sobota, 27 czerwca 2026

Od Inez CD Vex — „To nie wandalizm tylko kameralna posiadówka!!!”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, ROK TEMU

Inez nie była głupia. Może czasami nadto optymistyczna i wkurzająca, ale nie była idiotką. Cóż, jest szansa, że na taką się kreowała, ale to dlatego, że raczej bała się wypowiadać na głos pewniej. Jednak pomału nawet i ona traciła cierpliwość do Vex. Naprawdę chciała pogadać z nim, poznać się, ale zdawała sobie sprawę, że w oczach Amerykańca straciła wiele niechęcią robienia graffiti. Tylko Inez nie była stworzona do tego, by bezcześcić różne miejsca! Możliwe, że inni ją mogli uważać za nudną przez jej spokojny styl bycia, ale tak wychowali ją rodzice.
– Ja poproszę na osobny rachunek frytki z sosem śmietanowym i też cole – powiedziała, a jej mimika twarzy nieco się zmieniła.
Nie uśmiechała się już od ucha do ucha, choć jej twarz – w spoczynku – i tak wyglądała, jakby gościł na niej delikatny banan. Albo mały rogalik? Bez znaczenia. Wciąż wydawała się szczęśliwa, choć jej oczy straciły te iskierki radości, które miały wcześniej.
Velez raczej nie załamywała się tak łatwo, jednak dzisiaj… to był ciężki dzień. Nie był łatwy odkąd wstała z łóżka, miała nadzieję, że jej się trochę polepszy gdy zdobędzie nowe znajome, ale… no cóż, jak widać szlag by to trafił te jej założenia.
Usiedli w końcu do stolika, bo barman powiedział, że będzie ich wołać. „Jak w fast foodzie!” – pomyślała, ale nie wypowiedziała swych myśli na głos, nie chciała już bardziej denerwować drugiego obozowicza. Siedzieli w ciszy, która stopniowa przeszkadzała Velez. Vex natomiast wyglądało jakby było zadowolone z takiego obrotu spraw.
Po upływie niezbyt długiej chwili zostali zawołani. Inez poszła po ich zamówienia, a następnie wróciła do stolika zajadając się już swoimi frytkami. Były naprawdę dobre! Chrupkie na zewnątrz, miękki w środku, a do tego słone! Może ciut zbyt tłuste, jak na gust ciemnowłosej, ale najwidoczniej nie można mieć wszystkiego. Zresztą sos także jej smakował, choć może za mało sztucznie śmietanowy jak na jej gusta. To znaczy, zazwyczaj lubiła jak jedzenie jest trochę zdrowsze, ale akurat dzisiaj miała ochotę na taki chamski sos, niczym z McDonalda, czy czegoś w tym rodzaju.
– Chcesz frytki? – zapytała przysuwając Vex opakowanie, jednak ono nie zareagowało w ogóle na jej pytanie kontynuując jedzenie swojego burgera. Nie minęła chwila jak zadała kolejne pytanie: – Lubisz tu przychodzić bo to miejsce ma „vibe”. Ale co tak właściwie to dla Ciebie znaczy?
Inez w ogóle nie czuła tego miejsca. Nie rozumiała do końca jego uroku. Wciąż po głowie chodziła jej myśl, że czuję się w menelowni, gdzie na każdym rogu rzyga najebany typ, który dzisiaj na pewno nie dotoczy się do domu. A starsze natomiast kompletnie nie przypominało jej kogoś, kto pije alkohol. Zaczęła się więc zastanawiać czy jest to może miejsce sentymentami. Może kojarzy się z jakąś osobą, bądź sytuacją. Velez ma takie miejsca, wraca do nich często nawet jeśli teraz już nie czerpie z nich takiej przyjemności. Jednak żadne z nich nie przypomina jej… tego.


Vex?
────
[470 słów: Inez otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Ivy CD Dantego — „For the hell of it”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, rok temu

Ivy wpatruje się w Dantego przez długą chwilę, w towarzystwie zagłuszających jego oddech głosów oraz muzyki — która zdecydowanie jest zbyt głośna dla zdolności trzeźwego (ha!) myślenia — będącej połączeniem gatunku rocka oraz hip-hopu. W głowie mężczyzny dzieje się dużo rzeczy, nie mogących znaleźć konkretnego wątku, przez co wygląda na tępo zamyślonego, jakby go odcięło od rzeczywistości. W końcu dochodzi do niego, co może mieć na myśli jego pacjent. Uchyla lekko usta, choć po nieprzewidywalnym Dante mógłby się spodziewać pytań wszelkiego rodzaju, niekoniecznie właściwych. Nie sądził jednak, że może być aż tak bezpośredni oraz że naprawdę może mieć na myśli to, co powiedział. Odwraca wzrok, nie będąc w stanie znieść dłużej spojrzenia błękitnych oczu. Ma nadzieję, że nie czerwieni się na twarzy, jak to robi w chwilach publicznego stresu.
— Nie — stwierdza tylko, mając poczucie, jakby ścierpiał mu język i nie chciał wypowiedzieć więcej słów.
Z jednej strony żałuje, że nie skłamał. Z drugiej, było to oczywiste, że nikogo nie ma. W końcu Dante widział, że Ivy mieszka sam, że nie ma obrączki na palcu, że jedyne, co ma w życiu, to praca, że nie ma w sobie radości, którą widać na twarzach osób będących zakochanymi. Nie trzeba być szczególnie inteligentnym, by stwierdzić, że Ivy nie jest ani wyjątkowo przystojny, ani pociągający z charakteru, by mieć powodzenie. Kobiety nigdy nie zwracały na niego uwagi. Mężczyźni tym bardziej nie. Już same myśli o tym, że ktoś mógłby na niego spojrzeć — w metaforycznym sensie, choć nie tylko — wzdrygają nim. Bycie zauważanym, byciem obiektem czyjegoś zainteresowania, bycie ocenianym pod względem wyglądu wywołuje w nim zarówno wstrząsające, zimne dreszcze, jak i rozlewające się ciepło w żołądku, wszystkie skrajności jednocześnie.
— A co? — rzuca, udając, że to pytanie go nie ruszyło.
Dante wzrusza ramionami i uśmiecha się beztrosko, wciąż nie odsuwając się od Ivy.
— Nic takiego. Jestem ciekawy, wiesz?
Nie chce kontynuować rozmowy i wprowadza pomiędzy nich grobową atmosferę, którą zdaje się, jakby pacjent nie zauważał, pochłonięty swymi surrealnymi myślami i fantazjami.
Drink smakuje i pachnie z jakiegoś powodu majerankiem, przez co o mało nie ma odruchu wymiotnego. Z trudem go przełyka, ale powstrzymuje się od pokazania słabości i sączy go bez cienia niezadowolenia, kłamiąc tak samo, jak przed chwilą, gdy stwierdził, że napój jest ,,całkiem dobry”. Nie wie, co zamówił mu Dante i chyba nie chce wiedzieć, starając nie wprowadzić się w jeszcze większą gonitwę myśli, niż dotychczas, bo jeszcze chwila i zacznie podejrzewać go o wpuszczenie mu czegoś do alkoholu. Ostatnim razem pił coś takiego może kilka-kilkanaście lat temu. Od czasu do czasu, w zaciszu domowym, naleje sobie lampkę wina do filmu, aby się rozluźnić i dać ujściu niepokojowi, ale oprócz tego, unika procentów, szczególnie w niezbyt zaufanym towarzystwie.
— Mało wiem o tobie.
— Nie jesteśmy ze sobą blisko.
— Nie? — Dante marszczy brwi. — Jak to? Przecież ty wiesz o mnie zupełnie więcej, niż większość osób, które znam. Ale to trochę niesprawiedliwe, skoro ty nic nie mówisz.
— Nasza relacja jest profesjonalna, nie bliska — burczy dobitnie. — Dlatego nie powinienem nic mówić.
— Ale teraz nie jesteśmy w gabinecie.
Ivy patrzy na niego z iskierką w oczach, którą Dante podłapuje. Psychiatra zaduma się, jak bardzo jego pacjent zdaje sobie z zasad, które między nimi obowiązują, a mimo to, coraz bardziej je przekracza. Jest ich zupełnie świadomy. I nieważne, jak bardzo Ivy stara się dawać mu do zrozumienia, jak powinna wyglądać ich relacja, Dante pozostaje uparty przy swoim.
— I tak nie mam nic ciekawego o sobie do powiedzenia.
— Ja myślę, że jesteś bardzo ciekawą osobą. Ci tajemniczy są najciekawsi. — Opiera brodę na dłoniach. — Chcesz więcej o nich wiedzieć.
— Nie jestem tajemniczy.
Białowłosy chichocze, zasłaniając pomalowane usta.
— Jesteś za to skromny.
— Tajemniczy to dobra cecha?
Znowu się śmieje. Uważa go, nie dość, że za tajemniczego i skromnego, to za zabawnego? Ivy spuszcza wzrok na oblepiony stolik. Łaskocze go w klatce piersiowej, a nabieranie kolejnych słów na język przychodzi mu z trudem.
— I tak nie mam nic interesującego do powiedzenia — mamrocze tak cicho, że Dante z trudem go słyszy.
— Daj spokój. Przecież to… proste. Wiesz, co lubisz robić, jakie filmy oglądać, jakiej muzyki słuchasz, no wiesz, tego typu kiepskie pogadanki, które ludzie przeprowadzają na pierwszych randkach. Możesz powiedzieć coś o swojej pracy. Sama w sobie jest ciekawa.
— Czy ja wiem? — Uśmiechnął się mimowolnie. — Codziennie przepisywanie psychotropów to dość monotonne zajęcie.
Dante uśmiecha się jeszcze szerzej.
— Mam czuć się urażony?
— Nie. Ty zaliczasz się do tych przypadków, które nie są tak… — Zawahał się. — Nie są aż tak nudne.
— Och, tak? Co jest we mnie ciekawego?
Jasny gwint.
— Osobowość — stwierdza, samo nieprzekonane tym, co mówi.
Nawet nie orientują się, jak wiele upłynęło czasu, a pracownicy zaczynają sprzątać i wyganiać podpitych (bądź już pijanych i upadających) klientów. Ivy z każdą kolejną mijającą minutą traci siły na dalsze rozmowy, męcząc się psychicznie, coraz bardziej przebodźcowane harmidrem i wyeksponowaniem się na publikę. Chce wrócić do domu, ale gdy tylko pojawia się okazja do tego, aby się ulotnić, Dante skutecznie mu to utrudnia, jakby przeczuwawszy, że mężczyzna ma zamiar go opuścić. Męczy go zmuszanie się do mówienia, ale pomaga mu to w udawaniu, że pije tego samego drinka pół nocy — woli uniknąć wciskania mu przez Dante kolejnych.
Potem palą razem papierosa (tego samego) przy budynku, z którego ścian już odrywa się tynk. Chłodne powietrze łaskocze ich w policzki. Dante okrywa się bardziej futrzaną kurtką, Ivy zapina guziki płaszcza, a jego powieki coraz bardziej się do siebie lepią na myśl o konieczności pójścia z rana do pracy — czyli za dosłownie parę godzin. Zastanawia się, czy może po zarwaniu nocki będzie czuł się lepiej niż po przespaniu tak krótkiego czas.
Zauważył podczas ich wspólnego wieczoru (a raczej nocy) dwie rzeczy. Po pierwsze, Dante, gdy pije, to do stanu nieświadomości. Domyślał się istnienia u niego problemów z alkoholem, ale teraz otrzymał rzetelny dowód w tej sprawie — ucieka od rzeczywistości oraz swoich halucynacji dzięki używkom. Ani razu nie wykazał symptomów zaniepokojenia, nie mówił bzdur i prawdopodobnie (a bynajmniej nie dał tego po sobie poznać) nie doświadczał żadnych omamów.
Po drugie, nie czuje się tak przytłoczony, jak się tego spodziewał. Nie wie, czy przestał czuć się niekomfortowo przy Dante, czy to trzy drinki i chwila ucieczki od codzienności były tego przyczyną. Może są to te obie rzeczy i dzięki rozluźnieniu skojarzył mężczyznę z poczuciem tego spokoju, który go obwładnął.
Przebiega obok nich szczur, kierując się w stronę śmietników. Ivy towarzyszy mu spojrzeniem. Już jakiś czas temu wszystkie osoby, które były w bardzo, udały się do domów. Została tylko ich dwójka. Chce powiedzieć, że idzie do domu, ale długo się waha, pomimo że białowłosy milczy, wpatrując się w osianą pustką ulicę. Nos i policzki Dantego czerwienią się od mrozu, przybierając kolor cieni na jego powiekach. Szkarłatny kolor kontrastuje z włosami w kolorze śniegu, jakby został stworzony specjalnie dla niego, by podkreślać jego naturę.
Ivy bierze głęboki wdech. Niewielka ilość promili w krwi rozluźnia mu język.
— Co oznacza twój tatuaż?
Dante mruga na niego, w chwilowym bezruchu. Po chwili kąciki jego warg drgają i przyciska do siebie założone ręce.
— Skąd to pytanie?
Dopala do końca papierosa, rzuca go na ziemie i depcze butem, odwracając wzrok.
— Wiesz co? Zapomnij.
Wykonuje krok w stronę ulicy, ale mężczyzna nie pozwala mu łatwo od niego uciec. Łapie go za łokieć i uśmiecha się zalotnie.
— W ogóle, dzięki za wspólny wieczór.
— Nie ma za co.
Dante podejrzliwie marszczy brwi, widząc twarz i postawę Ivy — wygląda jak kamień, a schowane w kieszeni ręce tylko podkreślają jego niezręczność.
— Coś nie tak? Nie podobało ci się? — Zaniża nagle ton.
— Co? Nie, to nie tak… — mruczy. — Jestem zmęczony.
W odpowiedz uzyskuje powolne, nieprzekonane pokiwanie głową. Dante jednak nie odchodzi i nie przestaje się w niego natarczywie wpatrywać.
— Czyli się mnie nie boisz?
— Ja? Boję? — wydobywa z siebie kłamliwe parsknięcie. — Nigdy się ciebie nie bałem.
Ma nadzieję, że to pozwoli mu uciec do zacisznego mieszkania, gdzie będzie mógł wetknąć wzrok w sufit i z zażenowaniem zastanowić się, na co tak właściwie się zgodził i co ma dalej zrobić z tym faktem, do czego to może doprowadzić i jak wielkim jest idiotą. Uśmiecha się znacznie szerzej, niż to robi na co dzień i liczy na to, że Dante załapie, że chce się z nim pożegnać — nawet bez słów, bo wyczerpał już swój limit na dziś. Skutkuje to odwrotnością, bo białowłosy tylko przybliża się do niego, możliwe, że odbierając znaki mężczyzny w zupełnie odwrotnym znaczeniu, zbliżając nie tylko swoje ciało, swój zapach i alarmującą aurę.
Nie wie, jak reaguje się na coś takiego, szczególnie, gdy nie wyraziło się na to żadnej zgody, a tym bardziej nie werbalnie. Gdy wilgotne wargi lądują na jego popękanych ustach, w pierwszych sekundach zamiera, ale gdy niewinne muśnięcie przemienia się w coś głębszego, gwałtownie odpycha od siebie Dantego, na tyle, by może to być potraktowane jako oznaka obrzydzenia. Powietrze staje się dla Ivy duszne, z trudem je łyka, jakby ktoś odciął mu dostęp do tlenu. Przytyka rękaw płaszcza do ust i rzuca swojemu pacjentowi porażające, srogie spojrzenie, jednocześnie odrzucając od siebie uczucie mdłości. Nigdy nie sądził, że pocałunek, ze wszystkich możliwych emocji, wywoła w nim akurat strach.
Do końca dnia nosi ze sobą uczucie brudu na wargach, którego nie może niczym zmyć. Postanawia, że przy najbliższej okazji zerwie ich terapeutyczną relację. O ile się odważy.

smacznego
────
[1528 słów: Ivy otrzymuje 15 Punktów Doświadczenia]

Od Artema CD Edgar — „I want you to know that i'm awake”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Artem nie wiedział dlaczego to zaproponował, bo nie proponował Edgarowi nocowania już od wielu miesięcy (a może przynajmniej roku?). Zaskoczony własnymi słowami odszedł w kierunku kuchni, by sięgnąć po pustą szklankę i nalał sobie wody z kranu.
Przez krótką chwilę żaden z nich się do siebie nie odezwał. Edgar nie potwierdził słowem, że zostanie, a Artem nie dopytywał, bo pomimo ciężkich chwil wciąż znał przyjaciela najlepiej. Rozumieli się bez słów. Tak po prostu. Byli przeciwieństwami, ale chyba rzeczywiście to właśnie przeciwieństwa ze sobą najlepiej współgrają i to dzięki temu tworzyli taką dosyć zgraną-niezgraną parę. Parę. Słowo to nie pasowało do ich obecnego stanu, ale chyba nie było lepszego, które mogłoby być chwilowym zastępstwem.
— Coś się zmieniło? — ciszę przerwał Edgar dosyć nieprzyjemnym, ale spodziewanym pytaniem.
— Nie. — Artem wzruszył ramionami. — Co miało się zmienić?
Wszystko.
Faktem było stwierdzenie, że zmieniło się wszystko. Relacja, którą mieli wcześniej nie wróci. Nigdy. Artem zwyczajnie udawał, że o tym nie wie, bo wolał w ten sposób kontrolować sytuację.
— Dobrze wiesz.
— Nie wiem.
Edgar przestał naciskać. Artem mógłby zrobić się zbyt spięty, zbyt stanowczy w swoich słowach i w taki głupi sposób mógłby znów zniszczyć wszystko; dlatego wybrał milczenie, bo tylko to czasem ratowało głupich, impulsywnych ludzi przez popełnieniem najgorszych błędów w swoim życiu. Dlaczego nie grać razem z Artemem i nie udawać, że nic się nie zmieniło?
 
Edgar siedział na kanapie z podkulonymi kolanami pod brodą, a Artem zajmował miejsce na drugim końcu. Nie patrzyli na siebie. Wbijali wzrok w czarny ekran monitora, bo chwilę wcześniej skończył się kolejny nudny film, który odpalił Artem. Nudny, przewidywalny horror, kończący się dokładnie tak samo, jak większość tego typu produkcji.
— Ej. — Edgar opuścił nogi na ziemię. — Gdybym nie było policjantem, to też byś mnie tak wykorzystywał?
— Tak. — Kącik ust Artem drgnął i uniósł się do góry. — Dlaczego zawsze pytasz o takie głupie rzeczy?
— Pytam serio.
— Odpowiedziałem serio. — Pokręcił głową. — Jesteś jakimś półbogiem i umiesz rzeczy, których nie potrafią zwykli ludzie. To oczywiste, że bym cię wykorzystał.
Edgar udawał, że ukuły go te słowa prosto w serce. Złapał się teatralnie za klatkę piersiową i opadł na oparcie kanapy.
— Udawałbyś chociaż, że nie.
Artem w odpowiedzi wzruszył ramionami. W całym tym spotkaniu najgorsze było to, że obydwoje zaczęli zachowywać się tak, jak dwa lata wcześniej. Jakby ktoś wymazał im pamięć, usunął nieprzyjemne wspomnienia i zastąpił je pustką.
Znów byli tymi samymi przyjaciółmi. Można było tak powiedzieć. Może tak wyglądali z trzeciej osoby; ale wewnętrznie Artem nie mógł spokojnie usiedzieć na kanapie, co chwilę zmieniając pozycję albo drapiąc się po karku prawie tak samo niezręcznie, jak przyłapany na ściąganiu student.
Zerkając na siedzące obok Edgar nie wiedział, jak powinien się zachować. Wcześniej nie musiał nawet się zastanawiać. Nie musiał myśleć. Cała jego osobowość opierała się na impulsywnych decyzjach, ale przy Edgarze to w tym momencie wyparowało. Stracił poniekąd kontrolę nad tą sytuacją już w chwili, kiedy Egdar zmieniło temat i przestało przejmować się tym, z czym przyszedł do niego Artem.
Żeby przełamać tę niezręczność, Artem poszedł do lodówki i wyciągnął z niej dwa piwa. Zwykłe, można powiedzieć, że słabe i niezbyt dobre. Nic innego nie miał, a też nie miał ochoty na wodę, herbatę albo co gorsza kawę, której i tak by nie wypił, bo jej nienawidził. Zresztą już nie mówmy o fakcie, że kawę o tej godzinie chętnie piłby tylko ktoś taki, jak Edgar.
— Z jakiej to okazji? — zapytało Edgar trochę żartobliwie, kiedy Artem podał jejmu zimną butelkę. — Świętujemy twoją głupotę czy ten głupi horror?
Artem zignorował te słowa i usiadł obok. Wybudził laptop i wpisał kolejny tytuł nudnego horroru.
— Co? Kolejny? — Edgar otworzył swoje piwo. Syk gazowanego napoju zachęcił Artema do otworzenia swojego alkoholowego ptasiego mleczka.
— Ten podobno jest zajebisty.
— Podobno to słowo klucz.
— Dobra, zamknij się i oglądaj.
Artem włączył film. Przeleciał im przed oczami w niecałe półtora godziny. Jakoś pod sam koniec Artem przestał interesować się oklepanymi scenami, napisami na ekranie czy pustą butelką po piwie. Zerkał na siedzącego obok Edgar, który powoli zdawał się przysypiać, ale nie chciał dać tego po sobie znać, walcząc z opadającymi powiekami.
Napisy końcowe właśnie się kończyły. Zmęczone Edgar przypadkowo wypuściło z rąk butelkę po piwie, kiedy chciało się w końcu podnieść. Artem zareagował błyskawicznie — jak na to, że była to totalna pierdoła — i przysunął się, by złapać upuszczoną rzecz. Edgar w tym czasie również się schylił i zamiast złapać butelkę, to złapał Artema za dłoń. Prawie jak w tych durnych filmach dla nastolatek, gdzie dziewczyna wpada na chłopaka i z rąk wypada jej stos karteczek oraz książek.
Zanim Edgar zdążył rzucić jakimś niepotrzebnym — i zapewne głupim — komentarzem Artem wyrwał mu butelkę z rąk i z hukiem odłożył na stolik. Napisy końcowe właśnie dobiegły (masło-maślane) końca. Film się całkiem zatrzymał. Artem patrzył na Edgar zdecydowanie zbyt długo, jak na siebie.
— Co? — zapytało, czując nagłą zmianę w zachowaniu mężczyzny.
— Zanim wrócisz do domu…
— Nie chciałem wracać do domu — wtrąciło się natychmiast.
— Wiesz, zakładam, że po tym wrócisz do domu.
Edgar zmarszczyło brwi. Nie lubiło, gdy Artem przestawał nagle być bezpośredni. Zazwyczaj, a nawet nie zazwyczaj, tylko zawsze, mówił to, o czym myślał, nie starając się ukrywać prawdziwych zamiarów.
— Okej, mógłbyś mi powiedzieć, o co chodzi? — Zdenerwowanie od razu namalowało się na jejgo twarzy. — Masz mi coś jeszcze do powiedzenia? Kolejny gang, jakieś narkotyki i inne gówno?
Artem za to nie odrywał od niejgo wzroku. Wpatrywał się w niejgo jak w obrazek, myśląc nad ewentualnymi konsekwencjami tego, co chciał zrobić. Nie mógł zwalić niczego na stan nietrzeźwości, bo był trzeźwy. Edgar było trzeźwe. Wypili po jednym czteroprocentowym piwie.
Edgar spróbował wstać z kanapy. Artem skutecznie mu to uniemożliwił, łapiąc za nadgarstek. Ostatnia myśl przebiegła mu po głowie. Ostatni czerwony dzwonek zadzwonił w uszach, uświadamiając, że jeśli to zrobi, to nie będzie odwrotu. Można powiedzieć, że teraz był gotów ponieść wszelkie konsekwencje i w sumie nawet nie obchodziło go, co Edgar z tym zrobi. Co on z tym zrobi.
Jak na to, ile nad tym myślał, zachował typowo dla siebie — chaotycznie. Przysunął się do Edgara, jedną dłonią złapał go za włosy i pociągnął zdecydowanie za mocno. Edgar był w stanie tylko syknąć z nieprzyjemnego uczucia bycia ciąganym za kosmyki, ale zaraz zamknął się przez niespodziewane zetknięcie ich warg.
Artem poczuł jakąś niesłychaną złość na siebie samego, że to w ogóle zrobił, więc zamiast się odsunąć, pociągnął Edgara bardziej za te biedne włosy, a drugą dłoń wbił w jego udo. Nie miał nad tym ani grama kontroli. Ani grama. A myślał, że tę kontrolę w ten sposób odzyska.
Nachylił się, zmuszając Edgara, żeby się położył. Kolejna czerwona lampka, krzycząca uważaj, zaświeciła się w jego głowie. Tym razem jej posłuchał. Odsunął się. Nie wiedział, czy powinien na niego patrzeć, więc tylko głupio zapytał:
— I co? Wyjdziesz teraz?

na zakonczenie pride month
────
[1110 słów: Artem otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

piątek, 26 czerwca 2026

Od Lotus — „Zróbmy sobie świnkę morską”

— Chcę świnkę morską.
— Co?
— No. Chcę świnkę morską.
Amy popatrzyła na przyjaciółkę tak, jakby ta zakomunikowała jej, że chciałaby zostać szambonurkiem. Nie, żeby Amy miała coś do szambonurków — żadna praca nie hańbi. Nie miała też żadnego problemu do świnek morskich. Po prostu jedno i drugie było dość oderwane od rzeczywistości, kiedy siedziały w kuchni i jadły lody.
— Skąd ten pomysł? — zapytała jedynie, łyżeczką mieszając zawartość kubka.
Lotus wzruszyła ramionami.
— Po prostu są słodkie. Znalazłam kiedyś jedną, ale była… chora. Wolałabym mieć zdrową — powiedziała, wierzchem dłoni wycierając czekoladową smugę z czubka nosa.
Niestety nie miała szczęścia, jeśli chodziło o zachowywanie czystości podczas jedzenia; cud, że jeszcze nie wybrudziła sobie koszulki.
— Nie mówiłaś nigdy, że lubisz gryzonie.
— Bo nigdy o tym nie myślałam. Ale teraz je lubię.
Amy przyglądała jej się przez chwilę, a potem wróciła do swoich lodów. Była przyzwyczajona do tego, że Lotus mówi różne rzeczy. A Lotus była przyzwyczajona do tego, że Amy zawsze słucha. Był to pewien system, który działał od lat.
— Lucy chciała świnkę morską. Może przypomnę rodzicom. Nigdy jej tego nie zabronili. — Amy postukała łyżeczką o brzeg kubka. — Jeśli to doszłoby do skutku, możesz wpadać i ją głaskać.
Twarz Lotus cała rozjaśniła się w uśmiechu. Lucy była dziewięcioletnią siostrą Amy, która swoją energią prawie dorównywała Lotus. Dobrze się dogadywały. Czasami za dobrze; odkąd Lotus nauczyła dziewczynkę używać śrubokrętu, w domu przyjaciółki wiele rzeczy magicznie się psuło. Na miejscu zdarzenia często znajdowano leżące luzem śrubki.
— Jezu, serio? Ale byłoby zajebiście.
Amy odwzajemniła jej uśmiech.


— Ma na imię Puszkosława — powiedziała dumnie Lucy, kucając przed klatką, która zajmowała sporą część podłogi jej pokoju.
— Bardzo dostojnie. — Lotus pokiwała głową, moszcząc się na dywanie zaraz obok dziewczynki.
Wlepiła wzrok w puszyste stworzonko, które siedziało w rogu klatki i równie intensywnie odwzajemniało jej spojrzenie.
— Prawda? Mama powiedziała, że głupie, ale mama się nie zna.
Lotus roześmiała się, odgarniając czerwone włosy z oczu.
— Zna się, ale akurat Puszkosława to świetne imię — wyjaśniła, muskając opuszkami palców pręty klatki.
Amy westchnęła, stojąc w drzwiach do pokoju siostry. Dalej nie rozumiała fenomenu świnki morskiej, ale jeśli sprawiała ona tyle szczęścia zarówno jej siostrze, jak i najlepszej przyjaciółce, to mogła przymknąć oko. Lotus odwróciła się w jej stronę.
— Kupmy sobie drugą.
— Nie ma mowy. Chodź, odgrzejemy Lucy obiad.


────
[371 słów: Lotus otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

Od Theodore'a — „Everyone deserves sunshine” cz. 1

Theodore chyba w żadnym momencie swojego życia nie nazwałby go prostym. Jak tylko wyszedł z piaskownicy, zostawił ich ojciec Alice, więc od tamtej pory siostra patrzyła na niego jak na obrzydliwego robaka. Potem odkrył w sobie pasję do posługiwania się pięściami, przez co matka musiała non stop świecić za niego oczami, a on sam co najmniej dwa razy miał złamany nos. Ledwo się ogarnął, a nagle okazało się, że jego ojcem jest pierdolony rzymski bóg, a Theo musi najpierw spędzić tygodnie z legendarną wilczycą, a potem zamieszkać w obozie, w którym niemal przez rok kazali mu tylko czyścić kible i przepraszać za to, że żyje.
Nie była to definicja najlepszego życia pod słońcem.
Mimo to w końcu wszystko zaczęło się układać. Nie był już in probatio, więc w Obozie Jupiter żyło mu się zdecydowanie lepiej. Coraz rzadziej bywał w domu, ale podczas jego wizyt Alice już nie patrzyła na niego aż tak spod byka. Marie może i nie mówiła mu wprost, że tęskni, ale czasami wydawało mu się, że w jej oczach widzi błysk czegoś, co sprawiało, że w gardle rosła mu gula. Był też Charlie — zawsze uśmiechnięty, zawsze z roziskrzonym spojrzeniem, zawsze na miejscu. Jedna z niewielu rzeczy w życiu Theodore'a, które były stałe.
Potem poszedł na jedną imprezę walentynkową i wszystko chuj strzelił.
Charlie dobijał się do niego cały następny dzień po tym feralnym wieczorze, ale bezskutecznie. Powiedział Alice, że jeśli pojawi się pod drzwiami, ma go po prostu nie wpuszczać. Może nie obchodziło jej, o co chodzi, a może po prostu pamiętała, w jakim stanie odbierała wczoraj brata z imprezy. Na pewno jedno z dwóch, bo o nic nie zapytała. Theo zamknął się w pokoju, całkowicie wyłączył swój ledwie zipiący laptop i ledwo się do kogokolwiek odzywał, a zaraz następnego ranka wrócił do obozu.
Jakoś nie czuł już, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Zajmował myśli zajęciami w obozie, nauką, wszystkim, w co mógł się wepchnąć. Jego towarzystwo stało się jeszcze gorsze do znoszenia, bo mniej skupiał się na tym, żeby trzymać swoje umiejętności w ryzach. Każdy, kto nie chciał w środku dnia zasnąć i wyłożyć się na trawie, skrupulatnie unikał przebywania z nim.
Theo odwoływał wizyty w domu dzień przed — jedną, bo musiał uczyć się na egzamin, żeby zaliczyć przedmiot (który już od dawna miał zaliczony), a drugą dlatego, że nagle dostał od pretora bardzo ważne zadanie niecierpiące zwłoki (na palcach jednej dłoni mógł policzyć sytuacje, w których to bezpośrednio Vergil kazał mu coś zrobić). Za trzecim razem nie znalazł już wymówki. Minęło prawie półtora miesiąca od walentynek i choć San Francisco zaczynało już witać się z wiosną, pustka, którą Theodore czuł w klatce piersiowej, stale się powiększała.
W domu okazało się, że Alice się wyprowadziła. Jeszcze przed tym, jak odwołał pierwszą wizytę w domu. Marie bardzo starała się wyglądać, jakby wszystko było w porządku, ale widać było, że nerwy ma w strzępkach. Theo żałował, że zostawił ją w tym samą, ale przecież o niczym nie wiedział. Boski ojciec dał mu w genach umiejętność usypiania wszystkich dookoła, nie jasnowidzenia. Niestety. Cała ta sprawa z Alice wprawiła go w jeszcze gorszy nastrój niż do tej pory. Siostra wyniosła się z domu akurat w chwili, w której pozwolił sobie mieć nadzieję na to, że między nimi mogłoby być lepiej.
Następnego dnia lało. Kiedy Theodore próbował w słabo oświetlonym pokoju rozwiązywać zadania z matematyki, ktoś zaczął dobijać się do drzwi. Westchnął i zsunął się z krzesła. Marie ledwo co wyszła z mieszkania, żeby dotrzeć do pracy na popołudniową zmianę. Mogła zapomnieć kluczy; czasami jej się zdarzało. Theo doczłapał do drzwi wejściowych i nawet nie wyjrzał przez wizjer, po prostu je otworzył. Zaraz potem pożałował, że jednak nie skorzystał ze starego, dobrego wizjera.
W drzwiach stał Charlie. Deszcz pozlepiał jego jasne włosy w strąki i przemoczył bluzę do suchej nitki. Theo nieraz próbował wpoić przyjacielowi ideę parasolki, ale nigdy mu się to nie udało. Chłopak mrugał, próbując pozbyć się kropel deszczu, które osiadły mu na rzęsach. Uśmiechnął się przy tym niepewnie, sprawiając, że jego twarz nabrała miększych, bardziej chłopięcych rysów. Theodore przesunął wzrok na jakiś punkt ponad jego ramieniem, równocześnie zaciskając dłoń na klamce drzwi.
— Hej — bąknął Charlie, wycierając poznaczoną kroplami wody twarz rękawem bluzy, co oni trochę mu nie pomogło. Opuścił dłonie wzdłuż boków. — Mogę wejść?


────
[708 słów: Theodore otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 23 czerwca 2026

Od Chaita CD Dahlii — „Haul Away Joe”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Nie odpowiedział Dahlii od razu. Na chwilę znowu spojrzał w miejsce, w którym doszło do nieprzyjemnej rozmowy, marszcząc brwi i ściągając usta w wąską linię.
Pracował jako animator od lat. Nie, że jakoś bardzo wielu, ale jednak lat. Wiedział, że ludzie są różni. Oczywiście, że w swojej karierze spotkał też tych okropnych. Przed oczami na chwilę stanął mu nawet jeden konkretny kierownik z jego normalnego, codziennego miejsca pracy. Ten sam, z którym pracował jakimś cudem zawsze wtedy, gdy obowiązki zmieniały się z „animator dla dzieci i osoba pilnująca porządku” na „cholerny półbóg wpadający w kłopoty”. Sam siebie nie lubił za to, jak fałszywie miły zwykle dla niego jest. Zwykle też nie mógł nic na to poradzić.
Ten konkretny mężczyzna wydawał się jednak jeszcze gorszy. Nie była to pewnie żadna obiektywna cecha, na którą Chait mógłby się powołać. Wydawał się po prostu dziwnie nieprzyjemny, bardziej, niż było to konieczne w danej sytuacji. Chaitowi przeszło przez myśl, że wydarzyło się jeszcze coś, czego nie usłyszał, ale to też nie miało sensu.
– Och, tak. Pewnie. Do jutra – rzucił w końcu, odwracając się do Dahlii i uśmiechając prawie bez rezygnacji. Nawet uniósł dłoń i pomachał jej delikatnie na pożegnanie. Miał nadzieję, że nie odebrała tego jako olewające lub niegrzeczne. Nie zamierzał przecież być niemiły akurat w stosunku do niej.
Może powinien ją zatrzymać i zapytać, czy wszystko w porządku. Tak, na pewno powinien, przecież on też był odpowiedzialny za walkę na plastikowe szabelki.
A i tak nie ruszył się z miejsca. Przez cały dzień nie zająknęli się słowem o tym, czy już wcześniej skądś się znali – nie chciał stwarzać sytuacji, w której będą zmuszeni o tym porozmawiać. Myśli Chaita od razu uciekły w stronę Aye, które przez jedno głupie pytanie do dzisiaj nie mogło zaznać spokoju od jego towarzystwa, w połączeniu z najgłupszymi możliwymi powodami przebywania w tym właśnie towarzystwie. Przyznawanie się do boskiego pochodzenia i wspólnego pobytu w obozie nigdy nie kończyło się dobrze. Nieważne, czy mieszkali w tym samym mieście, czy w dwóch różnych stanach. Zresztą, ten dzień był wystarczająco męczący, nie chciał jeszcze dodatkowo zmuszać Dahlii do rozmowy o irytującym szefie.
Poczekał, aż ta zniknie za zakrętem, zanim sam ruszył do wyjścia. Podejrzewał, że to było jeszcze bardziej niegrzeczne niż ta późna, pospieszna odpowiedź. Pozostało mu uznać, że to nie jest problem na teraz, bo teraz i tak już nic z tym nie zrobi. Jeszcze raz obejrzał się za siebie, na drzwi do szatni. Miał nadzieję, że reszta współpracowników okaże się bardziej sympatyczna, niż na razie mu się wydawało.
Poprawił plecak na ramieniu, przyspieszając kroku. Na pewno przesadzał, przecież nie mogło być aż tak źle. Nigdy nie było aż tak źle.

*

O dziwo nie wpadł na Dahlię w innych miejscach – ani ogarniając kilka spraw w okolicy parku, ani pod drzwiami hostelu, w którym się zatrzymywał. Podejrzewał, że to nawet nie było za bardzo prawdopodobne. Bo dlaczego niby miałoby być? Chyba po prostu nie potrafił przestać myśleć o tamtej sytuacji. I o tym, że jednak powinien od razu zapytać, czy wszystko w porządku.
To on zwykle był tym, który zbierał baty za głupie zachowania, a każde to zachowanie było głupsze od ich sparingu. Czuł się zwyczajnie niekomfortowo, że teraz jakimś cudem go to ominęło (nie miało znaczenia, czemu go to ominęło. Naprawdę).
Jeszcze zanim wszedł na teren parku rozrywki wiedział, że zapyta Dahlię o całą tę sytuację jak tylko ją zobaczy. I o to, co konkretnie miała na myśli, mówiąc o zabawie. Miał nadzieję, że nie zrozumie go źle. Nie miał nic przeciwko kłopotom. Przyzwyczaił się. Podejrzewał, że szef z jego pracy w Nowym Jorku też jest jak najbardziej przyzwyczajony i tylko czeka na telefony ze skargą, że kogo on tutaj wysłał. Podczas poważnej rozmowy w biurze on będzie zrezygnowany, a Chait tylko wyszczerzy zęby i przeprosi, kompletnie nie mając tych przeprosin na myśli.
Z tą myślą przemknął korytarzem, jeszcze tylko na krótki moment zatrzymując się przed wejściem do szatni, tak w ostatniej chwili zastanowienia się nad sensem życia i reszty pracy w tym miejscu. Nic szczególnie głębokiego, mimo wszystko.
Wszedł do środka, kiwając głową jakiemuś chłopakowi, z którym złapał kontakt wzrokowy. Odpowiedział tym samym gestem, ale bez uśmiechu. Chait nie zamierzał się o to obrażać. Zamiast tego rozejrzał się, szukając w tłumie Dahlii. Zobaczył ją przy jednej z szafek, więc tylko złapał mocniej pasek plecaka i od razu do niej podszedł. Nie było sensu czekać.
– Dahlia. – Uśmiechnął się na przywitanie, mierząc ją tylko odrobinę zmartwionym spojrzeniem. Odpowiedziała mu, ale nawet za bardzo tego nie zarejestrował. – Słuchaj, ech… Wszystko w porządku? Po tej wczorajszej… – Zawahał się. – Sytuacji?
Mówił pół tonu ciszej, nie chcąc zwracać uwagi innych pracowników. Ich reakcje wczoraj nie wydawały się szczególnie zachęcające. Albo po prostu sobie to wyobrażał. Dlatego na razie wbijał wzrok w Dahlię. I jeszcze raz poprawił plecak, udając, że to wcale nie jest nerwowy gest.


Dahlia?
────
[800 słów: Chait otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Isobel CD Kaliny — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

Isobel nigdy nie miała ojca, który dawałby jej bojowe zadania. Te zwykle wymyślała sobie sama, ale to już przecież nie była taka frajda. Poza tym zawsze musiała sama trzymać latarkę. Zmarnowany potencjał. Dlatego choć miała cała listę ważnych rzeczy do zrobienia, zgodziła się pomóc nieznajomej.
— Isobel. Tak w ogóle — powiedziała, żeby osoba stojąca przed nią dostała jakiś inny przydomek.
Wyciągnęła rękę do dziewczyny i energicznie nią potrząsnęła.
— Kalina. Isobel, fajne imię.
— Zajebiste, co nie? Dzięki, twoje też jest ciekawe. — Is wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
Skoro to miały już z głowy, z powrotem odwróciła się do półki z lampami. Sama przyszła tu tylko po jakiś obrus (przeczytała gdzieś, że w każdym domu musi być chociaż jeden, ładny obrus dla gości), ale widok tak… nietuzinkowej alejki z lampami zaciekawił ją na tyle, że zapomniała o obrusie. Teraz już znowu o nim pamiętała, ale przecież mogła poszukać go za parę minut.
— Trudny wybór — westchnęła, przechadzając się wśród półek.
— Strasznie! Za dużo ładnych rzeczy — odpowiedziała Kalina, dotrzymując jej kroku. — Stoję tu już z piętnaście minut i w ogóle nie mogę się zdecydować. Piekło na ziemi.
Is wodziła wzrokiem po różnych ciekawych egzemplarzach. Wszystkie przykuwały uwagę, ale gdyby tak miała zatrzymać się przy każdej i dokładnie ją obejrzeć, siedziałaby tu chyba aż do zamknięcia. Nawet, gdyby robiły to z Kaliną we dwie. Trzeba było jakoś minimalizować stratę czasu, chociaż wcale nie było to takie łatwe.
— Potrzebna ci jest jakaś mniejsza czy większa? — zapytała w końcu, odwracając się do dziewczyny.
— Szczerze, to taka średnia. Nie ogromna, bo mnie nie stać, ale też nie jakaś maleńka, bo potrzebuję światła — wyjaśniła Kalina, zatrzymując się przy lampie w kształcie kaczki. Dotknęła jej plastikowego dzioba. — No, mniej więcej takiego rozmiaru. Tylko nie ta konkretna, bo ten plastik wygląda, jakby miał się spalić po godzinie. Za cienki — dodała.
— Okej. Wielkości tęczowej kaczki. Zakodowane — powiedziała Isobel, skinając głową tak służbowo, jakby co najmniej odbierała polecenie od pułkownika.
W końcu swoje zadania traktowała poważnie. Znalezienie odpowiedniej lampy było naprawdę odpowiedzialnym zadaniem, którego nie każdy mógłby się podjąć. A przynajmniej tak sobie wmawiała.
— Co myślisz o tej? — zapytała, wskazując palcem na lampę w kształcie kota siedzącego po turecku z bębenkiem w przednich łapach, któremu z pleców wystawał stelaż z żarówką.
Kalina podeszła bliżej i nieznacznie przekrzywiła głowę w bok, przyglądając się zmrużonym, plastikowym kocim ślepiom.
— Żarówka jest za mała, będzie chujowo świecić — zadecydowała w końcu, przechodząc dalej. — Jakbym wkręciła większą, to stelaż mógłby tego nie przeżyć. Wiesz, jak jest — dodała, muskając opuszkami palców kolejną lampę, która jednak najwyraźniej nie przyciągnęła wystarczającej uwagi.
— Szkoda, jakby się zawaliła na kota. Śmieszny ma pyszczek — skwitowała Is, lekko pstrykając plastikowego kota w nos.
Sama by sobie postawiła taką na stoliku nocnym, tylko średnio miała fundusze na takie bzdety. Może tu kiedyś po nią wróci, jeśli nikt w tym czasie nie wykupi tego arcydzieła. Byłaby straszna szkoda, jakby miała się kurzyć u kogoś innego.
— O, ta wygląda okej.
Z rozważań nad biednym plastikowym kotem wyrwał ją głos Kaliny, która stała już kilka kroków dalej i podnosiła inną lampę. Is podeszła bliżej i przyjrzała się jej dokładniej.
— To… żaba? — zapytała, nie do końca pewna siebie.
— Ropucha. Chyba. Ten cylinder i okulary trochę zniekształcają obraz — wyjaśniła Kalina, wyciągając przed siebie zdobycz. — Ale jakby nie patrzeć, jest całkiem urocza.
— No, każda potwora znajdzie swojego amatora, czy jakoś tak. Ale nie wysiedziałabym z nią w pokoju. Cały czas wygląda, jakby się na mnie gapiła — wzdrygnęła się lekko i wyjęła lampę z dłoni Kaliny, żeby pokazać jej swoją perspektywę. — Widzisz?
Dziewczyna zmrużyła oczy, jakby prowadziła z biedną lampą bitwę na spojrzenia.
— Może faktycznie trochę dziwnie się patrzy. Kto wie, może ożywa w nocy — wzruszyła ramionami i machnęła ręką, żeby Is odstawiła lampę z powrotem na półkę.
Wymieniły się opiniami na temat jeszcze kilku co to durniejszych lamp, kiedy nagle Isobel zatrzymała wzrok na jednej z nich. Zakochała się od pierwszego wejrzenia.
— Bogowie słodcy, a co to za cudo? — zapytała, zbliżając się do upatrzonego przedmiotu.
Niemal z nabożną czcią podniosła lampę i zaprezentowała ją Kalinie. Lampa była tak właściwie krokodylem w okularach przeciwsłonecznych, który siedział pod parasolem. Parasol był tak naprawdę kloszem, pod którym znajdowała się żarówka. Brakowało tylko drinka z palemką.
— Nie wiem, jak ty, ja bym brała w ciemno.

Kalina?
────
[696 słów: Isobel otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]