsze miejsca, może bardziej eleganckie, które nie wymagały patrzenia pod nogi w celu niezdeptania szczura. A przynajmniej nowo poznana koleżanka zasługiwała na to, bo Dahlia nie wątpiła w to, że po jej zatrudnieniu zwiększyła się liczba osób odwiedzających ten… przybytek. Wystarczyło jej jedno rozejrzenie się po sali, żeby zobaczyć spojrzenia dziadków oraz delikwentów, jakie rzucali Isobel.
Sama pracowniczka nie dawała po sobie tego poznać, poruszała się jak ryba w wodzie i roztaczała aurę całkiem niezłej charyzmy. Na pewno była to zasługa rosłego chłopa przemieszczającego się tu i ówdzie, który zdążył się przyzwyczaić do jej obecności. Dosłownej, bo gestykulowała naprawdę żywo, konieczny dodatek do komunikacji przy pierdzących głośnikach.
— Mieszka nad twoim współpracownikiem? To wszystko chyba jest za proste.
— Co masz na myśli? — Isobel podawała kolejny kufel i przeliczała podany jej kwitek banknotów.
— W tak dużym mieście, jak San Francisco, wyłapałyśmy tak szybko jedną osobę? — Dahlia pokręciła głową. — Coś tu jest nie tak.
— Hej, hej, przesadzasz! To twój plecak i trzeba go odzyskać. Sądzę, że to zrządzenie losu, że akurat sobie przypomniałam o jego szpetnej buźce. Falagamus? To jest imię czy nazwisko? Kto się tak, do cholery, nazywa?
— Na to pytanie to ci nie odpowiem. — Dahlia wzruszyła rękami, pozwalając sobie na nikły uśmiech.
Isobel zniknęła w gąszczu, z tacą pełną piw. Może na siłowni nie wycisnęła dużej wagi przez brak techniki, ale na pewno miała w sobie sporo siły. I doświadczenia w manewrowaniu między stolikami oraz klientami. Dahlia nie miała innego wyboru jak czekać przy tej ladzie, wpatrując się w cokolwiek, co Barny robił. Resztę widziała jak przez mgłę, ale przynajmniej odór fajek już tak nie gryzł jej gardła.
— Bar zamyka się o drugiej… — Usłyszała niebezpiecznie blisko prawego ucha i się wzdrygnęła.
— Bogowie! Nie do ucha! Prawie zeszłam na zawał.
Skarciła też siebie w myślach, za nieuwagę. Była przecież na tyle wyczulona w życiu, że ciężko było ją podejść. A jednak. Nawet nie piła, co trochę bardziej odbiło się na jej poczuciu bezpieczeństwa. Czyżby przebywanie z Arnar otępiło jej zmysły?
— Uważaj, bo w tej okolicy ludzie wolą tego jednego Boga i chętnie ci wcisną pamflety o tym, jaki nie jest super.
— No tak, totalnie w tym miejscu czuć boską obecność. — Dodała w myślach „Dionizosa chyba”. — Coś mówiłaś?
— Tak, bar zamyka się o drugiej, ja mogę wyjść nieco wcześniej i możemy zajrzeć do szacownego Falafela. — Rozpromieniła się dziewczyna.
— O drugiej w nocy?
— No tak, zapomniałam, że taki chłop jak on jest wzorcowym, szanowanym obywatelem, który musi dobrze się wyspać, żeby pójść do normalnej pracy za biurkiem. — Ironizowała Isobel, wycierając szmatką stolik obok.
Podsłuchujący Barny tylko podniósł brew.
— Isobel, to tylko plecak… Nie będę wyważać drzwi o drugiej w nocy!
— Grzecznie poprosimy, grzecznie odda. I wcale nie musimy wyważać drzwi! — Ściszyła głos i uśmiechnęła się niczym chochlik. — Ja na przykład bardzo dobrze dogaduję się z drzwiami. Bezgłośnie. Trzeba nauczyć cholernego gówniarza manier. Chcesz może piwo? Chcesz, dzisiaj świeże lane i w dodatku zmywarka działa, także kufel będzie czyściutki.
Córka Demeter nawet nie miała jak zaprotestować. Westchnęła i pozwoliła sobie poczekać, żeby zobaczyć, jak się sprawa rozwinie. Doszła do takiego momentu w życiu, że ostatnio częściej traciła kontrolę i nie wiedziała, jak się z tym czuć. Arnar przekonywało ją, że za bardzo chce ustalać wszystko, gdzie powinna popłynąć z nurtem wydarzeń. Jak miała traktować jeno słowa poważnie, jeżeli na jednym ze spotkań z tym dzieckiem Hermesa dosłownie wyskoczyli z okna, uciekli przed latającą, obleśną świnią, która wsunęła na śniadanie jakiegoś półboga po drodze. Wtedy zdecydowanie płynęła z nurtem, bo nie miała wyboru. Nie mówiąc o równi pochyłej, czyli Lucienie próbującym manipulować nią za pomocą wina. A teraz będzie czekać na rudowłose uosobienie ADHD, które ma zamiar włamać się do domu jakiegoś złodziejaszka, bo chce bohatersko odzyskać plecak Dahlii. W którym dokładnie momencie straciła trakcję?
Prychnęła pod nosem i wzięła łyk zimnego piwa.

Chłodnawe powietrze uderzyło w twarz, kiedy w końcu z zadymionego, zatłoczonego przybytku wyszła na ulicę. Piwo było w porządku, ale nic nie zastępowało detoksu płuc. W barze dalej przebywało sporo gości, ale widocznie nowa znajoma była w stanie wyprosić wcześniejsze wyjście.
— Załatwimy to szybko. Na pew… — Zaćwierkało coś z boku.
Dahlia wzdrygnęła się już drugi raz. O dwa za dużo.
— Cholera jasna, może jakieś ostrzeżenie? Podkradasz się zbyt cicho!
— A, tak, jasne. Tak już chciałam powiedzieć, wystarczy, że cię zobaczy i na pewno odda ci twoją własność. A jak go nie będzie w domu, to może nawet lepiej, się tylko odszuka i weźmie.
— Chyba, że design tego plecaka się jemu spodobał i teraz chodzi z nim po mieście, wypełniając go innymi skradzionymi rzeczami. — Odburknęła Dahlia
— To wtedy coś wymyślimy. A teraz kierunek na południe! Co mi tylko przypomniało, jak mój znajomy ukradł drugiemu zegarek i przez dłuższy czas go szukaliśmy, a następnie…
Oto tym sposobem Dahlia nie miała jak zaprotestować i ruszyła z Isobel w drogę, słuchając wielu opowieści.


Isobel?
────
[1010 słów: Dahlia otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Elianne CD Kala — „O pierścionku odnalezionym”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Elianne zamyśliła się, opierając podbródek na czubku rączki grabi. Niezbyt przejmowała się tym, że pewnie są umazane w ziemi czy tam bogowie wiedzą czym. Kal już wrócił do pracy (choć widząc jej minę, co jakiś czas zerkał na nią kątem oka, trochę zaniepokojony), a sama Eli wciąż próbowała sobie wyobrazić chłopaka w innej fryzurze. Nie było to wcale takie proste; białe kosmyki na tyle mocno utknęły jej w głowie, ze nie potrafiła ich zastąpić niczym innym. Zabębniła palcami o trzon grabi.
— Różowy to wcale nie jest taki zły pomysł. Jaśniutki, taki pudrowy. Nie różniłby się nawet jakoś mocno od białego — powiedziała w końcu i wyprostowała się, bo wypadało w końcu wrócić do pracy.
Uśmiechnęła się, kiedy Kal posłał jej przez ramię wyjątkowo sceptyczne spojrzenie.
— Nie wydaje mi się.
— No weź, pomyśl o tym.
Chłopak odwrócił się do niej plecami, czym wywołał jej śmiech. Elianne poprawiła opadające jej na czoło kosmyki włosów i poważnie zabrała się za grabienie. Chciała zdążyć na kolację.

Centurionka na ogół uważała się za osobę dosyć miłą. Nie lubiła konfliktów i niesnasek, więc zwykle po prostu trzymała się od nich z daleka. Zdecydowanie wolała przeprosić i załagodzić tym sytuację, niż tworzyć spór, który potrwa na trzy pokolenia wprzód. Często się uśmiechała i lubiła, kiedy ludzie wokół niej również byli w dobrym humorze - nie miała problemu z komplementowaniem, rozluźnianiem atmosfery i utrzymywaniem dookoła siebie raczej pozytywnej aury. Źle się czuła, gdy ktoś na opak rozumiał jej słowa i wychodziła na zołzę, co niestety czasem się zdarzało. Krótko mówiąc, wybierała życie w przyjaznych stosunkach.
Jednak, jak się okazało, taki stan rzeczy mogła utrzymywać do czasu.
Ponowne spotkanie Elianne z Theodorem miało miejsce zaledwie kilka dni później, zaraz przed obiadem. Eli właśnie miała zamiar skierować się na stołówkę, kiedy wpadła na syna Somnusa. Uśmiech szybko zniknął z jej twarzy, gdy zorientowała się, na kogo się natknęła.
— O, to ty — rzucił chłopak, spoglądając na centurionkę.
— Przepraszam, spieszę się.
Elianne nawet nie siliła się na posyłanie mu wymuszonego uśmiechu, tylko od razu odwróciła się, żeby odejść. Niestety zatrzymały ją kolejne słowa Theodore'a:
— Pogadałaś już z chłopakiem?
Zatrzymała się w pół kroku, wzięła głęboki oddech i policzyła do pięciu. Naprawdę miała nadzieję, że w tym czasie chłopak odejdzie i da jej święty spokój. Jako że nie usłyszała odgłosu kroków, odwróciła się z powrotem do niego.
— Powiesz mi w końcu jaki masz do nas problem? Wtrącasz się w sprawy, które w ogóle cię nie dotyczą, i które ani trochę nie powinny cię obchodzić, skoro nie masz o nich zielonego pojęcia. W dodatku twoje komentarze są po prostu niekulturalne, bo nikt z odrobiną kultury osobistej nie wtyka nosa w prywatne sprawy innych ludzi. Weź znajdź sobie coś do roboty, bo inaczej zrobię to ja i obiecuję, że prędko się już do mnie nie odezwiesz. I odpierdol się od Kala — rzuciła na odchodne, już obracając się w stronę stołówki.
Nie obejrzała się przez ramię, ale gdyby to zrobiła, zobaczyłaby zdezorientowanego Theodore'a, który dopiero po chwili otrząsnął się i odszedł. Eli życzyła mu, żeby tego dnia dostał jakiś paskudny przydział. Ot, żeby udowodnić, że karma istnieje.
Na obiedzie pojawiła się już bez apetytu, ale za to z raczej bojową miną. Kal, który już siedział przy stoliku, posłał jej dość zdziwione spojrzenie.
— Coś się stało? — zapytał, gdy dziewczyna zajmowała miejsce na ławce obok niego.
Elianne milczała przez moment. Potrzebowała chwili na opanowanie nerwów, choć już czuła, że złość zaczyna z niej uchodzić, pozostawiając po sobie raczej niesmak.
— Miałam nieprzyjemną rozmowę z jakimś zidiociałym legionistą — powiedziała jedynie, przykładając wierzch dłoni do czoła. Czuła nadchodzący ból głowy.
Kal nie drążył tematu, a Eli była mu za to bardzo wdzięczna.

WIOSNA

— A co myślisz o tym? — zapytała Elianne, podnosząc z półki maleńką buteleczkę lakieru do paznokci. Gdyby ktoś kazał jej opisać kolor lakieru, powiedziałaby, że to mieszanka błękitu z turkusem. Przybliżyła buteleczkę do swojej twarzy, ale zanim Kal zdążył jej odpowiedzieć, sama zdecydowała. — Nie, za ciemny.
W wolną sobotę, korzystając z całkiem przyjemnej już pogody, wyciągnęła Kala na zakupy. Za dwa tygodnie organizowane były dwudzieste urodziny jej brata, Christophera i Elianne uparła się, że potrzebuje takiego lakieru do paznokci, który będzie zgrywał się z kolorem jej oczu. Myślała, że to nie będzie szczególnie trudne — blady błękit był raczej popularnym odcieniem niebieskiego. A jednak okazało się, że w każdym dotychczasowym kolorze coś jej nie pasowało. Byli już w drugiej drogerii i dziewczynie powoli nudziło się przetrząsanie tych półek.
— Hm, a ten? — zapytała ponownie, kładąc sobie na dłoni inną buteleczkę.
Kal zajrzał jej przez ramię i niemal od razu pokręcił głową.
— Zbyt intensywny — rzucił, wymijając ją, żeby przejść na drugi koniec alejki.
Elianne westchnęła. Liczyła, że załatwią to w maksymalnie dziesięć minut, a teraz własne zachcianki gryzły ją w dupę. Już bez większego przekonania zaczęła przesuwać buteleczki. Nie mogła minąć nawet minuta, kiedy ktoś ostrożnie złapał ją za ramię i odwrócił w swoją stronę. Kal nie powiedział ani słowa, tylko od razu przyłożył coś do jej skroni. Eli zerknęła w górę na jego zmrużone oczy i zaciśnięte usta. Skupiony na analizie chłopak stanął tak blisko, że niemal czuła na czole jego oddech.
Kal w końcu cofnął się o krok i wręczył jej skrupulatnie wybraną buteleczkę.
— Ten będzie pasował — powiedział, wymijając ją, żeby jeszcze zajrzeć do innej części sklepu.
Obok jednej z półek wypełnionych kosmetykami, na ścianie przytwierdzone było lustro. Elianne przejrzała się w nim, przykładając buteleczkę z lakierem do twarzy. Odcień był idealny. Już była gotowa pogodzić się z porażką i wybrać jakiś inny, byle jaki ładny kolor, a jednak szczęście się do niej uśmiechnęło. A raczej uśmiechnął się do niej Kal, który wyczuwał kolory zdecydowanie lepiej niż ona.
Entuzjazm do niej wrócił i niemal w podskokach ruszyła do kasy, żeby zapłacić. Kal czekał na nią w pobliżu wyjścia, kiedy dziewczyna niemal z nabożną czcią pakowała zakup do torby. Cała w skowronkach wyszła na zewnątrz; nie trzeba jej było wielkich rzeczy do szczęścia. Już przed sklepem stanęła przy Kalu i przelotnie pocałowała go w policzek.
— Dziękuję, jesteś cudowny! Teraz to już na pewno stawiam kawę — powiedziała z uśmiechem, łapiąc go pod ramię.
Kiedy miała dobry humor, San Francisco już wcale nie wydawało się takie obskurne.


Kal?
────
[1013 słów: Elianne otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

piątek, 15 maja 2026

Podsumowanie eventu AU

Po krótkim przedłużeniu czasu trwania eventu z Alternative Universe przyszedł w końcu moment jego zamknięcia. Czy taki minievent wymaga podsumowania? Prawdopodobnie nie, ale trzymajmy się blogowych standardów (stąd też podsumowanie nie pojawiło się wcześniej).

STATYSTYKI

✰ W ciągu Event AU napisaliście dziewięć opowiadań. Jak na pierwszy raz to całkiem solidnie.
✰ Wśród tych dziewięciu opowiadań były cztery samodzielne opowiadania, jeden wątek z trzema opowiadaniami oraz jeden wątek z dwoma opowiadaniami.
✰ Najbardziej przypadły wam do gustu wampiry AU, które dostały jeden wątek i jedno samodzielne opowiadanie, oraz pieski AU – tutaj pojawiły się dwa opowiadania samodzielne. Za to najdłuższym wątkiem pochwalić może się dziki zachód AU, dodany do listy przez was (dzięki, Szczypior!). Ostatnie samodzielne opowiadanie dzieje się za to w klimatach cyrk AU.
✰ A dodatkowo: najdłuższe eventowe opowiadanie to z całą pewnością opowiadanie Kuźmy. 18 507 słów? Myślę, że przez jakiś czas pozostanie w czołówce blogowych opowiadań, nie tylko tych eventowych.

Nikt nie mówił, że to będzie długie podsumowanie. Jeśli jeszcze nie czytaliście, to teraz po-eventowe zadanie: idźcie czytać dziewięć eventowych opowiadań! Nie będę wam ich przecież spoilerować.
Gratuluję wszystkim, którzy wzięli udział!